Lato

Chciałabym pojechać nad polskie morze. Albo do Kotliny Kłodzkiej, no. Albo w ogóle zabrać dzieci w podróż po Polsce szlakiem Pana Samochodzika. Całe moje dzieciństwo, szkoła średnia i studia to było podróżowanie za jeden uśmiech po bocznych drogach i opłotkach, nikt doprawdy nie rozbijał się wtedy po Kanarach i Portugaliach. Zaduma mnie ogarnia na myśl, że z koleżanką, w licealnych czasach, brałyśmy np plecak i jechałyśmy dosłownie w ciemno. Najpierw w Góry Świętokrzyskie, potem w Bieszczady, potem w Karkonosze. Bez komórek. Bez noclegów. Bez zabukowanych wcześniej biletów, za to ze śpiworem i karimatą. Nie wiem czy w ogóle nie było tak, że na dworcu decydowałyśmy, gdzie pojedziemy dalej. Jak nasze mamy to przeżyły, srsly? Przecież za całe potwierdzenie tego, że wciąż żyjemy i mamy się dobrze musiały wystarczyć pocztówki jesteśmy tu i tu, jedziemy dalej. Które często przychodziły po naszym powrocie. W takim Karpaczu na przykład, w środku sezonu, przeszłam 7 razy w te i z powrotem cały deptak, szukając noclegu. W końcu pani w jednym pensjonacie zlitowała się nade mną, kazała zostawić plecak i powiedziała, że jak nic nie znajdę to mogę spać w jej pomieszczeniu gospodarczym na rozkładanym łóżku, ona zabierze z niego miotły i mopa. Czemu nie potrafię zaadaptować tamtego podejścia do życia, dzisiaj? Przecież nadal w niczym nie przeszkadzałoby mi spanie w towarzystwie mopa.

Potem, jak już pracowałam w cholernej korporacji, latem jeździłam nad polskie morze. Firma sponsorowała Beach Ball Tour i trzeba było przeprowadzać „kontrole” teamu, który na wybrzeżu rozkładał na piasku namioty, dmuchane zamki itd. Praca w praktyce polegała na tym, że co czwartek z koleżanką wyjeżdżałyśmy firmowym autem z Poznania do jednej z nadmorskich miejscowości (Beach Ball co tydzień był w innym miejscu), gdzie zostawałyśmy do niedzieli. Na miejscu od razu dostawałyśmy od organizatorów drinka, a potem tylko hasałyśmy wokół firmowego namiotu i superwajzowałyśmy hostessy. Wieczorami firma promowała swoje produkty w lokalnych dyskotekach wiec też musiałyśmy tam chodzić. Bardzo ciężka praca to była, naprawdę. I różne rzeczy się tam działy. Zespół Just 5 na plażę przyjechał. Chodziło się do namiotów innych sponsorów na plotki. Romanse kwitły. 2 miesiące życia jak na koloniach. Piasek wszędzie. Bajlango Bajlango. Potem w niedzielę wracałyśmy wyprać rzeczy i od poniedziałku do środy siedziałyśmy pod biurkiem, udając że interesuje nas praca w marketingu.

ZakopaneChramcowki35PKP04A1101M.JPG_678-443

Lato to jeszcze śmierdzące kuszety PKP i widok Giewontu przed 8 rano, gdy pociąg – pod 10 godzinach – dojeżdżał do Zakopanego. Raz pociąg się zepsuł w Suchej Beskidzkiej, konduktor nas z siostrą obudził i kazał wysiadać. To wysiadłyśmy i siedziałyśmy na ławce przed dworcem. Przez myśl nam nie przyszło stresować się czymkolwiek. Albo o, z rodzicami jechaliśmy pociągiem nocą do Nowego Targu. Luty, na dworze minus pińcet, ogrzewanie w przedziale nie działa. W Kamiennej Górze, na kwaterze też nie działało, więc siedzieliśmy w kinie na „Purpurowej róży z Kairu”. O podróży maluchem do Zakopanego nie wspomnę. Jak przez strumyki tym maluchem przejeżdżaliśmy, bo tata się upierał, że maluch da radę. I dał, faktycznie. A teraz nikt się nie wybierze z dziećmi w podróż, jeśli dzieci nie mają do dyspozycji ajpada, książek, kolorowanek, kredek i trzech sezonów świnki Peppy na DVD. Broń boże żeby biedne dzieci jechały 15 minut, gapiąc się bezmyślnie w okno, bo przecież zwariują z nudów.

Mówię do PM, jedźmy do tej Polski za rok, samolotem, tylko ojojojoj co my zrobimy jak wysiądziemy z tego samolotu (wynajęcie auta w Polsce kosztuje więcej niż podróż z Phileasem Foggiem w 80 dni dookoła świata, więc jako kilkutygodniowe rozwiązanie odpada, wolałabym raczej jeszcze raz przyjechać z Dublina własnym samochodem). PM patrzy na mnie jak na debila. „Pojedziemy autobusem” mówi, a ja nagle myślę, że to przecież znakomite rozwiązanie, niech dzieci zobaczą jak mama i tata podróżowali po Polsce, gdy posiadanie auta było luksusem, a podstawowym środkiem transportu były ruskie wagony PKP i autobusy ogórki PKS.

Teraz mam potworne wyrzuty sumienia, że jest lato, a moje biedne dzieci siedzą w domu, bo nie stać nas na rodzinne wakacje w sezonie. Julka pyta dlaczego inne dzieci jadą na całe lato do dziadków, a one nie. Lekcja pierwsza dziecko, rodziny się nie wybiera, lekcja druga, z rodziną najlepiej na zdjęciu. Lekcja trzecia, przykro mi, ale obiecuję że postaram się kiedyś być lepszą babcią dla twoich dzieci, a w międzyczasie wsiądziemy do auta i zrobimy parę wycieczek krajoznawczych po Wyspie. Irlandia pod tym względem jest zajebista, że z Dublina wszędzie blisko, a morze i ocean są z każdej strony. Więc jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, a tutaj lubić da się bardzo dużo.

Strefa rażenia żurawia

Lubię pisać między innymi dlatego, że zapisanie określonej myśli powoduje, że zaczynam patrzeć na nią inaczej. Opisany lęk nie straszy już tak bardzo na ekranie komputera, jak przerażał w głowie, genialne pomysły na papierze nabierają realizmu, a przypadkowe i rzucone luźno stwierdzenia okazują się trafniejsze, niż się wydawały, gdy były tylko nieuchwytną ideą. Zatem dopiero jak przeczytałam na spokojnie poprzednią notkę (a do tych opublikowanych wracam bardzo rzadko) to oświeciło mnie, że znów robię to samo. I znów, za 20 lat, obejrzę się wstecz i pomyślę, że o co mi chodzi, przecież wszystko idzie świetnie. Znów będę się chciała klepać po ramieniu i pocieszać. Po co. Nie mogę się poklepać tu i teraz?

Minione tygodnie uświadomiły mi ponadto, że mój organizm komunikuje się ze mną non stop, a jego strajk niekoniecznie jest zaproszeniem do klubu seniora lub kiepsko zawoalowaną zachętą do przeglądu ofert firm pogrzebowych, ale apelem, smsem, snapchatem z informacją BŁĄD SYSTEMU. Co najlepiej działa na błąd systemu? Wylogowanie, restart, albo w ogóle wyłączenie całego tego gówna w cholerę i pójście na spacer. Proste. Czym skutkuje ignorowanie komunikatów? Zawieszeniem całego ustrojstwa, płaczem i zgrzytaniem zębów.

Wiec restartuję wszystko. Tabletki od lekarza wywaliłam, bo skutki uboczne były gorsze od uzyskiwanych korzyści. Gluten, może to gluten no. Może węglowodany. Alkohol. Kawa. Przestawiłam się na Guinnessa i masz: „PIWO TO CHLEB W PŁYNIE”* Ja prdle. Najlepiej po prostu obłożę się jarmużem i tak obłożona będę ćwiczyć przysiady, żeby mieć jędrne pośladki. Potem założę grupę na fejsie: „Jędrne pośladki po 40-stce” i będę postować zdjęcia przed i po.

Dieta 16/8 (8h jedzenia i 16h postu) poszła w odstawkę bo nie jest to dieta dobra dla osób, które zrywają się o świcie, jak jebane skowronki. Jak ktoś wstaje o 9 to se może doczekać do tego lunchu bez jedzenia, ja nie. To chleb wywalę, dobra. Ale co z domową pizzą? Co z drożdżóweczkami prosto z piekarniczka. Bułeczkami cynamonowymi. Naprawdę nie umiem udawać, że baza do pizzy z kalafiora jest tak samo dobra jak świeże ciasto. No nie jest. Albo brownie z fasoli. Może z cebuli? Bliźniaczki mają urodziny za 2 tyg to zrobię im tort z buraka. Zobaczymy co powiedzą.

10731152_351622065006286_1398667670045248276_n

Tęsknie poza tym za babskimi plotkami. Kiedyś z psiapsiółkami gadałyśmy o wszystkim, godzinami. Na żywo i przez telefon stacjonarny (komórek nie było, a potem były ale minuta rozmowy kosztowała trzy średnie pensje krajowe). Poza tym, że gadałyśmy to pisałyśmy do siebie listy (kilka stron A4), które co kilka dni wymieniałyśmy między sobą na uczelni (internet był w powijakach a na zajęciach z informatyki uczono nas DOS-a). Jeśli czegoś mi najbardziej w życiu brakuje to właśnie tych kobiecych interakcji. Nie wymiany informacji o dzieciach (kogo to obchodzi), nie ogólników z cyklu co robisz w weekend, co ugotowałaś, daj przepis na muffiny (KOGO TO OBCHODZI). Brakuje mi dogłębnych, wielogodzinnych, całonocnych rozmów o życiu, o facetach, o przyjaźni i miłości, o tym jak się czujemy, co czujemy, co myślimy, co nam się wydaje że myślimy albo co nie myślimy. Bez tych rozmów czuję się samotna i pusta w środku. Oraz mam poczucie, że nikt mnie nie rozumie. Ok, mąż mnie trochę rozumie, ale nie jest kobietą. Z siostrą na przykład siedziałyśmy całymi weekendami i czytałyśmy gazety (ja) albo oglądałyśmy „Pełną chatę” (siostra). Albo grałyśmy w Prince of Persia, gdzie Prince of Persia ubrany był w białą piżamę i zasuwał po sinych lochach, a nie wyglądał jak wyniuniany model z wybiegu Calvina Klein’a. Jeszcze kolekcjonowałyśmy tabliczki „Strefa rażenia żurawia”, chodziłyśmy nocą po supermarketach i (również nocą) siedziałyśmy w aucie pod siedzibą poznańskiego radia RMI, co by jednego takiego pana prezentera zobaczyć, jak skończy dyżur i wyjdzie. O koncertach w Eskulapie i innych radiowych prezenterach nie wspominając. I wszystko wtedy było super ważne, a każde wydarzenie należało analizować wielokrotnie, rozkładając na czynniki pierwsze, z detalami i opisami przyrody.

Co z tego że dziś mamy FB, darmowe minuty i skypa. To nie to samo. Ile czasu musiałoby minąć żebym mogła komuś opowiedzieć o sobie tyle, ile wiedzą o mnie moje przyjaciółki. Komu – w dzisiejszych czasach – chciałoby się tyle słuchać. I kiedy, skoro w poniedziałek trening, we wtorek wywiadówka, w środę kurs szydełkowania i robienia pasty twarogowej, a weekend marzę tylko o tym, żeby nie musieć się do nikogo odzywać.

Więcej zmartwień, drogi pamiętniczku, nie mam. Bundesliga rusza za 5 tygodni, reprezentacja startuje za 7. Słabe to lato naprawdę, ale uczciwie przyznaję, że ciężko sama na to zapracowałam.

*PM gdy mu opowiedziałam wszystkie te sensacyjne doniesienia stwierdził, że wszyscy nas oszukują. I tak jak ogólnie nie mam manii prześladowczej a teorie spiskowe doprowadzają mnie do szału, tak tutaj musze się zgodzić. Dochodzi do tego, że nie wierzę już w nic, co czytam.

Guinness krzepi

Po głębszym namyśle stwierdzam, że nie, nie uważam swoich wypocin sprzed 13 lat za „głupiutkie”, a określanie ich w ten sposób przez nieznajomych wydaje mi się dość protekcjonalne (ale biorę oczywiście poprawkę na to, że to internet, w którym łatwiej coś takiego napisać, niż w prawdziwym życiu powiedzieć prosto w oczy dorosłej osobie). Wręcz przeciwnie, jestem zdania, że będąc na początku wspólnej drogi z PMem, przed dziećmi i całą dekadą przygód, psikusów i krotochwil, które na nas czekały, psim swędem, intuicyjnie wiedziałam o istocie związków i męskiej naturze zaskakująco wiele, dużo więcej niż można by się było po mnie (na tamtym etapie życia) spodziewać.

Może dlatego wciąż jesteśmy beztrosko zgodnym małżeństwem (gdzie PM się zgadza na wszystko, co ja beztrosko wymyślę). A może nie. Może to mój mąż posiada gdzieś głęboko ukrytą instrukcję obsługi kobiety, po którą sięga w chwilach, gdy nie wie czy się ewakuować, czy udawać nieżywego, czy dzwonić po służby specjalne, żeby mnie usunęły, niczym niewybuch w Białymstoku, z czasów II Wojny Światowej. Dodatkowo w tamtych czasach wydawało mi się, że związek 4-5 letni to staż hoho niewiadomo jaki. Dziś myślę, że nasze wspólne 15 lat to nadal tyle co nic, a przeżycie z kimś całego życia zdecydowanie nie jest tak proste, jak niefrasobliwie opisywała to w swoich książkach Lucy Maud Montgomery.

Często ogólnie wracam do pamiętników sprzed lat i przyznaję, że był długi okres, kiedy mierziło mnie w nich wszystko, zaczynałam czytać, z niesmakiem odkładałam i udawałam, że nie mam z autorką nic wspólnego. Dopiero niedawno fokus mi się wyostrzył i potrafiłam w końcu spojrzeć na siebie 18-20 letnią, nie tylko jak na nawiedzoną nastolatkę z problemami z koziej dupy, tylko jak na kogoś kogo – po prostu – nikt ongiś (onegdaj?) nie kochał tak, jak na to zasługiwał. I oprócz egzaltacji, łatwo w tamtych notkach doczytać się wielkiego smutku i jeszcze większej samotności. Dziś bardzo chciałabym wrócić do siebie tamtej, 20-letniej, poklepać po ramieniu i powiedzieć: dasz radę. Nie przejmuj się tak, idzie ci świetnie. Nigdy tak naprawdę nie będzie łatwiej, ale nie zważaj na to, tylko idź do przodu. Wiele problemów rozwiąże się samoistnie, więc nie roztrząsaj ich w nieskończoność. To samo podejście mam do siebie sprzed 13 lat – tyle że tamte emocje, rozterki i dylematy pamiętam lepiej. Dziś może wydają się błahe i w wielu aspektach można się z nimi nie zgadzać, ale głupiutkie nie są. Nie dla mnie. Jedyne co można im zarzucić to grafomaństwo, ale o literackiego Nobla, Nike ani bloga roku się nie ubiegam, wiec nie widzę problemu.

************************

W międzyczasie, we wtorek, od niechcenia zabukowałam loty na jesień do Poznania, co, nie ukrywam, poprawiło mi humor o 500+. Będę mogła pójść do Rossmana oraz Douglasa i zamieszkać między półkami. Nikt kto nie spędził co najmniej roku na Wyspach nigdy nie zrozumie jak się czuje człowiek trwale odseparowany od polskich kosmetyków, suplementów i lekarstw. Zaprawdę powiadam wam, gdyby Mickiewicz żył we współczesnych czasach „Pan Tadeusz” nie opiewałby wdzięków Telimeny, ale bogactwo oferty kremów przeciwzmarszczkowych Dr Ireny Eris.

Potem taki filmik motywacyjny obejrzałam, że było jajko, ziemniak i kawa. I wszystkie miały styczność z gorącą wodą, w wyniku czego ziemniak zrobił się miękki, jajko ugotowało się na twardo, a kawa zmieniła wodę w kawę. I to takie głębokie było, naprawdę. Kto te filmiki wymyśla. Resztę dnia spędziłam zastanawiając się czy jestem ziemniakiem czy jajkiem i jak zmienić te wodę dookoła mnie w kawę. Albo w wino jeszcze lepiej. Bo tutoriala o winie oczywiście nie ma.

61WYMLrenkL._SY450_

Tak a propos wina, to zastąpiłam je Guinessem. Guinness krzepi. Irlandczycy długie lata oferowali honorowym dawcom krwi pinta Guinnessa po tym jak osłabieni, nie mieli siły zwlec się z krzesła, po oddaniu krwi. Więc ja jestem właśnie osłabiona teraz wszystkim, więc chyba napiszę petycję do pracodawcy, że powinnam mieć prawo do szklaneczki Guinnessa w trakcie lunchu, w celu podniesienia efektywności i wydajności pracy (kiedyś miałam podobny postulat, gdy Guinness pomagał mi z angielskim i po wypiciu 3 pintów byłam tak fluent, że rozumiałam nawet Irlandczyków z Cork lub z wysp Aran, ale mój ówczesny manager – kaszląc dziwnie – jakoś się nie chciał na to usprawnienie w pracy zgodzić, do dziś nie rozumiem dlaczego). No więc wracając do Guinnessa to tak, też kiedyś uważałam, że jest gorzki, ale mi przeszło. Jeśli nie lubicie, to poproście w pubie o Guinnessa z odrobiną syropu z czarnej porzeczki. You’re welcome. Irlandczycy kuchnię mają do dupy, ale z tym piwem akurat trafili.

Ogólnie mam zawroty głowy, palpitacje serca, jestem niewyspana, rozkojarzona i wkurzona, a przed oczami przelatują mi wszystkie, ale to centralnie wszystkie tajemnicze przypadłości z Dr Housa, które na pewno się okaże że mam, jak tylko wrócą moje wyniki z badania krwi. Winię odwyk od Bundesligi i Lewandowskiego, co oczywiście w badaniu nie wyjdzie i jak zwykle okaże się, że nic mi nie jest, a wszystkie symptomy sobie wymyśliłam. Tak się nie da żyć, naprawdę.

Instrukcja obsługi faceta

Notka sprzed 13 lat, więc proszę o wyrozumiałość!

 

11073070_467183580104988_1574270444618351667_n

Poproszono mnie, abym napisała o tym jak postępować z facetami, żeby był spokój.

Z góry zaznaczam, że jest to niemożliwe, ACZKOLWIEK dużo można zrobić, co by wzajemne współżycie nie było ciągłym darciem kotów i obrażaniem się na siebie.

ZASADA NR 1, z którą niestety należy się pogodzić na wstępie, to: Z FACETEM NALEZY OBCHODZIĆ SIĘ JAK ZE ŚMIERDZĄCYM JAJKIEM i nie ma na to rady.

Czyli:

– zostawić w spokoju

– nie dotykać

– postępować z zachowaniem wszystkich niezbędnych środków ostrożności

Inne zasady to:

1) Facet jest tak samo przewrażliwiony jak kobieta, ale nie okazuje tego po sobie. Przejmuje się swoim wyglądem, wiekiem, wagą oraz tym, że nie ma się w co ubrać. Wskazówka: uważamy na to, co mówimy. Faceta można łatwo urazić i nigdy się o tym nie dowiedzieć (a zadra zostanie…)

2) Facet przez większość czasu pragnie świętego spokoju i jest to największy skarb, jaki kobieta może mu ofiarować. Nie przeszkadzać, nie marudzić, nie mowić, że nam się przecież nudzi. Zająć się czymś. Jak to powiedziała kiedyś moja siostra: „Żeby być z kimś, trzeba być wielkim samotnikiem”.

3) FACET LUBI JEŚĆ. Im lepiej gotujemy tym większa szansa, że będzie nas uwielbiał nad życie

4) Facet lubi PIĆ, czasem aż do przesady. Jeśli nie zdarza się to co drugi dzień i nie kończy się mordobiciem ani demolką – akceptujemy i raz na jakiś czas pozwalamy. Następnego dnia nie robimy wyrzutów i nie porównujemy np z mężem Grażyny, który potrafi się kulturalnie napić, a nie najebać jak meserszmit. UWAGA. Pijany facet jest często bardzo otwarty, szczery i skłonny do wyznań, czułości, etc. Nie odpychamy go z obrzydzeniem, mówiąc, że jedzie od niego jak od gorzelni i że lepiej by było jakby poszedł spać na sofę.

5) Faceci – w przeciwieństwie do kobiet – posiadają swoje hobby, np sklejają modele statków, zbierają komiksy, znaczki lub motyle. Majsterkują. Łowią ryby. Popieramy i dumnie eksponujemy model statku na widocznym miejscu, a ryby przyrządzamy na obiad.

6) Facet nie lubi jak kobieta: płacze, marudzi, narzeka, użala się nad sobą, robi sceny, czepia się detali, ma pretensje, wypomina przeszłość, OBRAŻA SIĘ, bezustannie go krytykuje i usiłuje go zmienić. Faceta zmienić się nie da. Godzimy się z tym, albo kupujemy sobie psa, którego da się wytresować i na nim się wyżywamy. Usiłujemy za to zmienić siebie i tyle nie marudzić. Będą z tego same korzyści, przyrzekam.

7) Facet nie lubi jak kobieta jest zaniedbana. I trudno mu się doprawdy dziwić.

8) Facet ma okresy kiedy wydaje mu się że jest twardym i niezależnym macho i żadna kobieta nie jest mu do niczego potrzebna (często dzieje się tak w towarzystwie kolegów). Olewa nas wtedy, nie zwraca uwagi, traktuje jak powietrze, zwraca się chłodnym i rzeczowym tonem, nie całuje i nie przytula. Ignorujemy to. Przeczekujemy. Zamieniamy się w niezależną Bridget Jones lub biznesłomen, która zmienia facetów jak rękawiczki. Również się nie odzywamy, a jeśli już to z widocznym sarkazmem (ale bez zjadliwej złośliwości). Jak mu przejdzie i przyjdzie się przytulic to przytulamy, a nie udajemy obrażoną i mówimy, że teraz to może spierdalać.

9) Facet jest indywidualistą i lubi robić to, co chce. Potrzebuje więcej wolności i niezależności niż statystyczna kobieta. Udajemy, że tak w rzeczywistości jest, po czym i tak stawiamy na swoim, pozostawiając go w przekonaniu, że wszystko odbyło się po jego myśli. W żadnym wypadku nie dajemy mu odczuć, że okres kiedy był wolny jak ptak, skończył się dawno temu i zalicza się obecnie do kategorii „Mity i legendy”

10) Facet przez cale życie tęskni w głębi ducha za swoją mamą, która wszystko za niego robiła i we wszystkim go wyręczała. Staramy się podjąć wyzwanie i choć trochę mu tę matkę zastąpić. Niech ma.

11) Facet nie czuje potrzeby dzielenia się z nami swoimi problemami i przemyśleniami, CO NIE OZNACZA ŻE ICH NIE MA. Nie dopytujemy i nie analizujemy. Jak siedzi i się nie odzywa, to niech se siedzi i się nie odzywa. Nie obrażamy się w tym czasie i nie manifestujemy dezaprobaty. Przejdzie mu, choć my zapewne nigdy nie dowiemy się, o co mu chodziło.

12) Facet to duże dziecko. Zaakceptować. Nie śmiać się z kolejek, statków, samochodzików oraz oglądanego na okrągło Indiany Jonsa czy Gwiezdnych Wojen. Sa gorsze nieszczęścia, naprawdę.

13) Faceci również miewają PMSy lub chwile, kiedy totalnie im odpierdala i zamieniają się w kogoś zupełnie obcego, którego widzimy pierwszy raz w życiu na oczy. Znikamy mu z oczu i modlimy się, że to tylko gorsza chwila, albo jakieś niepowodzenie, a nie totalna zmiana osobowości. Nie wdajemy się w żadne dyskusje i kłótnie.

14) Facet jest zazwyczaj AMBITNY i każdemu wydaje się, że zostanie przewodnikiem plemienia lub właścicielem haremu. Że zrobi karierę, będzie jeździł BMW i spędzał wakacje na Karaibach. Palił cygara i przepuszczał całą forsę w kasynach. Że panienki będą na jego widok mdleć i wzdychać oraz wskakiwać prosto do łóżka. Nie wyśmiewamy się i nie naigrawamy. Niech se marzy, co nam szkodzi

15) Faceci nie lubią okazywać uczuć, mówić o uczuciach itp. Żyjemy z tym, bo innego wyjścia nie ma. Szukamy deklaracji uczucia w umytych samochodach, przyniesionych zakupach, opiekuńczych gestach czy ustępstwach na naszą rzecz. Jeśli nie możemy się z tym pogodzić – negocjujemy. Jeśli facet naprawdę kocha, to nauczy się to mówić, choćby po to, żeby sprawić kobiecie przyjemność.

16) Facet żyje chwilą obecną, w przeciwieństwie do kobiety, która albo rozpamiętuje przeszłość, albo marzy o przyszłości. Dostosowujemy się. NIE WYPOMINAMY MINIONYCH BŁĘDÓW I WYPACZEŃ. Jeśli coś przebaczyłyśmy, NIGDY DO TEGO NIE WRACAMY. Nie każemy facetowi również myśleć o tym co będziemy robić  w wakacje 2026 roku, albo gdzie dzieci pójdą do szkoły. Mamy do dyspozycji aktualnie trwające 24h i Z TEGO staramy się robić maksymalny użytek.

ZASADA OSTATNIA, w którą najtrudniej uwierzyć.

Facet to też człowiek (TAK. Wiem. WIEM. Oddychamy głęboko, liczymy do 10 i nie wpadamy w panikę)

Ma wady, zalety, słabości, marzenia, lepsze i gorsze chwile. Również potrzebne mu miłość, czułość, ciepło, szacunek, bezpieczeństwo i stabilizacja. Tak jak my, potrzebuje kogoś kto będzie z nim na dobre i na złe i kto będzie go akceptował takim, jakim jest. Trzeba go wspierać i opiekować się. Być wyrozumiałym dla jego wad i słabości. Wybaczać. Nie oczekiwać iż spełni nasze wszystkie marzenia i oczekiwania. Związek traktować jak podwojenie sił w walce z życiem i przeciwnościami losu, a nie jak wewnętrzna konkurencję o to czyje będzie na wierzchu. Ustępować i chodzić na kompromisy. Spędzać dużo czasu razem, kreując wspólnotę doświadczeń i wspomnień. Zaskakiwać czymś miłym. Dać mu odczuć, że jest dla nas najważniejszy na świecie.

Dać z siebie to co najlepsze i pozwolić facetowi ŻYC I BYĆ SOBĄ, bo nie po to wiąże się z kobietą żeby zamieszkać w obozie koncentracyjnym i robić wszystko tak, jak my sobie życzymy.

I jeśli facet jest normalny i porządny to doceni to.

Obiecuję.

UWAGA!!!

Dla celów wychowawczo-dydaktycznych nadal warto czasami jebnąć garnkiem w ścianę/ stłuc talerz i zrobić awanturę lub scenę, co by se nie wyobrażał, że już nie musi się starać i że w ogóle zdobył nas na wieki.

I NIE POŚWIĘCAĆ SIĘ za żadną cenę, bo to bardzo krótkowzroczna strategia.

Amen i gud lak

(opublikowane na starym blogu 15/07/2004)

Pogrom

Mam herbatę „Active burn” i wylałam ją sobie na rękę. Serio, aż tak dosłownie przekonać się o prawdziwości nazwy nie pragnęłam. W zeszłym tygodniu beztrosko zaczęłam pisać, że niby jest lepiej, po czym – zgodnie z zasadą, że co pochwalisz to się spierdoli – tydzień się spektakularnie zawalił. Najpierw założyli nam na auto pod domem blokadę, bo nie mieliśmy dysku. No nie mieliśmy, no. Nie doszedł, a ja zapomniałam się upomnieć o duplikat. Zadzwoniłam, że mają wystawić i wysłać ponownie, a w między czasie podałam nr rejestracyjny auta, żeby było bezpieczne. Źle podałam. Założyli blokadę raz jeszcze, a ja zaczęłam googlać „wczesne stadium alzheimera” i recytować z pamięci tytuły płyt Pidżamy Porno, bo wcześniej tak spektakularnych fakapów nie zaliczałam.

W środę pod drzwiami w nocy awanturowała się jakaś baba, że szuka Mariusza. Jak nie ma, musi być. No to jak nie ma, to gdzie jest. Czy mamy adres albo numer telefonu. Tak, numer buta i kołnierzyka też mamy. Potem oczywiście nie mogłam już zasnąć i o 5 rano czułam się jak najebany skowronek. W czwartek i piątek pod drzwiami spał nam bezdomny. Nie, nie pójdzie do schroniska, mój mąż ma sobie sam tam pójść, on będzie tu spał tak długo jak mu się podoba. Mamo, kim jest ten pan.

W piątek się poddałam i poszłam do lekarza. Nie szkodzi, że czuję się jak debil idąc do lekarza żeby przyznać, że codzienne życie mnie przerasta i że nie mam siły stawić mu czoła. Że trzęsą mi się ręce, dźwięk byle jakiego smsa wywołuje panikę i atak serca, a obecność nieszkodliwego w sumie bezdomnego pod drzwiami domu sprawia, że nie śpię 3 noce z rzędu. Wciąż czekam aż lekarz popuka się w głowę, powie że mam się uspokoić i iść na spacer do lasu albo napić się przed snem ciepłego mleka. I że inni mają gorzej więc mam nie wymyślać. Doktor na szczęście dostrzegł, że byłam już jak tonący, który potrzebuje brzytwy, a nie koła ratunkowego względnie pogadanki na temat oddychania przeponą, wiec przepisał badania, skierował na kolejną help – me – god terapię i dał receptę na środki, po których w końcu nagle ogarnął mnie spokój i ulga i przestałam myśleć, że jak wyjdę dziś do pracy, to na pewno nie wrócę. W domu usiadłam i pomyślałam, że znowu przegrałam, znowu nie dałam rady, może za mało było tych spacerów, ale już mi wszystko jedno, bo w końcu mogę spokojnie oddychać i czuję jak lęk i strach odpuszczają, a ja znów postrzegam codzienność jako upierdliwą sekwencję tych samych – powtarzalnych i nudnych do porzygania – wydarzeń, a nie jako potwora, który chce mnie pożreć z głową, torebką i butami.

Unknown-1

Następnie wieczorami wróciłam do The Killing, bo skończyły mi się pomysły na to co jeszcze mogę obejrzeć w ramach przetrwania do września. Na myśl, że jest dopiero początek lipca dostaję szczękościsku, mam ochotę zacząć śpiewać „Marsz Gwardii Ludowej” i włączyć sobie np Dynastię albo Niewolnicę Izaure, to może akurat do jesieni styknie.

No i to The Killing jest oczywiście zajebiste, klimat, deszcz, Seattle i suspens, ale jak boga kocham jako matka trzech córek oglądam to dobrowolnie chyba po raz ostatni. Ewentualnie będę oglądać kompilacje scen z Holderem, to wszystko. Oraz odkryłam że Holder i Jesse Pinkman jedli te same chipsy. I przypomniało mi się jak kolega z pracy mi powiedział, że podoba mi się określony, zawsze ten sam, typ bohatera, czyli bohater sierota boża, która nie ogarnia rzeczywistości. I co ze mną jest nie tak. O jezu no. W sedno trafił ten kolega, ale niech nie przesadza.

Potem stwierdziłam, że w ramach walki ze strachami, będę uskuteczniać mindufulness. Położyłam się pod lampą na podczerwień (że niby takie fake sun) i włączyłam se aplikację, ale wkurzał mnie głos narratorki, która mówiła, że mam się skoncentrować na lewej nodze i co w niej czuję. Nic nie czuję, ratunku. Tam gdzie komar mnie upierdolił czuję że mnie swędzi. Nie ogarniam tego mindufulness, jak boga kocham. Że ale co. Mam słyszeć jak krew mi przepływa w arteriach czy co. Wyłączyłam babę, przełączyłam na szum fal oceanu i zasnęłam, chwalić pana, że lampa się sama wyłączyła po 15 minutach, bo zamiast kolejnych sesji medytowania mielibyśmy sesję szkolenia ppoż.

Wieczorem sięgnęłam po pamiętnik z grudnia 1993, bo czytanie o tamtych czasach jakoś mnie uspokaja, może dlatego że skoro przetrwałam tamto, to przetrwam i to i w ogóle przetrwam wszystko, w ten czy inny sposób. W pakiecie dostałam sen, ten co zawsze od 20 lat, który bardzo lubię bo wzrusza mnie i rozczula. I jest chyba dowodem na to, że obojętnie ile lat by nie minęło, to nic w nas w środku się tak naprawdę nie zmienia, wiec jacy byliśmy 20 lat temu, tacy tak naprawdę wciąż jesteśmy dzisiaj.

*******

– Mamo, nie wolno się poddawać – mówi do mnie najstarsza, widząc moją minę

– Czasami nie mam już siły – odpowiadam – ciągle się kłócicie, jesteście dla nas niemiłe, przykro jest tego słuchać

– Ty też jesteś dla mnie czasem niemiła – ripostuje trzeźwo dziesięciolatka – a ja się nie poddaję.

Odbiera mi mowę i czuję jak w sercu roztapia mi się nagle fragment tego strasznego lęku o nią i o jej siostry, o ich przyszłość, strachu który tkwi tam niczym okruch lodu w sercu Kaja z „Królowej Śniegu” i jednocześnie pojmuję, że przejęła po mnie nie tylko ataki wściekłości, skłonność do popisywania się i bycia drama queen, ale również siłę, determinację i upór i nagle już rozumiem, że w trudnych momentach i krytycznych sytuacjach – moja córka też sobie poradzi. Więc płaczę z ulgi, a ona mówi, że mam się nie wygłupiać, tylko chodźmy do domu mamo, bo zimno. W lipcu jest zimno.

********

Długo się zastanawiałam – publikować tę notkę czy nie. Bo przecież inni mają gorzej, a jakoś sobie radzą, nie rozczulają się tak nad sobą, nie narzekają, w zamian postują zdjęcia wypasionego śniadania na tarasie, bądź roześmianych dzieci na placu zabaw czy gdzieś tam. Wszyscy są w ogóle kurwa roześmiani na tych zdjęciach, używają aplikacji do redukowania zmarszczek albo robią dziubek.

Ale może właśnie – oni też sobie nie radzą. W zamian siedzą cicho, bo skoro nikt o tym nie mówi to lepiej się nie przyznawać, lepiej udawać że wszystko jest pod kontrolą, nawet jak się sypie i wali, ale po co to wywlekać na światło dziennie.

No więc po to właśnie. Żeby ktoś to przeczytał i – jeśli potrzebuje pomocy – poszedł jej szukać, zamiast się męczyć.

Nie warto się męczyć.

 

Bzdury wszech czasów

Czyli stwierdzenia, które funkcjonują w obiegu jako strasznie mądre, głębokie i prawdziwe, a tak naprawdę są jakąś tam luźną myślą, którą ktoś gdzieś, kiedyś puścił po pijaku i wszyscy w to uwierzyli.

1) Dzieci powinny mieć rodzeństwo bo wtedy ładnie się bawią. Jasne. W trzecią wojnę światową.

2) Wygląd zewnętrzny się nie liczy. Wcale. Wszyscy oceniają nas wyłącznie po kształcie lewej i prawej półkuli oraz po tym jak nasze synapsy przewodzą impulsy nerwowe.

3) Rozmiar nie ma znaczenia. Ma. Zasadnicze. Gdyby nie miał, nie powstałby film „Super size me”

4) Sprzątanie przy dzieciach ma sens. Przy jednym, może. Zakładając, że dziecko siedzi zamknięte w kojcu lub pokoju przez czas, w którym planujemy mieć porządek. Dwójka zaczyna się w kojcu „ładnie bawić” (patrz punkt 1) i zamiast sprzątać musimy co 5 minut zaprowadzać rozejm, a trójka się w kojcu nie mieści. Dużo więcej sensu przy dzieciach ma pani do sprzątania. Lub pani – zamiast dzieci, umówmy się.

5) Magia pozytywnego myślenia sprawi, że życie się odmieni na lepsze i znikną wszystkie problemy. Pozytywne myślenie jest super i tego nie neguję. Ale w kwestiach przyziemnych i praktycznych zmienia niewiele. Wiele razy bardzo pozytywnie myślałam o swoim pustym koncie bankowym. Albo o kuponie lotto, który właśnie zakupiłam. Albo o pustej butelce wina. Nic z tego nie wynikało.

6) Wiedza i doświadczenie wystarczają do osiągnięcia sukcesu lub zrobienia kariery. Nie. Bardziej potrzebne jest szczęście, znajomości lub social skills na poziomie zaawansowanym. Ewentualnie rodzina w zarządzie firmy, w której pracujemy albo dziadek w Wehrmachtcie.

7) Wychowanie dzieci da się pogodzić z karierą zawodową. Z karierą. Nie z pracą od – do. Nie da się. Ucierpią albo dzieci albo kariera albo nasz umysł. Jeśli nie ucierpi nic to znaczy, że jesteśmy Anną Lewandowską i nie musimy przejmować się niczym (poza komentarzami hejterów lub besserwiserami, którzy wiedzą lepiej od nas gdzie, kiedy, z kim i na jak długo zostawiamy swoje nowo narodzone dziecko oraz jak powinien wyglądać nasz brzuch miesiąc po porodzie)

8) Istnieją matki idealne, a już na pewno prawie wszystkie są lepsze ode mnie. Nieprawda. Wszystkie radzimy sobie mniej więcej tak samo, tylko niektóre z nas lepiej maskują swoje niedociągnięcia. Dzieci są nieprzewidywalne, a poradniki na temat ich wychowania to najbardziej zwodząca na manowce lektura, jaka istnieje, która w księgarniach powinna figurować pod kategorią „Fantasy”

9) Inni mają lepiej. Nie mają. Patrz punkt 8.

10) Uśmiech dziecka wszystko wynagradza. Bez komentarza.

Unknown-3

11) Brad Pitt and Angelina Jolie beda zawsze razem. No comments.

12) Bunt dwulatka to faza przejściowa. Wyjściowa chyba. Do buntu trzylatka. Czterolatka. Pięciolatka. Sześciolatka. Siedmiolatka. Ośmiolatka. Nikt w ogóle nie powiedział, że dzieci są w zasadzie zbuntowane 90% czasu, który nie śpią, a śpią tyle co kot napłakał.

13) Życie jest ekscytujące i pełne niespodzianek. Nope. W życiu codziennie jest tak samo, a w weekendy jest się zbyt zmęczonym na szaleństwa. Rutyna i przyziemność codziennego dnia zabija. Mimo to trzeba wstać i robić swoje. Toczona w głowie walka o to, żeby nie zostać na resztę życia w łóżku kwalifikuje się do mistrzostw świata w wadze ciężkiej, a odnoszone codziennie (lub prawie codziennie) w tej kwestii zwycięstwo często jest osiągnięciem na miarę zdobycia Everestu.

14) „Masz jeszcze czas na dzieci”. Moje przesłanie w tym temacie jest krótkie i zdania już nie zmienię. Dzieci lepiej mieć wcześniej niż później. Nie za rok, nie po zakupie mieszkania, nie po zmianie pracy. Nie po podróży w 80 dni dookoła świata. Pomijając wszystkie inne problemy – im jest się starszym tym bardziej brakuje do tego siły. Pierwsze dziecko po 35. roku życia to tak jak trójka, 10 lat wcześniej. Plus nigdy nie będzie dobrego momentu ani więcej sił. Nigdy.

15) Zostało jeszcze dużo czasu na realizację marzeń. Nie zostało dużo czasu na nic. Nie, jeśli godziny od 8 do 17 przeznacza się codziennie na pracę zawodową, a resztę czasu na dom i dzieci.

16) Pieniądze szczęścia nie dają. Srsly. Kto tak myśli. I dlaczego?

17) Kto rano wstaje temu pan Bóg daje. Może inaczej:  im wcześniej wstajesz, tym więcej zostaje czasu na to, żeby się coś zjebało. Więc lepiej się połóż.

18) Wszystko będzie dobrze. Może. Ale może nie. Pocieszający jest fakt, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i większość rzeczy – ogarnąć, jeśli w miarę szybko pogodzimy się z faktem, że jest inaczej niż miało być i przestaniemy kwękać, że inni maja lepiej (patrz punkt 9).

19) Żeby schudnąć wystarczy tylko chcieć. Nie, no kurwa, nie wystarczy. W ogóle żeby coś tam coś tam, to wystarczy tylko chcieć. Zostać modelką. Albo fizykiem jądrowym. Prezydentem USA. Co jeszcze.

20) Żyj chwilą. Albo jeszcze lepsze – żyj jakby nie było jutra. Którą chwilą? Tą kiedy siedzę za biurkiem czy tą kiedy zasypiam w pociągu? Ile dziennie jest takich chwil, którymi chciałabym żyć? Plus co, jeśli jutro jednak nadchodzi i trzeba się gęsto tłumaczyć:

a) szefowi z nieobecności w pracy, względnie z epitetów rzuconych pod jego adresem

b) rodzinie z pustej lodówki

c) dostawcom prądu, gazu i internetu z braku kasy na koncie

d) wszystkim „ex” z wysłanych po pijaku smsów

21) Dzieci powinno się wychowywać bezstresowo. Powodzenia. Tylko nie sadzajcie tych dzieci koło mnie.

 

Strach

Słabo jest ostatnio i wkurza mnie to.

Że nic konkretnego się nie dzieje, a mnie się ręce od rana trzęsą i na sama myśl o stawieniu czoła kolejnemu dniu robi mi się słabo. Potem około lunchu zaczyna mi się robić lepiej, a po powrocie do domu dochodzę do siebie, ale następnego dnia od piątej trzydzieści to samo.

Nic mnie nie uspokaja, wszystkiego się boje. Wojny się boję, zamachu terrorystycznego się boję, że dziecko któreś mi pod samochód wpadnie, też się boję. Albo że coś strasznego się stanie, nie wiem co, od nadmiaru opcji robi mi się po raz kolejny słabo.

Jak leżę w weekend pod kocykiem i czytam „Romans wszechczasów” Chmielewskiej to trochę mi lepiej, ale nie mogę przecież przeleżeć kolejnych 20 lat pod kocykiem.

Odkąd pamiętam tak miałam, ale kiedyś jakoś lepiej sobie z tym radziłam. Nie paraliżowało mnie aż tak.

Takie telefony komórkowe na przykład. Wymyślili je i nie zliczę ile osób przez lata uznałam za zmarłe, jeśli nie odebrały telefonu, nie oddzwoniły, nie odpisały bezzwłocznie na smsa. Lubię słowo bezzwłocznie i to, że oznacza ono „bez uzasadnionej zwłoki”.  Jaka mogła być ta uzasadniona zwłoka? Rozsądek podpowiadał że MOŻE POSZLI SIKU. Mają prawo. Ale ile minut można robić siku. I myć ręce i wycierać je potem. Więc w takim razie na pewno mnie ignorują i nie chcą się już do tego oficjalnie przyznać więc nie odpisują/ nie oddzwaniają i w ogóle mają mnie w dupie. Względnie umarli, co było co prawda smutne, ale jakoś mniej godziło w moją obolałą samoocenę. Albo w ogóle ktoś dzwonił, ja nie zdążyłam odebrać, natychmiast oddzwaniałam, a ten ktoś nie odbierał. Wtf??! Jedyne logiczne wytłumaczenie to że trafił go akurat meteoryt albo komórka wpadła mu do kibla.

O stresie przed wyjazdem do Zakopanego już pisałam, ale to nie było jedyne moje ubiegłoroczne osiągnięcie. W maju lecieliśmy do Portugalii. Mój sprawny inaczej umysł zamiast przewodnika Lonely Planet z opisem lokalnych atrakcji, gorliwie wybrał mi przyjemną lekturę zastępczą. O zniknięciu Madeleine McCann. Tak tak. Nie mogłam przecież jechać, nie znając wszystkich zagrożeń, które czekają na bezbronne małe dzieci w krwiożerczej Portugalii.

Walczę z tym jak mogę, no. Nie poddaję się przecież. Nie oglądam wiadomości. Na fejsie wpisałam się ze wszystkiego, bo nie byłam w stanie a) nadążyć z czytaniem b) zdzierżyć bzdur, które ludzie wypisują. Zostałam tylko w grupie z torebkami, bo jak patrzę na torebki to się uspokajam.

Unknown-2

Potem znalazłam artykuł, że moje objawy są oczywiście typowe. Że nic mi wielkiego nie jest. Tzn synapsy mi szwankują, ale doprawdy.  I że obecny stan umysłu zawdzięczam w lwiej części mamie, która ciągle narzekała i mówiła, że mam uważać. Na wszystko. Czyli od małego ukierunkowała moją podświadomość na to, że za chwilę wydarzy się jakaś katastrofa, tylko niewiadomo jaka, kiedy i o której. Mieszkaliśmy w starym budownictwie i całe dzieciństwo słyszałam, że w tej ruderze w każdej chwili sufit może nam spaść na głowę. Leżałam potem w nocy w łóżku i zastanawiałam się czy spadnie dziś czy jutro i jak my się wygrzebiemy spod tych gruzów. Kurwa. Potem sufity wyremontowali, więc trochę mi przeszło.

Przeczytanie tego artykułu miało tak czy owak skutek piorunujący, mianowicie natychmiast i od ręki przestałam narzekać w towarzystwie dzieci. Wymazałam ze słownika słowo „uważaj”. Jestem przerażona, bo pewnie jakieś spustoszenie już w ich głowach poczyniłam, ale mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.

Wsród złotych porad jak sobie z tym poradzić rada numer jeden to odstawić alkohol. Ale gdzie odstawić? Na stolik do kawy? Nie, kawę też odstawić. Kurwa. Czemu, no czemu nikt nie każe odstawiać marchewki. Albo brukselki. Czemu właśnie mam odstawić ten jeden, jedyny element, po którym cały lęk znika mi jak ręką odjał. Albo kawusie, którą tak lubię. Przecież nie piję tych kaw ochnstu, tylko trzy. Tak, wiem, wiem, nie musicie mi naprawdę pisać. O tym alkoholu. Wszystko wiem. O terapii też wiem. Byłam na czterech. Kiwałam głową, bo nic nowego się nie dowiadywałam. W końcu jedna terapeutka załamała ręce i powiedziała, że mam bardzo wysoki stopień samouświadomienia. To też wiedziałam.

Trochę pomaga racjonalizowanie i próba uświadomienia sobie ile z tych wyimaginowanych katastrof naprawdę się wydarzyło. Zazwyczaj ich liczba oscyluje wokół zera, co jest dość optymistyczną statystyką. Porady typu„wyluzuj”, „nie stresuj się tak”, „za dużo o tym myślisz” też są paradne. Ludzie równie dobrze mogliby doradzać wycięcie sobie wątroby i wypranie jej w vaniszu, w celu usunięcia nieestetycznych żółtych plam.

Może zatem jeśli nie jesteśmy w stanie czegoś pokonać, należy się z tym pogodzić. Zaprosić stres na kawę i poczęstować tortem w nadziei, że może się upasie i wyjedzie na bootcamp do Argentyny, zamiast zawracać nam glowę. Ewentualnie nie odpisywać na jego smsy. Może pomyśli, że trafił nas meteor i pójdzie gnębić kogoś innego.

Miałam dać śmieszną notkę dziś, ale nie do śmiechu mi, no.

Jak macie jakieś domowe sposoby żeby się tak nie bać, to weźcie napiszcie. W kupie zawsze raźniej.

Siostry

Twinsówny są identyczne.

Tzn w moim oczach są tak samo identyczne jak Flip i Flap, ale tak swojego czasu powiedział szpital na usg i cześć.

Identyczne. Monochorionic diamniotic twins.

I nie wracajmy już do niesmacznego incydentu, gdy polski ginekolog w Dublinie, w 12 tygodniu widział tylko jedno dziecko. Nie powiedział które, ale jedno. Zdjęcie też mam z tamtej wizyty tylko jednego ufoludka. Więc nie wiem. Urodziły się dwie, tego jestem pewna.

Wizualnie – dobra, gdyby nagle weszły tak samo ubrane do pokoju to może bym się sekundę zastanawiała. Ale nie chodzą ubrane identycznie, plus matka paczy sercem, nie?

Charakterologicznie natomiast nie znam dwóch bardziej przeciwstawnych osobowości. Weronika – wyluzowana rebeliantka, wolny duch, który w dupie ma jakiekolwiek reguły, zasady i polecenia oraz Ola – obersturmfurher, służbistka i domowy kapo – gotowy pod drzwiami do wyjścia do szkoły, zanim Weronika nałoży pastę na szczoteczkę do zębów. Skłonna do bójek i rozrób chuliganka i płaczący z byle powodu lizus. Jing and jang.

Na początku tygodnia wszystkie dziewczyny przyniosły ze szkoły świadectwa (opisowe school reports, z gwiazdkami – małymi i dużymi za osiągnięcia na poszczególnych polach, plus wynikami corocznego testu, który zdają wszyscy uczniowie w Irlandii – z matematyki i angielskiego).

Przelotnie rzuciłam okiem na raport Oli (przyzwyczajona, że dziewczyny uczą się raczej dobrze i nie ma się nad czym rozczulać) i zdębiałam – oba przedmioty: 9 punktów na 10.

Nauczyciel coś tam kiedyś mówił, że Ola jest genialna, zaczepiał pytaniami czy zdaję sobie sprawę z jej talentów, ale puszczałam to mimo uszu. W domu jakoś na geniusza nie wyglądała. Obróciłam raport do góry nogami, że może to szóstki były, jak u sióstr.

Weronika wyrwała mi z ręki raport Oli, rzuciła okiem na wynik siostry i wrzasnęła: „To ja jestem głupia, tak?!!! I poszła wyć do pokoju.

Niezrażona – wysterylizowanym z narastającego wkurwu głosem – spytałam zatem Julkę czy jest dumna ze swojej młodszej siostry i czy pochwali się jutro jej wynikami w klasie.

„Oszalałaś??? Czy naprawdę chcesz żeby wszyscy w szkole pomyśleli, że jestem debilem”?!!!!

„Mamusiu, a czy 9 to dobry wynik” niewinnym głosikiem, podjudzał tymczasem genialny kujon, dolewając tylko oliwy do dobrze juz rozhajcowanego ognia.

Jak zwykle żaden poradnik na temat cholernego macierzyństwa nie miał gotowej formułki do zastosowania w zaistniałej sytuacji, oprócz bzdur o odliczaniu do 10. Co ja, wyrzutnia rakietowa jestem, żeby w kółko kurwa odliczać?

Poszłam się położyć, przykładając do czoła zimną butelkę wina.

Następnego dnia zadzwoniłam do teachera.

Ziew, tak, wszystko się zgadza, ale to nie jego zasługa, nie mam za co dziękować.

Ask her to say something in Irish.

Zwariował, tak?

Mam swoje dziecko prosić o to żeby odezwało się do mnie w języku będącym połączeniem mandaryńskiego z valyriańskim, w którym wyrazy nie mają żadnego sensu, słowa zawierają śladową liczbę samogłosek i gdzie jest największe nagromadzenie niemożliwych do wymówienia imion, takich jak Caoimhe, Siobhan i Eoghan. Dziękuje, nie skorzystam. Może potem. Good bye. Call me later.

11988475_478240699011088_7082719817353059442_n

Wbrew pozorom notka nie jest o tym że ojej jakie mam zdolne dziecko, choć oczywiście dumna jestem do szaleństwa. To jest notka o tym, że nikt nie wie ile miesięcy spędziłam martwiąc się w przeszłości o Olę. Że nie rozwija się tak dobrze jak jej siostry. Nie bawi się z nimi, nie wariuje, nie biega z wrzaskiem po domu. Siedzi za to i słucha piosenek na przenośnym odtwarzaczu dvd. Cały tydzień tak siedzi. Pod kocykiem. Mało mówi. Wszystkiego się boi. Ciągle płacze.  Nie daje się oderwać od taty. I jak ona sobie poradzi w przedszkolu, a potem w szkole.

A potem nagle mnie oświeciło, że uporządkowana Ola byłaby niczym bez królowej chaosu i ogólnego rozpiździelu – Weroniki, która co i rusz wpędza ją w kłopoty, ale przy okazji również uczy jak sobie z nimi radzić bez wsparcia rodziców. To ona ściągała z niej ten kocyk i waliła ją przez łeb twardymi zabawkami. To ona ciągnęła mnie do niej za rękę, mówiąc że – zamiast krzyczeć – mam ją przytulić. To ona uczyła ją reagować i się bronić, zamiast tylko siedzieć i płakać.

Wszystkie punkty na testach i naukowe osiągnięcia nie mają żadnego znaczenia ani praktycznego zastosowania jeśli człowiek siedzi przerażony w kącie. Cała wiedza jest na nic, jeśli nie umiemy zrobić czegoś głupiego i bez sensu albo chociażby wrzasnąć i tupnąć noga, gdy coś nas wkurwia.

Gdyby Ola nie miała Weroniki, nie wyszłaby tak szybko ze swojego kokonu niepewności, obawy i strachu o wszystko. Gdyby Weronika nie miała Oli do dziś pewnie miałaby problemy z czytaniem. To Ola literuje Weronice słowa, gdy ja już nie mam cierpliwości. Kontakt miedzy bliźniakami jest czymś kosmicznym, człowiek większość czasu ma wrażenie, że ich życiowym powołaniem jest nawzajem się pozabijać i tylko w sekundowych przebłyskach można zaobserwować ponadplanetarne połączenie dusz, którego nie bedą miały z żadnym innym człowiekiem na świecie, nigdy.

Ślub

W piątek, po pracy, postanowiłam sobie obejrzeć film z naszego ślubu i wesela. Nie wiem po co, nie pytajcie, płyta leżała, to ją włączyłam.

W konkursie na najbardziej zryte pomysły, które zamiast poprawiać mi humor, wpędzają mnie tylko w odmęty rozpaczy powinnam dostać medal olimpijski, sto marek i złoty zegarek.

Najpierw się popłakałam, że tylu osób z tego filmu już nie ma, bo odeszły.
Potem się popłakałam, że ojezu jaka byłam młoda.

Potem się jeszcze popłakałam jak sobie nagle uświadomiłam, że wtedy jeszcze nie było naszych dzieci. Nie było ich. Nigdzie. I że jak ich nie było, skoro dziś nie wyobrażam sobie bez nich życia.

Potem się popłakałam, że to już tyle lat minęło i przed oczami zaczęły mi przeskakiwać flashbacki z tego wszystkiego co razem przeżyliśmy.

Narodziny Julki
Wypadek Julki

Twinsówny, których nie było w żadnym, ale to żadnym możliwym scenariuszu.

I jak mój mąż wstawał do Oli przez 4 lata w nocy, bo Ola 4 lata po rząd budziła się o 2 nad ranem i płakała. Noc w noc. I nie chciała mnie, tylko tatusia. Żeby ją przytulił. Tatuś zatem w sumie wstał do Oli około 1460 razy. Ja, wyrodna matka, zgrzytając zębami, mówiłam ZOSTAW JĄ NIECH PŁACZE. On wstawał. Życzę wam naprawdę męża, który wstanie do dziecka 1460 razy pod rząd. Jednego. Bo była jeszcze dwójka.

Ogólnie, ostatni raz tyle płakałam na „Titanicu” w kinie Muza, w 1997 roku.

Potem zaczęłam mieć przemyślenia na temat małżeństwa, więc poszłam po wino.

Potem akcja filmu przeniosła się z kościoła do domu weselnego więc trochę się ożywiłam, bo ścieżka dźwiękowa z podniosłej zrobiła się swojska, ciocie na parkiecie zaczęły wywijać kieckami i mogłam pokiwać nóżką. Węża – oceniam – prowadziłam zawodowo.

A tak serio, to chylę kapelusz przed panią Musierowicz, która słowami Gabrysi Borejko powiedziała całą prawdę o związkach. Że miłość to przede wszystkim trwanie. Żeby nie było wątpliwości – bardziej trwać musiał mój mąż przy mnie, niż ja przy nim. On ma łagodny charakter (tzn miał, przed dziećmi) – ja wprost przeciwnie. Ci co mnie w przeszłości czytali wiedzą, że wcale ale to wcale nie byłam przekonana, że PM to ten jedyny. Nic mnie nie oświeciło, nie doznałam objawienia. Skąd niby miałam to wiedzieć. Jestem koziorożcem, koziorożce nie wierzą w debilne przeczucia i głosy serca. Koziorożce wierzą w tabelki w excelu i udowodnione empirycznie fakty. I np taka liczba 1460 przemawia do mnie bardziej niż cokolwiek innego (dodam że to wciąż były czasy gdy nie potrafiłam normalnie spać po operacji Julki. I wybudzenie się o takiej 2 skutkowało tym, że do 5 nie potrafiłam ponownie zasnąć. A o 5:30 wstawałam. Na zakład).

Względnie cztery. Godziny. W trakcie których Julka miała usuwanego krwiaka podczaszkowego, a my trzymaliśmy się za ręce i przysięgaliśmy sobie, że nie będziemy już mieć więcej dzieci, bo nie mieliśmy pojęcia że określenie „umierać ze strachu” nie jest tylko wyświechtaną figurą stylistyczną, ale faktycznym – paraliżującym całe ciało lodowatym strumieniem, który zamraża krew w żyłach i sprawia, że człowiek nie wie czy za chwile zemdleje, porzyga się czy umrze, bez znieczulenia, wprost na posadzce szpitalnego korytarza.

W małżeństwie mało jest fajerwerków, dużo za to naczyń do umycia i gaci do wyprania. Niewiele uniesień, mnóstwo irytacji i zmęczenia. Małżeństwo jest jak spółka z o.o. i zanim powie się komuś „I do” należy zastanowić się tysiąc razy – nie tam czy się kogoś kocha, bo płomienne uczucie, po dekadzie będzie już czymś kompletnie innym, ale czy założyłoby się z kimś wspólną firmę i zaczęło prowadzić z nim interesy. Bo potem naprawdę – niezapłacony na czas rachunek albo niedostarczone na konkretną godzinę do żłobka dzieci – mogą doprowadzić do kryzysu i i krachu na giełdzie.

Mój mąż ma bardzo wiele cech, których ja nie posiadam. Ja posiadam cały zasób zalet, które jemu są niedostępne. I może to też o to chodzi. O uzupełnianie się. Nie potrafię tysiąca rzeczy, które on robi z palcem w nosie, ziewając. On za to nie potrafi znaleźć półki w Lidlu, na której stoi sos pomidorowy i do której ja trafiam w bezksiężycową noc, z zawiązanymi oczami, idąc wstecz, na czworakach. Ja załatwiam, on naprawia. Ja rzucam wszystko i jadę w Bieszczady, on wyjmuje mi z rąk narzędzia zbrodni i odsuwa dzieci na bezpieczna odległość, żebym ich nie rozszarpała. Ja tłumaczę Julce co to tampon, on zabiera ją i jej siostry na kurs krav magi. I tak w kółko. Codziennie. 365 razy w roku. Już posmarowałam tobą chleb.

Wracając do filmu to sukienkę miałam ok, po 12 latach nadal mi się podoba, chociaż moje ramiona wyglądały w niej jak ręce krzepkiego młynarza. I nieważne naprawdę, że gdyby nie ten film to ze swojego ślubu pamiętałabym wyłącznie wyborny szwedzki stół.

Obejrzałam do końca i poszłam wszystkich w domu przytulać.

Że są.

Że trzymamy się w kupie i dajemy jakoś radę. Mimo błędów, wypaczeń, niemalejących stosów prania i wymamrotanych pod nosem (lub wywrzeszczanych podczas ataku szału) przekleństw.

Miłość to raczej nie chemia.
Raczej na pewno nie.

Raczej wiedza o społeczeństwie z elementami przysposobienia obronnego.
Na piątkę zdaje mało kto.

Depresja pokolonijna

We wtorek, po urlopie, przyczołgałam się na zakład.

W całym słowniku wyrazów polskich, obcych i bliskoznacznych nie było słów, którymi mogłabym opisać jak się czułam. Zwłaszcza jak sobie w pociągu przypomniałam, że dwa tygodnie temu, o tej porze, byłam w samolocie do Faro. Serio, po co komu urlop, po powrocie z którego trzeba sobie do kawy, zamiast cukru, dosypywać prozacu, żeby nie zwariować. Po co komu Faro. Mogłam siedzieć w domu i przyglądać się jak deszcz napierdala, podobno było na co patrzeć.

Co mam teraz ze sobą zrobić do września? Nie mam co oglądać, nie mam co czytać. Lewandowski na urlopie. Zaplanować nowych wakacji jeszcze nie mogę, bo najpierw muszę wyjść z finansowej zapaści. I jeszcze ta noc świętojańska. Tydzień został, tak? Co roku to samo. Najlepszy miesiąc w roku musi zostać zrujnowany przez najkrótszą noc w roku, po której dzień zaczyna się skracać. Tak jakby najkrótsza noc w roku nie mogła trwać do września. Albo nastąpić w październiku. Komu by to przeszkadzało, pytam się. Teraz jest tak cudownie. Ciągle jasno. Nawet spać się nie chce. A za miesiąc dzień będzie już o godzinę krótszy.

Nigdy nie lubiłam lata. Wszyscy gdzieś wyjeżdżali i było nudno. Słońce roztapiało asfalt, a mama wieszała w oknach mokre prześcieradła, żeby trochę osłabić upał. Och, czemu wtedy nie doceniałam co to znaczy słoneczny czerwiec i prawdziwe truskawki. Czemu narzekałam, że mi gorąco! Teraz, jak siedzę za dublińskim biurkiem, to zamykam oczy i pamiętam jak w domu pachniał nagrzany słońcem parapet. Tyle mi z tego zostało. Plus po latach życia w przeświadczeniu, że nie lubię upałów, w tym roku okazało się, że upały lubię bardzo i że o co mi chodzi.

Na domiar złego w pracy jest nowa laska, która nie dość że przychodzi do biura przede mną (a zaczynam o 7:45) to na dodatek lubi gadać. Jezu. Ja nie lubię gadać, naprawdę. Tak lubiłam siedzieć sobie rano przy biureczku i do 9:00, zanim wszyscy przyszli, mieć święty spokój. A teraz ona siedzi i gdacze. Czy widziałam to, czy czytałam tamto, co myślę o. Nic nie myślę o tej godzinie, daj mi kobieto spokój.

Lubiłam siedzieć w ciszy, w pustym biurze, pracować i gapić się przez okno na morze. Nie jestem na bieżąco z żadnymi plotkami. Ani biurowymi ani ogólnokrajowymi. Mówiłam, że jestem aspołeczna i nie nadaję się do pracy zespołowej? Mówiłam. Dziś w końcu, zrozpaczona, wyciągnęłam słuchawki i zaczęłam słuchać uspokajającej aplikacji z szumem oceanu. Oczywiście zaraz zachciało mi się płakać, że już nie jestem w Portugalii, ale przynajmniej nie musiałam opowiadać jakie mam plany na wieczór (jak wytłumaczyć singlom, że przy mężu i trójce dzieci plany na wieczór są 360 razy w roku takie same – położyć dzieci jak najwcześniej spać, żeby mieć choć godzinę spokoju, gdy nikt nie biega, nie kłóci się i nie wrzeszczy). Jak w ogóle wytłumaczyć ludziom bez gromadki dzieci, że cisza i brak konieczności odpowiadania na tysiąc pytań na minutę jest cenniejsza od świętego Graala.

Odsiedziałam pańszczyznę, wróciłam do domu. W domu okazało się, że zjedli mi wszystkie lody z Lidla. Srsly. Nie został ani jeden. Oczywiście wpadłam w czarną rozpacz, że wszyscy mają w dupie to, że cały dzień siedzę w pracy i czekam aż wrócę do domu, zrobię sobie espresso i zjem tego cholernego loda. Nie, wzięli i wszystko zeżarli. A wiedzą że moje życie po pracy opiera się na tych lodach. I w dupie mają.  Znieczulica na każdym kroku. Wiec usiadłam na sofie i zaczęłam się nad sobą użalać. Przyszło dziecko i zaproponowało, że mamo, może zamiast tego loda, napij się wina. Tak, wiem że jestem dorosła i koniec urlopu oraz brak lodów w lodówce nie powinny mnie doprowadzać na skraj załamania nerwowego. Oraz że wino nie rozwiązuje problemów. Wszystkich nie rozwiązuje, fakt. Oraz że to mało wychowawcze, że nieletnie dziecko proponuje matce alkohol. Whatever. Włączyłam google żeby sprawdzić czy istnieje poradnik dla osób, które nie mogą dojść do siebie po powrocie z wakacji i oczywiście nie było. Jedyne co znalazłam to jak się ogarnąć w pracy, po urlopie. To wiem, naprawdę. Wsparcia psychologicznego za to zero. Zadzwonić do nikogo nie ma jak, bo głupio narzekać komuś, kto przez cały ten czas gdy siedziałam na plaży – zapierdalał w robocie. Rodzice: „och, dziecko, to samo życie, dasz radę”. Dzięki.

Chciałam se kupić na pociechę nową torebkę, to nie, nie ma tego koloru co chciałam, a innego nie chcę. Włączyłam drugi odcinek „The Keepers” ale po 20 minutach oglądania się poddałam. Koszmarny dokument i zdecydowanie nie dla tych, którzy już z jakiegoś powodu mają doła.

Zjadłam dwie paczki czipsów z vinegarem (których kiedyś, zaraz po przyjeździe na Wyspę, nie tknęłabym nawet kijem), po czym ostatecznie uznałam że dalsze próby ratowania wieczoru są ewidentną stratą czasu i poszłam spać. W makijażu, żeby było dramatyczniej. Dzieci przychodziły w odstępach pięciominutowych przykrywać mnie kołderką, a rano na stoliku koło łóżka znalazłam to <3. Od dziecka, które już nie chce się przytulać i mamo, czy możesz mnie nie całować pod szkołą.

 image1

Byle do września.