„Ciotka Zgryzotka”

Skończyłam najnowszą Musierowicz i – niestety – nie jest dobrze, chociaż książka przez wiele, wiele stron dawała złudne poczucie powrotu do czasów, chociażby – zadziornej Pulpecji czy niepokornej Kreski. I naprawdę usiłowałam sobie wyobrazić, że znowu jestem nastolatką, której nikt nie rozumie – ani świat ani szkoła ani zwichrowana rodzina. Niestety. Pani Musierowicz przez 2/3 książki skupia się na pierdołach, opisach, remontach (co ona z tymi remontami, naprawdę), długich i nudnych listach, które siostry Borejko piszą do siebie kilka razy dziennie (każda ma pracę, rodzinę, dzieci, starszych rodziców na karku, ale nadal mają czas na codzienne wielostronicowe maile, podczas gdy my z Pierwszą Żoną ledwo dajemy radę wymienić max 3 message na fejsie na tydzień), a potem nagle wszystkie wydarzenia walą się jedno za drugim, w szalonym tempie, ślub, narodziny, przeprowadzki oraz – co mnie dobiło – cała, caluteńka przyszłość głównej bohaterki zostaje nagle opisana w szesnastu przedostatnich linijkach tekstu i czytelnik zostaje z rozdziawioną gębą, kompletnie nie wiedząc co zrobić z resztą swojego życia. 

Nie wiem dlaczego autorka uparła się upchnąć w książce wszystkich dotychczasowych bohaterów (na ślubie Józinka – przy czym przyjeżdża tam Bebe Bittner z Damazym Kordiałkiem, a brata Ignacego z żoną Felą – czyli najbliższej rodziny  – brak!) Po co. Co było nie tak z akcją koncentrującą się na głównej bohaterce i pozostałych postaciach zepchniętych na dalszy plan, bądź wręcz nieobecnych. To co mnie skłoniło ostatecznie do zakupu książki (czyli że to najdłuższa jak dotąd część Jeżycjady – nie lubię krótkich książek) okazało się na końcu nie do wytrzymania, ostatnie strony przelatywałam zaledwie wzrokiem żeby już jak najszybciej skończyć. 

Stary Ignacy Borejko jest niestrawny i absolutnie nie do wytrzymania. Nigdy nie był moim faworytem – wymądrzająca się i bezużyteczna, pożal się boże, „głowa rodziny”, ale w tej części nie da się go ścierpieć. Wstrzymałam pod koniec książki oddech – że a nuż, a nuż się w końcu uda i dziada się pozbędziemy – ale nie, niestety, jeszcze nie tym razem. 

30708207_252078178668501_998028748936708096_n

Problem macierzyństwa – tu mnie pani Małgorzata solidnie rozzłościła. Przełknęłam jeszcze jakoś manifest, że urodzić dziecko to nawiązać uniwersalną łączność z bogiem (facepalm, ale niech każdy wierzy w to, co ułatwia mu życie – nic mi do tego). Ale porada dla zdradzającej objawy baby bluesa Agnieszki „wyłącz strach, włącz miłość” zostawiła mnie w stuporze. To to jest takie proste, a ja tego nie wiedziałam? Od 11 lat umieram ze strachu o zdrowie i losy swoich dzieci, intuicja często nie podpowiada mi nic, albo podpowiada kompletne bzdury, zwodzi na manowce, a wystarczyło po prostu „włączyć miłość”? Jako matka, która następnego dnia po urodzeniu swojego pierwszego dziecka nie czuła nic oprócz chęci cofnięcia czasu i odwrócenia tego, co się stało, poczułam się słabo. Tak, wiem, że to książka dla nastolatek, ale – no właśnie – autorka musi to przecież wiedzieć, że każdą jej kolejną książkę czytają i 20 i 30 i 45 latki, wszystkie te kobiety, które przez dekady wychowywały się na przygodach Kłamczuchy, Idusi i Genowefy Pompke. Dało się przecież ten problem – z innej, mniej bezpośredniej strony – ugryźć w „Opium w rosole”. Mama Geniusi nie dawała rady macierzyństwu i w bardzo przejmujący sposób widać to było na każdej stronie książki. Właśnie. Nikt już z bohaterów Jeżycjady nie choruje. Nikt nie umiera (no ok, jedna z postaci odeszła), nikt nie leży w szpitalu. Nikt nie ma depresji, a jeśli ma, to znika ona jak sen złoty od ogólnych i oklepanych stwierdzeń, iż wszystko będzie dobrze lub namolnie cytowanych w kółko taoistycznych przypowiastek i cytatów z nieśmiertelnego dla autorki De Mello. 

To co Musierowicz zrobiła z Poznaniem – swoim, moim i całego cyklu – miastem, złamało mi serce. Jak można. Dlaczego. Rozumiem, że w starszym wieku miasto zaczyna męczyć i wkurwiać, ale po co od razu je masakrować, przechodzić z uwielbienia i apoteozy do emanującej z każdego zdania niechęci i irytacji.  Przecież właśnie po to też ciągle czytam Jeżycjadę – żeby przenieść się choćby na te kilka godzin z Dublina do Poznania. 

Jedzenie. Jprdle. Co to było. Wcale niesubtelne aluzje do odchudzania. Prawie wszyscy bohaterowie odżywiają się zdrowo, a ci co wpierdalają masło i smażone rzeczy są piętnowani. Każdy ma misę z warzywami i owocami w kuchni. Masło, co ona z tym masłem? Jakaś paranoja. Autorka zapomniała jak Kreska z Geniusią smażyły tłuste małdrzyki? O zupie ziemniaczanej (z torebki!) „Floryda” też zapomniała?

Do tego – przy całej promieniującej z książki obsesji do zdrowego trybu życia – o regularnym wysiłku fizycznym ani słowa, a dwie uprawiające sport drugoplanowe postacie (joggerka i instruktorka zumby) – przedstawione są jako antypatyczne hetery. 

Są fajne rzeczy też, są. Gadający gwarą poznańską pan Chrobot rozśmieszał mnie za każdym razem. Norę – główną bohaterkę – do pewnego momentu też bardzo dawało się lubić. Opisy przyrody, jesiennego, polskiego września wywołały we mnie nostalgię… gdzieś tam, ogólny klimat, cała musierowiczowość się ostała, ale już nie emanuje ciepłem, tylko wywołuje irytację i zniechęcenie. Jest jak lukier, który przy każdym kolejnym kęsie robi się za słodki i nie do przełknięcia. Powiecie – zestarzałaś się, sistermoon, to wkurzają cię książki dla małolat. Ale to przecież nie jest książka dla współczesnej nastolatki. To książka dla nas – zmęczonych, zapracowanych, ale wciąż mimo upływu lat spragnionych ESD matek, kobiet i dziewczyn, pokolenia lat 80tych i 90tych, które chciałoby chociaż na chwilę wrócić do tamtych lat i mieć raz jeszcze naście lat, choćby tylko na czas czytania kolejnej części Jeżycjady…

Gad

Jestem osobą, która od lat boryka się z problemem anxiety, w angielskim jest nawet bardzo adekwatny skrót GAD oznaczający Generalized Anxiety Disorder. Każdy ma swojego GADA, co go gryzie, proszę. Mój Gad sprawia, że przejmuję się wszystkim, każdą pierdołą, zwykłe życiowe perturbacje wywołują u mnie strachy wcale nie na lachy i lęki, które paraliżują oraz bardzo utrudniają codzienne funkcjonowanie. W miarę upływu lat trochę nauczyłam się z Gadem postępować, wiem że przesadza, że ma skłonności do bycia drama queen, nie przepada za kawą i alkoholem oraz spierdala gdzie popadnie, gdy tylko zabieram się za jakąkolwiek aktywność fizyczną, w związku z czym zniechęca mnie do jej wykonywania, tak jak potrafi. Gdy idę do pracy zawodowej, Gad się bardzo nudzi i najczęściej zasypia, najbardziej lubi godziny późnowieczorne, a szczególnie te tuż przed pójściem spać. Gad, niczym rasowa wróżka, potrafi przewidzieć negatywne skutki absolutnie wszystkiego oraz ma kilka Oskarów w kategorii najbardziej absurdalny scenariusz (oryginalny i adaptowany).

Przez lata poczyniłam wiele wysiłków, żeby nawet nie tyle aby Gada się pozbyć, co uczynić koegzystencję z nim w miarę znośną. Bo nie można już z czymś walczyć, nie nie, walka wykańcza i odbiera siły, przeciwności należy nauczyć się akceptować, a takiego Gada w ogóle to powinnam pokochać i najlepiej wyhaftować mu poduszeczkę z inicjałami, żeby dobrze się u mnie czuł i czynił jak najmniej spustoszenia. Problemów z tym podejściem jest kilka. Gad np nie lubi kawy i alkoholu, więc najlepiej powinnam je odstawić. Fajnie, ale co ze mną. JA LUBIĘ KAWĘ I WINO. I co teraz. To tak jakby długofalowo mieć gości (co samo w sobie jest wkurwiające), którzy nie lubią tego co my. To jak teściowa, która krytykuje każde nasze danie, metody wychowawcze, ulubione programy w TV oraz podarte dżinsy. Mam odstawić tę kawę i alkohol ale na ile – na tydzień? Miesiąc? Resztę życia? To co mi po tym życiu, powiedzcie. Skoro mam zacząć lubić to, co lubi Gad, a nie to co mnie sprawia przyjemność.

images-1

Następne zalecenia mówią, iż należy kochać swoje życie takim, jakie jest. Przestać się zamartwiać, gdyż alebowiem zamartwianie się tylko karmi Gada i sprawia, że rośnie w siłę. No fajnie. Tylko to znowu tak jakby mówić: MUSISZ ZJEŚĆ BROKUŁY, BO SĄ ZDROWE I LEPSZE NIŻ CZIPSY, KTÓRE UWIELBIASZ. Każdy mówi: musisz zjeść te brokuły, musisz odstawić czipsy, ale nikt już nie powie JAK. Nikt nie opisze procesu. Nie stworzy manuala: ugotuj te brokuły, pokrój je nożem na kawałki, nabij kawałek na widelec, dodaj kawałek kotlecika albo ziemniaczka, polej sosikiem i zjedz. Zrób sobie do nich tartą bułeczkę usmażoną na masełku. Przecież, na boga, nikt ci nie każe żreć tego brokuła żywcem, bez ugotowania wgryzając się desperacko w jego soczystą zieleń. Ale tak właśnie brzmią dla mnie ogólnodostępne rady: przestań się zamartwiać bo nic nie zmienisz, nie myśl negatywnie, pokochaj swoje życie takim, jakie jest. Moje strachy to moje czipsy, są niezdrowe, ale lubię je chrupać, chrupanie paradoksalnie mnie uspokaja.

Zazdroszczę ludziom, którzy twierdzą, że kochają życie i nauczyli się oswajać swoje lęki poprzez ich akceptację. Ja nie umiem. Mnie życie przeraża. Dorastanie moich córek mnie przeraża. Dziecko się rodzi, człowiek jest przerażony, że je upuści na kafelki albo niechcący powykręca mu rączki i nóżki. Kafelki to pikuś, uwierzcie mi. Im dziewczyny są starsze, tym jest gorzej. Poza poradą aby oswoić swoje strachy, kochać życie, nie przejmować się wszystkim, nie ma tak naprawdę nic konstruktywnego. Jest CO, ale bez JAK. Żyj chwilą. Jak, na boga? Mam kasę odłożoną na nowy samochód wydać na wycieczkę na Malediwy? Przecież dokładnie tak bym postąpiła, gdybym miało nie być jutra. Ale jutro się obudzę (bardzo optymistycznie tak zakładam, mimo że zdrowy jak ryba sąsiad się nie obudził – gadałam z jego rodziną) i nadal będę potrzebowała nowego samochodu. Albo nowej pralki. Zmywarki. Czegokolwiek. Co szkoła na to, że nagle pojechaliśmy z dnia na dzień w pizdu na Malediwy? Co na to mój pracodawca? Hm?

Rzuć nudną pracę, która cię dołuje i uczyń hobby swoją pracą. Fajnie, ale co z kredytem? Czy bank poczeka aż: a) znajdę przynoszące dochód hobby b) rozwinę to hobby do poziomu, w którym zastąpi mi dzisiejszy miesięczny, regularny dochód? Czy bank w miesiącach, które dochodu przynosić nie będą, zgodzi się umarzać miesięczne raty? Bo jak nie, to wątpię aby taka zmiana przyniosła oczekiwane efekty. Aby uśpiła Gada. Łatwo jest gadać i doradzać. Łatwo jest rzucać ogólnikami, jakby się żyło w bańce, bez żadnych zobowiązań. Ze wszystkich o kant dupy porad najlepsza jest chyba ta, żeby sobie odpuścić. Boisz się? Hej, patrz, ja też. Wszystkiego. Że dzieci mi zachorują, a mąż nagle umrze (sąsiad był zdrowy, przypominam).  Że ktoś ich skrzywdzi. Że zabraknie nam w jakimś kluczowym momencie pieniędzy. Że stracimy mieszkanie. Pracę. Że któregoś dnia się obudzę i żadnej zmarszczki nie będzie się dało w żadne sposób ukryć. Jedyne co przynosi ulgę to wyrzucanie tego na zewnątrz. Słuchanie, że ktoś inny też tak ma. Że też się boi, ale udaje dzielnego. Że moje lęki nie są wydumane i z dupy. Może nie kocham jakoś przesadnie życia, bo mnie przeraża, ale lubię, naprawdę lubię samą siebie. Z Gadem i bez Gada. Taka jestem. Nie radzę sobie, ale chcę dalej próbować. I chcę się napić kawy albo wina bez wyrzutów sumienia.

Więc jakby co, to pamiętaj – nie jesteś sama ❤

Aleluja

We wtorek umarł mój sąsiad. Po prostu wziął i umarł. Nie był przewlekle chory, nie miał raka, nie wpadł pod samochód. W poniedziałek powiedziałam mu haj pod windą, w środę pod domem stały policja, karetka i straż pożarna. Facet może w okolicach 50-tki, szczupły, wysportowany. Został pod nim zaparkowany pod blokiem samochód i cała seria zdjęć na fejsie – z maratonów i biegów przełajowych po dublińskich górach Wicklow. Gościu, którego najczęściej widziałam albo z rakietą do tenisa, albo z torbą na siłownię w ręku. Nie ma go. Gone. Bum.

Cała moja misternie tworzona teoria, że siedźmy w domu, nie wychylajmy się to nie wpadniemy pod samochód, nikt nas nie napadnie ani nie spadnie nam cegła na łeb – zawaliła się. W ogóle chyba runął cały mój bufor bezpieczeństwa, że jeśli tylko będę o siebie dbać to – jak dobrze serwisowane auto – zajadę może troche dalej niż inni. Akurat.

Naprawdę duży smutek, że to wszystko może się skończyć w ciągu jednej chwili, kompletnie bez sensu. Po co ćwiczyć, po co żreć ten jarmuż, po co odmawiać sobie wina. Mamo czy my też tak umrzemy? – pytają strwożone dziatki. Nie, no co wy. Ale w nocy krążę i słucham jak oddychają, a w dzień przeprowadzam krótki crash course przypominający co robić gdyby tatusiowi nagle coś się stało, a mamusia była w pracy. Sąsiad mieszkał sam. Może gdyby był z kimś to dałoby się go uratować? Smutno.

images

Dziś w Irlandii Good Friday i wolne. Wolne to ja mam jeszcze 11 dni bo po Wielkanocy wzięłam sobie urlop. No i dobrze. Pojechaliśmy do polskiej hurtowni po zakupy świąteczne, a tam bitwa pod Racławicami. Naród polski spragniony wielkanocnej wyżerki wyrywa sobie białą kiełbasę i wózkami tarasuje dostęp do zakwasu na żurek. Wszyscy się kłębią wokół babki i mazurków, wszyscy – oprócz PM, który znalazł sobie w zamrażalniku drugą połowę bożonarodzeniowego makowca i zadowolony z siebie, nie uczestniczy w zbiorowej histerii. W Lidlu i Aldim za to pełen luz, nikt nie biega z obłędem w oczach oraz nie wywozi potrójnie wyładowanych jedzeniem wózków, bo Wielkanoc w Irlandii to zaledwie długi weekend, bez koszyczków, wielkanocnych śniadań, uroczystych obiadów i świętowania polegającego na zajadaniu się kopami jaj, obkładania kilogramami wędlin oraz umieszczania białej parzonej w rodzinnym herbie.

Polska reprezentacja wróciła do gry, ale samaniewiem. Jakby ktoś miał zapas xanaxu albo valium żeby mi podesłać przed Mistrzostwami Świata to chętnie skorzystam – obawiam się, że same wściekłe psy na to co nasi reprezentanci, nasi ułani, husaria nasza i duma narodowa odstawia na boisku, mogą nie wystarczyć.

Próbujemy zmienić auto i to jakiś koszmar jest. Czy ktoś jeszcze zarządza trójką dzieci i jeździ czymś na benzynę, w czym siedzące pośrodku dziecko nie narzeka non stop, że jest zaduszane przez rodzeństwo? Oraz gdzie w bagażniku zmieszczą się 4 duże torby z Lidla, walizki plus klatka z kotem. Bo ja nie umiem znaleźć nic, a to co znajduję albo nie mieści się w moim budżecie albo wygląda jak polonez.

Musierowicz jednak kupiłam, jak przeczytam nie omieszkam się wypowiedzieć. Coś bym obejrzała przez te 11 dni, ale nie wiem co bo seriali na Netflixie przybywa w tempie, w którym – żeby nadążyć – musiałabym przejść na emeryturę pojutrze. Grey’s Anatomy za to, mimo ochnastego sezonu nadal jest dobre. We wtorek ostatecznie farbuję się na różowo, bo skoro nic nie może wiecznie trwać to przynajmniej będę miała kolor włosów pasujący do butów i torebki.

Alebowiem owszem, w wieku przedmenopauzalnym nagle pokochałam majtkowy róż i w dupie to mam.

Wesołych Świat 🙂

Time

Artykuł, który ostatnio czytałam, natchnął mnie do policzenia iloma godzinami na dobę powinna dysponować kobieta, żona, matka, żeby wszystko ogarnąć – w idealnym świecie, w którym wszystkie miałybyśmy poczucie spełnienia i zadowalającego ogarnięcia kuwety.

W tym idealnym świecie – i na tym właśnie polega cały problem – chciałabym codziennie mieć czas na wszystko, bez konieczności dokonywania wyborów – czy poczytać, czy poprzeglądać fejsa, czy obejrzeć odcinek serialu czy mecz z lewym. W praktyce jest tak, że jak mecz się skończy to zostaje mi 20 minut do pójścia spać, żeby wyrobić się z przespanymi min 6 godzinami. Do dupy. Nie wspominam już o wszystkich rozpoczętych aktywnościach, w trakcie których – wykończona – beztrosko zasypiam, po czym jest 2 godziny później, a ja nic nie obejrzałam, nie przeczytałam ani się nie nauczyłam. Do dupy 2.

Zatem podliczmy:

  • Sen – min 6 godzin. Ja jestem wyspana dopiero po 7, ale dobra, niech będzie to sześć. Mniej niż sześć nie wchodzi w rachubę
  • Dojazd do pracy – 2 godziny na dobę. Teoretycznie to czas stracony, ale w praktyce w porannych pociągach przeczytałam przez te wszystkie lata dojeżdżania setki książek, a w popołudniowych ucinam sobie swoje power naps
  • Praca – 8 godzin z 1h na lunch
  • Ćwiczenia – 1 godzina dziennie – (łącznie z prysznicem po skończonej sesji)
  • Pomaganie dzieciom w zadaniu domowym – tego akurat nie robimy, ale powiedzmy 20 min dziennie na dziecko (taki limit mają dzieci w irlandzkiej szkole podstawowej. Jeśli robienie zadania się przeciąga, mają je odłożyć i iść się bawić) – w sumie 1h na dobę
  • Quality time z dziećmi – przyjmijmy pół godziny na każdą córkę, w sumie 1,5h dziennie
  • Sprzątanie – nie żadne generalne porządki przedświąteczne, ale ogarnięcie wszystkiego choćby po łebkach – przy moich BARDZO, ale to BARDZO zaniżonych już standardach – 0,5h dziennie
  • Hobby – jakiekolwiek – czytanie, słuchanie muzyki, szydełkowanie, medytacja, cokolwiek – 1h dziennie
  • Internet – 1h dziennie
  • Netfliix/ TV – 1h dziennie
  • Czas przeznaczony na samorozwój – kursy, studia, poszerzanie wiedzy – 1h dziennie

UWAGA. TUTAJ KOŃCZY NAM SIĘ DOBA, A MY JESZCZE NAWET OBIADU NIE ZJADŁYŚMY.

Stress Mother Running Late With Kids

  • Interakcje z przyjaciółmi, bądź z ludźmi którzy nie są naszą rodziną albo współpracownikami – 0,5h dziennie
  • Spacer na świeżym powietrzu – 1h dziennie
  • Gotowanie plus jedzenie – 1,5h dziennie
  • Zabiegi upiększające – makijaż, wizyta u kosmetyczki, fryzjer, paznokcie, chociażby maseczka na ryju – 0,5h dziennie
  • Zakupy – 1h dziennie
  • Zajęcia pozalekcyjne dzieci plus dowóz – 1h dziennie (nie codziennie, ale powiedzmy uśredniając)
  • Czas z rodziną – 1h
  • Załatwianie „spraw” – lekarz, dentysta hydraulik, bank, wypełnianie PITów – 0,5h dziennie
  • Gapienie się w ścianę/ zaduma nad życiem i upływającym czasem – 0,5h
  • Odpoczynek (na samym końcu, wiem) – 1h dziennie

Z powyższego, już wychodzi 32.5h. Na pewno o czymś zapomniałam, więc mi napiszcie, zaktualizuję listę.

Ale wnioski nie są trudne do wyciągnięcia. Nie ma czasu. Na nic. Albo rzucę pracę albo przestanę spać. W każdym innym wypadku będzie mnie męczyć poczucie, że o czymś zapomniałam, nie zdążyłam albo nie dopilnowałam. Co robi to poczucie na SAMOpoczucie pisać nie muszę. Naprawdę na usta pcha się KOMUNO WRÓĆ. Odpadał internet, seriale oraz tysiąc pińcet kanałów TV. Odpadały zakupy, bo był tylko ocet. W kolejkach człowiek nawiązywał kontakty międzyludzkie. Z pracy wychodziło się o 15. Z samorozwoju były kursy szydełkowania i robienia pasty twarogowej. Dzieci same odrabiały zadanie domowe, a potem zwisały z trzepaka. Cały postęp technologiczny miał być po to, żeby ułatwić nam życie i żebyśmy mieli więcej czasu. Zajebiście się udało, naprawdę.

Czarna dupa

Drogi blogasku, przepraszam, że nie piszę, ale przechodzę obecnie etap czarnej dupy względnie nieustającego poczucia życiowej porażki, który objawia się następująco:

  • Wstaję rano i kiwam się nad lusterkiem niedowierzając, że wszystkie zabiegi kosmetyczne, którym się z nabożeństwem, po godzinach pracy poddaję, nie przynoszą efektów, a wręcz odwrotnie
  • Dojeżdżam na zakład, gdzie przez 7 godzin kiwam się przed monitorem, nie dowierzając, że po 17 latach na obczyźnie wciąż kiwam się przed monitorem, zamiast pić drinki na Mauritiusie
  • Dociera do mnie przerażająca prawda, że z dużym prawdopodobieństwem mogę się kiwać przed monitorem przez następne 21 lat, do emerytury
  • Rozpierdala mnie świadomość, że do emerytury zostało 21 lat, czyli raptem odrobinę więcej niż cały mój okres spędzony na emigracji względnie 17 mgnień wiosny
  • Przychodzę do domu, gdzie nie słucha mnie żadne dziecko. Żadne. Pojmuję, że absolutnie żadna metoda wychowawcza o której czytałam, słyszałam lub probowałam we wczesnej fazie radosnego macierzyństwa zastosować, nie przynosiła i nie przynosi żadnych rezultatów.
  • Również do mnie dociera, że najlepszą metodą na przeżycie macierzyństwa i zachowanie zdrowych zmysłów to udawanie, że mnie nie ma w domu

images

  • Zaczynam się godzić z tym, że skoro do tego życiowego momentu nie osiągnęłam nic spektakularnego, to szanse, że w następnej 40-latce coś się zmieni są niewielkie
  • Nie wiem co spektakularnego chciałabym osiągnąć
  • Nie cieszą mnie zbliżające się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej
  • Nie chce mi się gotować
  • Nie grzeje mi jeden grzejnik
  • Zepsuł mi się Fitbit i nie umiem znaleźć alternatywnego activity trackera, o którym wszyscy by nie pisali, że i tak się rozpada po ochnastu miesiącach
  • Bez Fitbita nie wiem jak spałam w nocy oraz ile kalorii spaliłam, co mnie wytrąca z równowagi
  • Nie mogę się napić bo po dwóch kieliszkach wina mam kaca przez trzy dni
  • Nie potrafię się pocieszyć zakupami bo nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji – świat oferuje za dużo produktów i zastanawiając się co chcę kupić, po kilku godzinach online shoppingu, zrezygnowana, dochodzę do wniosku, że jedyne co jest mi potrzebne to święty spokój, którego i tak nie ma na amazonie
  • Kot przespacerował mi się właśnie po klawiaturze kasując ostatnie trzy linijki tekstu
  • Dobija mnie, że jutro muszę iść do pracy. I pojutrze. I za tydzien, za miesiąc, za pół roku i za 19 lat
  • Nie słucha mnie żadne dziecko. To trochę tak jakby nie słuchała mnie np własna ręka albo noga.
  • Nie mam celu w życiu
  • Nie mam rozwijającego hobby
  • W sobotę ma być znowu śnieg, a grzejnik nie grzeje. Pan od grzejnika pisze, że będzie próbować go naprawić ZDALNIE, bo grzejnik jest fancy i można temperaturę ustawiać przez aplikację w telefonie. Co kurwa z tego, skoro ustawiona online temperatura nie ma nic wspólnego z temperaturą odczuwalną w mieszkaniu
  • Na temat prób zmiany samochodu nawet się nie będę wypowiadać, bo na chwilę obecną wolałabym mieć furmankę z koniem
  • Jest mi ogólnie smutno i nic mnie nie pociesza, nawet to, że inni mają tak samo albo gorzej
  • Chce mi się płakać, ale wtedy rozmazuje mi się korektor pod oczami i wyglądam na 58 lat
  • Nie potrafię ogarnąć całej logistyki domowo – pracowo – szkolnej. Po cholerę z tym walczyć, skoro i tak codziennie rano wraca się do punktu zero
  • Nie ma nawet śladu wiosny
  • Polacy nie weszli na K2, a Denis się obraził (i słusznie)
  • Dupa dupa dupa

Nanga Parbat

Nie wiem kiedy ostatni raz coś zrobiło na mnie tak wstrząsające wrażenie. Naprawdę szukam w zakamarkach pamięci i nie jestem w stanie przywołać żadnego wydarzenia, po którym, 2 dni później, na wspomnienie tego co zaszło – łzy same leciałyby mi z oczu (nie wykluczam, że był to np Wołodyjowski, który wysadził się w Kamieńcu albo Kmicic, który ukląkł i ucałował but Bogusława, żeby ocalić Sorokę).

Nie chcę się wdawać w żadne dyskusje o tym kto, gdzie i jak powinien się wspinać, jakim powinien dysponować sprzętem i ile pieniędzy na hipotetyczne helikoptery powinien  trzymać w skarpetach z gortexu, żeby się na to porywać. Mam wyrobione zdanie, ale przeżyte lata nauczyły mnie, że posiadanym na jakiś temat zdaniem niekoniecznie trzeba się od razu dzielić. Można zatrzymać coś dla siebie i człowiek mniej wtedy denerwuje siebie i innych.

Ale ten Bielecki z tym Urubką (Urubko wygląda dla mnie jak ruski Daniel Craig i nic nie na to nie poradzę). Co oni zrobili. Jak oni to zrobili. Jak człowiek może czegoś takiego dokonać. Jakim charakterem, hartem ducha, odwagą, ułańską fantazją, samozaparciem i sama nie wiem czym jeszcze trzeba dysponować, żeby w ciągu tych 30 godzin przenieść się z jednej góry pod drugą, nie bacząc na noc i temperaturę zacząć się w tym lodowym piekle wspinać, w połowie drogi jebnąć butle z tlenem, bo za ciężko, a na koniec, na widok uratowanej Francuzki beztrosko zakrzyknąć: „Elizabeth, nice to see you!!!”, tak jakby właśnie się ją spotkało w knajpie, po wyjściu z kumplami z pracy, na jednego.

1200px-Denis_Urubko

Nie wiem jak Wy, ale ja klękam. Bielecki i Urubko detronizują mi Lewego i Stocha bo, proszę Was, kopać piłkę albo skakać na nartach to potrafi KAŻDY, pfff. 5 goli w 9 minut, naprawdę co to za wyczyn, niech je Lewy strzeli przy temperaturze minus 45 oraz w świetle czołówki, nie widząc bramki i przeciwnika i wtedy pogadamy. Niech Stoch skacze z wyłączonym na skoczni oświetleniem. Proszę.

O himalaistach zdanie też mam wyrobione (i też się nim nie podzielę), o mojej nimi fascynacji już pisałam, książkę Bieleckiego czytałam, to co oni robią nie mieści mi się w głowie, bo ja jestem tchórzem, który miał serce w gardle przy samotnym, czterogodzinnym przejściu z przełęczy pod Kopą Kondracką na Kasprowy Wierch, a Orla Perć, którą samotnie przeszedł mój mąż przyprawiła mnie o palpitacje i zawał serca. Rok po niefortunnym wypadku na hulajnodze wciąż boję się tej hulajnogi dotknąć, a Bielecki ODAPDŁ od tej ściany, ale co tam – w ramach walki z demonami postanowił teraz wspiąć się na nią nocą. Luz.

Żoną himalaisty być bym nie mogła (za to PM – drugim Kukuczką – bardzo chętnie), ale to co się wydarzyło w weekend na Nanga Parbat paradoksalnie dostarczyło mi takiej dawki adrenaliny, energii, odwagi, wzruszenia, koktajl emocji tak silny, że dawno już nic mnie tak nie porozkładało. Nie będę ukrywać, że lubię to i że tego typu doświadczenia „chodzą” potem za mną miesiącami. Paradoksalnie moje nudne, poukładane, przewidywalne życie nabiera po czymś takim więcej sensu. Praktyczna wiedza, że – faktycznie – wystarczy bardzo chcieć, bardzo się uprzeć i się da. Że naprawdę można przenosić góry, rozdzielać morza, dokonywać niemożliwego. Można. To mi starcza oraz przynosi ulgę, że nie muszę już sama nic udowadniać.

88a19b29-1566-46e1-bde6-8890f169db81

Inna rzecz, że białej gorączki dostawałam od komentarzy grubą kreską oddzielających wolnych duchem pasjonatów, z niecodziennym hobby, od nudziarzy, którzy pracują od 8 do 5. Serio? Czy pasjonaci zdają sobie sprawę jak wyglądałoby ich życie, gdyby nudziarze rzucili w pizdu swoją robotę i poszli na Everest? Czy ogarniają, że nie wypłacili by ze swojego konta kasy na finansowanie swoich pasji (bo żaden nudny pracownik banku by jej nie zaksięgował), nie kupiliby w sklepach niezbędnego do jej realizowanie sprzętu (bo pracujące na 3 zmiany – pełne nudziarzy – fabryki by jej nie wyprodukowały), nie założyliby strony internetowej, nie skorzystaliby z crowfudningu (kto im wpłaca te pieniądze, no kto?) i jedyne co mogliby robić to dalej siedzieć i marzyć o swoich pasjach i o tym, jak bardzo są lepsi od zamkniętego w biurach i zakładach pracy przyziemnego pospólstwa, bez jakiejkolwiek – poza piwem i internetem – rozrywki?

(O, i gdyby nie pasjonaci, to Kolumb by nigdy nie odkrył Ameryki. Na czym Kolumb popłynął odkrywać nowe lądy? Wpław? Na zbudowanej własnoręcznie tratwie? Czy na okręcie poskładanym do kupy przez wyrobników?)

Chciałabym żeby był jeden guzik, którym dałoby się wyłączyć wszystkie komentarze – WSZĘDZIE. Albo żeby internet nie pozwalał na publikowanie durnych wypowiedzi pseudo ekspertów z każdego tematu  (choć wtedy istniałoby niebezpieczeństwo, że nie mogłabym już nigdy dodać notki na blogu, haha). Dyskusje pod doniesieniami spod Nanga Parbat każdorazowo psuła mi lektura towarzyszących jej komentarzy. Potem dałam sobie spokój. Nie warto. Ludzi nie naprawię, a jedyne co uzyskam, to to, że mój euforyczny nastrój pryśnie.

Bieleckiemu i Urubce dziękuję za wszystkie emocje i za to, że udowodnili, że nigdy nie wolno tracić nadziei, bo naprawdę nigdy nie wiadomo co przyniosą następne 24 godziny…

Byle do wiosny

Pamiętacie jak miałam dużo energii w listopadzie i grudniu i jak chciałam skakać i śpiewać?

No, to możecie odetchnąć – przeszło mi. Odechciało mi się śpiewać, zamiast skakać zwisam w pracy z krzesła, w domu z sofy i naprawdę, teraz już NAPRAWDĘ winię Lewandowskiego, bo co on nie gra, to ja mam zapaść.

Bayern będzie mi musiał odszkodowanie wypłacać za te tygodnie bez meczów, w trakcie których mam ataki paniki i mój nastrój pikuje ostro w dół, niczym tupolew w smoleńsku.

O, a pamiętacie jak się nie przejmowałam urodzinami i że ochochocho nigdy nie będę już młodsza, let’s celebrate. To już nie mówmy o tym, dobra, bo mi słabo. Dopiero kończyłam 40. naprawdę przedwczoraj to było, pamiętam i tort i prezenty, a tu już prawie półmetek do 50. Znowu się boję że umrę, znowu wszystkiego się boję. Ale ok, już wiem, że tak musi być. Przeczytałam książkę Svena Hannawalda (to ten co się obrażał jak polscy kibice rzucali w niego śnieżkami w trakcie skoków – sto lat temu – w Zakopanem) i Sven w swojej książce mądrze rzekł, że wszystko ma swoją cenę. Wszystko ma swoją przyczynę. Wszystko w życiu jakoś się BILANSUJE. Więc się zbilansowało, po prostu.

Oraz wiem co jeszcze mnie dobiło. Obejrzałam w święta całe Sex and The City. Masakra. W Sylwestra oglądałam sobie beztrosko sezon 4, po czym irlandzka TV, po północy, wyemitowała film „New Year’s Eve”. Występującą w nim Sare Jessice Parker poznałam po głosie. PO GŁOSIE. A przecież patrzyłam na nią przez kilka minionych dni non stop. Potem wyszukałam sobie na instagramie Carrie, Samanthe, Mirande i Charlotte i humor mi się bynajmniej nie poprawił.

Czy tylko mnie tak to przygnębia? Że czas tak zapierdala? On nie mija, nie upływa, nie przecieka przez palce, nie nie, on zapierdala. Patrzy na zegarek, uświadamia sobie jak jest późno i jeszcze przyspiesza. I czy np taka Sarah Jessica Parker nie wpada w depresję, jak patrzy na siebie w początkach SATC? A przecież pamiętam jak oglądałam na bieżąco wszystkie sezony. Wczoraj oglądałam. Jak przyjechałam do Irlandii to akurat premierę miał ostatni sezon, z Barysznikowem. A teraz co. Jest 17 lat później. Czyli pojutrze będzie znowu dekadę później i nawet widok prawie 70-letniej Carrie mi wtedy nie pomoże.

Unknown-3

Co jeszcze. Postanowień noworocznych nie mam, bo nie przesadzajmy. Mogłabym chcieć schudnąć, ale po co. Mam za to vision board, ustawiony jako tapetę w ipadzie. Na vision boardzie mam głównie Kamila Stocha z kolejnymi medalami olimpijskimi i polską reprezentację na Mistrzostwach Świata. O, mam jeszcze jedno. Kupione bilety do Portugalii. Oraz szczerą nadzieję, że jak w tym roku tam polecimy, to nie będę musiała znów oglądać cholernych ręczników z Cristiano Ronaldo całującym puchar.

Dzień niby jest dłuższy ale nie jest. Całodzienny zasób energii zużywam między 5:25 a 6:50. O 6:54 wsiadam do pociągu i regeneruję się dosłownie na kwadrans. O 7:30 wysiadam i czuję się jakby była 22:45. Zwłaszcza, że jest tak samo ciemno.

Wczoraj na przykład słońce nie wzeszło w ogóle. O 12:00 wciąż było ciemno jak w dupie.

Choinkę rozebraliśmy, a ja mam wrażenie, że stała dwa dni, nie dwa tygodnie. Dopiero się przyzwyczaiłam do jej mrugania, a tu wróciłam do domu i jej nie było. Tyle wszystkiego, że Tesco wyłożyło na półki wielkanocne jajka, a spod ziemi zaczęły się wychylać tulipany. Byle do wiosny.

Wesołych

Myślę sobie ostatnio o wielu życiowych znajomościach i jak, ogólnie, zdecydowanie łatwiej układają mi się znajomości damsko – męskie niż te czysto kobiece. Faceci są naprawdę mało skomplikowani. Nie stroją fochów, nie obrażają się, nie liczą kto pierwszy odezwał się do kogo i ile dni temu to było. Nie licytują się kto jest bardziej zmęczony albo ma więcej problemów. Do każdego z moich znajomych płci męskiej mogę się odezwać w każdej chwili, nawet po miesiącach nie gadania, bez obawy, że usłyszę pretensje czemu się tyle nie odzywałam. Nie mówie już o tym, że w trakcie mojej przymusowej kilkumiesięcznej absencji, gdy zniknęłam z dnia na dzien z pracy, moje pożal się boże pracowe „przyjaciółki” (za wyjątkiem kilku) nie odezwały się do mnie przez pół roku ani słowem, bo po co.

Ja wiem że wszycy są zajęci i naprawdę mnie to nie przeszkadza, że nie utrzymuję z kimś ożywionych kontaków i nie wymieniam po kilkanaście razy dziennie emotikionów, przemyśleń i wniosków życiowych. Szczerze mówiąc to z wiekiem wszystkie te small chaty i pierdolenie o niczym wyczerpują mnie do cna. Ale okazuje się, że w czasie gdy ja staram się utrzymywać życiową energię na poziomie pozwalającym na przetrwanie kolejnego dnia, tygodnia lub miesiąca ktoś tam się obraża bo się nie pytam co u niego. Kobieta się obraża. Facet nigdy. Co mnie długofalowo zniechęca do utrzymywania jakichkolwiek kontaktów z kimkolwiek, a już najbardziej do podejmowania prób ogólnikowych rozmów z osobami, które zaczną rozmowę od focha – bo się nie odzywałam.

Plus wiele znajomości, które kiedyś były samograjami – przez lata dawało się podjąć konwersację w tym samym punkcie, w którym się ją przerwało kiedyś tam, teraz…. nie wiem…. wypaliły się chyba. Albo osoby albo ja albo znajomości. Staram się zgłębić czy mi z tego powodu przykro, ale chyba raczej mi przykro, że kobiety nie mogą być bardziej jak faceci. Że zawsze muszą być podteksty, urazy i niedopowiedzenia, których ja nie potrafię lub nie mam czasu się domyślać i analizować. A potem samosiębiczować, że jestem do dupy kolezanką. Jestem, no i cześć.

Zresztą prawda jest taka, jak ją przedstawił bojfriend Carrie, Berger w Sex and The City. Każdy ma czas. Każdy ma 10 sekund w swoim życiu żeby przynajmniej napisać, że nie ma czasu. Nie dostajesz odpowiedzi – jesteś nisko (lub nigdzie) na liście priorytetów drugiej osoby. Nie liczysz się na tyle żeby ktoś przerwał na minute to co aktualnie robi (a naprawdę niewiele osób w danym momencie przeprowadza operację na otwartym sercu, której przerwać pod żadnym pozorem absolutnie nie można) i odpisał ci choćby dwa słowa.

Teraz jak o tym myślę to w ogóle dochodzę do wniosku, że to właśnie męskie znajomosci wywracały zawsze moje życie do góry nogami. I że miałam do nich szczęście. Od podstawówki. Nigdy nie miałam powodzenia, ale miałam szczęście do facetów, którzy nie byli popieprzeni i zmieniali na lepsze całe moje życie. Być może dlatego, że wszyscy popaprańcy profilaktycznie spierdalali na sam mój widok, bo psim swędem wyczuwali, że moja tolerancja na bulshit jest zerowa. Względnie na ich skali atrakcyjności plasowałam się w okolicach zera i zwyczajnie nie zawracali sobie mną głowy. Cóż. Ogólnie, dochodzę do wniosku, że jestem już zmęczona bieganiem za ludźmi i walczeniem o koszulkę lidera na liście ulubionych znajomych. Enough is enough. Jeśli prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, to kończący się właśnie rok był dobrym sprawdzianem, który fantastycznie odseparował tych, którym naprawdę zależy od przypadkowych przechodniów, których braku obecności w swoim życiu raczej nie odczuwam…

4AFFB9CD-B5BD-4241-A0B5-C3E75A81D7B0.jpeg
I jeszcze zajrzałam sobie na listę blogów roku 2017. Na parę z wyróżnionych blogów weszłam, zadumałam się i doszłam do wniosku, że ja z moim blogiem zostalismy w kategorii blogi emeryckie, wzglednie blogi retro, wzglednie blogi – wczesne lata 2000. I tam już sobie chyba zostaniemy.

Życzę Wam miłych, niestresujących, wzruszających Świąt. Bez roztrząsania sensu życia, bez dołujących podsumowań, bez odmalowanych czarnymi kredkami wizji nadchodzącego roku. Napalcie czarnymi scenariuszami w mentalnym kominku, zjedzcie coś dobrego, popijcie drinkiem i nie przejmujcie się tak wszystkim, bo wszystko nie przejmuje się Wami ani trochę. Popatrzcie na mnie – blogową emerytkę sistermoon i pomyślcie, że skoro i ona po minięciu statystycznego półmetka zaznała w koncu trochę spokoju, to i Was na pewno to nie ominie.

I wyślijcie tego smsa komuś, kogo lubicie. Niech wie.

Taka miłość jest jedna

Kolega w pracy spytał ostatnio „Are you going home for christmas”, a ja bez sekundy namysłu odparłam, że „No. Home is here”.

Dopiero później się nad tym zastanowiłam i olśniło mnie, że dopiero teraz, po czterdziestce, na obczyźnie, od kilku lat, przeżywam pierwszy raz w życiu takie święta, jakich nigdy w Polsce i w rodzinnym domu nie doświadczałam. Większość wieczorów wigilijnych spędzałam albo z nerwowo zabieganą mamą, albo – jak już byłam starsza, sama – bo mama musiała iść do pracy na dyżur.  Świąt w dzieciństwie – z obojgiem rodziców – nie pamiętam żadnych. Potem przełomowy wieczór wigilijny 1992, kiedy najbliższą osobą i zabłąkanym wędrowcem został radiowy prezenter – na wtedy i na długie lata. Święta były smutne, były samotne, a ja byłam przekonana, że takie moje fatum i że nigdy nie będzie inaczej. To od wtedy i na wiele lat nie byłam w stanie normalnie przesłuchać wielu, jakże wielu cudownie pięknych muzycznych kawałków, bo potrafiły mnie wpędzić w taki smutek i depresję, że serce łamało się na tysiąc elementów, których nie umiałam składać z powrotem w jedną sensowną całość.

Święta zlewały się potem w jedną całość z koncertami WOŚP i Rockowymi Walentynkami w Arenie, wszystko nadal w atmosferze przygnębienia i beznadziejności, przysypanej brudnym styczniowym śniegiem.

I to dlatego dziś tak mnie cieszy dżem z brokatem w Marks & Spencer. Spaceruję po zimnym Dublinie i – tak banalnie – czuję, że to posklejane w końcu z tamtych kawałków serce – wypełnia się nieskończoną wdzięcznością za wszystko co mnie spotkało tutaj, po wyjeździe z Polski.

Za to, że na myśl o świętach mam ochotę skakać i śpiewać jingle bells, wykupywać cały zapas pierniczków z lidla, oblewać się grzanym winem, wydawać majątek na prezenty i słuchać w nieskończoność tego King Crimson, które wtedy doprowadzało mnie do czarnej rozpaczy.

24232554_843809779120843_2427750872358543212_n

Coś Wam wyznam (bo te święta i w ogóle).

W przededniu 44 urodzin – jestem w końcu, ostatecznie, definitywnie, stuprocentowo, bez cienia najmniejszych wątpliwości – całkowicie szczęśliwa i bezwarunkowo spełniona. Ja. Melancholijny, smutny, czarnowidzący Koziorożec, przekonany, że nigdy nie odnajdzie swojej połówki bo nikt go nie będzie chciał. Myślicie, że wszystko mi się udaje? Nie, na co dzień gówno mi się udaje. Nie udaje mi się wydobyć z zawodowej dziury, nie udaje mi się być matką roku, a w domu mam nieustająco upierdoloną umywalkę i porozrzucane po całym domu skarpetki nie do pary. Słodkie córeczki po ochnaście razy dziennie wyją, kłócą się i wyzywają od debilek. Nie mam pieniędzy na to żeby zabrać je do Eurodisneylandu, o który proszą nieustannie, nie mam, na razie, nawet pieniędzy na jakiekolwiek przyszłoroczne wakacje. Nie rusza mnie to. Nie wkurwia i nie dołuje. Jestem najlepszą wersją siebie – ever. Ogarnęłam życie albo może raczej ustosunkowałam się w do niego w taki sposób, który nie znosi mnie już na manowce. Przestało mi w końcu towarzyszyć uczucie tęsknoty za czymś czego nawet nie umiałam nazwać, poczucie nieustannego braku, straty, mentalnej samotności, niedomkniętych drzwi i niedokręconego kranu, z którego przez lata kapały wszystkie moje popieprzone emocje.

Piszę tę notkę i nagle dostaję wiadomość od Magdy czytelniczki bloga, która przesyła mi zdjęcie i filmik z 30 urodzin Pidżamy Porno, które aktualnie trwają w Poznaniu. Więc płaczę oczywiście ze wzruszenia i dolewam do grzanego wina kieliszek Ballentines. Minutę później z tymi samymi wiadomościami puka mi do messangera Cashew. Obie przesyłają nagrany dokładnie ten sam kawałek – „One Love”. Kosmos niewidzialnych międzyludzkich połączeń. Ocean wspomnień. Taka miłość jest jedna. Jedna, tak, ale nie jedyna. Każda miłość jest jedna.

Po raz pierwszy przed urodzinami nie rozpaczam, że – o boż – imię jego będzie czterdzieści i cztery, tylko – kurwa – już więcej razy w życiu tego numeru nie osiągnę, bo każdy kolejny będzie większy – ale jednocześnie mniejszy od wszystkich go poprzedzających. Kumacie, tak? Nigdy już nie będziecie mieli tyle lat co dzisiaj. Nigdy. Dziś jesteście najmłodsi z całego życia które Wam zostało. Cieszcie się z tego, pliz.

Nadal również nie ma poranka żebym nie wstawała – nieustannie z pieśnią na ustach – wdzięczna, że w tym roku mam DWIE SPRAWNE NOGI. A rok temu leżałam po operacji i naprawdę nie miałam pojęcia czy jeszcze będę normalnie chodzić. Syndrom kozy rabina, nic innego. Złamcie se nogę, obiecuję że Wasz stosunek do życia po zdjęciu gipsu zmieni się diametralnie.

Jako że to grudzień, to tradycyjnie odkopałam pudła z kasetami sprzed 20 lat i na spotify zrobiłam sobie listę utworów – wspomnień. Wszystko tam jest. Słucham, wzruszam się, ale nie boli mnie już serce.

Nie czekam już, że skoro teraz żyję w jakiejś nieokreślonej euforii to za chwilę i tak wszystko się spierdoli, więc po co się cieszyć. Spierdoli się to trudno. Wstanę, pozbieram się i pójdę dalej.

Czego i Wam nieustająco życzę ❤

Power November

Zastanawiam się czy może coś zjadłam, że mam tyle energii. Vit b6 może, bo uzupełniam braki w organizmie. I magnez. Ostatni raz tyle energii i życiowego entuzjazmu miałam w czerwcu/ lipcu ubiegłego roku, jak Polska grała na ME i wtedy myślałam, że to dlatego. A teraz co. Reprezentacja znowu zawiesiła występy do marca. Ciemno, a ja pomimo to wstaję z pieśnią na ustach i raźno podążam na zakład, nie wypowiadając w tym czasie ani razu KURWA albo JA PIERDOLĘ.

Miła jestem (umiarkowanie) dla wszystkich i przypuszczam że nawet „Last Christmas” w radiu nie wyprowadziłoby mnie z równowagi, podczas gdy podczas ubiegłych zimowych sezonów byłam pierwsza do wieszania psów na debilach, którzy robią sobie gwiazdkę w środku jesieni. Nie, proszę, niech grają. W Marku i Spencerze są powidła z czegoś tam (brzoskwini chyba) z szampanem i brokatem. Też mi nie przeszkadzają, wręcz rozważam zakup żeby mi poranne tosty świątecznie lśniły na talerzyku w pracy. Dla większego efektu posypałabym je jeszcze tłuczoną bombką. W pennysie szukam najładniejszych xmasowych jumperów, podczas gdy kiedyś do ich kupna (a co dopiero założenia) nie zachęciłby mnie nawet Robert Lewandowski. Nawet zmianę fryzury Lewego skwitowałam jedynie serdecznym „chyba go pojebało”, a nie odlajkowaniem profilu.

images-1

W pracy też mi nagle nic już nie przeszkadza. Liście opadnięte wywołują we mnie łagodną nostalgię, a nie depresję i myśli samobójcze. Życie jest piękne i w ogóle o co wszystkim chodzi.

Więc może to ta Jillian i Chodakowska. Z Jillian doszłam znów do levelu 12, proszę. Po każdym skończonym treningu, pod prysznicem, mam ochotę owinąć się zasłoną prysznicową, wyskoczyć na środek łazienki i pełną piersią ryknąć MAM TĘ MOC, MAM TĘ MOOOOOOOC.

Może jestem po prostu psychicznie niezrównoważona, tego też nie wykluczam. I po fazie euforii przyjdzie za chwilę faza zapaści i będę musiała położyć się pod choinką i polewać grzanym winem żeby jakoś przetrwać resztę zimy.

W szampański nastrój wpędziło mnie ponadto odzyskanie pieniędzy za OBIE blokady założone mi latem pod własnym domem i proszę, chętnie opowiem, bo historia jest pouczająca. Po odwołaniu się od po raz pierwszy firma zakładająca blokady odpisała, że sorry, mam spierdalać, oni kasy nie oddadzą, ale mogę się odwołać ponownie, po uiszczeniu kolejnej opłaty, bez której moje odwołanie nie zostanie nawet rozpatrzone. Ponieważ oczywiście już się rozpędziłam żeby płacić im w ogóle wszystko co zarabiam, napisałam długi email, w którym dokładnie odzwierciedliłam miotające moją duszą uczucia, w stosunku do procederu zakładania blokad na kołach samochodów parkujących NA SWOIM MIEJSCU parkingowym, pod posiadanym NA WŁASNOŚĆ  mieszkaniem. Maila posłałam do lokalnego radnego, choć poważnie zakładałam wpisanie jako adresata Władimira Putina, z adnotacją, że nie mam nic przeciwko wykorzystaniu w mojej sprawie ruskiej mafii.

Po kilku dniach lokalny radny odpisał, że och, wzruszyła mnie twoja historia i w związku z powyższym wysyłam twojego maila do irlandzkiego premiera (wszyscy oczywiście wyobrażają sobie podobną historię w Polsce i to, jak szybko mail o BLOKADZIE NA KOLE, wysłany przez EMIGRANTA, powędrowałby do Beaty Szydło i jak strasznie ona by się nim przejęła)

Po miesiącu otrzymałam od premiera maila, ze PANI SISTERMOON, TO OKROPNE CO PANIĄ SPOTKAŁO, wysyłam pani maila do Minister of Transport. Och, ziew, dobrze, trudno, czy sprawą w ogóle nie mógłby się zająć cały irlandzki rząd i prezydent, bo potrzebuję pieniędzy na dżem z brokatem.

W październiku, jak już porzuciłam wszelką nadzieję (bo jaki system przejmuje się problemami emigrantów z blokadą na kole), przyszedł mail od ministra transportu, ze oto proszę, przypadkiem akurat w życie właśnie weszła ustawa regulująca poczynania wszystkich firm od zakładania blokad i że co prawda moje gorzkie żale są już trochę przedawnione, ale mogę spróbować i odwoływać się tam bezpośrednio, raz jeszcze.

Ponieważ mam naprawdę awanturniczy charakter (plus skłonności do pieniactwa) to odwołałam się i WŁALA. Po trzech tygodniach przyszedł list, że moje pretensje są w pełni uzasadnione, odwołanie podtrzymane, a firma od blokad ma oddawać kasę. Czek przyszedł po kolejnym tygodniu, a ja długo poklepywałam się po ramieniu, dumna że udało mi się wygrać małą, bo małą, ale POTYCZKĘ Z SYSTEMEM.

Poważnie rozważam otworzenie firmy, która zajmowałaby się wykłócaniem przegranych spraw w imieniu petentów. A maila do premiera oraz ministra transportu mam teraz w kontaktach, o.