Pierwsze kroki na Wyspie, część 4

Poniższy tekst ukazał się w numerze 422 (13/10/2007) dodatku „Weekend” do ilustrowanego magazynu „Nowy Dziennik” (polskojęzycznej gazety wydawanej w Nowym Jorku)

Swojego czasu przytrafiało mi się to dość często – średnio raz lub dwa razy na wieczór, gdy siadałam zrelaksowana przed laptopem i radośnie, acz nie do końca poczytalnie „udostępniałam się” na Gadu-Gadu.

Było to jeszcze przed przystąpieniem Polski do Unii i przed wielkim exodusem Polaków na Zachód, w czasach kiedy sforsowanie kanału La Manche i Morza Irlandzkiego wymagało znacznie więcej pomysłowości i inwencji, niż zarezerwowanie kilkoma kliknięciami biletu u jednego z tanich fruwających przewoźników.

Zazwyczaj wystarczało kilka minut z migającym online słoneczkiem GG, aby doczekać się czarujących wiadomości od kompletnie nieznanych mi osób.

„Cześć, przyjeżdżam do Irlandii, podaj mi adres najtańszego hotelu i powiedz ile maksymalnie wyniosą moje zarobki”

„Cześć, wybieram się do Dublina, czy znasz tam kogoś, u kogo mógłbym pracować albo zamieszkać”

„Razem z koleżanką chcemy przyjechać na Zieloną Wyspę i zastanawiamy się czy wziąć parasol, kalosze czy może kostium bikini”

„Czy mogłabyś mi napisać co mam powiedzieć na granicy, żeby mnie przepuścili”

„Jestem po medycynie, napisz mi jak długo będę szukać pracy i gdzie mam się zgłosić w pierwszej kolejności”

Ani dzień dobry, ani przepraszam ani pocałuj mnie w dupę. Konkrety proszę, my zabiegani i zestresowani ludzi pracy nie mamy za bardzo czasu na całą tę wirtualną grę wstępną.

Reagowałam dość alergicznie na ludzi, którzy zaczynali rozmowę ze mną od tego typu obcesowych pytań. Dziwiły mnie one o tyle, iż większość standardowych informacji (noclegi, koszty życia, praca) związanych z wyjazdem, z łatwością dawało się „wygooglać”, tyle że należało poświęcić na to trochę czasu (dopisek z 2017 – dziś, w dobie grup na fejsie, na których po tysiąc razy dziennie zadawane są dokładnie te same pytania, nie dziwi mnie już nic).

Najlepiej całą sytuację spuentowała moja siostra, która w odpowiedzi na moje poirytowane opowieści o nachalnych sieciowych interlokutorach zbyła mnie machnięciem ręki i stwierdziła filozoficznie: „A wpisz se w danych na GG Czeczenia, a nie Dublin, to nikt cię nie będzie zaczepiał”.

(dopisek z 2017 – na GG zaczepił mnie również mój obecny mąż, ale szczęśliwie dla mnie, dla niego i dla naszych dzieci zaczął rozmowę od jakiejś oklepanej formy grzecznościowej, a nie od pytania o cenę chleba w dublińskim Tesco. Gdy po latach – głodna choć okruchów romantyzmu w swoim życiu – spytałam dlaczego akurat do mnie się odezwał, odpowiedział „A bo byłaś jedyna dostępna”).

e22e17aeabf1bfcd5f67ca1a69a1aff0

Po pierwszym maja 2004 nastąpił kolejny – po historycznym, szwedzkim – potop, w którym naród polski odegrał znaczącą rolę. Lud pracujący czwartej Rzeczypospolitej dość szybko dokonał rachunku zysków i strat, skrupulatnie rozważył wszystkie za i przeciw i doszedł do jakże zaskakującego wniosku, że w kwestiach zatrudnienia i zagwarantowania sobie bezpiecznej przyszłości na ojczyznę i stojących u jej sterów pomazańców nie ma co liczyć. W związku z czym najpierw na saksy wyjeżdżał zestresowany szwagier, zbadać teren, potem ściągał brata i kuzyna, a ci – po kilku miesiącach – kupowali hurtem bilety dla swoich żon i dzieci. (…)

Od tego czasu lat minęło już kilka, a strumień spragnionych lepszego życia Polaków wydaje się nie słabnąć. Polski (choć nie do końca parlamentarny) język rozbrzmiewa wszędzie i o każdej porze, w centrum i na obrzeżach, w co drugim sklepie i w każdym pubie, w telefonicznych centrach obsługi i w irlandzkich mediach.

Stopień asymilacji współziomków z rdzennymi mieszkańcami Zielonej Wyspy osiągnął level expert i niejednokrotnie przyprawiał mnie o zawał, na przykład na widok usmarowanych zieloną farbą i owiniętych w irlandzkie flagi (z okazji Dnia Świętego Patryka) Polaków, wrzeszczących co sił w płucach „Rychu, kurwa, ale wieczorem się najebiemy”.

Co może zaskakiwać w tych okolicznościach to to, iż Ajrisze wykazują stoicki wręcz spokój w obliczu faktu, iż spora część ich kraju została opanowana przez krewkich i wykazujących się ułańską fantazją potomków Kmicica i Skrzetuskiego. Pytani wprost o to, jaki jest ich stosunek do zjawiska odpowiadają wyrozumiale; „It’s ok, we’ve been there”. Rozumieją nas i wiedzą jak to jest, bo sami kilkanaście lat temu masowo emigrowali, szukając swojej szansy za oceanem.

Pozostaje mieć nadzieję, że nie nadużyjemy ich gościnności i nie poczujemy się na Wyspie jak u siebie, bo konsekwencje takiej beztroski mogłyby być opłakane.

Scarlett

Wysiadłam rano z pociągu na Lansdowne Road i przez głowę zaczął mi przepływać strumień niewykonanych zadań z minionego tygodnia. Zaliczyłam ten tydzień czy nie?

Czy byłam dobrą matką? Nie, w środę wrzasnęłam na bogu winną Olę, a dzień wcześniej oznajmiłam przemądrzałej Julce, że już mam dosyć jej głupich odzywek, ciągłego obrażania się o zakaz używania ajpada, absurdalnych kłótni z siostrami i tego, że swoimi humorami psuje mi codziennie dobry nastrój. Bo wracam do domu pozytywnie nastawiona, a ona ma pretensje do świata, że w ogóle się urodziła. I że mleko w lodowce jest niedobre i mam teraz, zaraz, iść kupić inne. Więc powiedziałam, że, nie, mam tego dosyć i nie życzę sobie żeby się tak do mnie odzywała, bo tego konkretnego popołudnia z dobrym humorem nikt mi już nigdy nie odda, przepadło.

I to jej wina, że zepsuła mi ten humor.

Która matka tak mówi do dzieci, co? Dobra matka wspiera, wybacza i przemawia kojącym głosem.

Następnego dnia czekał na mnie bukiet pozbieranych na trawniku mleczów oraz laurka z wpisem: „Mamo, kochamy Cię, bo jesteś miła i najlepsza na świecie”.

Cios w samo serce.

Nie, nie dlatego, że ojejku jakie to wzruszające, tylko dlatego, że przecież ślepa nie jestem i wiem, że „miła” jest naprawdę ostatnim określeniem na liście komplementów, jakimi można by mnie obdarzyć jako rodzica. Krzyczę na nie. Narzekam. Mam pretensje o porozrzucane rzeczy. O wszystko mam pretensje. Czemu nikt kurwa nie mówił że macierzyństwo to pole minowe, po którym niewiadomo jak się poruszać. Że dobrnięcie do momentu aż dzieci się usamodzielnią to jak misja wojenna, z której nikt nie wychodzi bez szwanku, a na PTSD wszyscy zainteresowani cierpią do końca życia.

Z resztą zadań rownież byłam w czarnej dupie.

Wciąż nie schudłam tych 3 kg, które przytyłam siedząc w domu ze złamaną nogą. Co z tego, że to mało? Dla mnie te 3 kg to różnica między spodniami dopasowanymi a za ciasnymi. Nienawidzę za ciasnych spodni.

Miałam zrobić porządek w dokumentach, żeby rachunku za prąd nie szukać potem ochnaście minut tylko sięgnąć po niego ręką w ciemno i wyciągnąć. Miałam ogarnąć jak zrobić reklamę na fejsie, nie ogarnęłam. Co gorsze okazało się, że przestałam rozumieć fejsbuka. Miałam popracować nad stroną graficzną bloga, nie popracowałam.

Pod brama zakładu byłam już tak zmęczona, że chciałam zwinąć się w pozycji embrionalnej na chodniku i tak przeleżeć do czasu powrotnego pociągu do domu.

Potem mnie oświeciło – po co, dlaczego to sobie robimy? Rozliczamy się bezwzględnie z każdego niezaliczonego zadania, katujemy się listami, harmonogramami, gonimy własny ogon, tworzymy plany, których nigdy nie będziemy w stanie zrealizować. W rezultacie spirala frustracji narasta, a my ostatecznie siadamy zrezygnowane stwierdzając, że nie będziemy robić nic, bo końcowy efekt i tak będzie taki sam.

Może podejść do tego inaczej. Nie postanawiać, że od jutra nie krzyczę na dzieci, bo skoro krzyczę od dziesięciu lat to przez tydzień nie przestanę. Może, nie wiem – będę krzyczeć ciszej? Szeptem, może. A może, skoro dzieci twierdzą, że jestem MIŁA, to może jednak im uwierzę i przestanę się tak bardzo tym przejmować, albo będę się bardziej skupiać na tych chwilach, w których naprawdę wiem, że dałam radę jako matka.

Nie mogę znaleźć rachunku za prąd? A kiedy kurwa ostatni raz go potrzebowałam? W 2014? Poza tym każdy rachunek można sobie teraz sciągnąć online. 3 kg w tydzień nie schudnę, w dwa też nie. Jillian i kardio wciąż są poza moim zasięgiem i tego nie zmienię. Spodni nie wywalę, garderoby nie skompletuję od nowa. Trudno, pójdę sobie kupić sukienki. W sukienkach bardzo ładnie wyglądam. O reklamie na fejsie poczytam i się nauczę, ostatecznie jestem po cholernym marketingu. Blog wyglada dobrze, to nie pudelek, nie przesadzajmy.

Może skupię się na pozytywach. Jestem krok do przodu do wynegocjowania częściowej pracy z domu, żeby nie musieć codziennie dojeżdżać na zakład. Złamana noga już nie boli i zachowuje się jakby nigdy nie była złamana, god bless her. Notki fajnie się piszą. Czytelniczki, kochane, wróciły, przyszło mnóstwo nowych. Przeżyłam, bezstresowo w zasadzie, powrót do pracy po 5 miesiącach nieobecności. Rano jest jasno, a za miesiąc będę w Portugalii, na plaży, o ile znów nie będzie padać. A jak będzie padać to w barze Oasis w Olhos De Agua maja najlepsze mojito na świecie, a pani kelnerka – jak się ją poprosi – przełącza programy na mecze z Lewym.

Czasami to wszystko, za co musimy być sobie wdzięczne. Że dałyśmy radę pchnąć swoje życie o dzień do przodu, nie poddać się, nie rzucić z krzykiem na podłogę. Czasami, naprawdę, największy sukces to wstać z łóżka i się tym wszystkim nie porzygać, nie zwariować, nie dać swojej głowie się przekonać, że jesteśmy niewystarczająco dobre. Jesteśmy najlepsze i koniec. Tu i teraz.

Nie będzie kolejnego podejścia do piatku 28 kwietnia 2017 roku.

Unknown

Będzie tylko dziś więc zamiast się samobiczować pokażmy wszystkim, że się nie poddałyśmy. Jeszcze nie teraz. O reszcie pomyślimy jutro. Jak Scarlett O’Hara. Ona poza obiadami, sprzątaniem, dziećmi, wojną secesyjną i Rhettem musiała jeszcze bujać się z bawełna. My nie mamy bawełny, doceńmy to.

 

Zmiana

Jedna z przyczyn, za sprawą których utknęłam w martwym punkcie między ostatnią przewiniętą pieluchą, a pozycją doradcy Billa Gatesa z astronomicznym wynagrodzeniem i private jetem, którym docierałabym do pracy, nie stresując się brakiem miejsc siedzących, jest moja niechęć do zmian.

Do zmian mam podejście takie, jak każdy ogarnięty już nieco w szarej rzeczywistości niemowlak – budzą we mnie żywiołowy wstręt i chęć włączenia syreny na kolejnych kilka godzin, bez szans na pacyfikację smoczkiem, butelką lub kolejną absurdalną przygodą świnki Peppy.

Jedyne zmiany jakie akceptuję to zmiana (na kolejny) odcinka w ulubionym serialu lub zmiana czasu z zimowego na letni. Jestem też w stanie zaakceptować zmianę kanału w telewizorze, o ile aktualnie nie gra Lewandowski, bo wtedy żadna zmiana nie wchodzi w grę.
Swoją niechęć tłumaczę zespołem stresu pourazowego, którego nabawiłam się w ciąży, gdy nastąpiła nieoczekiwana zmiana liczby dzieci z jednego na dwa. Hokus pokus. Dziękujmy bogu, że w końcu się z tym pogodziłam i nie zastosowałam syndromu wyparcia, bo inaczej jedna z bliźniaczek do dziś chodziłaby nieubrana i głodna. Względnie wciąż leżała w tym samym miejscu, w którym bym ją położyła, po powrocie ze szpitala.

Lubię życie zaplanowane i ułożone, lubię wiedzieć co i o której godzinie się wydarzy i co zjem na obiad, lubię być psychicznie przygotowana i nie lubię niespodzianek. Niespodzianki to wymysł szatana, stworzony po to, żeby stąpającym twardo po gruncie ludziom zrobić wodę z mózgu i doprowadzić ich do załamania nerwowego. Podobnie jak żywioł i spontan, od których natychmiast dostaję globusa i palpitacji serca.

Wiem, że to źle, wiem. Życie ma w zanadrzu zbyt wiele nieprzewidywalnych zasadzek, szalonych królików przemiany, które wypuszcza bez słowa ostrzeżenia z szapoklaka, żeby przywiązywać się do rutyny. Próbuje z tym walczyć, niczym Russel Crowe z Kommodusem. Czytam mądre książki i dowiaduję się, że najlepiej sobie z tym poradzić metodą małych kroków. Czyli nie zmieniamy męża i nie rzucamy pracy z dnia na dzień. Nie wyjeżdżamy w Bieszczady następnym pociągiem. Znajdujemy jedną rzecz, jeden nawyk, który posiadamy i usiłujemy zaprowadzić w nim zmiany.
Jezu.
Sama identyfikacja nawyków zajęła mi tydzień. W Lidlu kupuje zawsze ten sam rodzaj jajek i mleka. Do pracy chodzę tą samą drogą, w pociągu zawsze wsiadam do tego samego wagonu. Otwieram usta przy tuszowaniu rzęs. Liczę do 10, gdy muszę po coś wrócić do domu. Przerywam po sto razy czytanie zajebiście interesujących książek i oglądanie trzymających w napięciu seriali, żeby je jak najpóźniej skończyć. Nie zasnę bez opaski na oczy. Gazety czytam od końca. Spluwam na widok czarnej Wołgi. Jak to zmieniać, od czego zaczynać żeby od razu nie wylądować w psychiatryku. Czarne Wołgi już nie jeżdżą, wiec odpada.

Pociąg, postanowiłam, że zacznę od pociągu. Nowy wagon, nowe możliwości. To nie może przecież być trudne.

Następnego dnia, na dzień dobry, zmuszona byłam ustawić się w innym miejscu na peronie, co od razu podniosło mi poziom stresu o ochnaście. Wokół obcy ludzie, nikogo nie znam, a najgorsze, że nie mam pojęcia jak stanąć, żeby drzwi pociągu otworzyły się dokładnie przed moim nosem – tak jak na starej miejscówce. Pociąg przyjechał, tłum wokół wejścia się zakłębił – i nagle wszyscy „miejscowi” prześcignęli mnie w wyścigu do ostatnich czterech pozostałych, wolnych miejsc siedzących. Pfff, w starym wagonie to ja też zawsze wiedziałam, które miejsca są wolne, żaden wyczyn.

Podróż spędziłam stojąc na jednej nodze, pod wrogim obstrzałem spojrzeń współpasażerów, którzy próbowali rozkminić a) kim jestem b) czy od dziś będę dojeżdżać ich wagonem codziennie i c) dlaczego w ogóle nie wsiadłam do wagonu obok, przecież stał tak blisko. Mój eksperyment pokazał, że z wagonami w irlandzkich pociągach jest jak ze śląskimi familokami – są ciasne, mają wspólny kibel, a zmiana liczby lokatorów wywołuje chaos i niesnaski.

Poległam.

Następnego dnia wróciłam do starego wagonu. Może jestem za stara a może spróbuje innego dnia. Albo spróbuje z czymś łatwiejszym – zamknę tę gębę przy makijażu.

Jednocześnie naszła mnie refleksja, że nie jestem jedyna. Wszyscy funkcjonujemy na tym samym automacie. Nie zdając sobie sprawy z tego co robimy – krążymy zawsze tymi samymi ścieżkami po supermarkecie, siadamy na tym samym miejscu w tramwaju, zamawiamy w kółko te same dodatki do pizzy.
Hipotetyczna zmiana wywołuje w nas takie przerażenie, że schowani pod kocem, dochodzimy do wniosku, że rozumie nas tylko kieliszek wina i czipsy. Zawsze te same. Jednocześnie chcemy się z tego zaklętego kręgu nawyków wyrwać i pozostać w jego bezpiecznym kokonie na zawsze. Jednocześnie chcemy zwiedzać świat i nie wstawać ze swojej bezpiecznej sofy, awansować i nie musieć ogarniać nowego zakresu obowiązków, rozpocząć nowy rozdział w życiu i nie ryzykować skoku na główkę do akwenu pełen rekinów ludojadów, poszerzać krąg znajomych i nie być zmuszonym do ponownego przedzierania się przez meandry irytujących pytań o to czym się zajmujemy i jakie mamy hobby.

I o ile coś nas nagle i niespodziewanie z ustalonej orbity nawyków nie wytrąci to szanse na wyskoczenie z niej samodzielnie i wskoczenie na orbitę obok są niewielkie.

Układ Słoneczny najlepszym na to dowodem.

Pierwsze kroki na Wyspie, część 3

Poniższy tekst ukazał się w numerze 424 (27/10/2007) dodatku „Weekend” do ilustrowanego magazynu „Nowy Dziennik” (polskojęzycznej gazety wydawanej w Nowym Jorku)

Dawno, dawno dawno temu, w zamierzchłych czasach przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, bezstresowy pobyt na Zielonej Wyspie uwarunkowany był posiadaniem pozwolenia na pracę.

Każdy jego posiadacz musiał odbywać coroczną pielgrzymkę na Gardę (irlandzka policja) by uzyskać w paszporcie pieczątkę, uświadamiającą właściwym służbom porządkowym, iż przypisanemu do paszportu właścicielowi lub właścicielce wolno przebywać na Wyspie przez kolejnych 12 błogosławionych miesięcy.

Pielgrzymka zaczynała się od nastawienia budzika na godzinę piątą, gdyż pod budynkiem Gardy zazwyczaj koczowały tłumy. Po wejściu do środka i pobraniu bardzo ważnego numerka człowiek zaczynał się czuć jak na warszawskim Dworcu Centralnym – wszystkie krzesełka i ławeczki okupował gromadnie kwiat ludu pracującego krajów byłego bloku komunistycznego plus delegacje afrykańskie, w asyście całych, wystrojonych w kolorowe i szeleszczące szaty, wielopokoleniowych rodzin. Polacy przybywali w grupkach po 3-4 osoby z których zawsze jedna (niczym przodownik budowy) pełnił zaszczytną rolę tłumacza symultanicznego. Kulejący warsztat językowy „we working here” wspomagany był przez wymowne wymachiwanie paszportem lub zdesperowany podtykanie urzędnikowi pod nos pozwolenia na pracę.

Procedura uzyskania pozwolenia również do najprostszych nie należała. Wyspiarski pracodawca, zanim mógł zaproponować pracownikowi spoza Unii legalne zatrudnienie, zmuszony był przedstawić odnośnym władzom dowód na to, że dokonał rekrutacji by wszystkich krajach Unii Europejskiej i nie znalazłam nikogo, kto byłby w stanie sprostać jego wymaganiom.

Hm.

W odniesieniu do zawodów wymagających wiedzy i kwalifikacji miało to swoje logiczne uzasadnienie i mogło nie nastręczać większych trudności , ale w przypadku chęci zatrudnienia np. osoby do przyjmowania zamówień w take awayu zawsze wzbudzało moje zdumienie. No bo co mówili? „Szanowny urzędzie pracy nikt, ale to nikt w całej Europie, nie będzie w stanie polewać dorsza w panierce octem tak, jak pani Halinka z Polski”?

No dobra, w praktyce wyglądało to ponoć tak, że wystarczało zamieścić ogłoszenie w lokalnej (np. hiszpańskiej, niemieckiej, francuskiej) prasie i jeśli nikt na wakat się nie zgłosił, to droga dla pani Halinki stała otworem.

Pozwolenie na pracę i magiczna pieczątka w paszporcie wiele rzeczy ułatwiały, przede wszystkim bezstresowe przemieszczanie się między wyspami, a kontynentem. Drogi legalnego dostania się do Irlandii i UK były natenczas dwie: albo wspomniane pozwolenia albo zaproszenie osoby która nas Wyspach już przebywała i nikt, zapewniam Was, NIKT nie jest w stanie wyobrazić sobie dziś tego dreszczu emocji przed kontrolą paszportów na lotnisku: „WPUSZCZĄ CZY NIE WPUSZCZĄ”. 

Zaproszenie wcale stuprocentowej gwarancji na wjazd na Wyspy nie dawało i pamietam jak mój, nieposiadający pozwolenia na pracę, przyszły mąż beztrosko wyjechał sobie na wakacje do Polski, mając jako zabezpieczenie powrotu jedynie moje zaproszenie, że „panie władzo, on naprawdę musi tu wrócić bo inaczej zostanę starą panną” i w zasadzie, teraz tak myślę, może powinniśmy lotniskowym immigration oficerom wysłać rokrocznie kartkę jakąś dziękczynną albo zapraszać na złote gody lub Święta, bo gdyby go wtedy nie wypuścili, to wszystko wyglądałoby dziś zupełnie inaczej.

Przy którymś kolejnym przedłużaniu mojego osobistego pozwolenia palanty z Immigration Office przysłały mi dokument (na który czekało się 3-4 miesiące a nie także hop siup i od ręki) z moimi, owszem, danymi, ale ze zdjęciem i numerem paszportu jakiejś obcej baby.

Cała zabawa polegała na tym, że ów magiczny papierek należało dostać na czas, bo bez niego pracodawca nie miał prawa zatrudniać pracownika spoza Unii i w momencie, w którym upływał czas sprecyzowany na wcześniejszym pozwoleniu, należało natychmiast wstać i wyjść z biura. Nie żartuję. Kolega z RPA, który siedział biurko obok został zawezwany na rozmowę, podczas której się dowiedział, ze hahaha no cóż, HR ZAPOMNIAŁ mu przedłużyć pozwolenie i musi teraz iść, ale niech się nie przejmuje, nie dalej niż za 3 miesiące, będzie mógł na nowo zostać przyjęty. Kolega z RPA bardzo się natenczas zdenerwował i nie wrócił już nigdy.

Nie dziwi więc nikogo, że gdy zobaczyłam na moim pozwoleniu inne zdjęcie, szlag mnie trafił nieziemski, nakrzyczałam na bogu ducha winne dziewczę w kadrach, powiedziałam co myślę o niekompetencji irlandzkich urzędników, którzy w głowie zamiast mózgu mają najwidoczniej Guinnessa i spytałam czy teraz z ową dziewczyną, której zdjęcie figuruje na moim pozwoleniu mamy je sobie nawzajem pożyczać, w sytuacji zagrożenia deportacją (oj tak, robili wtedy naloty w Lidlu i sprawdzali kto ma pozwolenie, a kto nie ma).

I nie, nie uspokoiłam się tak szybko, po powrocie do biura wygłosiłam długą, barwną i kwiecista przemowę na temat zawodowego profesjonalizmu, okraszoną co drugie słowo niecenzuralnym zwrotem, zaczerpniętym prosto spod ojczystej budki z piwem. Na koniec walnęłam pięścią w stół aż zszywacz zleciał, powiedziałam co myślę o ignorantach dla których Warszawa leży pod Moskwą, Wałęsa do dziś jest prezydentem, a w Polsce jest głód i komuna, po czym zgodnością się odwróciłam i poszłam do kibla.

Chyba zrobiłam duże wrażenie, bo po powrocie wszyscy zwracali się do mnie uspokajającym szeptem i profilaktycznie nie kazali już do końca dnia nic robić.

Besserwisser

Bardzo dużo ludzi zaczęło pisać blogi, w czasie gdy ja poległam na swoim. Okazało się, że świat wypełnił się specjalistami w każdej dziedzinie, mistrzami w gotowaniu, ubieraniu się, dekorowaniu wnętrz, robieniu makijażu, sprzątaniu, uprawianiu fitness, spawaniu, podróżowaniu i nakładaniu kremu przed snem, podczas gdy ja nadal nie wyspecjalizowałam się w niczym, nawet w konsekwentnym kładzeniu dzieci spać o 20:00.

Ale bardzo uparłam się pisać bloga, bo okazało się, że pisanie rozpuszcza mi w żołądku tę kulkę z lodu, która tkwiła tam niczym cierń w sercu Kaja z Królowej Śniegu i sprawiała, że cały świat przerażał mnie i otumaniał.

Więc skoro przez cały ten czas nie posiadłam żadnych uniwersalnych skilsów i nie znalazłam swojej niszy na rynku życia, to uznałam, że mogę w zasadzie zacząć pisać bloga o tym, że się nie znam i że nie jestem autorytetem w żadnej dziedzinie (zakładam, że życie i kariera Lewandowskiego się nie liczą) i może w ten sposób zachęcę ludzi do czytania, bo nie będę ich wkurwiać, że jestem taka przemądrzała i wszystko wiem.

Kiedyś naprawdę wiedziałam więcej i byłam strasznie mądra, prawie jak Kaszpirowski.
Nie wiem gdzie mi ta wiedza umknęła, może dzieci mi rozum odebrały, a może szare komórki pożarł mi wąż alkoholizmu. Nie głodziłam go, przez te lata, to pewne. Na wczasy pracownicze i wycieczki krajoznawcze też zbyt często nie jeździł.

Tak czy owak obudziłam się z ręka w kuwecie (nocników już dawno się pozbyliśmy, przygarnęliśmy za to kota) i okazało się, że jedyne co mi pozostało by nadgonić utracony czas, to uniwersytet trzeciego wieku, względnie korespondencyjny kurs robienia pasty twarogowej. Ale kto by o tym czytał.

A potem przyszło mi do głowy, ze może inni też nie wiedzą, ale bardzo dobrze udają, albo lepiej ode mnie potrafią korzystać z wyszukiwarki Google. A może po prostu nie przejmują się tak bardzo, że nie wiedzą i robią swoje. Albo w dupie mają, że ktoś im wytknie błąd, bo lubią to, co robią i cześć. I oni idą do przodu, po wertepach, ale brną. Nabywają dalszą wiedzę w trakcie, podczas gdy ja wciąż tkwię na tym samym zakręcie kryzysu wieku średniego, czekając na autobus do miejscowości Objawienie, gdzie wszyscy przyjezdni momentalnie odnajdują swoje życiowe powołanie i nigdy już nie muszą wstawać na zakład o 5:30, tylko rozdają autografy i są zapraszani do telewizji śniadaniowych na rozmowy o życiu i o tym, co osiągneli.

I może lęk przed popełnieniem błędu jest stokroć gorszy od samego błędu, który zawsze da człowiekowi jakaś nauczkę.

Bo w zasadzie jakbym się bardzo uparła, to jednak kilka specjalizacji przez te lata ogarnęłam.

Magisterkę z Lewandowskiego i Bundesligi. Doktorat z „Breaking Bad” i studia podyplomowe z amerykańskich reality show ze szczególnym uwzględnieniem „Hells’ Kitchen”, „Amazing Race” i „Survivor”. Habilitacje z Jillian Michaels.

Tyle, że ja jestem z pokolenia, któremu szkoła, dom i studia skutecznie wbiły do głowy, że wcale nie jest takie mądre. Profilaktycznie. Żeby mu sodówka do głowy nie uderzyła. Umiesz na 5, dostaniesz 3+. Żeby ci przypadkiem nie przyszło do głowy, że sobie świetnie poradziłeś. Uczysz się dobrze, ale koleżanka z klasy trochę lepiej. Dyplomy, medale i nagrody nie były dla wszystkich – za to że łaskawie ruszyli tyłek i wzięli w czymś udział – były tylko dla najlepszych. Nie byłeś najlepszy, odpadałeś. A mnie daleko było do czołówki.

I może to stąd zaawansowany syndrom oszusta. Brak wiary w to, że mogę pisać bloga, skoro w liceum, z polskiego, zabłysłam tylko raz, rozprawką o Kmicicu. Kochałam Kmicica i to dlatego. Cała reszta zagadnień z literatury i gramatyki nudziła mnie śmiertelnie, co miało odzwierciedlenie w ocenach. Przez całe 4 lata jeden Kmicic. Słabo.

Dopiero po podjęciu pracy na Wyspie zaczęłam słyszeć, że wow jaka jestem smart i Leprechaun mi świadkiem, przez długie miesiące myślałam, że to taka forma robienia sobie beki z obcokrajowców. Po jakimś czasie odkryłam jakim poziomem wiedzy dysponują autochtoni i dziwić się przestałam.

Może straciłam te lata, nie wiem. Może je zyskałam. Może jest za późno żeby robić karierę w blogosferze, bo wszyscy napisali już wszystko o wszystkim i każda moja myśl lub notka będzie tylko powtórzeniem tego co już kiedyś, gdzieś przeczytałam, co zapewne niedługo ktoś mi wytknie. Z drugiej strony może inni nie przeczytali i czegoś się ode mnie dowiedzą. Tak czy owak ostatni autobus do miejscowości Objawienie dawno już odjechał, a w miejscu gdzie był przystanek budują kolejnego Lidla, wiec nie ma już na co czekać, tylko trzeba działać.

Hotel

Miałam kiedyś świetny pomysł na biznes. Chciałam otworzyć sieć hoteli gdzie kobiety mogłyby przychodzić, gdy im smutno i źle – wypłakać się, napić wina, zjeść lody, obejrzeć kilka odcinków „Sex and the City”, uciąć drzemkę. Pobyt trwałby od kilku godzin do doby, a przy meldowaniu się w recepcji kobietom odbierano by telefony, żeby nikt nie gnębił ich idiotycznymi pytaniam z cyklu „Gdzie jesteś”, „Co na obiad” i „O której wrócisz”.

Bo nie ma tak naprawdę miejsca, gdzie kobieta mogłaby sobie spokojnie i bez stresu popłakać. Gdzie? W domu przy garach? W autobusie do pracy? Na zakładzie za biurkiem? W warzywniaku? Wszędzie niby można, ale spotyka się to z histeryczną reakcją zdezorientowanego otoczenia i serią zniesmaczonych pytań i porad z cyklu: „Dlaczego znowu płaczesz”, „Ale o co ci chodzi”, „Inni mają gorzej”, „Dzieci w Afryce głodują”, „Ciesz się z tego co masz” itd.

Zauważyliście,że kobiety też maja swój coming out? Ten pierwszy raz, gdy przyznają się, że nie są fankami macierzyństwa i wcale aż tak bardzo nie lubią dzieci? Najpierw ta myśl kiełkuje im w głowie – zmęczonej wielogodzinnym wyciem niemowlaka albo histerią jaką ich słodki dwulatek odstawił w Tesco – ale zakopują ją bez zastanowienia pod stertą innych myśli i przyklepują obawą, że właśnie zbluźniły i na pewno spotka je za to straszna kara. Potem – zazwyczaj po alkoholu – przyznają się do tego szeptem najlepszej przyjaciółce, ale następnego dnia udają, ze nic takiego nie powiedziały i że przyjaciółka – jeśli to wciąż pamięta – naprawdę powinna przestać tyle pić. W końcu ośmielają się powiedzieć to głośno – albo do siebie przed lustrem, albo nie daj boże na internetowym forum, gdzie zostaną zlinczowane, poddane wiwisekcji i utwierdzone w przekonaniu, że są potworami i nie nadają się na matki. Więcej się już nie wychylą.

Nie lubię dzieci. Nie i już. Tak jak nie lubię pająków i krokodyli. Cudzych nie lubiłam nigdy i największy głodny kawałek jaki mi w życiu zasunięto to ten, że jak urodzę swoje to polubię wszystkie. Nope. Never happened. Nie dość, że nie polubiłam, to na pewnym etapie życia nieszczególnie przepadałam za swoimi i dość długi odcinek macierzyństwa, musiałam po prostu przeczekać z zaciśniętymi zębami. Potem dzieci podrosły i problem w zasadzie przestał istnieć. Nadal oczywiście mnie wkurwiają, ale na tej samej zasadzie na jakiej wkurwia mnie mąż, szef, opóźniony pociąg do pracy albo brak transmisji meczu z Lewym.

I wtedy pomyślałam sobie, że to skandal. Społeczeństwo zmusza kobiety do zakładania maski matki Polki i noszenia jej z godnością 24h na dobę. Nie ma, NIE MA miejsca gdzie kobieta mogłaby wrzasnąć KURWA! i nie musieć się po sekundzie tłumaczyć, że dlaczego tak brzydko krzyczy i że przecież dzieci usłyszą. Co mamy na miłość boską krzyczeć, gdy poziom frustracji sięga zenitu i wzrokiem szukamy najbliższego okna żeby przez nie wyskoczyć? Ojejku? Czy może „motyla noga”?

Nie ma miejsca gdzie matki mogłyby powiedzieć, że maja dość swoich dzieci, że są zmęczone, rozczarowane, pozostawione same sobie, gdzie mogłyby wypłakać strach swój strach i obawę o przyszłość bądź lęk przed tym, że ich własne życie już się skończyło i jedyne co je czeka to menopauza, zmarszczki, szklany sufit i strefa cienia. Gdzie przyznanie się do tego nie byłoby odbierane jako słabość i porażka, ale jako AKT ODWAGI. Tak nas wychowały matki, tak my wychowujemy nasze córki. Po co to roztrząsać, taki los kobiety, mnie też nikt nie pomagał.

A ja protestuję i się nie zgadzam. Nie mam skłonności do poświęceń, nie pasuje mi odgrywanie męczennicy i moje własne dobre samopoczucie liczy się dla mnie bardziej, niż dobre samopoczucie otoczenia.

Wiec może dajmy sobie prawo do słabości i stwórzmy sobie grupę wsparcia bez samosądu gdzie – zamiast układać się na stosach – będziemy podawać sobie pomocną dłoń i gdzie każdy będzie wiedział, że porada typu „jak twoja niunia cię zirytuje to wyjdź z pokoju i policz do 10” jest tak samo celna jak „wyemigruj do Wenezueli i wystartuj w konkursie na lokalną miss”

Kocham swoje dzieci nad życie, nadały sens wszystkiemu, WSZYSTKIEMU co robię, ale chce mieć prawo czasem głośno powiedzieć, że mam ich dość. Chcę móc przyznać się do rodzicielskich upadków i nie wysłuchiwać w odwecie listy tego co musiałam zrobić źle. Mnóstwo rzeczy zrobiłam źle, ale roztrząsanie tego nic już nie zmieni. Nie chcę wdawać się w dyskusje z matkami „JA ZAWSZE” oraz „JA NIGDY” bo już im nie wierzę. Jestem mądrzejsza o dwie kompletnie różne ciąże i dwa kompletnie różne sorty dzieci. Depresję i euforię poporodową. Ani w pierwszym przypadku nic nie było moją winą, ani w drugim – zasługą.

Dlatego następnym razem gdy w centrum handlowym zobaczycie matkę, której dziecko wyje i rzuca się po podłodze, nie gapicie się na nią, nie oddychajcie z ulgą że to nie wasze, tylko idźcie jej kupić kawę na wynos i powiedzcie, że będzie lepiej.

Bo będzie.
Zawsze w końcu jest.
Jeśli nie jest, to znaczy, że to jeszcze nie koniec.

Pierwsze kroki na Wyspie

Poniższy tekst ukazał się w numerze 421 (06/10/2007) dodatku „Weekend” do ilustrowanego magazynu „Nowy Dziennik” (polskojęzycznej gazety wydawanej w Nowym Jorku)

Cześć 2

„Kontynuując wątek wynajmowanych mieszkań na Zielonej Wyspie, warto napomknąć, iż charakteryzują się one następującymi cechami: po pierwsze mają mały metraż, po drugie mają NAPRAWDĘ mały metraż, a po trzecie – mają SKANDALICZNIE mały metraż i niechaj irlandzcy landlordowie – dzielący te mieszkania na coraz mniejsze klitki w celu maksymalizacji przychodu z metra kwadratowego – będą zmuszeni smażyć się w piekle w klatkach 2×2 m przez całą wieczność (i przy czym niechaj połowę tej klitki zajmują widły i kotły ze smołą).

Wszystko to było nieważne.

Szukając pierwszego niezależnego od nikogo lokum, pragnęłam tylko własnego kąta, gdzie nikogo by nie było, gdzie mogłabym siedzieć cały dzień szlafroku i gdzie nikt nie pytałby mnie co pół godziny „How are you” oraz w ogóle w żaden sposób nie integrował w moje, właśnie rozkwitające bujnym kwieciem, życie prywatne. (…) Przestrzeń i metraż wydawały mi się wtedy nieistotnym szczegółem, gdyż byłam skłonna zamieszkać w mysiej dziurze, byle sama (tzn z lodówka, gdzie miał stać alkohol i majonez).

Szukanie własnego obejścia zajęło mi raptem dwa popołudnia, jako że zupełnie zielona w tej materii będąc, nie za bardzo wiedziałam o co pytać i czego się czepiać, a ponadto nadal nieustająco przeżywałam szok językowy z cyklu „dlaczego-nikogo-nie-rozumiem-skoro-mam-maturę-z-angielskiego”. Wszystko co umiałam, to kiwać radośnie i głupawo głowa na każdy tekst wygłoszony w moim kierunku, co było było źródłem nieustającej uciechy dla wszystkich uczestników konwersacji, poza mną samą.

Nie przyszło mi np do głowy zastanowić się nad faktem, ze ogrzewanie niby jest, ale wyłącza się o 23:00 i zimno robi się się po 15 minutach, a czasami psuje się na 3 tygodnie, ogrzewanie się psuje, nie zimno. Albo że – no, doprawdy czepiam się – przez nieszczelne okno wylatuje 75% ciepła, a jak wieje to nawet 99,9%, no i takie tam duperele. I że pralki nie ma, o boże.

Wyspiarskie określenie „studio” (inaczej bedsit), czyli polska kawalerka budzi w zasadzie takie dość pozytywne skojarzenia, bo gupi człowiek zara se wyobraża rozległe poddasze albo penthouse z nadmetrażem na pracownię malarską czy salę balową albo nie wiadomo jeszcze co.

Na Wyspach jest trochę inaczej, co pojęłam szybko i bez konieczności uczestniczenia w specjalnym seminarium na ten temat: wstaje się z łóżka, robi się jeden krok w prawo i jest się w kuchni (a w zasadzie przy tzw aneksie kuchennym, bo kuchnia jako osobne pomieszczenie nie istnieje), robi się drugi – i jest się w łazience. Na wykonanie trzeciego kroku nie starcza już ani przestrzeni mieszkalnej ani wyobraźni. No i o mój boże, wielkie mi mecyje. Nie zamierzałam tam ostatecznie tańczyć ani rozpoczynać kariery w chodziarstwie. (…)

No to przeprowadziłam się, nie? Nie miałam telefonu, telewizji, komputera ani internetu. Miałam lodówkę. Do której triumfalnie, w pierwszej kolejności, wstawiłam słoik majonezu. Jako ten symbol wywalczonej w pocie czoła wolności i niezależności. Poza tym strasznie fajne i dorosłe wydawało mi się kupowanie w Tesco płynu do mycia luster czy domestosa i miałam wrażenie, że budzę respekt w innych kolejkowiczach, że niby własne gospodarstwo prowadzę i taka odpowiedzialna jestem. Było fajnie i całkiem tak, jak sobie imaginowałam. Czyli: w chacie na okrągło był burdel, w piekarniku trzymałam buty, w pościeli – po tygodniu – zdarzało mi się znaleźć widelec, znacząco uwalany sosem bolognese, w weekendy siedziałam w łóżku i kruszyłam ile mi się podobało, chodziłam po obejściu w stringach i ogólnie czułam się jak Carrie Bradshaw na Manhattanie.

Gotowanie wydawało mi się natenczas sztuką z pogranicza egzorcyzmów i czarnej magii, surowe mięso było dla mnie wyłącznie rekwizytem z planu filmu o Freddiem Krugerze i odnosiłam wrażenie, że aby je przetworzyć na jadalny posiłek trzeba mieć do dyspozycji 2 wolne tygodnie, 18 garnków, 4 książki kucharskie i 6 silnych pomocy kuchennych.

Do dziś z rozrzewnieniem wracam myślą do tamtych czasów. Pierwszych, a zarazem ostatnich miesięcy mojej wolności, jako iż kilka miesięcy później poznałam swojego przyszłego męża i skończyły się nieustające wakacje, polegające na traktowaniu domu jak hotelu, wracaniu z imprez nad ranem, wylegiwaniu się do południa, oglądaniu „Sabriny, nastoletniej czarownicy” i „zdrowym” żywieniu się w take-awayach”.

Pierwsze kroki na Wyspie

Poniższy tekst ukazał się w numerze 420 (29/09/2007) dodatku „Weekend” do ilustrowanego magazynu „Nowy Dziennik” (polskojęzycznej gazety wydawanej w Nowym Jorku, oh yeah 😉 )

Część 1

„Przez początkowe tygodnie pobytu na Wyspie, mieszkałam u tzw „rodziny”. Oj pociesznie było, naprawdę.

Rodzinę stanowili babcia z dziadkiem, ale tacy dość wyluzowani i nastawieni imprezowo bo na przykład wracali lekko zawiani do domu, nad ranem, trzy godziny po tym jak ja wracałam wstawiona w środku nocy i przypadkowo włączałam alarm, którego wycie budziło pół ulicy, bo nie pamiętałam kodu, który by go wyłączał i który należało wklepać w ciągu 20 sekund. W nocy. W ciemnościach. Po pięciu Guinnessach. Pięć losowo wybranych cyfr. Jasne. (…)

Miałam ja ci u nich swój mały pokoik z niebieskimi ścianami oraz łazieneczkę, w której po raz pierwszy odkryłam rozkosze mycia głowy pod dwoma kranami, gdzie z jednego leciał wrzątek, a z drugiego lód. Dziadek gotował niesamowitego łososia w sosie cebulowym, którego różowe i soczyste kawały śnią mi się po dziś dzień, a babcia wybywała na całe niedziele grać w golfa, względnie na barbekju do koleżanek.

Nie, teraz jak o tym myśle to babcia i dziadek są złym określeniem. To byli dama i lord.

Najfajniej było, jak kiedyś do damy i lorda przyjechał w odwiedziny ich syn z Hameryki. Wyszłam któregoś dnia o poranku z pokoju, dość skąpo przyodziana, niczym mickiewiczowska Zosia w samym desu, i trafiłam na hamerykańskiego syna, który siedział na toalecie przy drzwiach na oścież otwartych i niefrasobliwie czytał książkę. Na jego przyjazne i niczym nie skrępowane „HI, HOW ARE YOU” zareagowałam zaściankowym popłochem i spłoniona uciekłam do sypialni (zasłaniając dłonią pierś łabędzią), gdzie postanowiłam zagrożenie przeczekać.

Wychodząc potem do pracy i udając, ze incydent przytrafił się mojej siostrze bliźniaczce, spotkałam go ponownie, pijącego piwo na werandzie (o godzinie 8:50!!!).

„TAKE IT EASY, BABY” powiedział na mój widok, na co szybko uciekłam, bo niewinna natenczas jeszcze byłam i grubiańskie zaczepki obcych mężczyzn z akcentem hamerykańskim peszyły mnie i konfudowały.

Po trzech miesiącach w grodzie Świętego Patryka niewinność całą zatraciłam i autorytatywnie stwierdziłam, że nie po to uciekłam od jednej rodziny w Polsce, by wpaść w szpony kolejnej, obojętnie jak arystokratycznej. Zainagurowałam zatem działalność zmierzającą do znalezienia własnego kąta, co okazało się czynnością w swej istocie nadzwyczaj pouczającą.

Poszukiwania mieszkania należało rozpocząć od jak najwcześniejszego nabycia drogą kupna właściwej gazety (nie był internetów do pomocy, oj nie było) oraz jak najwcześniejszego dodzwonienia się do potencjalnego landlorda i umówienia się na tzw viewing, czyli osobistą wizję lokalną. Pośpiech bywał elementem bardzo wskazanym, gdyż oferty wynajmu, szczególnie w atrakcyjnych lokalizacjach, były czasem aktualne zaledwie po parę godzin.

Kolejny etap, czyli oglądanie mieszkania, mniej odpornym i początkującym w temacie osobnikom, jeżył włos na głowie, a tym bardziej doświadczonym – którzy niejedno już w swej karierze widzieli – dawał surrealistyczne wrażenie pobytu na planie cyrku Monthy Pytona.

Jeden landlord poczęstował mnie wódką własnej roboty, obiecał że zostawi w łóżku własną pościel oraz prosił żeby nie zwracać uwagi na pozrywaną i zwisającą ze ścian tapetę, bo on miał kota i to dlatego. Inny powiedział, że mogę u niego zamieszkać, ale bez dzieci. Jeszcze inny stwierdził, że telefonu to w mieszkaniu nie ma, ale jest na korytarzu i że możemy se przecież pociągnąć kabel i o co nam chodzi. I że po co mi w ogóle stacjonarny telefon w domu, w czasach kiedy wszyscy mają komórki. I że aby świeciło się światło to trzeba do skrzynki na korytarzu wrzucać monety 2 euro i jak się ich dużo wrzuci, to światło może nie zgaśnie przez 3 godziny. Raz poszłam obejrzeć mieszkanie gdzie w sypialni, obok łóżka, stała kabina prysznicowa. Na moje niepewne pytanie czy to jest łazienka usłyszałam, że TO jest prysznic, a łazienka jest piętro niżej.

W innym znów mieszkaniu obok kuchenki elektrycznej znajdowała się toaleta. Za taką zasłonką prysznicową w kwiatki. Znalazłam to rozwiązanie wyjątkowo nowatorskim i czasooszczędnym – bliskość obydwu urządzeń umożliwiała symultaniczne siedzenie na kiblu i na przykład mieszanie zupy. (…) Gdzie indziej pomieszczenie opisane w ogłoszeniu jako sypialnia było komórką na węgiel z łóżkiem przylegającym do trzech ścian oraz 15 cm paskiem wolnej podłogi między czwartą krawędzią łóżka, a drzwiami sypialni. Itd, itp.

Warto dodać, że ceny, których żądano za te cudowne przybytki zwalały z nóg i pozwalały mniemać, że to co się ogląda jest wyłącznie fatamorganą, gdyż tak naprawdę człowiek bierze w posiadanie co najmniej połowę Buckingham Palace”

CDN

Ister

Ponieważ są święta, to wtrącę trochę prywaty i powiem Wam, że wzruszyłam się okropnie, gdy nagle tyle z Was wróciło, zaledwie po pierwszej i drugiej notce. Minęło naprawdę wiele lat, w trakcie których blogosfera przepoczwarzyła się z pełzającego mikrorobaczka w hybrydę ośmiornicy z krwiożerczym rekinem i uwierzcie mi, nie oczekiwałam odzewu, który z mojej perspektywy wyglądał tak, jakbyście tylko czekały przez wszystkie te lata i klikały odświeżając internet i sprawdzając czy nie ma nowej notki. Wiecie ile małżeństw musiało się rozpaść przez cały ten czas? A Wy wciąż do mnie wracacie (chlip i smark).

Wróciłam do bloga po to żeby zająć czymś, zmęczoną już szukaniem sensu życia, głowę, ale rownież po to, żeby poprawiać Wam, kobietom, humor. Podnosić na duchu, gdy macie wszystkiego dość i zaczynacie się zastanawiać po co Wam to wszystko. Upewniać w przekonaniu, że nie jesteście jedyne, które nie umyły okien na święta i nie maja perfekcyjnych, czyściutkich dzieci, które na wszystko co mówicie odpowiadają zgodnym chórem „tak, mamusiu” zamiast wrzeszczeć „NIE BĘDZIESZ MI MÓWIĆ CO MAM ROBIĆ!!!” (poprosiłam o umycie zębów).

Lata, które minęły od tamtej odsłony bloga nauczyły mnie pokory i doprowadziły do momentu, w którym od racji wolę mieć święty spokój. Nie mam już rady ani recepty na nic, bo żaden z cudownie odkrywczych przepisów na życie, którymi dysponowałam w wieku lat 27 się nie sprawdził. Może oprócz jednego, który wcześniej nie znałam. Codziennie rano wstań i spróbuj od nowa. Nikt Ci nie zagwarantuje, że się uda. Nie obieca, że schudniesz, dzieci zaczną Cię słuchać, dom zalśni blaskiem, a szef da awans. Ale spróbuj sama dla siebie. Żeby potem móc sobie powiedzieć: było ciężko, ale się nie poddałam. Nie weszłam na Everest, ale ogarnęłam Base Camp.

Dlatego zaglądajcie tu po ciężkim dniu, a ja będę tą panią w czepku Społem, która poda Wam kubek kawy, poklepie po plecach i powie, że wszystko bedzie dobrze i że życiowy sukces to nie lista odhaczonych i zrealizowanych celów, tylko nieskładanie broni, umiejetność przystosowania się do ciągle zmieniających się okoliczności i walka, walka do końca, nawet jeśli polega ona na przeleżeniu ciężkiego dnia pod kocem, w towarzystwie książki i kubka herbaty (wiecie jak ciężko zagłuszyć wyrzuty sumienia, żeby pozwolić sobie na taki dzień? No.)

Wesolych Świąt i odpuście trochę kierat, świat się bez babek i mazurków nie zawali.

„Jedna taka szansa na 100*”

Gdybym mogla wrócić do siebie samej z epoki przedbejsbolowej i dać sobie jedną, jedyną radę, przekazać złotą, nadrzędną myśl, która oświetliłaby mi wertepy i mętne zaułki kolejnej mrocznej dekady – powiedziałbym: dziecko, nie przejmuj się.

Na nic tak naprawdę nie masz wpływu, nawet jeśli wydaje ci się, ze skrupulatnie kontrolujesz każdy aspekt swojego życia. Planujesz, zarządzasz, przeprowadzasz periodyczne audyty, nanosisz poprawki na wcześniej zatwierdzone plany życiowe, analizy SWOT i podpisujesz plany 6-letnie. Urządzasz wiece, sympozja i plena, żeby się zmotywować i poddać swój, wymęczony wszystkim co „powinnaś”, umysł propagandzie sukcesu.

A powinnaś dużo.

Skończyć studia, znaleźć prace, znaleźć męża, urodzić dzieci, umyć okna, koniecznie coś ćwiczyć, mieć nietuzinkowe hobby, utrzymywać niepowierzchowne kontakty z wszystkimi od czasów podstawówki, żuć każdy kęs 40 razy, oddychać przeponą, uwieczniać ważne chwile na fejsbuku, a przede wszystkim nie ujawniać prawdy na temat tego, że masz już dosyć i chcesz popić rozmrożoną w mikrofali pizzę tanim winem, zamiast przyrządzać zbilansowany posiłek dla całej rodziny i pytać się, jak im minął dzień.

Uspokój się.

Wywal cały ten bełkot do mentalnego śmietnika, a opowieść o kowalu własnego losu schowaj między bajki. Kowal dawno już się przebranżowił i został szafiarką. Nosi spodnie rurki, a na obiad zjada sałatkę z jarmużu, choć w głębi ducha też marzy o tej pizzy.

Nie martw się bo ani nic nie masz wpływu ani niczemu nie zapobiegniesz, nawet jeśli lwią część swojego życia poświecisz (tak jak ja) na studia i doktorat na temat: „Analiza hipotetycznych przypadków życiowych, które mogą pójść katastroficznie źle”.

Wiecie ile apokalips, których scenariusze stworzyłam (i wciąż tworzę – wyobraźnie to ja mam hoho) w mojej głowie wydarzyło się w realnym życiu?

Zero, zgadliście.

W zamian za to przydarzyły mi się rzeczy, które mogłam wymyślać godzinami i nigdy na nie nie wpaść.

Moja najstarsza córka w wieku 10 miesięcy upadła, trzymając się rączkami stołu, do tyłu na plecy, uderzając głową w panele. Gdzie była matka, zapytacie. Otóż siedziała obok, 10 cm dalej na sofie i gdyby jakikolwiek kowal własnego losu natchnął ją w tej minucie widzeniem, to po prostu wyciągnęłaby rękę, przytrzymując dziecko za szmaty, żeby się nie przewróciło. Kowal niestety miał już fajrant więc Julka skończyła w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu i krwiakiem podczaszkowym („Pani wie, że dorosły by tego nie przeżył?”) Dziś jest normalnym, wiecznie pyskującym dzieckiem, bez absolutnie żadnych powikłań, które przedstawiono nam na wielostronicowej powypadkowej i pooperacyjnej liście skutków ubocznych. Prawdopodobieństwo, ze po tamtym niefortunnym upadku wydarzy się to, co ja spotkało, było prawie równe zeru. Macie.

Następnie, w 12. tygodniu drugiej ciąży poszłam se na usg. Zestresowana bo wiadomo. Usg wykrywa potworne rzeczy. Ale nie. Wszystko cudownie, zajebiście, dzidziuś zdrowy, ładny, fika jak szalony. DZIDZIUŚ. Jedna sztuka dzidziusia.

4 tygodnie później trafiłam na kolejne usg w szpitalu, zrelaksowana i w szampańskim nastroju, bo JEDEN DZIDZIUŚ przecież cały i zdrowy, WIDZIAŁAM!

Tu już niektórzy z Was wiedzą, prawda?

„Czy ktoś już pani powiedział, że będą bliźniaki?”

Jakie kurwa bliźniaki?! Skąd? W analizie SWOT i w planie sześcioletnim ich nie było!!!!

Jakie było prawdopodobieństwo, że mojemu mężowi – jedynakowi i mnie – jedynaczce, bez cienia bliźniaków w żadnym pokoleniu po mieczu, kądzieli i widelcu przytrafią się dwie jednojajowe, identyczne panienki? Tu już wiem dokładniej – 4 na 1000.

Potem gdzieś doczytałam, ze jednojajowe bliźniaki to taki żart natury, no. Hahahahaha, jak się śmiałam.

W końcu, jesienią zeszłego roku poszłam sobie rano beztrosko pojeździć na hulajnodze. „Zaraz wrócę” – oznajmiłam głodnym dziatkom – „i zrobię śniadanie”. Wróciłam 3 dni później, bogatsza o płytkę i siedem śrub w złamanej nodze.

Dlatego – uwierzcie, nie ma znaczenia czy znacie swojego przyszłego męża przed ślubem dwa tygodnie czy 12 lat, małżeństwo to i tak rosyjska ruletka i żadna wróżka Wam nie powie czy się uda, czy nie. Nie ma znaczenia co sobie zaplanujecie, wymarzycie, czego będziecie się obawiać. Nie liczy się żadna liczba zabezpieczeń i alarmów jakimi się obwarujecie aby uniknąć pecha, los – figlarz, tylko siedzi i czeka żeby powykreślać ze swojej listy każdy czarny scenariusz, jaki obmyślicie (łącznie z planem wydobycia się z opałów) i zastąpić go takim zbiegiem okoliczności, na jaki nie wpadlibyście nawet po latach studiowania i wkuwania na pamięć życiorysów największych życiowych pechowców.

Ja nie mowię żeby nic nie planować, no co Wy. Napiszcie se plan życia, jasne.
Tylko potem zamalujcie go starannie czarną kredką i idźcie włączyć ulubiony serial.

*tytuł notki został zapożyczony z tytułu piosenki zespołu „Strachy Na Lachy”