Sen o Poznaniu

Mam taki nawracający sen każdego grudnia. Sen o Poznaniu. Sen o miejscach i ludziach, którzy odcisnęli na moim życiu piętno. Grudzień w ogóle jest smutny. Udaje radosny, stroi się w światełka i świecidełka, ale tak naprawdę stoi i przełyka łzy. Że znowu jakiś koniec. Że driving home for xmas i last xmas I gave you my heart. I że zawsze tak było. Ludzie życzą sobie radosnych świąt, ale prawie każdego, na widok choinki i karpia, gdzieś tam ściska w środku.

Mnie ściska bo znów kolejny rok daliśmy radę. Bo cały ten rodzinny burdel jest jak pociąg z radioaktywnym ładunkiem, jak się wypierdoli to nie bardzo jest co zbierać. I każde święta, a potem każdy nowy rok to kolejna stacja. Pasażerowie są, ładunek jest, maszynista najebany, ale daje radę. Nie wiadomo co dalej, ale „ten pociąg nie pojedzie jeśli ty w nim nie będziesz”.

I w tym grudniu zawsze przypominają mi się wszystkie minione grudnie w Poznaniu. Żadnych innych miesięcy nie pamiętam. Może letnie jeszcze. Może bez i konwalie w maju. Może jarmark świętojański w czerwcu. Ale ten grudzień z detalami. Pamiętam jakie kolczyki nosiłam jak kupowałam prezenty pod choinkę w podstawówce i jaką sukienkę miałam na sobie, gdy szłam w grudniowy wieczór do radia, odwiedzić Grabaża. Oraz jak wyszłam z tego radia, oszołomiona, a śnieg wirował w świetle latarni na Piekarach. Widzę wciąż te płatki. Jak spadają. Pamiętam pasterki w zimnym kościele Wszystkich Świętych. Muzykę w radiu. I że nie mogłam słuchać King Crimson, Frankie goes to Hollywood ani „Mojej i twojej nadziei”, bo serce i dusza rozpadały mi się na kawałki. Pamiętam smutek. Koncerty. T. Love w poznańskim Tropsie, po którym Muniek został na dyskotece i tańczył do D.J. Bobo. Pamiętam D.J. Bobo.

Co roku nie wiem czego sobie życzę. To znaczy wiem. Życzę sobie żeby ten pociąg się nie wykoleił. Niech jedzie, szybko, wolno, obojętnie. Ale do przodu. Z drugiej strony pociąg z Krakowa do Zakopanego jedzie raz do przodu raz do tyłu, żeby wspiąć się coraz wyżej i dotrzeć do docelowej stacji. Więc może po prostu niech jedzie.

W czwartek mam pracowe Christmas party, po którym nie wracam do domu. NIE. WRACAM. DO. DOMU. Ogólnie jestem podekscytowana niewiadomoczym. Czekam na coś. Czuję to w powietrzu. Atmosferę ekscytacji i oczekiwania na zmianę. Oczywiście w styczniu oklapnę i będę wkurwiona, że po raz kolejny dałam się wkręcić w cały ten komercyjny xmasowy bezsens nadziei na lepsze jutro. 

fullsizeoutput_14dc

(choinka namalowana przez Olę)

Prezenty mam. Menu na święta też. Zaczęłam prowadzić Bullet Journal i trochę się czuję jakbym wracała do złotych myśli z podstawówki. Jak ma na imię twoja sympatia. Dzieci ogłosiły, że nie chcą w przyszłym roku po raz czwarty jechać do Portugalii, więc trochę byłam w żałobie. Ale potem wymyśliłam objazdową Kotlinę Kłodzką i humor mi się poprawił. Jestem fanką Kotliny Kłodzkiej. Więc mam do opracowania projekt gdzie, po co i na jak długo (w zasadzie tylko muszę odszukać pamiętnik z bodajże 1994 gdzie całą tę wyprawę już odbyłam i opisałam). Międzygórze, Śnieżnik, Góry Stołowe, podziemia w Kłodzku, Książ. Jak ktoś ma namiar na jakąś ciekawą bazę wypadową, żeby wszystkie te miejsca ogarnąć to proszę dać znać. 

Postanowień noworocznych nie planuję, mapy życzeń czy tam marzeń więcej nie robię. Jak jeszcze raz ktoś mi powie, że to działa to mu jebnę. Nie działa. Na tegorocznej miałam Lewandowskiego i Grosika jak wygrywają mistrzostwa świata. Chuja wygrali. Nie działa. 

W ramach katowania się tą przeszłością i grudniowym Poznaniem wróciłam do Noelki. Spodziewałam się, że blech, ale czytam z rozrzewnieniem, może dlatego, że jeszcze nie ma na świecie irytujących dzieci sióstr Borejko. A może dlatego, że to święta 1991 i ja tam wtedy byłam, a pani Musierowicz z fotograficzną dokładnością opisuje tamten Poznań. I wigilia pod Kaponierą.

Więc jak wam będzie smutno przy wigilijnym stole, to pomyślcie, że mi też. Bo Boże Narodzenie to nie są radosne święta. To święta z wpisaną w swoje dni tęsknotą. Za tym co minęło. Za tym co będzie. Za tym co nigdy nie nastąpi. Za tym co straciliśmy i za tym co zyskamy. 

Oraz dziękuję, że nieustająco jesteście i czytacie. Ten blog to moje oczko w głowie i ukochane dziecko (nie mówcie moim dziewczynom). Rzadko czytam co w przeszłości napisałam, ale lubię myśleć o tym miejscu jako o czymś co stworzyłam od zera i co naprawdę lubię robić, a Wy – mam nadzieję – czytać.

„Przed chwilą o tym śniłem
Że na jakimś dworcu wszystko zostawiłem
Niewiadomy niepokój obudził mnie
Dlatego teraz siedzę i piszę
Ale żadne słowa tego nie opiszą
Co poczuć może człowiek ciemną jesienną nocą
Dlatego już kończę ten list
Listopad 1993”

Kult

I’m grand

Dzisiaj moi drodzy notka, której napisanie planowałam od wieków. Angielskojęzyczne zwroty, które używane przez Irlandczyków, oznaczają kompletnie coś innego, niż wynikałoby to z google translator i z logicznego myślenia. Przejechałam się na tym nieskończoną liczbę razy, opowiadając np z detalami i w szczegółach swoje poranne samopoczucie zdezorientowanym ajriszom, którzy – rzucając mi w przelocie w biurowej kantynie „How are you” – chcieli po prostu się przywitać, a nie wysłuchać narzekań na wyspiarską pogodę, korki i kaca giganta, z którym się zmagam. 

Z czasem ogarnęłam, że na pytanie „How are you” (wersja dla zaawansowanych lub zabieganych: „Howiya”) należy odpowiadać krótko, zwięźle i w podobnym tonie: „I’m grand/ good/ fine” i w żadnym wypadku nie wdawać się w dyskusje o dzieciach, polityce, irytującym współmałżonku lub szefie – debilu. Zaznaczam, że na how are you, zawsze wypada odpowiedzieć identycznym pytaniem zwrotnym, bo inaczej wyjdziemy na nieokrzesanego chama, Irlandczycy i tak nam odpowiedzą „good, good”, a my – bez rzuconego pod ich adresem howiya – poczujemy się głupio i nie na miejscu.

keep-calm-it-ll-be-grand

Inne sformułowania, którymi mieszkańcy zielonej wyspy mogą nas chcieć powitać to „Any craic?/ what’s the craic?” (craic to celtyckie słowo najbardziej zbliżone do angielskiego „fun”), „what’s the story” (nie wymyślamy na poczekaniu żadnej story, błagam), „how’s it going”, „how are you feeling” albo (jak ktoś jest już bardzo zmęczony, ale nie chce wyjść na gbura) „alright?

Najlepszą i najbardziej irlandzką odpowiedzią na wszystkie powyższe pytania/ powitania, wyspiarskim zdaniem – kluczem, którym opiszemy prawie wszystko – każdą emocję, każdy stan ducha i każde wydarzenie, w którym uczestniczyliśmy jest magiczne:

I’M/ IT’S GRAND, lub wersji dla gaduł: SURE, I’M/ IT’S GRAND. Czyli:

Jest ok. Nie jest ok. Jest do dupy. Mam dosyć. Mogłoby być lepiej.  Nie chce mi się gadać. Jestem zmęczona. Jest fajnie. Jest beznadziejnie. Ujdzie w tłoku. Obleci. GRAND ma ten szczególny podtekst, który informuje, że co prawda nie jest najgorzej, ale to jak jest, jest kosmicznie dalekie od naszych prawdziwych oczekiwań. Czyli jeśli na pytanie „How was your weekend” ktoś nam odpowie „It was grand” to odpowiedź należy odczytać następująco: W miniony weekend nikt nie umarł, nie spalił nam się dom, nie było powodzi i nie zepsuł się samochód. Jednocześnie nie zostało nam podane śniadanie do łóżka, dzieci wyły od rana do wieczora, deszcz napierdalał w poziomie oraz po raz kolejny nie trafiliśmy szóstki w lotto. It was grand. Po prostu. 

GRAND użyte w rozmowie z kimś kto jest naszym przyjacielem może skłaniać do kolejnych pytań, bo sugeruje lekki smutek i ból przemijania, natomiast GRAND użyte w rozmowie z nieznajomym lub usłyszane przy biurowym ekspresie do kawy oznacza GRAND i koniec. I nie drążymy. 

Inne zastosowanie grand może oznaczać „dzięki, nie potrzebuje pomocy”, zwłaszcza w odpowiedzi na pytanie „are you ok?” (czy mogę ci jakoś pomóc) i tej formy możemy również użyć w odniesieniu do naszego interlokutora, który z dobrego serca proponuje nam jakąś przysługę, ale my jej w danej chwili nie potrzebujemy. 

– I’m going to the shop, will I get you anything?

– No, you’re grand

– Do you need any help with this task?

– Thanks, I’m grand.

Najbliższe GRAND w kontekście emocjonalnym jest FINE. Are you ok? Yeah, I’m fine. Czyli: I’m not really fine, ale takie jest życie i nic na to nie poradzisz. Fine, jako FINE!!! w rozmowach damsko – męskich oznacza natomiast dokładnie to samo co po polsku: spierdalaj/ nie odzywaj się do mnie. 

I jeszcze do tej samej grupy tekstów możemy zaliczyć „not too bad”. Not too bad czyli o niebo lepiej niż grand/ fine, nasz Irlandczyk jest pod mega dużym wrażeniem, ale oficjalnie tego nie przyzna. Ogólnie jeśli pracy, którą wykonaliście zostaje przez innych oceniona na not too bad to możecie się poklepać po ramieniu, bo spisaliście się zajebiście dobrze. 

Rozmawiając z wyspiarzami, często można usłyszeć: I will, yeah. Nie dajcie się zwieść. Dosłowne tłumaczenie tego zwrotu to: zapomnij, nigdy tego nie zrobię. Ajrisze potrafią powtarzać to w nieskończoność, a napływowa ludność głupio wierzy, oczekując aż obietnica zostanie spełniona. 

Mój absolutnie ukochany irlandzki zwrot to: GO AWAY! (lub, w relacjach z kimś bardzo zaprzyjaźnionym: FUCK/ FECK OFF!!!). Nie, nie. Wbrew pozorom nie należy kończyć konwersacji, iść sobie, obrażać się i zrywać znajomości. Oba zwroty to wyraz maksymalnego zainteresowania słuchacza tym, o czym aktualnie opowiadamy. 

– I met Pierce Brosnan yesterday (tak btw czy ktoś jeszcze tu pamięta gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach spotkałam w Irlandii Pierca Brosnana???)

– FUCK OFF!!!! W wolnym tłumaczeniu: Pierdolisz? Naprawdę??? Gdzie??? Jak??? Kiedy? Jak wyglądał????

Równie często możemy usłyszeć dwa zwroty: „That’s gas” (to jest strasznie śmieszne/ zabawne) jak i „bollox”, które użyte w zdaniu oznacza bullshit, a jako wykrzyknik, po tym jak np spadła nam na nogę cegła, najbardziej zbliżone jest do naszego swojskiego „kurwa!”

No i irlandzki sposób kończenia rozmów przez telefon.

Polacy mówią bye i rozłączają się, podczas gdy ajrisze przez następny kwadrans trzymają jeszcze słuchawkę przy uchu, żegnając się „bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye. Bye” 

Może ktoś z czytających mnie lokalsów dorzuci jeszcze jakieś zwroty?

Polska

Świętować urodzin ojczyzny nie miałam czasu, bo walczyłam z wszami. Kto sam walczył (będąc rodzicem trzech córek z włosami sięgającymi tyłka) ten wie i rozumie. Wszystko poszło w odstawkę, weekend do kasacji, a o rogalach marcińskich przypomniało mi się jak zobaczyłam puste po nich pudełka w polskim sklepie. Ale potem, jadąc do pracy i płynąc przez biało czerwone wpisy na fejsbuku nie mogłam się nie zadumać.

Że dla mnie Polska to waniliowy serek homogenizowany, który mama przynosiła na śniadanie po nocnych zmianach w hotelu Poznań (można go było kupić albo o 6 rano albo wcale). To mleko ze srebrnym kapselkiem i visolvit w proszku, o którym legenda głosi, że ktoś go kiedyś rozpuścił w wodzie. 

Polska to wycieczki klasowe i kolonie – kraj zjechany wzdłuż i wszerz, autobusy „ogórki” bez badań technicznych i noclegi w miejscach, których kontrola i inspekcja zapełniłaby dziś harmonogram programu „Uwaga” przynajmniej na pińcdziesiąt tygodni do przodu.  

Polska to nocne powroty przez zimowy Poznań z Eskulapa, z koncertów prawie każdej awangardowej polskiej kapeli, która grała między 1993 a 1997 rokiem. Polska to Kult. T.Love. Myslovitz. Hot Water. To „Poznańskie Dziewczęta” i „Ezoteryczny Poznan”. Wilda, na której mieszka szatan. 

To studenckie wyjazdy na Sylwestra, zamarznięte rzęsy po nocy spędzonej na dworcu w Kłodzku przy temperaturze -25 stopni. To bałtyckie plaże, gofry z bitą śmietaną i smak najlepszych na świecie frytek kupowanych w przydrożnych budkach. To kolorowa oranżada w woreczkach i zapiaszczone jagodzianki z poprzyklejanymi do nich osami. Ogniska i zachody słońca.

Zrzut ekranu 2018-11-13 o 16.17.56.png

Polska to zrywany w maju bez i konwalie oraz kupowane na tony aromatyczne truskawki z Rynku Bernardyńskiego. Państwowe ogródki działkowe i uprawiane na nich porzeczki oraz agrest, zjadane prosto z krzaka.

Polska to szkolne wyjazdy na wykopki, zamiatanie jesiennych liści wierzbowymi miotłami, czereśnie zbierane prosto drzewa, do kobiałek.

To pierwsza praca zarobkowa – sprzedawanie Expressu Poznańskiego, po szkole, wieczorami, pod Okrąglakiem i delikatesami Kasia. To prawo jazdy, robione na maluchu i „egzaminacyjne” pytanie instruktora czy aby na pewno nie zamierzam po jego otrzymaniu sama jeździć samochodem po mieście.

To Chodzież i Stęszew lat 80-tych. Dom u babci ze studnią i wychodkiem w ogródku. To „Filipinka”, „Płomyk” i „Świat Młodych”. Guma Donald z obrazkiem. Kajko i Kokosz, Jonka, Jonek oraz Tytus.

Polska to Tatry, które zmieniły mnie i moje życie. Jazda zimą, maluchem z Poznania do Nowego Targu. Moment, w którym po raz pierwszy zobaczyłam Morskie Oko. To wyprawy w ciemno z plecakiem w Bieszczady, Karkonosze, do Kotliny Kłodzkiej i w Góry Świętokrzyskie. To Wawel, Książ, Gniew, Malbork. 

Polska to serial „Dom” i komedia „Miś”. „Rodzina Leśniewskich” i „Karino”. „Seksmisja”. Teleranek i 5-10-15. Kulfon i Żaba Monika. Kmicic i Pan Wołodyjowski. Stanisław Wokulski. 

Polska to szkoła sportowa i IX LO w Poznaniu. Akademia Ekonomiczna. Radio S. Jarmark Świętojański. Lody u Brody. 

Polska to gotowane na parze i muślinowej ścierce pyzy, domowy bigos i bożonarodzeniowe makiełki. Kogiel mogiel i kupowane w Peweksie lub przywożone „z zachodu” czekolady. Zwijane w kulkę sreberka. 

W końcu Polska to Robert Lewandowski. Ekstaza po pierwszym w historii wygranym meczu z Niemcami, łzy do późnej nocy, po karnym Kuby. Polska to Adam Małysz, który chciał zostać dekarzem. To Kamil Stoch, który skakał przy świeczkach z dachu. To kraj gdzie za oknem zimowo zaczyna się dzień, po sobotnich balach chodniki zarzygane, a wiosna spaliną oddycha. 

Polska to kraj, który zostawiłam za sobą i którego nigdy nie opuściłam. 

Chciałabym żeby kiedyś w przyszłości, gdy nas już nie będzie, moje dzieci, lub dzieci moich dzieci, mogły z dumą mówić swoim dzieciom, że w ich żyłach płynie polska krew. 

Chciałabym żeby Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy.

Sto lat, Polsko!

Bohemian Rhapsody

Poranek 25 listopada 1991 byl jednym z tych, ktore mialy zapoczatkowac cala lawine zdarzen. Oczywiscie to tu i teraz dorabiam do tego teorie przyczynowo – skutkowa, ale kto wie gdzie bym byla dzisiaj, gdyby nie to, co sie wydarzylo wtedy.

Tamtego dnia siedzialam w lodowatej kuchni (wiecznie niedogrzana stara kamienica w centrum Poznania), na lodowce stal Kasprzak, gralo radio. Na 8 szlam do szkoly, na pierwsze dwie godziny polskiego. Nagle spiker (tak drogie dzieci, SPIKER, nie zaden radiowy DJ) oglosil, ze poprzedniego wieczoru, w Londynie zmarl Freddie Mercury, a ja zamarlam wpol gestu. Wciaz widze te scene, naprawde. Zimne swiatlo kuchennej jarzeniowki. Odrapane sciany. Przykryty cerata stol. Starego kasprzaka, przy ktorym (w trakcie majacych nadejsc lat) przesiedzialam tyle nocy, wydzwaniajac do radiowych konkursow. Tak samo jak widze tamto sloneczne, niedzielne, letnie popoludnie, gdy wrocilam znad jeziora Maltanskiego z roweru, a mama mi oglosila, ze umarla ksiezniczka Diana.

34133BA9-329E-4611-AEFB-1C3CCFC39B01

Pojechalam w koncu zdolowana na ten polski do IX LO, autobusem 74. Uwielbialam swoja licealna polonistke. Balam sie jej jak ognia, ale byla moim najwiekszym autorytetem tamtych lat. Wszystko co nam powiedziala i czego nas przez te 4 lata nauczyla, zapamietalam na cale zycie. No wiec siedze na tym polskim, ona wchodzi, rozsiada sie, otwiera dziennik, od razu pada haslo czy slyszala ze Freddie nie zyje, a ona, ze tak i ze wcale jej go nie zal, bo SAM SOBIE BYL WINNY.

BUM! Caly autorytet w jednej sekundzie poszedl w pizdu. Dzis oczywiscie wiem dokladnie co miala na mysli, ale wtedy z oburzenia chcialam wstac, wyjsc i wiecej nie wrocic. I ze jak ona tak moze. Bez serca.

W kolejnych miesiacach swiat dostal pierdolca na punkcie Queen, a ja sie do tego szalenstwa przylaczylam. Cala dyskografie mialam na pirackich kasetach, do tego zestaw bookletow z tekstami wszystkich piosenek. Znalam kazdy kawalek Queen na pamiec. Do dzis je znam. Angielski po tym przyspieszonym kursie poszybowal mi co najmniej kilka levelow do gory, bo mozolnie tlumaczylam te teksty ze slownikiem w reku, linijka po linijce. Teraz jak o tym mysle, to pusty smiech mnie ogarnia. Nie bylo internetu, nie bylo natychmiastowego dostepu do piosenek, tekstow, plyt, filmow koncertow. Nie bylo google translate. Nikt nie zrozumie ile wysilku kosztowalo zdobycie dostepu do kaset video z zarejestrowanymi koncertami Queen. Nikt, kto sam kiedys nie walczyl o cos, co bylo w normalnym obrocie nieosiagalne. Pochlonieta szalenstwem dowiedzialam sie (bez internetu, jak, JAK?), ze w Londynie dziala miedzynarodowy, oficjalny fan club Queen. Roczna oplata za bycie czlonkiem wynosila 10 FUNTOW. Kurwa. Nie pamietam kursow walut z 1991 roku, ale zapewne musialam sprzedac polowe wyposazenia mieszkania i kota, zeby kupic te funty w kantorze. Pamietam ten banknot, mam go normalnie przed oczami. Powiew wielkiego swiata. Krolowa na papierku.

Pani na poczcie nie miala zielonego pojecie o tym, jak przetranswerowac te pieniadze na londyskie konto. Nie ma takiego miasta jak Londyn. Pomijam, ze nie dalo sie po prostu przyjsc ze zlotowkami i wplacic, musiala byc waluta kraju docelowego. Ostatecznie sie udalo, a po kilku tygodniach niecierpliwego oczekiwania nadeszla do mnie przysylka z czarna karta czlonkowska ze zlotym logo QUEEN i kwartalnym biuletynem. Nie da sie opisac ile to znaczylo dla, wychowanej na siermieznym komunistycznym „Dzienniku Ludowym”, licealistki. Sam fakt, ze ta sama przesylka, ktora trzymalam w reku byla wczesniej w LONDYNIE. Rownie dobrze mogla byc na ksiezycu.

Sluchajac tego Queen oszalalam na punkcie Briana Maya i – ogolnie – Wysp Brytyjskich. Kolosalny wplyw miala tez pewnie kolejna licealna nauczycielka, tym razem angielskiego (bylam na profilu z rozszerzonym angielskim), ktora w dupie miala oficjalne podreczniki do nauki jezyka i uczyla nas z pokserowanych ksiazek z orygnialnych kursow z UKa. Ten Londyn sie wiecznie przewijal.

Ten etap mojego zycia skonczyl sie brutalnie rok pozniej, gdy po raz pierwszy w radiu spotkalam Grabaza i wyidealizowany wizerunek Briana Maya rozplynal sie w oparach londyskiego smogu doslownie w ciagu dni. Ale wplyw na cale moje zycie mial kolosalny. Kolejne lata spedzilam na marzeniach o podrozy do Anglii. Skonczylam liceum, studia, poszlam do pracy, zauroczenie nie mijalo. Okazja nadeszla w 1999 roku gdy po raz pierwszy wywalono mnie z pracy (potem mnie wywalono po raz drugi, zeby sobie nikt nie myslal, ze tak latwo mi wszystko przychodzi i ojej). Po pierwszym wylocie, wkurwiona, pomaszerowalam prosto do biura podrozy Itaka i za wszystkie posiadane pieniadze wykupilam objazdowa wycieczke po Anglii, Walii i Irlandii. Autobusem. Te wycieczki Itaka miala wywieszone w witrynie, przed ktora debatowalam godzinami, czytajac opisy miejsc, do ktorych podrozowali. Wyobraznia dzialala i widzialam tych wszystkich druidow, celtyckich bogow i irlandzkie wrozki na wrzosowiskach.

Wycieczke, ktora byla wycieczka mojego zycia i ostatecznie przesadzila o calej mojej przyszlosci, opisywalam juz kiedys na blogu. Jak ktos bardzo pragnie aby przywrocic te notke, to prosze pisac, poszukam.

W duzym skrocie przezylam 9 najbardziej zajebistych dni w zyciu, na Wyspach trafilam na jakas pogode stulecia i dlugo potem otrzasalam sie z szoku, gdy po wyemigrowaniu okazalo sie, ze to nie norma tylko pogodowa anomalia, a w Limerick o 5 rano pilot Itaki uczyl mnie prowadzic wycieczkowy autokar.

Po powrocie, cala slomianke nad biurkiem wytapetowalam zdjeciami z Irlandii. Bo to Irlandia urzekla mnie najbardziej. Nie Londyn, w ktorym chyba tylko ukleklam przed Big Benem. Potem wrocilam, wylecialam z pracy po raz drugi, a po roku, 300 wyslanych CV i nietaktownej propozycji wlasnego taty, ze moze tak bym wyjechala do Niemiec pracowac, pomyslalam, ze pracowac tak, ale nigdy u Niemca.

Irlandia, tam jest moje miejsce, tam zostalo moje serce i tylko tam bede naprawde szczeliwa ❤

Wiec chyba jasno i wyraznie widac, ze gdyby nie Freddie….

Teraz o filmie.

Film jest jednoczesnie bardzo dobry i bardzo slaby. Ma nieprawdopodobnie fenomenalne, wciskajace w fotel i zapierajace dech momenty, gdzie czlowiek po prostu znika, zdominowany muzyka, ogranymi po tysiackroc, znanymi kazdemu na wylot i do porzygania kawalkami, ktore – w kinie z sensownym dzwiekiem – rozwalaja krzesla, sciany i publicznosc w drzazgi. I ma nudne i ciagnace sie dluzyzny, przeciagniete sceny, z ktorych nic nie wynika i ktore nie posuwaja akcji nawet o milimetry do przodu. Temat jest ogarniety po lebkach i – nie oszukujmy sie – na odpierdol i gdyby nie Rami Malek, czlowiek niewiele by sie nowego o Freddiem dowiedzial. Malek nie gra Freddiego, on JEST Freddiem, do samego srodka, do flakow i trzewi, do glebi serca, ktore nigdy nie zaznalo spokoju, prawdziwej milosci i zrozumienia. Nigdzie nie umiem znalezc informacji kto spiewa na tym filmie. Czy dzwiek i glos Freddiego sa podlozone? Moze ktos wie, to niech mi powie, chociaz i tak nigdy nie uwierze, ze spiewa aktor. Reszta obsady tez jest zajebista, Brian May w szczegolnosci dobrany idealnie. Zal mi, ze film konczy sie w tym momencie, w ktorym sie konczy, a nie ciagnie historii dalej, ale mysle, ze to jedna z tych produkcji, ktore bede doceniac coraz bardziej przy kazdym kolejnym ogladaniu. Jesli pojdziecie to zwroccie uwage na scene w szpitalu, choc ostrzegam, ze boli przy niej serce. I scena nagrywania Bohemian Rhapsody, przy ktorej z kolei mozna poplakac sie ze smiechu. Nie jest to filmowe arcydzielo (muzyczne jak najbardziej), nie jest to film dekady ani nawet roku. Rozumiem rozczarowane recenzje, ale nie czytajcie ich – tak jak ja – przed seansem. Nie czytajcie ich w ogole. Idzcie, a obiecuje, ze wyjdziecie zalani lzami, spiewajac „and we’ll keep on fighting till the end”.

 

Silver lining

Ponieważ znowu, po raz ochnasty, nie udało mi się coś, o co walczę od wielu lat, to postanowiłam się poużalać. Że lajf nie jest fer, co oczywiście wszyscy wiemy, ale że lajf to również droga od porażki do porażki z zerową gwarancją głównej wygranej. I że jak Kamil Stoch powiedział, że trzeba sto razy przegrać żeby raz wygrać, to samą prawdę powiedział, a nie że gadał co mu trener albo sponsor kazali. Potem ogarnęłam jak się czuje Lewy jak wychodzi na boisko raz za razem, mecz za meczem, zgrupowanie za zgrupowaniem, Robben mu nie podaje, ślepy Milik nie trafia do bramki z pinciu metrów, gole nie padają, naród gwiżdże, hejterzy triumfują.  Lata lecą, do końca kariery coraz bliżej, spektakularnych sukcesów brak. A on nadal wychodzi i robi swoje, chociaż mógłby powiedzieć spierdalajcie, i się obrazić. 

Więc w ciągu dalszym ponurych rozmyślań doszłam do refleksji, że są rzeczy i sprawy nie do ogarnięcia, nie do wygrania, a zwycięstwem jest to, że następnego dnia po porażce stajemy po raz kolejny w szranki, żeby znów polec. Macierzyństwo może być takim barwnym przykładem, ale jest ich więcej. I nie dam już sobie wmówić, że wystarczy BARDZO CHCIEĆ. Nie wystarczy bardzo chcieć. Nie wystarczy się zajebiście starać. Nie wystarczy wierzyć w siebie żeby się udało. Pozytywne myślenie też gówno daje. Nikt o tym jak zwykle nie mówi, bo historie codziennych upadków nie ukoronowanych spektakularnym sukcesem nie są medialne. Nie sprzedają się tak dobrze, jak opowieści tych, którzy wygrali życie i mogą powiedzieć, że to wszystko dlatego, że się nie poddawali i nie tracili wiary w siebie. Gówno. Ściema z gatunku, że uśmiech dziecka wszystko wam wynagrodzi, a wielką miłość spotkacie właśnie wtedy, gdy przestaniecie jej wyglądać. Możecie jej nigdy nie spotkać, naprawdę. Nie w takiej formie, jaką macie w głowie. Ale możecie trafić na kogoś kto was zawsze rozbawi. I może się okazać, że na tym właśnie polega miłość na całe życie. Że śmiejecie się przez łzy, opłakując stratę mitycznego uczucia które was ominęło.

Mam w życiu tak, że generalnie kiedyś tam w końcu dostaję to, na czym mi zależy, ale nigdy wtedy, gdy bardzo i zajebiście tego chcę i gdy robię wszystko żeby to osiągnąć. Bo po co. Cel przychodzi po latach, często po dekadach. Sam, bez wysiłku i mimochodem. Gdy emocje już opadły i już mi nie zależy. Gdy odpuściłam i przestałam się starać. Gdy zrezygnowana wzruszam ramionami i myślę sobie, że teraz to nic mi po tym, że chciałam WTEDY i że WTEDY dałoby mi to takie zajebiste poczucie spełnienia i samozrealizowania. Przypięłoby mi skrzydła, pozwoliło uwierzyć, że marzenia się spełniają. Nie wiem. Może zaraz się okaże, że wszyscy mają inaczej. Że bardzo się starają, walczą do końca i wygrywają, gwiazdki spadają im z nieba, a ja się niepotrzebnie nad sobą użalam i poddaję w połowie drogi. Chociaż się przecież nie poddaję, bo wstaję codziennie, żeby się znów na nowo potknąć. Ale dopada mnie ta myśl, że pewne cele nie zrealizują się nigdy i trzeba będzie z tym żyć albo przedefiniować definicję zwycięstwa na taką, która jest loser friendly. Tak, wiem że nie cel jest ważny tylko droga co do niego prowadzi. Ale drogę wybieramy ze względu na cel więc to trochę jakby błędne koło. 

Z innej beczki to jestem kompletnie uzależniona od programu „Ślub od pierwszego wejrzenia” i nawet nie udaję, że w ogóle mnie ta telewizyjna szmira nie obchodzi i oglądam niechcący, bo się przypadkiem oparłam o pilota, tylko cały dom wie, że w poniedziałek o 21:30 ma być cisza i spokój bo mama analizuje ludzkie charaktery. I naprawdę jestem zafascynowana jak oni znajdują takich fajnych facetów i tak kompletnie popieprzone laski, które oczekują niewiadomo czego, a potem kręcą nosem. I ci faceci naprawdę się starają, a księżniczka jedna z drugą zamiast to zauważyć, to płacze, że wybrali jej rudego zamiast ognistego bruneta. Albo że ona była już w dwóch nieudanych związkach i teraz nie będzie zabiegać o faceta i to on ma się starać i domyślać o co jej chodzi. A on wprost mówi, że nie umie czytać w myślach bo nie jest cholerną wróżką. No nie wiem. Sama uważam proces komunikowania się z facetami za tysiąc razy prostszy od relacji z kobietami. Facet mówi to co myśli. Nie kombinuje. Rzadko korzysta z poczwórnie złożonych podtekstów. Jak milczy to milczy, a nie że jest obrażony. A jak mówi, że nic się nie stało to naprawdę kurwa nic się nie stało, a nie że mam spierdalać bo nie potrafię rozszyfrować z westchnień, co zrobiłam nie tak. 

Oraz Karolak w Ameryka Express. Ani przystojny ani aktor stulecia. A tu co go oglądam to omg. Nie gra nikogo i jest zajebisty. Serce normalnie szybciej bije, jak kiedyś przy Olbrychskim jako Tuhaj Beju albo potem Kmicicu. Kto by pomyślał. 

Jest takie powiedzenie, że every cloud has a silver lining (ja je lubię w wersji odwróconej, że every silver lining has a cloud). I taki właśnie był ten dzień…

Ice Queen

“Ty to jestes jednak prawdziwa Ice Queen” powiedzial mi ostatnio pracowy kolega. Nie palnelam go w ucho linijka, jako iz:

a) lubie go i wiele nudnych biurowych godzin przetrwalam tylko dzieki naszym wielogodzinnym i wielopoziomowym konwersacjom na pracowym gadu – gadu (komunikator normalnie identyko jak GG, tyle ze bez sloneczek)

b) mial racje

Potem przypomnialo mi sie, ze tym samym tytulem obdarzyly mnie kiedys wlasne dzieci (chociaz moze to byla zla macocha z „Kopciuszka”?) i zaczelam sie nad tym zastanawiac.

Problem z ktorym borykam sie cale zycie. „Czemu jestes taka wkurwiona?” Nie, nie jestem wkurwiona, po prostu moj ryj wyglada tak na co dzien, naprawde. Zostalam defaultowo obdarzona wyrazem twarzy, ktory powoduje, ze dorosli decyduja sie profilaktycznie do mnie nie zblizac, dzieci uciekaja na moj widok z krzykiem, a male pieski, rozpaczliwie skomlac, szukaja schronienia u swoich wlascicieli. Co ciekawe od zawsze, ale to od zawsze przyciagalam pijakow. Peron, poczekalnia, kolejka pelna ludzi, wtacza sie koles na bani, a ja moge miec 100% pewnosci, ze podejdzie do mnie i zacznie pogawedke. Moze w pijanym zwidzie potrafi przejrzec na wylot moj mur z lodu, a moze wie, ze nie powiem mu, ze ma spierdalac.

471FD825-24B7-4CF8-B7AB-DD12ED9BF3A0Strasznie sie w ogole tym kiedys przejmowalam, bo co odpowiadac ludziom na pytanie dlaczego jestem wkurwiona skoro nie jestem. I przekonywac wszystkich, ze wszystko jest ok, a ja jestem w swietnym humorze tylko, zwyczajnie, w tym momencie nie chce mi sie gadac. I moze w takim razie powinnam cwiczyc yoge twarzy, zeby rozluzniac spiete miesnie, albo poddac sie operacji plastycznej, albo chociazby namalowac sobie czerwona pomadka soczysty usmiech a la Joker, zeby wszyscy dali mi swiety spokoj.

Potem pomyslalam, ze to w zasadzie atut. W przedbiegach odpadaja wszyscy, ktorzy oceniaja po pozorach. Zostaja ci, ktorym chce sie spojrzec troche glebiej i ktorzy sie nie zrazaja brakiem  entuzjazmu, wylewnosci lub zerojedynkowmi odpowiedziami na zadane pytania. Odpadaja smalltalkowcy, ktorzy w dupie maja co im sie odpowie, a mowia glownie po to, zeby mowic. Odpadaja ci, ktorym z emfaza trzeba relacjonowac jak nam minal wieczor, co sadzimy o dziesiejszym cisnieniu atmosferycznym oraz ostatnim odcinku telewizyjnego talk show  i  w ogle jakie mamy plany na weekend, xmas, nastepne wakacje i reszte zycia. Prawda jest taka, ze Ice Queens czuja sie mega niekomfortowo w small czacie, ale staraja sie dostosowac, zeby za bardzo nie odstawac i nie straszyc  ludzi. Zawsze jednak oddychaja z ulga, gdy ich interlokutor sie znudzi i znajdzie sobie kolejna ofiare.

Jak zwykle lepsi w te klocki sa faceci, ktorzy szybciej i latwiej pojmuja, ze to, ze sie siedzi i milczy nie oznacza obrazy, wkurwu, okresu, klotni z facetem czy ogolnego popierdolenia tylko sygnalizuje chwilowa niekompatybilnosc werbalna z otoczeniem. PK (pracowy kolega) okresla te dni jako „non – talking days” i nie dopytuje sie idiotycznie dlaczego sie nie usmiecham, nie skacze, nie tancze kankana i nie rozmawiam ze wszystkimi, tylko podsyla mi smieszne linki. Osoba, ktora potrafi rozbawic Ice Queen w trakcie jej non talking days (zamiast sie obrazac, ze jezu a ta znowu wkurwiona) ma w jej swiecie specjalne miejsce. I nie, do Ice Queen, wcale nie trzeba sie dobijac tygodniami, zabiegac o jej wzgledy, przekonywac o swojej wyjatkowosci i zajebistosci, zeby tylko sie chciala do kogos odezwac. Ice Queen ogolnie lubia ludzi, ale kompletnie nie odnajduja sie w swiecie plotek i opierdalania wszystkim dupy. Ich wypowiedzi – czy to werbalne czy online rzadko sa naszpikowane emotkonami (po poczatkowej fazie ich naduzywania zeby tylko przekonac rozmowcow ze nie, naprawde nie jest sie wkurwionym) w zwiazku z czym zeby dotrzec do sedna wypowiedzi Ice Queen trzeba albo ja troche lepiej znac albo sie nie przejmowac jej wyrazem twarzy.

Teraz juz mam wyjebane. Tak wygladam i czesc. Moje serce nie jest z kamienia ani z lodu, a ze nie posiadam sparkling personality, ktora przekladalaby sie na usmiechy, serduszka, fajerwerki i poklepywanie swiata po ramionach, to juz trudno. Lubie byc sama i nie uznaje tego za wade czy tez czynnik, ktory dyswalifikowlaby mnie z funkcjonowania w grupie. Nie mam problemow z samotnym lunchem, spacerem lub wyjsciem do kina, tak jak nie mam problemow z grupowym wyjsciem na piwo. Lubie z kims milczec i lubie ludzi, ktorzy potrafia wspolmilczec nie traktujac ciszy jako wroga.

Ice Queen, ktora stara sie spelnic oczekiwania ludu co do wyrazu jej twarzy czesto ewoluuje w kierunku wioskowego glupka lub klowna, ktory za wszelka cene stara sie udowodnic swoja fajnosc. Efekty tego bywaja krotkowalofe, zludne i mizerne, wiec nie polecam.

Jak spotkacie nas swojej drodze Ice Queen to sie do niej usmiechnijcie. Ten banal nad banaly tutaj sprawdza sie 100%. Usmiech roztapia caly lod. Oraz nie pytajcie jej dlaczego jest wkurwiona. Jesli naprawde jest wkurwiona i was lubi to dowiecie sie o powodach wkurwu w pierwszej kolejnosci.

 

Wychodne

Jadę na jakimś mega cugu energetycznym i może to te suplementy, co mi mama na menopauzę przysłała, a może wrzesień a może joga, albo vit C w proszku. Nie wiem, nie wnikam. Ostatni raz tyle siły miałam zanim zaszłam w ciążę z Julką, więc bez komentarza. Wykorzystując cug miałam w ubiegłym tygodniu DWA RAZY wychodne, po którym nie byłam wykończona, nie padałam na pysk, nie umierałam i naprawdę nieważne, że jak w piątek wróciłam do domu o normalnej godzinie to od razu zasnęłam, spałam do 21, po czym wstałam, obejrzałam początek „Obcego 2” i poszłam dalej spać, na kolejne 9 godzin.

W środę poszłam na WORK HIKE. Naprawdę. Wsiadłam po pracy w pociąg, pojechałam wzdłuż zatoki dublińskiej, wysiadłam w Howth i poszłam się wspinać. Z LUDŹMI Z PRACY, których przez ostatnią dekadę, poza pracą, przez większość czasu, profilaktycznie, starałam się unikać jak ognia. Potem poszliśmy na drinki i tam mnie olśniło, że oto w końcu zachowuję się tak jak kiedyś, jak stara sistermoon – przed dziećmi. Nie mam wyrzutów sumienia, zajebiście się bawię, nie spieszę się do domu i nie panikuję, że ojezu dzieci doznają trwałego emocjonalnego urazu, bo mamusia nie dała im buzi na dobranoc. Co więcej – dzieci zostały same w domu, bo PM też musiał wyjść. To już nie światełko w tunelu, to jebany reflektor oświetlający pas startowy na lotnisku w Atlancie! (jezu słuchajcie, oglądałam w irlandzkiej TV program o największym lotnisku świata (w Atlancie) i czy wiedzieliście, że Airbusy składa się RĘCZNIE przy pomocy nitów?! Pewnie wiedzieliście, no ale ja nie, to cześć. Oraz właśnie doczytałam, że zła jakość nitów zgubiła Titanika, chuj z górą lodową). No więc przesłanie moje do Was dzisiaj jest takie, że jak macie małe dzieci i nie możecie same wyjść nawet do kibla, to błagam, nie poddawajcie się. Przyjdzie dzień, że jebniecie drzwiami, Wasza torebka nie będzie wyładowana pieluchami i tysiącem innych rzeczy, niezbędnych niemowlakowi do przeżycia kwadransa poza domem i nikt nie będzie do Was co pińć minut wydzwaniał, że Wasz bobas się posrał, porzygał, nie chce spać, ma gorączkę i co teraz i że w ogóle DLACZEGO WYSZŁYŚCIE I CIĄGLE WAS NIE MA, minęło już przecież 28 minut i 16 sekund i 25 nanosekund odkąd zamknęły się za Wami z hukiem drzwi. 

IMG_4134

Więc ogólnie miałam takie objawienie, że przecież mogę to robić częściej. Wsiadać w ten pociąg i jechać gdziekolwiek. Na hike. Na piwo. Posiedzieć nad morzem. Pójść do pennysa na zakupy (Pennysa otwierają w Polsce btw). Nie muszę wracać biegiem do domu. Aleluja. Nie dlatego że dzieci większe i generalnie w dupie mają czy wróciłam teraz czy za 3h, nie dlatego, że nakarmienie, przebranie i położenie trójki niemowlaków do łóżka przez jedną osobę to challange prawie większy, a na pewno bardziej emocjonalnie wykańczający od zjazdu na nartach z K2, ale dlatego, że uwaga, nie jestem wykończona i CHCE MI SIĘ. Nie wiem czy dla osób bezdzietnych względnie małodzietnych to tłumaczenie ma jakiś sens, ale jestem pewna, że rodzice z liczbą dzieci 3+ całują teraz ekran i robią skrinszota, żeby się w trudnych chwilach pocieszać. W ogóle kiedyś przeczytałam jak znajoma mi matka 9 dzieci powiedziała w jakimś kobiecym periodyku, że najtrudniej jej było jak się urodziło trzecie, a potem poszło z górki. Nie, nie będę sprawdzać, dziękuję, ale zgadzam się, że przy trójce można się pochlastać tępą linijką. 

Następnego dnia poszłam do Irish Filim Institute na „Zimną wojnę”. Irish Film Institute jest zajebiste bo ma wygodne fotele i nikt nie żre popkornu, nie szeleści czipsami i nie sprawdza telefonu (nie mogłam sprawdzić telefonu).  

No i najpierw miałam o tym filmie nie pisać bo „jak zachwyca kiedy nie zachwyca”, ale dajcie spokój. Za duża jestem żeby zawsze się zgadzać z tym co mówią wszyscy. Film jest ŚMIERTELNIE NUDNY. Bosz. Jest naprawdę piękny wizualnie i porywający muzycznie, ale historia miłości Kota i Kulig nie trzyma się kupy, nie przekonuje, nie porusza, nie ma między nimi chemii, Kot głównie siedzi i płacze, a Kulig jest wkurwiająca i naprawdę trudno wyczuć o co jej chodzi i czemu postępuje tak jak postępuje. Chciałam się wzruszyć i poprzeżywać, naprawdę usiłowałam się wczuć żeby się okazało, że znam się na dobrym kinie i jestem taka wrażliwa, ale nie dało rady. Zero emocji czy cienia zainteresowania co będzie dalej. Trudno. Może kiedyś, na etapie Grabaża wypłakałabym na takim seansie oczy i duszę, ale nie teraz, nie po 13 latach małżeństwa, dzieciach, brudnych skarpetkach i zarzyganych bodziakach. Najbardziej przekonał mnie do swojej postaci Szyc, którego nie lubię i Kulesza, której było za mało. Teraz siedzę i oglądam Armageddon – być może to jest właśnie kino na moim poziomie i należy się z tym pogodzić zamiast mieć niewiadomo jakie artystyczne aspiracje. 

Powrót

Miałam taki projekt żeby opisać jak się ogarnąć po powrocie z wakacji, żeby odbyło się to w miarę bezproblemowo i bez walenia łbem w kafelki pod prysznicem, ale zapomnijcie. Wróciłam, było spoko i miałam nadzieje, że tym razem się udało i że naładowana portugalską energią pójdę do pracy z pieśnią na ustach i POSZŁAM, doszłam nawet do przystanku i wsiadłam do autobusu, po czym całkowicie niepoczytalnie przypomniałam sobie, że oto dwa tygodnie temu o tej porze siedziałam na lotnisku, czekając na samolot do Faro…

Tak więc zasada numer 1: po powrocie z wakacji, nigdy, ale to przenigdy nie przypominajcie sobie co robiliście tydzień temu o tej porze, dopóki nie miną, powiedzmy, trzy miesiące, a najlepiej pół roku. 

Następny dzień był jeszcze gorszy (bo pierwszego to przynajmniej nikt debilnie nie oczekiwał, że będę pracować, gdy samo przeczytanie zaległych maili zajęło mi czas do lunchu i trzy godziny po). Ale w środę to już była rzeźnia i mentalnym szlochem wybuchałam co kwadrans. Nie pamiętam zaprawdę kiedy tęskniłam za jakimś miejscem tak mocno, żeby za nim płakać. W podstawówce to zapewne było, jak na kolonie do Pogorzelicy pojechałam. Potem po pamiętnych wakacjach w Irlandii też płakałam, ale to za pilotem biura ITAKA umówmy się, nie za klifami. 

No więc zasada numer 2: po powrocie z wakacji, nigdy, ale to przenigdy nie wspominajcie miejsca w którym byliście i gdzie było zajebiście i byliście szczęśliwi dopóki nie miną powiedzmy kolejne trzy miesiące, a najlepiej 52 tygodnie, które was dzielą od kolejnych wakacji.

IMG_4069

Ogólnie chyba najlepiej usiąść, zwinąć się w kłębek i jakoś przeczekać do Bożego Narodzenia, albo przynajmniej Halloween. Nie wiem. Nie dobija mnie to, że wróciłam, bo jako żywo pamiętam, że wracać już chciałam bo było mi gorąco. Ale że nie wiem kiedy i w ogóle znowu gdzieś pojadę. Kiedy znów będę się mogła tak zrelaksować żeby mnie nic nie bolało i nic nie stresowało. 

No ale dobrze. Potem już Lewy zaczął strzelać bramki, a reprezentacja nie przegrała z Włochami, więc jakoś się ogarnęłam. 

Oraz – właśnie – GAD mi odpuścił. Lubię swoje życie bez GADa. Cieszą mnie wtedy drobiazgi oraz chce mi się. Iść do kina. Na piwo. Nie wrócić od razu po pracy do domu tylko zrobić coś szalonego. Pojechać do Lidla i kupić wino. Jezu no nie wiem. Chce mi się być dobrej dla siebie samej. Nie dlatego, że „zasłużyłam” (bo co jeśli następnym razem nie zasłużę?) ale dlatego, że jestem fajna i coś mi sprawia radość. Bo tylko tyle z tego mamy. Nie euforię po hipotetycznej wygranej w Lotka, tylko radość, że zjedliśmy coś dobrego, wyspaliśmy się albo coś nas wzruszyło do łez. Podobno zresztą zmierzyli kiedyś poziom szczęścia u osób które wygrały na loterii i tych które nie wygrały i rok po wygranej jedna i druga grupa były podobnie szczęśliwe, w sensie, że ci z tym milionem wcale nie byli w ekstazie i nie wykrzykiwali co chwilę jakie ich życie jest zajebiste. 

Wraca nadzieja, że znów coś się wydarzy co odbierze mi dech i znów zacznę tęsknić za nienazwanym. 

Ponadto w ramach walki ze strachami myślę o praskim xmas markecie i wiosennej Barcelonie (dziecko najstarsze, któremu ów plan objawiłam wykrzyknęło z entuzjazmem: „Już dawno powinnaś była jechać”) Oraz znów się na studia zapisałam, po tym jak w 2007 na klęczkach przysięgłam, że już się nigdy nie zapiszę na studia. 

Ostatnio przeczytałam, że wrzesień to taki nowy styczeń. W sensie, że to o wiele lepszy miesiąc na postanowienia i zmiany niż początek roku, kiedy każdy jest wkurwiony, że 6 miesięczne (tak, tak, Xmas sklepy w Dublinie już otwarte) przygotowania do dwóch bożonarodzeniowych dni skończyły się tym samym co zwykle czyli nadwagą, kacem i pustką w portfelu. Plus na dworze zimno, a na horyzoncie do kwietnia jedynie mrok, dupa i mordor. A taki wrzesień to proszę. Jeszcze trochę ciepło. Jeszcze niezupełnie ciemno. Jeśli ktoś miał szczęście i wyjechał na wakacje, to jeszcze trochę pozostało mu energii. Bachory wróciły do szkoły. W perspektywie migoczą choinki. Lubię ten wrzesień bardzo, może dlatego że w Irlandii to najstabilniejszy pogodowo miesiąc, który oferuje najmniej meteorologicznych niespodzianek. Lubię poranny crisp w powietrzu i pierwsze liście na chodniku. Idealnie korespondują z moją nostalgiczną naturą. Postanowień nowojesiennych nie mam, ale obiecuję cieszyć się każdym dniem bez GADa. 

Portugalia 2 – część pierwsza

Wróciłam i – aleluja – w przeciwieństwie do ubiegłego roku nie potrzeba mi znachora żeby mnie pozbierał z podłogi i odczynił tegoroczny portugalski urok. Pani dyrektor, na którą wpadłam w szkole i która naprawdę zna życie lepiej niż ktokolwiek inny, na wiadomość, że przylecieliśmy wczoraj wieczorem, stwierdziła, że muszę być wykończona, na co ja – truchtając radośnie w miejscu odparłam, że właśnie NIE, nie jestem wykończona, wręcz przeciwnie – energii mam tyle, że właśnie planuję zjechać na nartach z K2, potem przepłynąć atlantyk, a następnie pobić rekord świata Anity Włodarczyk w rzucie młotem. 

Powtórzę to, co już napisałam w ubiegłym roku: kocham Portugalię. Uwielbiam Portugalię. Portugalia über alles. Portugalia jest moim magicznym miejscem, gdzie wszystkie, ale to dokładnie WSZYSTKIE moje problemy znikają, a wszystkie dolegliwości ustępują, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Nie wiem o co chodzi, ale w Portugalii nic mi nie dolega. Nic mnie nie boli. Niczego się nie boję. Nic mnie nie denerwuje. Nie mam żadnych schiz, żadnych zapaści. GAD do Portugalii w ogóle nie pojechał, może mu paszportu nie dali, nie wiem. Dzieci mnie nie denerwowały, a doprawdy nie zapominajmy, że należę do grupy wyrodnych matek i wrednych bab, które denerwują wszystkie dzieci w każdym wieku, w tym własne w pierwszej kolejności i tak, też często się zastanawiam po co je w takim razie miałam, ale na szczęście odpowiedź na to pytanie już znalazłam i jest w notkach poniżej.

Pojechaliśmy w to samo miejsce po raz trzeci (napiszę osobną notkę o całej logistyce i jak taki wyjazd w ogóle ogarnąć, gdy jest się osobą, która nie uważa, że z dziećmi można robić wszystko i jeździć wszędzie) i szczerze mówiąc nie wiem czy jest jeszcze gdzieś na świecie jakieś inne miejsce, w które chciałabym jeździć na wakacje. To znaczy, na pewno gdzieś jest, ale czy chce mi się go szukać.

Po raz pierwszy jechaliśmy w sezonie (ubiegłoroczne wyjazdy miały miejsce w maju i czerwcu) i wbrew pozorom nie było oczekiwanych przeze mnie tłumów. Było więcej ludzi (kolejki w Inter Marche i zapchana malutka plaża), ale do restauracji dawało się pójść bez czekania, a na deptakach i w malusich sklepikach człowiek nie wpadał co chwilę na grupy najebanych Angoli w opuszczonych do półdupka gaciach z Union Jackiem, którzy przy nieśmiertelnym english breakfasts odchorowywaliby kaca, informując przy tym wszystkich dookoła ile razy i gdzie puścili pawia. Po poprzednich, pozasezonowych, wyjazdach miałam wrażenie, że to idealna miejscowość dla emerytów i właśnie rodzin z małymi dziećmi, po tym wyjeździe wydaje mi się, że to taka miejscowość, do której na wakacje przyjeżdżają lokalsi, bo wśród turystów dominującym językiem był portugalski, hiszpański i francuski. 

IMG_3902

W tym roku mieliśmy dużo fajniejszą miejscówkę, głównie ze względu na większy basen, dodatkowo otoczony terenami zielonymi, gdzie można było posiedzieć na ławkach, zrobić grilla, lub – po prostu – schować się w cieniu figowca (tak, tak) przed morderczym słońcem. 

Najcudowniejsze w tym wszystkim było to, że człowiek tam po prostu BYŁ. 

Wstawał i był. 

Otwierałam oczy i szłam na basen, pływać. Nie musiałam przygotowywać torby z kostiumem, ręcznikiem, czepkiem, szamponem i płynem do mycia, suszarką, portfelem i kluczami. Nie musiałam się ubierać w normalne ciuchy, schodzić do auta, dojeżdżać, płacić, otwierać szafki, jeszcze raz się przebierać i wszystko to, tylko po to, żeby przez następne kilkanaście minut przepychać się na wydzielonych torach, z zapierdalającymi w okularkach speedo następcami Phelpsa. Nie. Po prostu otwierałam oczy i 5 minut później miałam cały basen dla siebie. Z tym basenem to w ogóle wiecie. Gdybym miała do niego dostęp w takiej formie codziennie, GAD zostałby zmuszony do ewakuacji lub wyszukania sobie innej ofiary, bez basenu.

Z całą resztą było to samo – chciałam gdzieś iść, to wstawałam i szłam. Nie musiałam sprawdzać która jest godzina i czy mi pasuje, czy nie mam innych planów, czy PM nie ma innych planów, a dzieci szkoły lub zajęć dodatkowych. Nie musiałam poprawiać makijażu bo go nie miałam. Zakładać kurtki. Szukać butów. No ja pierdole. Człowiek traci tyle energii na samą ORGANIZACJĘ życia, że naprawdę nic dziwnego, że na nic innego nie starcza nam już siły. 

W końcu – wysiadłam wczoraj z tego samolotu, dokładnie jak wtedy, 17 lat temu, w zachód słońca i irlandzką bryzę i poczułam, że każda komórka mojego ciała ŻYJE. Nie umiera, nie jest zmęczona, nie ma dosyć, nie jest smutna, ale żyje. Jest prawie 24h później i nic mi nie przeszło. Do pracy wracam we wtorek i wtedy pogadamy, ale doprawdy nie ma ceny na to co dają człowiekowi udane wakacje. 

Yippee ki-yay, motherfucker

Spotkalam sie ostatnio z kolezanka, ktora postanowila samodzielnie wyemigrowac do Kanady. Sluchalam jej opowiesci z rozdziawiona paszcza i myslalam sobie jak ja jej zazdroszcze. Nie, ze emigruje, ale ze jest taka odwazna. Ze sama i w ogole. Nikogo nie zna i jedzie tak daleko. OMG. Potem kolezanka uprzejmie zwrocila mi uwage, ze ja przeciez tez wyemigrowalam i tez bylam sama. Fakt, ze jakies 3 zycia temu, ale przeciez nie znalam nikogo i jechalam w zasadzie prawie w ciemno.

I zrobilo mi sie smutno.

Ze kiedys niczego sie nie balam. Przed tamtym wyjazdem czulam, owszem,  lekki niepokoj, ale bardziej z cyklu CO JA TAM BEDE JADLA niz jak sobie dam rade.  Naprawde nie przychodzilo mi do glowy, ze moge nie dac sobie rady, a nawet jesli – to co z tego. Wroce bogatsza o doswiadczenia i pincet litrow wypitego Guinessa. Potem przez pierwsze lata na wyspie jezdzilam gdzie popadnie, ciagle sama i rowniez nie nawiedzaly mnie apokaliptyczne wizje katastrof, ktore moga mnie spotkac na kazdym kroku. Wychodzilam nad ranem, wracalam nawalona w srodku nocy, nikt nie wiedzial gdzie jestem i o ktorej wroce, a zamiast Iphona 165798798XYZ  z mapami, GPSem, apkami do lokalizacji czlonkow rodziny i do alarmowania najblizszych, ze wlasnie mnie porwano, mialam Nokie z wezem.

Potem spotkalam PMa, ale luz, nadal jezdzilismy i zwiedzalismy swiat. A potem urodzily sie dzieci…

CE322608-3EAD-4F29-996A-EEF8C823BB58

I juz naprawde pomijam wymownym i wieloznacznym milczeniem deklaracje typu: „Z dzieckiem mozna robic wszystko, w zeszlym tygodniu weszlam z moja niunia na Everest, z ktorego potem zjechalysmy na sankach, a w miedzyczasie dodalam na blogu wpis o kombinezonach do wspinaczki dla matek karmiacych”.

Juz o tym pisalam, a jak nie pisalam to prosze, napisze jeszcze raz: masz wyluzowane dziecko, ktoremu wisi gdzie jest, o ktorej je i spi i ktore w dupie ma dzienna rutyne, to dziekuj swoim szczesliwym gwiazdom i nie pouczaj innych na fejsbuku, zeby cie nie pokaralo kolejnym dzieckiem, ktore bedzie spalo w interwalach 13 minutowych i tylko pod warunkiem, ze ulozysz je w lozeczku w idealnym 35 – centymetrowym odstepie od szczebelkow, dokładnie o 12:53, po wypiciu 267 ml mleka i przebraniu w czysty spioszek w owieczki. I nie, zle ci sie wydaje, jak myslisz, ze ty bys to dziecko oduczyla takiego bezsensu, bo przeciez nie bedzie bachor dyktowac co masz robic, jak ty sie wybierasz na Everest. Solennie, z reka na sercu, zapewniam, ze po miesiacu oduczania bedziesz warowac ze stoperem i spioszkiem w owieczki w reku i pilnowac tej 12:53 zeby tylko uzyskac te pierdolone 13 minut swietego spokoju, a o Everescie nastepnym razem uslyszysz, jak przeczytasz ze wybudowano na nim kolejke linowa.

Ale nie o dzieciach mialo byc, ale o tym ze sie boje. Jestem przerazona. Fakt, umowmy sie ze jak wyjezdzalam z Polski to nikt nie wlatywal samolotami w amerykanskie drapacze chmur, nie wjezdzal TIRami w jarmarki bozonarodzeniowe i nie podrzucal ladunkow wybuchowych do metra (z drugiej strony – o ironio – Irlandia w 2001 roku i tak kojarzyla sie wszystkim z atakami IRA i pytanie „czy nie boisz sie tam jechac” slyszalam od co drugiej niezorientowanej w temacie osoby).

Potem przewrocila mi sie Julka i teoria, ze „przeciez kazde dziecko sie przewraca i nic mu nie jest” ulegla rozbiciu na milion atomow. I moze dlatego trzese sie nad tymi dziecmi jak kwoka, a jak juz w koncu troche sie ogarne, ze przeciez to nie sa niemowlaki i tak zaraz wszystkie hurtem pod samochod nie wpadna, to masz jebut, trojka dzieci w podobnym wieku tonie w Darlowku. To czesc.

Kiedys na mysl o wakacjach pakowalam brezentowy plecak, nalewalam do niedomytego bidonu herbaty i jechalam w ciemno. Gdzies tam sie zanocuje, spiwor mam, na dworcach spalam wielokrotnie, w tym raz w Kudowie Zdroju jak bylo -25 i rzesy mi zamarzly. Samodzielny wyjazd w piatek w nocy do Zakopca, nocleg w Pieciu Stawach i powrot nastepnego dnia do domu – zaden problem (a nocny Poznan – Zakopane 12h w smierdzacej kuszecie, nie ze 3h w Rajanerze i po klopocie).

Teraz boje sie jechac do Lidla, a zaplanowane od stycznia nieodlegle wakacje w Portugalii wywoluja u mnie – zamiast euforii i rajsenfiber – mini ataki serca, bo przeciez te pozary, strajki Ryanaira, zagubione bagaze, PM z arytmia, utopione dzieci i Madeleine McCann. Wiec siedze z ta kolezanka, flashbaki z zycia migaja mi przed oczami i zaraz sie poplacze, ze wszystko co najlepsze juz za mna, a ona do mnie: BUT YOU CAN STILL DO ANYTHING YOU WANT. Wiec sprawdzam ile tego Guinessa juz wypilysmy, bo moze sie najebala i bredzi. A potem zaczynam te jej slowa w kolko obracac w glowie, obijaja mi sie o zwoje mozgowe przed zasnieciem i gdy rano myje zeby i coraz intensywniej zaczynam sie zastanawiac, jak sie wyrwac z tego przekletego kregu obawy o wszystko i nie konczacej sie paranoi. Jak wrocic do tamtego zycia, kiedy potencjalne minusy nie przeslanialy plusow i nie torpedowaly kazdego planu wyrwania sie z kieratu.

Jak, jak droga Gosiu odzyskac utracona PEWNOSC SIEBIE I WIARE, ZE ZAWSZE SOBIE PORADZE.

I dobrze wiem co musze zrobic, musze w koncu wsiasc w ten pociag lub samolot i gdzies poleciec sama, nie z rodzina, nie z dziecmi, nie do taty, mamy i psiapsiolek, tylko zrobic naprawde dluga liste nowych miejsc, ktorych kompletnie nie znam, a ktore chcialabym odwiedzic i zaczac ja krok po kroku realizowac, bo pozbyc sie strachu mozna tylko stawiajac mu czola i wrzeszczac yippee ki-yay, motherfucker, a nie siedzac pod kocem i ogladajac „Kuchenne rewolucje”.

I jeszcze jedno – Julka, ktora coraz czesciej mysli duzo trzezwiej ode mnie, wsiadla po raz pierwszy sama (w sensie, ze z kolezanka, a nie z nami) ubieglej niedzieli w autobus i pojechala do odleglego o 5km centrum handlowego. Zegnalismy ja pod drzwiami z PMem dlugotrwalym potrzasaniem rak i przytulaniem, a nastepnie stalismy jak dwa palanty w oknie, patrzac jak odchodzi i podskakuje z radosci, ze sie zgodzilismy. Moja litanie potencjalnych zagrozen, przerwala, zagladajac mi w oczy i mowiac surowo: MAMO, NIC MI NIE BEDZIE, wiec umilklam bo zrozumialam, ze ona wie ze da rade i sie nie boi, tak jak ja sie kiedys nie balam, wiec moze faktycznie lepiej tego nie spierdolic i sie zamknac.