Pierwsze kroki na Wyspie

Poniższy tekst ukazał się w numerze 420 (29/09/2007) dodatku „Weekend” do ilustrowanego magazynu „Nowy Dziennik” (polskojęzycznej gazety wydawanej w Nowym Jorku, oh yeah 😉 )

Część 1

„Przez początkowe tygodnie pobytu na Wyspie, mieszkałam u tzw „rodziny”. Oj pociesznie było, naprawdę.

Rodzinę stanowili babcia z dziadkiem, ale tacy dość wyluzowani i nastawieni imprezowo bo na przykład wracali lekko zawiani do domu, nad ranem, trzy godziny po tym jak ja wracałam wstawiona w środku nocy i przypadkowo włączałam alarm, którego wycie budziło pół ulicy, bo nie pamiętałam kodu, który by go wyłączał i który należało wklepać w ciągu 20 sekund. W nocy. W ciemnościach. Po pięciu Guinnessach. Pięć losowo wybranych cyfr. Jasne. (…)

Miałam ja ci u nich swój mały pokoik z niebieskimi ścianami oraz łazieneczkę, w której po raz pierwszy odkryłam rozkosze mycia głowy pod dwoma kranami, gdzie z jednego leciał wrzątek, a z drugiego lód. Dziadek gotował niesamowitego łososia w sosie cebulowym, którego różowe i soczyste kawały śnią mi się po dziś dzień, a babcia wybywała na całe niedziele grać w golfa, względnie na barbekju do koleżanek.

Nie, teraz jak o tym myśle to babcia i dziadek są złym określeniem. To byli dama i lord.

Najfajniej było, jak kiedyś do damy i lorda przyjechał w odwiedziny ich syn z Hameryki. Wyszłam któregoś dnia o poranku z pokoju, dość skąpo przyodziana, niczym mickiewiczowska Zosia w samym desu, i trafiłam na hamerykańskiego syna, który siedział na toalecie przy drzwiach na oścież otwartych i niefrasobliwie czytał książkę. Na jego przyjazne i niczym nie skrępowane „HI, HOW ARE YOU” zareagowałam zaściankowym popłochem i spłoniona uciekłam do sypialni (zasłaniając dłonią pierś łabędzią), gdzie postanowiłam zagrożenie przeczekać.

Wychodząc potem do pracy i udając, ze incydent przytrafił się mojej siostrze bliźniaczce, spotkałam go ponownie, pijącego piwo na werandzie (o godzinie 8:50!!!).

„TAKE IT EASY, BABY” powiedział na mój widok, na co szybko uciekłam, bo niewinna natenczas jeszcze byłam i grubiańskie zaczepki obcych mężczyzn z akcentem hamerykańskim peszyły mnie i konfudowały.

Po trzech miesiącach w grodzie Świętego Patryka niewinność całą zatraciłam i autorytatywnie stwierdziłam, że nie po to uciekłam od jednej rodziny w Polsce, by wpaść w szpony kolejnej, obojętnie jak arystokratycznej. Zainagurowałam zatem działalność zmierzającą do znalezienia własnego kąta, co okazało się czynnością w swej istocie nadzwyczaj pouczającą.

Poszukiwania mieszkania należało rozpocząć od jak najwcześniejszego nabycia drogą kupna właściwej gazety (nie był internetów do pomocy, oj nie było) oraz jak najwcześniejszego dodzwonienia się do potencjalnego landlorda i umówienia się na tzw viewing, czyli osobistą wizję lokalną. Pośpiech bywał elementem bardzo wskazanym, gdyż oferty wynajmu, szczególnie w atrakcyjnych lokalizacjach, były czasem aktualne zaledwie po parę godzin.

Kolejny etap, czyli oglądanie mieszkania, mniej odpornym i początkującym w temacie osobnikom, jeżył włos na głowie, a tym bardziej doświadczonym – którzy niejedno już w swej karierze widzieli – dawał surrealistyczne wrażenie pobytu na planie cyrku Monthy Pytona.

Jeden landlord poczęstował mnie wódką własnej roboty, obiecał że zostawi w łóżku własną pościel oraz prosił żeby nie zwracać uwagi na pozrywaną i zwisającą ze ścian tapetę, bo on miał kota i to dlatego. Inny powiedział, że mogę u niego zamieszkać, ale bez dzieci. Jeszcze inny stwierdził, że telefonu to w mieszkaniu nie ma, ale jest na korytarzu i że możemy se przecież pociągnąć kabel i o co nam chodzi. I że po co mi w ogóle stacjonarny telefon w domu, w czasach kiedy wszyscy mają komórki. I że aby świeciło się światło to trzeba do skrzynki na korytarzu wrzucać monety 2 euro i jak się ich dużo wrzuci, to światło może nie zgaśnie przez 3 godziny. Raz poszłam obejrzeć mieszkanie gdzie w sypialni, obok łóżka, stała kabina prysznicowa. Na moje niepewne pytanie czy to jest łazienka usłyszałam, że TO jest prysznic, a łazienka jest piętro niżej.

W innym znów mieszkaniu obok kuchenki elektrycznej znajdowała się toaleta. Za taką zasłonką prysznicową w kwiatki. Znalazłam to rozwiązanie wyjątkowo nowatorskim i czasooszczędnym – bliskość obydwu urządzeń umożliwiała symultaniczne siedzenie na kiblu i na przykład mieszanie zupy. (…) Gdzie indziej pomieszczenie opisane w ogłoszeniu jako sypialnia było komórką na węgiel z łóżkiem przylegającym do trzech ścian oraz 15 cm paskiem wolnej podłogi między czwartą krawędzią łóżka, a drzwiami sypialni. Itd, itp.

Warto dodać, że ceny, których żądano za te cudowne przybytki zwalały z nóg i pozwalały mniemać, że to co się ogląda jest wyłącznie fatamorganą, gdyż tak naprawdę człowiek bierze w posiadanie co najmniej połowę Buckingham Palace”

CDN

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s