Poznań 2019 cz. 2

Poszłam w tym Poznaniu do kilku knajp, o których coś tam się naczytałam w internecie, że dobre jedzenie i ojezu. Nie wiem na co się nastawiałam, ale kanapka na której ktoś pod jajkiem rozmazał awokado, po czym szczerze i od serca sypnął rukolą na talerz i okoliczne stoliki, dawno przestała się w moim świecie kwalifikować do nagrody złotej patelni. 

Kiedyś tak, o tak. Przed PMem imponowało mi każde żarcie z każdej knajpy. Nieważne, że po nim rzygałam albo przez trzy dni bolał mnie żołądek. W latach 90-tych każde jedzenie na wynos, nie będące zapiekanką z pieczarkami z budy na Półwiejskiej, to było wow i omg, człowiek nie wybrzydzał i wszystko co mu podano pod nos, po prostu musiało smakować. Potem, na samym początku życia na wyspie żywiłam się w przyzakładowej kantynie i też mi się wydawało, że gotuje dla mnie sam Gordon Ramsay, a kantyna ma co najmniej dwie gwiazdki Michelin. Jeszcze bardziej potem poznałam PM, który drugiego tygodnia znajomości wysunął rewolucyjną myśl, że może UGOTUJMY COŚ SAMI. Na nasz pierwszy wspólny obiad mieliśmy rozgotowany makaron, z wywaloną na niego kapustą (na ciepło) z litewskiego sklepu. Prawdopodobnie myślą przewodnią przy komponowaniu posiłku były łazanki, nie pamiętam, PM się upierał, że to będzie bardzo dobre. Po kolejnych kilku tygodniach znajomości kupiłam mielone, z mocnym postanowieniem zrobienia sosu bolognese i do dziś pamiętam jak stałam na tą nierozpakowaną paczką surowego mięsa, nie wiedząc do końca co dalej oraz próbując opanować wszechogarniającą panikę, że nie umiem, nie potrafię i chcę do mamy. Po czym euforię, jak po desperackim wrzuceniu mielonego na gorącą patelnię, mięso zaczęło skwierczeć, pachnieć i ostatecznie przybrało jadalną postać. Z ręką na sercu mogę przysiąc, że wiem jak się czują zwycięzcy masterchefa. 

No ale o tych knajpach miałam. Że szłam nastawiona pozytywnie, a wychodziłam meh i szłam po drożdżówkę. Jedną kanapkę raz na Ratajczaka kupiłam, z hummusem i pieczoną papryką, jak szłam na pociąg do Chodzieży, i tak, to zdecydowanie był highlight, była rewelacyjna. „Lavenda” na Wodnej – whatever, jajecznica z 4 jajek wyglądała jak moja domowa z 2. „Bardzo” na Żydowskiej – to ta kanapka z jajkiem na awokado (i bardzo, bardzo dobrym chlebie), obleciało, ale serio, prawie 5 euro za śniadanie (czyli tyle ile za naprawdę dobrą kanapkę w posh dzielnicy Dublina) jest lekką przesadą, plus żeby się najeść potrzebowałabym chyba takie trzy. Oraz naprawdę o co chodzi z tym obsypywaniem wszystkiego rukolą. To taki kulinarny brokat, czy co? „Meat us”, też na Żydowskiej, które było hitem mojego ostatniego pobytu i koczowałam tam non stop, teraz nie dało rady. Tzn ja nie dałam rady. Nie wiem co z tym mięsem, oświećcie mnie, ale nagle po 45 latach grillowanych karkówek, mielonych, schabowych, pieczonych kiełbas, kaczek i półgęsków, mój żołądek nagle ogłosił, że NIE, NIE lubi i nie będę go zmuszać. Dawaj w zamian kalafiora. Tak na marginesie, PM, który ma bardzo wysokie ciśnienie, w momencie gdy przestaje jeść mięso, zaczyna mieć ciśnienie idealnie normalne. Więc nie wiem, ale daje to do myślenia.

IMG_5949Najlepsze obiady zjadłam u mamy oraz w pizzeri „Przyjemność” na Wildzie, do której zabrała mnie bardzo dobra przyjaciółka. Serio, gdyby nie lata znajomości oraz setki wspólnie skonsumowanych bułek ze Sphnixa, nie weszłabym tam nawet w naciągniętej na oczy kominiarce i gdyby jedzenie serwował sam Jesse Pinkman. Błąd! Błąd! Nie oceniajcie nigdy po pozorach! W tym brudnym, odrapanym baraku kolo obesranego przez psy skwerku, zjadłam najlepszą pizzę w życiu.  W sumie dwie, bo następnego dnia biegłam tam z powrotem, spróbować wersji wegetariańskiej. Ja i pizza wegetariańska. Bakłażan by się uśmiał. 

Będąc z wizytą u mamy, mama wyciągnęła dwie butelki własnoręcznie robionych nalewek i mówi, weź to dziecko do domu. Do domu. Daj spokój mamo, nie będę teraz nadawać specjalnie bagażu, chodź się lepiej napijemy, bo zimno, wirusy i trzeba w ogóle spróbować czy to dobre. Po nalewce mirabelkowej była aroniowa, potem wiśniowa, potem agrestowa. Potem mama wyciągnęła jeszcze owoce, które trzyma z tych wszystkich nalewek i mówi, że to idealne do deserów. Zjadłyśmy pół słoika nawalonego spirytusem agrestu, widelczykiem prosto ze słoika, bo deseru nie było. Naprawdę przysięgam wam, że soplica mirabelkowa, którą dzień wcześniej kupiłam w Żabce nadaje się przy nalewkach mojej mamy do usuwania nalotu z kibla. 

I co jeszcze. Terapia brakiem wrzasku kochanych dzieci zrestaurowała mnie po 48h. Spać nie mogłam, więc o brzasku oglądałam w TV powtórki starych teleturniejów z Krzysiem Ibiszem. W sklepach nic nie było, a jak było to po cenach dublińskich, więc podziękowałam. Zresztą nie wiem, może to ten etap w życiu, że już człowiekowi nie podoba się wszystko, jak leci, tylko jedna rzecz na milion. Jedno niepokojące spostrzeżenie miałam takie, że jak kiedyś narzekałam przyjaciółkom, że jestem stara i gruba, to zgodnym głosem protestowały, a teraz  wszystkie milczały jak zaklęte… Głowa odpoczęła mi bardzo i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło. 

Poznań 2019 – cz. 1

Mam tyle do opisania, że potrzebuję kolejnego wolnego tygodnia, żeby nie było na odpierdol i byle jak. Z góry lojalnie uprzedzam, że cała moja relacja będzie pełna uprzedzeń, uogólnień, egzaltowanych pretensji i subiektywnych punktów widzenia. Nie jestem już stamtąd, jestem stąd i przez perspektywę „stąd” patrzę. Irlandia i Dublin – widzę to wyraźnie – rozpuściły mnie jak dziadowski bicz i w dupie mi się poprzewracało. Nic na to nie poradzę. Polskę miałam, mam i mieć będę w DNA, ale to nie znaczy, że będę patrzeć przez palce i udawać, że nie widzę tego, co się rzuca w oczy. 

A więc po pierwsze – Poznań umarł. Moje rodzinne miasto wyglądało tak jakby przeszła przez nie  apokalipsa zombie. Wiem, że jest zima, naprawdę. Wiem, że prawie każdy kraj i miasto w lutym wyglądają dość mało atrakcyjnie, bo brak zieleni, liści i słońca niemiłosiernie odsłania każdą brzydotę, skazę i każdy szpetny zakątek. Ale w Dublinie też jest luty, a Dublin jest akurat jednym z najmniej urodziwych miast, jakie znam. Jest brzydki, bądźmy szczerzy. Ale mimo to jedno miasto żyje i oddycha, a drugie dogorywa.

Chodziłam codziennie po poznańskiej starówce i nie czułam w niej pulsu. Opustoszałe ulice. Przemykające pod murami staruszki. Pozaklejane starymi gazetami witryny sklepowe. Te niepozaklejane – brudne i z szyldami pamiętającymi rok 1987. Na samym Starym Rynku – budynek, w którym kiedyś był Dom Turysty – bardzo memu sercu bliski bo kiedyś – razem z koleżanką – zaprosili nas tam do siebie panowie z T. Love (przez 2 godziny GRALI NAM NA GITARZE swoje kawałki, żeby nie było niedomówień i skojarzeń). Dziś to ruina. Powybijane szyby, zamiast nich, w oknach, sklejka. Poodrywany tynk, łuszcząca się farba. Centrum i serce Poznania. Najbardziej reprezentacyjne miejsce miasta. Smutek, żal i żałoba. Do tego te porozrzucanie wszędzie hulajnogi – potęgujące tylko wrażenie, że wszyscy nagle wstali, rzucili wszystko i w pośpiechu uciekli. O co chodzi. Nie mówcie mi, że wszyscy są w pracy, albo siedzą w domu i oglądają dzień dobry tvn. W piątek wieczorem też na tym starym rynku byłam i ludzi było dużo więcej, ale nadal miałam wrażenie, że ich głosy, śmiechy i krzyki tylko odbijają się od martwych fasad budynków i złowrogich, ciemnych zaułków…

IMG_6001

O drobnych już pisałam na wszystkich soszial mediach, ale z przyjemnością napiszę raz jeszcze. NIE OGARNIAM. Jestem z Polski, regularnie do tej Polski przyjeżdżam i nie, nie mogę zaakceptować, że tak tam po prostu jest. Żeby było jasne – w Dublinie też trzeba mieć drobne i to odliczone, jak się np chce wsiąść do autobusu. Ale informacje na ten temat są wołami napisane przy kabinie kierowcy oraz chyba w każdym szanującym się w przewodniku. I to nie o te drobne chodzi, tylko o poczucie winy, w jakie panie w sklepach wpędzają klienta, gdy ten tych drobnych nie ma. Nie mam drobnych. TO NIE MAM WYDAĆ. No kurwa. Co mnie to obchodzi. Dwa razy wyszłam ze sklepu, zostawiając paniom przy kasie zakupy. Tak, naprawdę wiem, że mogę płacić kartą. Ale może karta mi nie działa (dwa razy nie zadziałała). Może za każdy zakup za granicą nalicza mi prowizję. Może dostałam w prezencie stówę i chcę ją wydać. No bo wie pani, niektórzy to kupują zapałki, żeby rozmienić pieniądze. Serio? Dokładnie po to idę w Irlandii do sklepu, po gumę za 95 centów. Żeby rozmienić większy banknot. 

Sytuacja z cafe Gołebnik, gdzie kazano mi wyjść rozmieniać pieniądze, a następnie podstępem usiłowano wmówić, że w Polsce obowiązkiem klienta jest posiadać drobne (łącznie z googlaniem odpowiedniego przepisu, którego przedstawienia zażądałam, odmawiając jednocześnie wyjścia i szukania sklepu, który mi rozmieni kasę) w ogóle mi się w głowie nie mieści. Ok, może to ja. Może moje nastawienie promieniuje ze mnie na kilometr i ekspedientki natychmiast jak mnie widzą, to od razu są wkurwione. Może powinnam się tej presji i temu terrorowi poddawać i przepraszać, że tych drobnych nie posiadam. Ale przez 18 lat w Irlandii nigdy nikt mnie o drobne nie poprosił i nie postawił pod ścianą, że nie ma wydać, jeśli natychmiast ich nie wyczaruję. Żaden sprzedawca w żadnym sklepie nie dał mi nigdy do zrozumienia, że jestem upierdliwa, męcząca i na pewno złośliwie te drobne powrzucałam do rynsztoków, żeby teraz nie móc nimi zapłacić. 

I żeby nie było – większość obsługujących mnie w sklepach i knajpach młodych ludzi była fantastyczna, uśmiechnięta, pozytywna i frontem do klienta. Ale te nabzdyczone pindy w tych Żabkach…  W sobotę weszłam tam jeszcze spytać, czy następnego dnia sklep będzie otwarty od 6 rano czy później (miałam w nim zostawić klucze do apartamentu, w którym mieszkałam). 

– W niehandlową niedzielę???? Zwariowała pani???

CDN

Krótki update dla tych, co mnie nie śledzą na fejsbuku

Ponieważ wiele osob pyta mnie o update z reportażem w wyborczej, to otóż on 😂

Pani redaktor, po zmarnowaniu mi sobotniego popołudnia, ponad 3h wywiadu, wykorzystania mnie jako taksówki, informacji turystycznej i riserczera (podałam jej jedno z nazwisk, które pojawiają sie w artykule) – nie wykorzystała z mojej historii ani słowa.

I nawet nie o to chodzi, ze nic nie napisała, bo nie miała żadnego obowiązku tego robić.

Ale po odstawieniu jej na pociag i jej dokładnych instrukcjach co bedzie dalej (czas na pisanie artykułu, autoryzacja, zdjęcie itd) nie odezwała sie juz do mnie ani słowem.

Serio, nie mam złudzeń ze moja historia jest tak zajebista, że Polacy wyjdą na ulice, jeśli nie ukaże sie w prasie, ale myślałam ze zasługuje przynajmniej na minimum, nie wiem czego? Szacunku? Przyzwoitości? Rzuconego na odpierdol: sorry ale byłaś nudna, nie będę o tobie pisać?

Z drugiej strony pusty śmiech mnie ogarnia, bo ta mini historyjka idealnie i w punkt oddaje story of my life – staraj sie, przykładaj, rób wiecej niż powinnaś – na końcu i tak do awansu, podwyżki, nagrody, wywiadu i wuj wie czego wybiorą kogoś innego.

Czuje sie idiotycznie – jak laska po pierwszej randce o której myślała ze poszla dobrze, a facet nigdy nie zadzwonił 😂

*******

Dzień po zamieszczeniu tego wpisu pani zadzwoniła, przeprosiła i podziękowała za poświęcony jej czas.

Wszystko

Boże co miałam za tydzień. Koszmar jakiś i serwis czary.pl, który z nabożeństwem przeglądam każdego poranka powinien mi odszkodowanie wypłacić za puste obietnice i zwodzenie mnie obietnicami awansu, pieniędzy i niewiadomoczego. Może w ogóle powinnam żyć z tych hipotetycznych odszkodowań zamiast się użerać z debilami. Ale po raz kolejny pomyślałam, że znowu będę jak Robert Lewandowski i się nie poddam, mimo że z marzeń o World Cupie raczej nici. Raz już tak miałam, jak złamałam nogę, a wcześniej Robert złamał nos i nie płakał oraz się nad sobą nie użalał, tylko założył maskę i grał dalej. Więc rownież założyłam maskę i gram dalej, z taką refleksją, że im więcej człowiek się wypierdala tym łatwiej się potem podnosi. 

Potem obejrzałam 77 zdjęć z Poznania z lat 90-tych. Jezu. Od zdjęcia numer 15 płakałam jak bóbr. Zwłaszcza przy zdjęciu pierwszego poznańskiego McDonalda. Przecież pamiętam jak go otwierali i że tłumy były i sensacja i ojezu. Wszyscy przyszli zjeść amerykańsko bułkę z klopsem. Potem widziałam podobne zjawisko raz jeszcze, jak w Dublinie IKEA otworzyli i japierdole co się działo. Kolejka po hot dogi była dłuższa niż  liczba Brytyjczyków aplikująca o irlandzki paszport przed brexitem. Twinsówny wtedy miały raptem dwa miesiące i w ogóle w tej ikei obok kolejki po hot dogi stała druga, do naszego wózka i omg ARE THEY TWINS i ARE THEY IDENTICAL. Jeszcze bardziej potem miałam taki tshirt z odpowiedzią na wszystkie głupie pytania, jakie mi zadawano ochnaście razy dziennie. Do marketu z dzidziusiami po chleb szłam, to wracałam dopiero jak na facebooku PM zdjęcia wstawiał, że zaginęłam, podczas gdy ja w tym czasie po prostu stałam obok półki z mielonym i cierpliwie tłumaczyłam, że YES, THEY ARE NATURAL. Ogólnie to te starsze irlandzkie panie co nas zawsze zaczepiały nie były wściekłymi moherami z gatunku ALE DLACZEGO CÓRECZKI NIE NOSZĄ CZAPECZEK, SZALICZKÓW I RAJSTOPEK i w zasadzie miło było być przez te pierwsze lata lokalną celebrytką, bo potem niewiadomo czemu wszystko się skończyło i dzisiaj nikt już nas nie zaczepia. 

81wn+h2o4pl._ux569_

Piszę tę notkę po jednym zdaniu na dzień. Obstawiam, że w okolicach kwietnia będzie gotowa. W poniedziałek lecę do Poznania i niby się cieszę, ale nie wiem czy się cieszę, bo jestem strasznie ostatnio rozpieprzona i wąchałam plastikowe kwiaty wczoraj. 

Plus w Poznaniu na przystanku autobusowym zaginął student i to już mnie w ogóle rozpierdala bo co się z nim stało. Wyparował? Siedział tam, siedział i siedział i nagle został po nim tylko telefon. I teraz się będę bała koło tego przystanku przechodzić bo akurat wiem, gdzie on jest. Przystanek, nie student.

Zimno jest i pani kierowniczko jak jest zima to musi być zimno, ale ile można. Tegoroczny styczeń trwa już pół roku, przysięgam. Codziennie rano sprawdzam czy JUŻ JEST OSTATNI JEGO DZIEŃ i codziennie rano NIE JEST. To nie jest normalne. Potem za to czerwiec będzie trwał trzy godziny. 

Koleżanka z Polski zgłosiła pretensje, że dlaczego ja w ogóle zawsze przyjeżdżam zimą i sama nie wiem, ale pewnie dlatego, że w lutym bilet tam i nazad kosztuje pindziesiąt euro, a latem pińcet. Nie mam pińcet. Plus i tak będę cały czas siedziała w centrum handlowym, gdzie pora roku będzie mi totalnie obojętna. Albo będę jadła i też będę miała w dupie czy jest lipiec czy październik. I kogiel mogiel 3 zaliczę, a w kinie to doprawdy w ogóle nawet nie wiadomo czy jest dzień czy środek nocy.

No nic drogi pamiętniczku, może metoda zdania na dzień nie jest najgorsza, nawet jeśli potem te zdania razem do kupy nie mają sensu. Plus zawsze mam cel taki, że napiszę min 600 słów, a tu dzisiaj tylko 612 i co teraz. O, wiem, czekajcie. Sdk nn vs gb ekjflsjd skjfl klfkj. Ksjfks sk s. Kdja. Kjf jk tghi4j39ru9. Wy da jhne. Aw7 ey9u39. sn b cj shno. Die k-t o[ ee eij. Diojeo jor wek dijoi em2394 no eorgjreoij ib 2je rk3t54 p4  0k- k- -j 40f efeoi gjreoijd n ieo ieo woi eur. Qwoi ur39 ujf0 erin iroeiu otri jow eioir joij eo eq92 29jf o qp owi203. =-2w oeuf j93 q0 92ue e0we i29u 28u 39 sa jriq. Oi 4qi  93i5 hq lfk jt i45 i3 qjdlk ajsfr4  qksj qw2ui kojeou3j 

Nie mam siły na nic co oznacza, że przesilenie wiosenne już nadchodzi i nie opuści mnie, tradycyjnie, aż do września. 708 słów, czuwaj. 

Blue Monday

Czytam dalej te „Dzienniki” Jandy i zaczynam rozumieć jak się czujecie jak czytacie mojego bloga i potem mi piszecie, że spisuję wasze własne myśli, których nie umiałyście ubrać w słowa, bo teraz mam tak samo i co i rusz chcę pisać do pani Krystyny, że ojezu CZUJĘ SIĘ IDENTYCZNIE, albo SKĄD PANI WIEDZIAŁA i rozumiem skąd się bierze niewytłumaczalna miłość do osoby z sieci i jakiś taki nagły spokój, że nie jestem jedyna nienormalna, bo inni ludzie mają dokładnie te same myśli w głowach.

Plus Janda napisała, że dla niej blog to taka terapia grupowa i tu już w ogóle chciałam ją uściskać bo gdy w sobotę opowiadałam pani redaktor o Irlandii i ona spytała, że skoro jest tak super to czemu na blogu piszę, że jestem w dupie, to pomyślałam, że blog to taka moja prywatna psychoterapia, że jak piszę to oswajam swoje demony i strachy, które ubrane w słowa nie wyglądają już tak przerażająco jak nienazwane, w mojej głowie i że w tej dupie byłabym gdziekolwiek – w Irlandii, Polsce, w Bieszczadach i na Malediwach. I tak jak żadna prawdziwa psychoterapia, na którą usiłowałam uczęszczać nigdy się w moim przypadku nie sprawdziła, tak przeczytanie tego steku bzdur, który sobie uroiłam zawsze stawia mnie do pionu i pozwala trzeźwo spojrzeć na każdą prześladującą mnie schizę. Polecam w ogóle tę metodę bardzo. Jak coś was męczy, dusi, otumania i przeraża to spiszcie to sobie na kartce papieru i przeczytajcie po dwóch dniach. Prawie każdy urojony demon sprowadzony do poziomu kartki traci swój trzeci, najbardziej przerażający wymiar i leży tam spokojnie, uśmiechając się z zakłopotaniem i przepraszając że żyje. 

Pani reporter w ogóle nagadałam chyba strasznych głupot i jak traficie na ten materiał w Wyborczej, to może nie czytajcie, a jeśli już przeczytacie, to udawajcie, że mnie nie znacie. 

01-blood-moon-gettyimages-1006361016.ngsversion.1547820000748.adapt.1900.1

Bo niby wiem dlaczego nie chcę wracać, ale weź to teraz wytłumacz tak, żeby nie wyszło, że jeden kraj to raj, a drugi piekło i że absolutnie każdy ale to każdy mój argument na wyższość Wyspy nad Polską można zbić stwierdzeniem, że w Polsce przecież też można trafić na fajną: szkołę, pracę, sąsiadów, przyjaciół i panią u urzędzie. Bo można. Tak samo jak w Irlandii można trafić na irytującą ekspedientkę i skretyniałego współpracownika. 

Potem poszłam po jedzenie do takawaya i za mną w kolejce stał młody facet, w szlafroku i w kapciach (na dworze było +2) i pomyślałam, że może o to chodzi. Że już nie patrzę na niego jak na debila. Bo może mieszka naprzeciwko knajpy i po prostu nie chciało mu się przebierać. Może akurat wyprał wszystkie ciuchy i mu nie wyschły (w irlandzkich mieszkaniach, zimą, jeśli ktoś nie posiada suszarki, naprawdę ciężko coś wysuszyć). Może, spiesząc się po żarcie, wylał na spodnie, które miał założyć browara/ kawę/ ciekły azot i w ogóle co mnie to obchodzi w co on jest ubrany, niech sobie żyje i ubiera się, jak mu wygodnie.

I potem, czekając na to żarcie i kontynuując rozważania, doszłam do wniosku, że to jest taka klapka w mózgu, która otworzyła mi się dopiero tutaj, po wielu, BARDZO WIELU latach. Że to od Irlandczyków nauczyłam się, że życie innych nie jest moją sprawą i nic mi do tego co z nim robią, tak samo jak oni nie zwracają uwagi na moje różowe włosy, na to jak ubieram i wychowuję dzieci oraz co im gotuję na obiad. Potem jeszcze pokłóciłam się z PMem na temat wyższości Adele nad Edytą Górniak (on uwielbia Adele, ja lubię Edzię) i kolejna rzecz mnie olśniła. Że nigdy żaden Irlandczyk nie próbował mnie przekonać do zmiany zdania, na jakikolwiek temat. Nie próbował mi wmówić, że nie, nie mam racji, że jego racja jest lepsza i że trzeba ze mną dyskutować do upadłego, tak długo, aż zrozumiem swój błąd i zacznę myśleć tak samo jak on. Następnie do naszej dyskusji z PMem włączyła się Ola, oznajmiając wszem i wobec, że MAMO TATO KAŻDEMU MOŻE PODOBAĆ SIĘ CO INNEGO, czym zamknęła nam usta, bo naprawdę.

Na zakończenie zacytuję co napisał mi smsem nauczyciel Julki, jak poprosiłam żeby w jednym zdaniu opisał etos szkoły do której chodzą dziewczyny (również na potrzeby wywiadu)

I on napisał tak:

„The focus is more on the child as an individual and promoting each child’s specific strengths. We also have a different religion curriculum called Learn Together, which teaches kids to ACCEPT EVERYONE FOR WHO THEY ARE (to ja podkreśliłam) and to respect their beliefs or non beliefs”

Więc może dlatego nie chcę wracać. 

Czeka mnie ciężki tydzień, jest zimno oraz chyba mam reumatyzm i potrzebuję endoprotezy biodra, albo nie wiem co. Albo się sypię na starość, bo wszystko mnie boli. 

Och, ale właśnie sprawdziłam w kalendarzu, że dzisiaj jest Blue Monday, więc może jutro będzie lepiej.

 

 

Barszcz z granatu

W ramach osładzania sobie bólu istnienia po minionych świętach, kupiłam, dość impulsywnie, bilet do Poznania. Do ostatniej chwili nie byłam przekonana czy postępuje słusznie i odpowiedzialnie jako iż:

  1. ostatni raz lecąc do Polski trafiłam na Ofelię. Jeden, jedyny huragan na dekadę, w trakcie którego cała Irlandia została zamknięta na trzy spusty, drzewa łamały się jak zapałki i nie lądował żaden samolot, oprócz – oczywiście – naszego. Nie pamiętam czy pisałam, że w trakcie tamtego lotu siedziałam koło pięcioosobowej irlandzkiej rodziny z małymi dziećmi, której ojciec zapowiedział nieletnim, iż to co nas za chwilę czeka, będzie jak rollercoaster. Do dziś uważam, że był to parenting level pro, jako iż przy każdym gwałtownym bujnięciu samolotu rozbawione i roześmiane dzieci wrzeszczały na cały głos ROLLERCOASTER, podczas gdy reszta pasażerów w grobowym milczeniu modliła się, płakała, rozliczała z popełnionych złych uczynków i żegnała w głowie z bliskimi. 
  1. ostani raz gdy usiłowałam spędzić noc poza domem, PM dostał ataku trzustki. Kazałam mu spisać oświadczenie, że przez cały mój pobyt w Poznaniu nie będzie się wygłupiał, ale i tak wiadomo, że każdy jego telefon będzie wywoływał u mnie mini ataki serca.
  1. w czwartkową noc odwiedził mnie GAD i został do rana. Wizyta zainaugurowana została odnalezieniem dziwnego znamienia na skórze, które GAD od razu zaczął guglać i to co odnalazł w odmętach sieci, dostarczyło mu atrakcji i powodów do szampańskiej zabawy do piątej nad ranem. Na szczęście, w trakcie porannej podróży autobusem na zakład, odbyłam konsultacje dermatologiczne z pierwszą żoną, która powiedziała, że ma takich znamion tysionc pińcet (jako iż na starość wyskakują one niczym grzyby po deszczu), postawiła diagnozę i trochę mnie uspokoiła. Ostatecznie, po umówieniu się do lekarza (spokojnie, wiem, że nie należy ufać internetowym szarlatanom) doszłam do wniosku, że samo życie wykończy mnie szybciej iż jakakolwiek niewyimaginowana choroba. 

Więc teraz nie wiem co. Obstawiam śnieżycę i zamknięte lotniska, ale trudno. Wizja opustoszałych poznańskich centrów handlowych, po których będę krążyć w poszukiwaniu (straconego czasu) i sensownych t-shirtów, plus lektura Twojego Stylu nie przerywana wrzaskami tłukących się dzieci była zbyt silna, żeby się jej oprzeć. A potem, jak wrócę, to wróci również Liga Mistrzów, więc jakoś do wiosny przetrwam. Po raz kolejny natomiast postuluję, że Bayern Monachium powinien mi wypłacać odszkodowanie za okresy kiedy Lewandowski nie gra i sypie się cały mój tygodniowy rytm meczowy, a ja nie potrafię znaleźć sobie miejsca ani alternatywnego pomysłu na życie.  

W ramach planowania letnich wakacji coraz poważniej rozważam kolejną podróż samochodem do Polski. Nic się nie uczę na błędach, nic. Tym razem stacja docelowa to ukochane przeze mnie za czasów studenckich Międzygórze. Nocleg zabukowałam, o reszcie na razie profilaktycznie nie myślę. Bijąc się z myślami, czy w ogóle stać nas w wyjazd w tym roku, posłuchałam pracowej koleżanki, która filozoficznie stwierdziła: i tak nie będziesz miała tych pieniędzy i tak (bo jak nigdzie nie pojadę to kasę przepierdolę na coś innego). Więc lepiej jedź…

img_5566

Po świętach nie zostało śladu ni popiołu. Bohaterem tegorocznego bożonarodzeniowego  menu został wigilijny barszcz. Po opróżnieniu pierwszego gara postanowiłam go reanimować poprzez dolanie do pozostałych w garnku warzyw, koncentratu, wody i litrowej butli organicznego soku z buraków, który znalazłam w lodówce. Następnego dnia, w trakcie gdy delektowałam się pysznym barszczykiem i pasztecikami z kapustą i grzybami, do kuchni wkroczył PM, otworzył lodówkę i głupio się pyta, gdzie jest jego sok z granatu. Pytanie zignorowałam, bo wróżką nie jestem. „NIE WLAŁAŚ GO CHYBA DO TEGO BARSZCZU???” zapytał groźnie mój małżonek, na co wybuchłam perlistym śmiechem, bo tylko debil i kulinarny analfabeta wlewałby sok z granatu do barszczu. Po czym się okazało, że sok z buraka i sok z granatu mają identyczny kolor i że jak butelka stoi odwrócona etykietą do drzwi lodówki to naprawdę łatwo się pomylić i nie trzeba od razu robić z tego afery i wielkiego halo. Od przyszłych świąt tylko tak będę gotować barszcz, będzie to mój autorski przepis, który opublikuję, zyskam sławę i będę pionierem tradycyjnych polskich zup w wersji fjuzion. W planach na przyszłość mam rosół z sokiem z ananasa i pomidorówkę z mango. 

Tymczasem dzień zrobił się 10 minut dłuższy (przysięgłabym na barszcz z granatu, że o więcej, bo jak wychodzę z pracy to naprawdę jest już jaśniej). Idę robić rozpiskę sklepów, które będę odwiedzać w Poznaniu oraz liczyć koszt paliwa na trasie Hook of Holland – Poznań. Mięsa i alkoholu nie tykam od sylwestra i popularne powiedzenie, że jesteś tym co jesz, powinno mieć alternatywną wersję, że jesteś również tym czego nie jesz, bo czuję się bdb. 

 

Koniec roku

Nie wiem jaki jest dzień tygodnia i w ogóle o co chodzi. Niby cieszę się z urlopu i że nie muszę wstawać w te najciemniejsze poranki roku, ale długotrwałe siedzenie w domu i przedłużający się  brak kontaktu z ludźmi nie będącymi moją rodziną powoduje mega uaktywnienie się GADa. Plus przed nami jeszcze naprawdę najokropniejsze miesiące roku – ciemne, zimne i bez fajerwerków. Potem niby przychodzi wiosna, ale wtedy człowiek się łapie za głowę, że ojezu już jest maj, a dopiero był Sylwester. Dobra, nie słuchajcie mnie, to GAD przeze mnie przemawia.

Ideę postanowień noworocznych zarzuciłam już dawno temu, ale w tym roku chyba jednak jakieś mam. Tzn jedno mam. Muszę schudnąć bo naprawdę. Pooglądałam sobie zdjęcia z ostatniego miesiąca i nie jest dobrze. I tak jak nic innego nigdy nie było mnie w stanie skutecznie zmotywować, tak ta niedopinająca się na cyckach zimowa kurtka już tak. Ponieważ na Jillian nie mam już siły (oraz coraz gorzej się po jej treningach regeneruję) poszperałam na jutjubie i znalazłam kardio dla emerytów. Nieobciążające. Nazywa się to indoor walking coś tam i polega na tym, że Pani (w okolicach 60-tki) chodzi szybko w miejscu, odstawia nogi na boki, a w najbardziej ekstremalnych momentach podnosi kolana do góry. Nie naśmiewam się z niej, broń boże, po 20 minutach tego przyspieszonego dreptania, byłam spocona jak mysz. Pociesza mnie to, że na jej filmikach ćwiczą z nią też osoby młodsze ode mnie, pewnie w ramach przyciągnięcia grupy wiekowej poniżej 40stki. 

Dodatkowo przedświąteczny eksperyment kulinarny objawił mi od czego moja waga idzie w dół, bez żadnego wysiłku. Mięso. Brak mięsa w menu przez 3 dni pod rząd równał się utracie równo 1kg. Oczywiście nie łudzę się, że nie jedząc mięsa przez 30 dni, stracę 10kg, ale dało mi to do myślenia i zamierzam eksperyment kontynuować po nowym roku. 

fullsizeoutput_161d

Stycznia też nie lubię bo urodziny. Rodzice na skajpie stwierdzili „Ile ty tam dziecko skończysz lat? 45? No to do 50-tki już niedaleko” co mnie bardzo zabolało nawet nie dlatego, że mieli rację, tyle że to takie dla nich typowe. Drążąc dalej temat uświadomiłam sobie, że tego typu małe złośliwości słyszałam całe swoje życie. Szpileczki wtykane przy byle okazji, plus zawsze potem wielkie halo, że nie mam poczucia humoru oraz że się nie potrafię sama z siebie śmiać. Serio? Która nastolatka potrafi się sama z siebie śmiać? Mam trzy prawie nastolatki w domu i do głowy by mi nie przyszło „żartować” z ich wyglądu, zachowania lub uczuć. I jest mi przykro jak o tym myślę. Że nigdy nie dostałam w życiu takiego wsparcia, jakie każde dziecko powinno wynieść z rodzinnego domu. Że każdy komplement był zawsze podszyty nutą sarkazmu. Że często bałam się odezwać, żeby nie narazić się na – a jakże – „żartobliwą” kpinę. Po latach takiego gadania, człowiekowi naprawdę potem trudno uwierzyć w te prawdziwe i szczere komplementy. Zawsze w głowie zostaje obawa, że ich autor w głębi duszy pęka ze śmiechu. I być może dlatego dziś, w dorosłym życiu, nie brakuje mi kontaktu z rodzicami. Nie tęsknie za nimi. Wciąż nie potrafię rozgryźć czy mnie kochają czy nie. Zakładam, że „powinni”, ale w głębi serca naprawdę tego nie wiem. 

Zaczęłam czytać „Dzienniki” Jandy. Nigdy nie byłam fanką aktorstwa pani Krystyny, nie podobała mi się chyba w żadnym filmie (acz podobało mi się mnóstwo filmów z jej udziałem) ale książkę czyta się fantastycznie. Nieprawdopodobny dystans do siebie i przezabawna autoironia. Nie nastawiona na zaprzeczanie samokrytyka, że ależ pani Krystyno, co też pani wygaduje, wcale tak nie jest, wszyscy panią kochają. Janda ma 100% świadomość siebie, swojego aktorstwa, tego jak jest postrzegana, w prześmieszny sposób komentuje swoje występy, wywiady i liczne życiowe wpadki, a jednocześnie z każdego zdania i każdej opowieści bije samoakceptacja, pozytywne nastawienie do życia i ludzi. Dobrze mi się też to czyta ze względu na to, że autorka w pierwszym tomie zapisków ma 48 lat, więc po drodze mi z jej lękami, rozterkami i wątpliwościami. Książka, która powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich współczesnych „gwiazd” internetu, które obrażają się o wszystko, co nie jest uwielbieniem ich twórczości. 

Na koniec chciałam co następuje:

Dziękuję że jesteście.

Że poświęcacie swój czas (którego nikt z nas nie ma zbyt wiele) na czytanie tego bloga, który bez Was by nie istniał. 

Dziękuję za każdy komentarz. Za to że piszecie do mnie o swoich sprawach, bolączkach i radościach.

A najbardziej dziękuję za te komentarze, w których piszecie, że na dany temat myślicie lub czujecie tak samo.

Świadomość, że nie jestem osamotniona w swoich schizach i lękach daje mi potężnego kopa, że skoro jest nas więcej, to przetrwamy. Że nie pożre nas GAD ani nie wpadniemy w czarną cyber dziurę, przeświadczeni, że nikt nas i naszych strachów nie rozumie. Że nie zjedzą nas owczarki. 

Zatem ilekroć rok 2019 przyjdzie kopnąć Was w dupę, pomyślcie, że gdzieś w otchłani safari, chrome lub interent explorer jest przynajmniej jedna blogerka, która 20 razy na godzinę martwi się o wszystko, ale jakoś daje radę. Więc Wy też dacie. Raz lepiej, raz gorzej, raz wcale, gdzie wcale nie oznacza, że jesteście do dupy, tylko że jesteście zmęczeni. Ale jutro lub za miesiąc nie będziecie.

Szczęśliwego Nowego Roku kochani.

Krótkie kursy pokory

Jedną z najczarniejszych stron emigracji jest samotność. Już nie mówię o tym, że nie ma tej wioski do wychowywania dzieci, ale nie ma dosłownie nikogo. Żadnego zaplecza. Żadnej chroniącej przed upadkiem siatki, żadnych lin zabezpieczających. Żadnego wsparcia, w sytuacji, w której pociąg nagle hamuje na stacji zadupie, a spanikowani maszynista z konduktorem nie wiedzą jak go dalej uruchomić. Jednym z moich najgorszych koszmarów, z czasów gdy twinsówny były malutkie było to, że gdyby PMowi coś się stało, to ja bym się o tym nie dowiedziała do powrotu z pracy. I te dzidziusie tak by leżały cały dzień, głodne, i płakały. Tak, no jestem katastrofistką. Jestem tą osobą, która zawsze jakimś odcinkiem podświadomości czeka na telefon, który zadzwoni, żeby przekazać złe newsy. A przecież kiedyś człowiek tak się cieszył jak ktoś do niego zadzwonił na komórkę. Albo jak smsa dostał. Z listów w skrzynce kiedyś też się cieszyłam. A teraz co. Albo zaległe rachunki albo listy z ZUSu. W najlepszym wypadku gazetki z Tesco z kuponem na 2 euro. 

Z tradycji bożonarodzeniowych mamy jedną, ale za to taką hoho. Co roku w okresie listopad – grudzień ktoś zapada na zdrowiu, ale nie tam, że sezonowy katar czy nieczynne gardło. Nie, nie, to nuda. W ofercie mamy złamane nogi, pobudki w świąteczny poranek z trójka dzieci z gorączką 41 stopni. Apteki zamknięte, przychodnie zamknięte. Paracetamol mogę se sama w dupę wsadzić, bo gorączkę dzieciom zbija z 41 na 39.9. Pamiętam wiele takich dni, dni gdy płakałam z bezradności, bo nie miałam pojęcia co robić dalej. Nie jest to fajne. Odbiera duży procent spontanicznej beztroski i radości z życia. Człowiek już nawet nie myśli o tym, że od 12 lat nie może po prostu wyjść ze starym na całonocną imprezę lub wyjechać na romantyczny weekend we dwoje. Oczekiwania w stosunku do życia sprowadzają się tylko do tego, żeby nikogo przez następne 24h szlag nie trafił, żeby wszyscy wieczorem wrócili bezpiecznie do domu, a następnego poranka obudzili się zdrowi. Może żeby się w ogóle obudzili, nie wymagajmy za dużo.

Odkąd dziewczyny podrosły trochę już jest w tym temacie łatwiej. Jakby co to zadzwonią i powiedzą co się stało. Do kina też już by dało radę pójść. Domu z dymem nie puszczą, chwyt Heimlicha znają. Same się rano ogarną, zrobią sobie śniadanie i pójdą do szkoły. 

No ale co z tym telefonem. On niestety dzwoni. Za całego roku, ze wszystkich 365 dni do wyboru – dzwoni w poranek po moim Xmas party. Jedyny poranek w całym roku, kiedy nie ma mnie w domu. Los to figlarz. Powinien organizować szkolenia z zakresu „Alternatywne poczucie humoru –  nieśmieszne dowcipy dla zaawansowanych”. Więc dzwoni, a po drugiej strony jest PM, moja skała, opoka i największe (oraz tak naprawdę jedyne) życiowe wsparcie, który nie jest w stanie wydusić z siebie słowa. Tak go boli brzuch. Och losie, naprawdę. Dzieci śpią, on nie jest w stanie mówić, nie wspominając o jakiejkolwiek samodzielnej podróży do szpitala (jest 5 minut od nas). Ja w centrum Dublina, w hotelu, w którym postanowiłam zostać po xmas party żeby mieć jakąś namiastkę luksusu w życiu (w sumie wcześniej chciałam lecieć do Pragi na xmas market, ale pieniędzy mi zabrakło. Debet na koncie wyświadcza człowiekowi czasami kompletnie nieoczekiwane przysługi).

No więc dzwonię do sąsiada, głos mi drży, ręce się trzęsą. Sąsiad rzuca wszystko, leci ratować, odwozi PM na pogotowie. Ja wybiegam z hotelu, łapię pierwszy pociąg, dzwonię do dzieci, na szczęście nie panikują i nie płaczą, tylko jedzą śniadanie i szykują się do szkoły. Przyjeżdżam, jadę do szkoły przytulić, potem lecę do szpitala. PM twierdzi, że wie już jak wygląda poród, na co patrzę na niego i zastanawiam się czy oprócz bólu brzucha nie doznał jeszcze jakiegoś niespodziewanego urazu głowy. Poród, doprawdy. Na moją delikatną sugestię czy wytrzymałby taki ból przez 24h odpowiada, że przecież między skurczami są przerwy!!! Tak, jasne, w ich trakcie kobiety poprawiają makijaż, malują paznokcie i sączą drinki, oglądając Netflixa.

Siedzimy na tym pogotowiu 5 godzin, ale jak już się nam zajmują to porządnie i kompleksowo. To ten sam szpital, który poskładał mi rozwaloną w drzazgi kostkę, więc mam dość duży kredyt zaufania i przynajmniej się nie stresuję, że dadzą nam paracetamol, powiedzą „you’ll be grand” i wyślą do domu. Problemem okazuje się stan zapalny trzustki (tak, tak od razu mi się przypomina na co umarł Patrick Swayze). Więcej badań, po których ma się okazać czy PM musi zostać w szpitalu czy wróci do domu. 

Nauczyciel Julki (też nasz sąsiad) przysyła smsa czy mam co zrobić z dziewczynami po szkole. K (była opiekunka Julki w żłobku), od niedawna też nasza sąsiadka, dzwoni mnie opierdolić, że czemu do nich rano nie zadzwoniłam i czy Julka ma jej numer telefonu – na wszelki wypadek.

Wracam do domu dać dzieciom obiad, 2h później dzwoni PM, że reszta badań ok i nie musi zostawać. Kamień z serca. 

Dzień się kończy, leżę w łóżku. Nagle dociera do mnie, że ta siatka jednak jest. Cienka i przezroczysta i nie widać jej na co dzień. Ale jest. Wzrusza mnie to okropnie. Dziękuję za nią w głowie. A życie właśnie takie jest. Bardzo lubi nam organizować krótkie i niespodziewane flash kursy pokory, po których człowiek przestaje przejmować się pierdołami i wszystkim, czemu jest w stanie zaradzić zwykły paracetamol.

Sen o Poznaniu

Mam taki nawracający sen każdego grudnia. Sen o Poznaniu. Sen o miejscach i ludziach, którzy odcisnęli na moim życiu piętno. Grudzień w ogóle jest smutny. Udaje radosny, stroi się w światełka i świecidełka, ale tak naprawdę stoi i przełyka łzy. Że znowu jakiś koniec. Że driving home for xmas i last xmas I gave you my heart. I że zawsze tak było. Ludzie życzą sobie radosnych świąt, ale prawie każdego, na widok choinki i karpia, gdzieś tam ściska w środku.

Mnie ściska bo znów kolejny rok daliśmy radę. Bo cały ten rodzinny burdel jest jak pociąg z radioaktywnym ładunkiem, jak się wypierdoli to nie bardzo jest co zbierać. I każde święta, a potem każdy nowy rok to kolejna stacja. Pasażerowie są, ładunek jest, maszynista najebany, ale daje radę. Nie wiadomo co dalej, ale „ten pociąg nie pojedzie jeśli ty w nim nie będziesz”.

I w tym grudniu zawsze przypominają mi się wszystkie minione grudnie w Poznaniu. Żadnych innych miesięcy nie pamiętam. Może letnie jeszcze. Może bez i konwalie w maju. Może jarmark świętojański w czerwcu. Ale ten grudzień z detalami. Pamiętam jakie kolczyki nosiłam jak kupowałam prezenty pod choinkę w podstawówce i jaką sukienkę miałam na sobie, gdy szłam w grudniowy wieczór do radia, odwiedzić Grabaża. Oraz jak wyszłam z tego radia, oszołomiona, a śnieg wirował w świetle latarni na Piekarach. Widzę wciąż te płatki. Jak spadają. Pamiętam pasterki w zimnym kościele Wszystkich Świętych. Muzykę w radiu. I że nie mogłam słuchać King Crimson, Frankie goes to Hollywood ani „Mojej i twojej nadziei”, bo serce i dusza rozpadały mi się na kawałki. Pamiętam smutek. Koncerty. T. Love w poznańskim Tropsie, po którym Muniek został na dyskotece i tańczył do D.J. Bobo. Pamiętam D.J. Bobo.

Co roku nie wiem czego sobie życzę. To znaczy wiem. Życzę sobie żeby ten pociąg się nie wykoleił. Niech jedzie, szybko, wolno, obojętnie. Ale do przodu. Z drugiej strony pociąg z Krakowa do Zakopanego jedzie raz do przodu raz do tyłu, żeby wspiąć się coraz wyżej i dotrzeć do docelowej stacji. Więc może po prostu niech jedzie.

W czwartek mam pracowe Christmas party, po którym nie wracam do domu. NIE. WRACAM. DO. DOMU. Ogólnie jestem podekscytowana niewiadomoczym. Czekam na coś. Czuję to w powietrzu. Atmosferę ekscytacji i oczekiwania na zmianę. Oczywiście w styczniu oklapnę i będę wkurwiona, że po raz kolejny dałam się wkręcić w cały ten komercyjny xmasowy bezsens nadziei na lepsze jutro. 

fullsizeoutput_14dc

(choinka namalowana przez Olę)

Prezenty mam. Menu na święta też. Zaczęłam prowadzić Bullet Journal i trochę się czuję jakbym wracała do złotych myśli z podstawówki. Jak ma na imię twoja sympatia. Dzieci ogłosiły, że nie chcą w przyszłym roku po raz czwarty jechać do Portugalii, więc trochę byłam w żałobie. Ale potem wymyśliłam objazdową Kotlinę Kłodzką i humor mi się poprawił. Jestem fanką Kotliny Kłodzkiej. Więc mam do opracowania projekt gdzie, po co i na jak długo (w zasadzie tylko muszę odszukać pamiętnik z bodajże 1994 gdzie całą tę wyprawę już odbyłam i opisałam). Międzygórze, Śnieżnik, Góry Stołowe, podziemia w Kłodzku, Książ. Jak ktoś ma namiar na jakąś ciekawą bazę wypadową, żeby wszystkie te miejsca ogarnąć to proszę dać znać. 

Postanowień noworocznych nie planuję, mapy życzeń czy tam marzeń więcej nie robię. Jak jeszcze raz ktoś mi powie, że to działa to mu jebnę. Nie działa. Na tegorocznej miałam Lewandowskiego i Grosika jak wygrywają mistrzostwa świata. Chuja wygrali. Nie działa. 

W ramach katowania się tą przeszłością i grudniowym Poznaniem wróciłam do Noelki. Spodziewałam się, że blech, ale czytam z rozrzewnieniem, może dlatego, że jeszcze nie ma na świecie irytujących dzieci sióstr Borejko. A może dlatego, że to święta 1991 i ja tam wtedy byłam, a pani Musierowicz z fotograficzną dokładnością opisuje tamten Poznań. I wigilia pod Kaponierą.

Więc jak wam będzie smutno przy wigilijnym stole, to pomyślcie, że mi też. Bo Boże Narodzenie to nie są radosne święta. To święta z wpisaną w swoje dni tęsknotą. Za tym co minęło. Za tym co będzie. Za tym co nigdy nie nastąpi. Za tym co straciliśmy i za tym co zyskamy. 

Oraz dziękuję, że nieustająco jesteście i czytacie. Ten blog to moje oczko w głowie i ukochane dziecko (nie mówcie moim dziewczynom). Rzadko czytam co w przeszłości napisałam, ale lubię myśleć o tym miejscu jako o czymś co stworzyłam od zera i co naprawdę lubię robić, a Wy – mam nadzieję – czytać.

„Przed chwilą o tym śniłem
Że na jakimś dworcu wszystko zostawiłem
Niewiadomy niepokój obudził mnie
Dlatego teraz siedzę i piszę
Ale żadne słowa tego nie opiszą
Co poczuć może człowiek ciemną jesienną nocą
Dlatego już kończę ten list
Listopad 1993”

Kult

I’m grand

Dzisiaj moi drodzy notka, której napisanie planowałam od wieków. Angielskojęzyczne zwroty, które używane przez Irlandczyków, oznaczają kompletnie coś innego, niż wynikałoby to z google translator i z logicznego myślenia. Przejechałam się na tym nieskończoną liczbę razy, opowiadając np z detalami i w szczegółach swoje poranne samopoczucie zdezorientowanym ajriszom, którzy – rzucając mi w przelocie w biurowej kantynie „How are you” – chcieli po prostu się przywitać, a nie wysłuchać narzekań na wyspiarską pogodę, korki i kaca giganta, z którym się zmagam. 

Z czasem ogarnęłam, że na pytanie „How are you” (wersja dla zaawansowanych lub zabieganych: „Howiya”) należy odpowiadać krótko, zwięźle i w podobnym tonie: „I’m grand/ good/ fine” i w żadnym wypadku nie wdawać się w dyskusje o dzieciach, polityce, irytującym współmałżonku lub szefie – debilu. Zaznaczam, że na how are you, zawsze wypada odpowiedzieć identycznym pytaniem zwrotnym, bo inaczej wyjdziemy na nieokrzesanego chama, Irlandczycy i tak nam odpowiedzą „good, good”, a my – bez rzuconego pod ich adresem howiya – poczujemy się głupio i nie na miejscu.

keep-calm-it-ll-be-grand

Inne sformułowania, którymi mieszkańcy zielonej wyspy mogą nas chcieć powitać to „Any craic?/ what’s the craic?” (craic to celtyckie słowo najbardziej zbliżone do angielskiego „fun”), „what’s the story” (nie wymyślamy na poczekaniu żadnej story, błagam), „how’s it going”, „how are you feeling” albo (jak ktoś jest już bardzo zmęczony, ale nie chce wyjść na gbura) „alright?

Najlepszą i najbardziej irlandzką odpowiedzią na wszystkie powyższe pytania/ powitania, wyspiarskim zdaniem – kluczem, którym opiszemy prawie wszystko – każdą emocję, każdy stan ducha i każde wydarzenie, w którym uczestniczyliśmy jest magiczne:

I’M/ IT’S GRAND, lub wersji dla gaduł: SURE, I’M/ IT’S GRAND. Czyli:

Jest ok. Nie jest ok. Jest do dupy. Mam dosyć. Mogłoby być lepiej.  Nie chce mi się gadać. Jestem zmęczona. Jest fajnie. Jest beznadziejnie. Ujdzie w tłoku. Obleci. GRAND ma ten szczególny podtekst, który informuje, że co prawda nie jest najgorzej, ale to jak jest, jest kosmicznie dalekie od naszych prawdziwych oczekiwań. Czyli jeśli na pytanie „How was your weekend” ktoś nam odpowie „It was grand” to odpowiedź należy odczytać następująco: W miniony weekend nikt nie umarł, nie spalił nam się dom, nie było powodzi i nie zepsuł się samochód. Jednocześnie nie zostało nam podane śniadanie do łóżka, dzieci wyły od rana do wieczora, deszcz napierdalał w poziomie oraz po raz kolejny nie trafiliśmy szóstki w lotto. It was grand. Po prostu. 

GRAND użyte w rozmowie z kimś kto jest naszym przyjacielem może skłaniać do kolejnych pytań, bo sugeruje lekki smutek i ból przemijania, natomiast GRAND użyte w rozmowie z nieznajomym lub usłyszane przy biurowym ekspresie do kawy oznacza GRAND i koniec. I nie drążymy. 

Inne zastosowanie grand może oznaczać „dzięki, nie potrzebuje pomocy”, zwłaszcza w odpowiedzi na pytanie „are you ok?” (czy mogę ci jakoś pomóc) i tej formy możemy również użyć w odniesieniu do naszego interlokutora, który z dobrego serca proponuje nam jakąś przysługę, ale my jej w danej chwili nie potrzebujemy. 

– I’m going to the shop, will I get you anything?

– No, you’re grand

– Do you need any help with this task?

– Thanks, I’m grand.

Najbliższe GRAND w kontekście emocjonalnym jest FINE. Are you ok? Yeah, I’m fine. Czyli: I’m not really fine, ale takie jest życie i nic na to nie poradzisz. Fine, jako FINE!!! w rozmowach damsko – męskich oznacza natomiast dokładnie to samo co po polsku: spierdalaj/ nie odzywaj się do mnie. 

I jeszcze do tej samej grupy tekstów możemy zaliczyć „not too bad”. Not too bad czyli o niebo lepiej niż grand/ fine, nasz Irlandczyk jest pod mega dużym wrażeniem, ale oficjalnie tego nie przyzna. Ogólnie jeśli pracy, którą wykonaliście zostaje przez innych oceniona na not too bad to możecie się poklepać po ramieniu, bo spisaliście się zajebiście dobrze. 

Rozmawiając z wyspiarzami, często można usłyszeć: I will, yeah. Nie dajcie się zwieść. Dosłowne tłumaczenie tego zwrotu to: zapomnij, nigdy tego nie zrobię. Ajrisze potrafią powtarzać to w nieskończoność, a napływowa ludność głupio wierzy, oczekując aż obietnica zostanie spełniona. 

Mój absolutnie ukochany irlandzki zwrot to: GO AWAY! (lub, w relacjach z kimś bardzo zaprzyjaźnionym: FUCK/ FECK OFF!!!). Nie, nie. Wbrew pozorom nie należy kończyć konwersacji, iść sobie, obrażać się i zrywać znajomości. Oba zwroty to wyraz maksymalnego zainteresowania słuchacza tym, o czym aktualnie opowiadamy. 

– I met Pierce Brosnan yesterday (tak btw czy ktoś jeszcze tu pamięta gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach spotkałam w Irlandii Pierca Brosnana???)

– FUCK OFF!!!! W wolnym tłumaczeniu: Pierdolisz? Naprawdę??? Gdzie??? Jak??? Kiedy? Jak wyglądał????

Równie często możemy usłyszeć dwa zwroty: „That’s gas” (to jest strasznie śmieszne/ zabawne) jak i „bollox”, które użyte w zdaniu oznacza bullshit, a jako wykrzyknik, po tym jak np spadła nam na nogę cegła, najbardziej zbliżone jest do naszego swojskiego „kurwa!”

No i irlandzki sposób kończenia rozmów przez telefon.

Polacy mówią bye i rozłączają się, podczas gdy ajrisze przez następny kwadrans trzymają jeszcze słuchawkę przy uchu, żegnając się „bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye bye. Bye” 

Może ktoś z czytających mnie lokalsów dorzuci jeszcze jakieś zwroty?