Syndrom oszusta

O syndromie oszusta pierwszy raz przeczytałam stosunkowo niedawno, w jakiejś książce*. Zszokowana, pochłaniałam kolejne rozdziały, wykrzykując co chwilę „TO O MNIE!!!”, zakreślając z rozmachem całe akapity na pomarańczowo i stawiając mentalne wykrzykniki w swojej głowie.

Serio, dopiero teraz się o tym dowiaduję? Że moje wieloletnie przekonanie, że jestem nieznającym się na niczym debilem ma jakieś naukowe określenie i są na ten temat publikacje?

Nie chodzi o brak wiary w siebie, ale o dręczące mnie regularnie myśli, że nie jestem wystarczająco dobra i że nie nadaję się do tego wszystkiego (bo nie nadążam, mam burdel w chacie, dzieci mnie nie słuchają, a zawodowe awanse od lat omijają mnie łukiem szerszym, niż Justyna Kowalczyk Marit Bjoergen, na trasie Tour De Ski).

Tylko patrzeć aż za chwilę ktoś mnie rozszyfruje i ujawni to całemu światu w komentarzach, plus wyśle maila do HR mojego pracodawcy i anonim do opieki społecznej, żeby mogli odebrać mi dzieci. Że jestem takim – wiecie – wiejskim głupkiem, który osiadł na dublińskim bruku i udaje CEO Banku Centralnego.

Cała ta machina, która nakręca syndrom oszusta, rusza pod koniec podstawówki, liceum sytuację pogarsza, a gwóźdź do trumny wbijają uniwersyteccy wykładowcy, komentarzami że ma szóstkę to umie tylko pan bóg. 

W tamtych czasach jeszcze w pana boga wierzyłam, więc robiło to na mnie duże wrażenie. Że ten pan bóg tę Historię Myśli Ekonomicznej tak na szóstkę umie. No no. 

16 lat temu wyjeżdżałam do Irlandii, międląc w dłoniach bilet powrotny datowany na miesiąc po przyjeździe. 16 lat temu nie było tanich przewoźników, były za to biura podróży, które za bilety lotnicze do Dublina (z przesiadka w Kopenhadze, bo bezpośrednich połączeń nie było) kasowały tyle, że na podróż musiała się złożyć rodzina, znajomi i pani z pobliskiego kiosku „Ruchu”.

Bilet powrotny był tańszy niż bilet w jedna stronę, plus i tak byłam przekonana, że po miesiącu pracy na irlandzkiej ziemi zostanę deportowana do ojczyzny, primo za głupotę ogólną, secundo za nieznajomość języka.

Z językiem było śmiesznie, bo pierwsze trzy dni po przyjściu do pracy siedziałam z kolesiem, który mnie szkolił i zastanawiałam się w jakim języku on do mnie przemawia.

Nie, najpierw była rozmowa kwalifikacyjna, przeprowadzona przez telefon, który to telefon odebrałam jadąc tramwajem w Poznaniu. Na Kórnickiej konkretnie ten telefon zadzwonił. Przy AWF-ie. W roku 2000, rozmawianie po angielsku przez telefon komórkowy w środkach komunikacji masowej nie zaliczało się do kanonu czynności uznawanych za społeczną normę (odwracał i gapił się cały tramwaj że o, pa, ma komórkę), więc spanikowana, kangurzym skokiem przemieściłam się z wagonu na trotuar i wyjąkałam ze I TO BE HOME 30 MINUTES CALL LATER.

I rozłączyłam się przekonana, że właśnie pogrzebałam swoją szansę kariery na arenie międzynarodowej.

Telefon jednak zadzwonił ponownie, a ja byłam o tyle przygotowana (wiedziałam wcześniej że interview telefoniczne nastąpi, nie wiedziałam tylko kiedy), że miałam w domu kartki z tym co powinnam temu komuś tam naopowiadać, żeby mnie zatrudnił. Więc jak się już dorwałam do tych kartek, to jakoś poszło. Albo oni byli bardzo zdesperowani albo ja świetnie oszukiwałam.

Potem przyleciałam, przyprowadzono mnie do office’u, posadzono z Peterem i heja.

Peter nie był za bardzo zainteresowany tym, że przedtem nigdy a) nie pracowałam za granicą b) nie pracowałam w finansach c) smartfony z łatwo dostępnymi translatorami jeszcze nie istnieją, Peter mówił do mnie tak, jakbym była Irlandką z dziada pradziada, a ja kiwałam nóżką i podziwiałam wykładzinę i widok za oknem, bo nic a nic, z tego co do mnie mówi, nie rozumiałam.

Po trzech dniach zaczęłam łapać poszczególne słowa i kojarzyć je z podtykanymi mi pod nos dokumentami, no i jakoś poszło, aczkolwiek tubylców nie rozumiałam przez kolejne 6 miesięcy i naprawdę nie ogarniałam jak to możliwe skoro maturę z angielskiego napisałam na szóstkę (musiałam oszukiwać, prawda?!)

I potem tak było z wszystkim – nowy zakres obowiązków? nieeee, ja sobie na pewno nie poradzę, fajne notki na bloga? – eeee, może jedna mi się kiedyś w 2003 udała i od tego czasu wszyscy żyją w błędnym przekonaniu ze jestę pisarko, artykuły do gazety w Nowym Jorku, boże za chwilę ktoś odkryje że tak naprawdę jestem analfabetką, która nie zna zasad interpunkcji.

Uwierzcie mi, że pisząc każdą jedną notkę i udostępniając ją na blogu opuszczam, z sercem na ramieniu, swoją wygodną komfort zone, przekonana, że tak naprawdę to co piszę jest nudne, nie na temat i nikogo nie interesuje. I że bez sensu w ogóle i najlepiej jeśli jednak zamknę z powrotem bloga, zmienię pseudonim na Doda Elektroda i wyprowadzę się z Irlandii do Rejkiaviku, gdzie nikt mnie nie zna.

 img.php

Do tego wszystkiego doszły dzieci więc zakres niekompetencji się powiększył. Nie szkodzi że mam trójkę, w tym bliźniaki, level pro osiąga się dopiero od dziesiątki w górę, względnie po dwóch setach trojaczków, więc co ja mogę wiedzieć. Na etapie dzieci zaczęłam zazdrościć tatusiowi Świnki Peppy, który był ekspertem od wszystkiego. Właśnie. Bo mężczyźni jakoś tego syndromu nie mają.  Nie zastanawiają się czy będą się nadawali na oferowane im stanowiska, czy mają potrzebne doświadczenie do tego żeby ogarnąć większy zakres obowiązków. Tatuś Świnka nie miał nigdy cienia wątpliwości, że zna się na wszystkim. Czemu tak jest. Matka drży czy szczepić czy nie szczepić, czy niekarmienie piersią sprawi, że będzie gorszą matką, a dziecko zdurnieje, matka kwestionuje prawie każdą ważną decyzję jaką podejmuje w sprawie przyszłości swojego dziecka, a ojciec co? Podrzuca oseska pod sufit aż ten zanosi się śmiechem (matka nie podrzuci bo przecież CO JEŚLI AKURAT TEN JEDEN RAZ NA MILION OSESEK SPADNIE I SKRĘCI KARK).

Jestem matką 3 córek, co samo w sobie jest cudowne, ale zastanawiam się czasem jaki los je czeka i czy nie byłoby im łatwiej, gdyby urodziły się chłopcami. Czy świat przez kolejne 10-15 ogarnie się na tyle że kobiety zaczną w siebie wierzyć w stopniu, który umożliwi im stawienie czoła męskiej dominacji w świecie sukcesu zawodowego? Czy moje powtarzanie im w kółko że mogą WSZYSTKO wystarczy? Czy przekonywanie, że nie muszą być perfekcyjne pozwoli im wieść życie pozbawione poczucia winy i tego, że oszukują siebie i cały świat? Czy w końcu – bedą wystarczajaco dobre – żeby być przekonane, że są NAJLEPSZE?

*”Włącz się do gry” Sheryl Sandbag

18 myśli w temacie “Syndrom oszusta

  1. Kobieto, cudowne to jest! Choć akurat ja czytałam kiedyś, że mężczyźni też to mają. Tylko udają jeszcze lepiej, bo przecież oni muszą być silni i w 100% kompetentni…

    Polubienie

  2. Wow. Trafiłam tutaj 1 raz i jestem mile zaskoczona lekkością pióra. Czyta się na prawdę przyjemnie, a do tego treść w sedno.
    Dziękuje 🙂

    Polubienie

  3. TAK, mowienie, ze moga wszystko – to bezcenne podloze na ktorym przyjma sie najpiekniejsze marzenia i cele.
    To napisalam ja, wychowana w takim wlasnie przekonaniu, plus „chciec, to moc”.
    I nie jest to czcze gadanie, gdyz mam przyklady (z mojego zycia).
    Idz ta droga Sis, beda z Twoich corek wspaniale kobiety.

    Polubienie

  4. matko! codziennie jak rozmiawiam z tyloma madrymi ludziskami to se mysle „OMG if he/she only knew how little I know…” a moze dla nich to tez przykrywka…;-)))

    pozdr
    m

    Polubienie

  5. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z przyjaciółką, że któregoś dnia do naszych biur wejdzie jakiś człowiek i powie: proszę wstać. odkryliśmy, że jest pani debilem. proszę opuścić budynek. dziękuję.
    Dobrze o tym napisała w swoim pierwszym felietonie dla Tygodnika Powszechnego Anna Dziewit-Meller https://www.tygodnikpowszechny.pl/w-pulapce-kompetencji-146560
    Też mi się wydaje, że facetom się ten syndrom po prostu nie włącza, dlatego bez poczucia obciachu walczą o wyższe stanowiska i zarobki – no przecież są ekspertami we wszystkim i kto, jeśli nie oni.

    Polubienie

  6. Oj, jakim ja jestem oszustem… Nie szkodzi, że przyjęli mnie do pracy („na pewno tylko po znajomości, kuzynka mnie poleciła, to się ulitowali nad biednym beztalenciem i przygarnęli”), nie szkodzi, że po 1,5 miesiąca, bez dużego przygotowania skutecznie buduję od podstaw sprawy administracyjne, nie szkodzi, że dostarczam teksty marketingowe w max 2 godziny, a mojemu poprzednikowi zajmowało to 2 tygodnie.
    Nie, zaraz mnie ktoś przejrzy i wywali na zbity pysk, bo tak naprawdę to ja się na niczym nie znam, jestem beznadziejna i niczego nie osiągnę.

    Polubienie

  7. „Możesz wszystko” pomaga, ale nie eliminuje. Wiem po sobie. Najważniejszy jest szczery feedback (a nie, tak jak wspomnialas, na 6 umie tylko Bóg) ale też uświadomienie sobie, co się dzieje. Fakt, że tyle innych osób ma to samo. Wszyscy oszukujemy 😉 tak samo jak człowieka przerażają te impulsywne myśli stojąc wysoko – żeby skoczyć, albo jadąc autem – żeby wjechać do rowu. A później okazuje się, że ogrom ludzi tak czasem ma. I od razu jest łatwiej 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s