Ciąg dalszy

Odżyłam!

(pamiętam o ramieniu, naprawdę)

Skończyłam urlop, zaczął się wrzesień i normalnie jakby mnie ktoś przełączył na inne obroty. To był chyba mój pierwszy „domowy” tak sensownie wykorzystany urlop. Postanowienia ogarnęłam, wróciłam do Jillian 4x w tyg (plus raz tę Chodakowską, bo po niej jednak najlepiej widać zmiany, Jillian wzmacnia wszystkie mięśnie i daje wiecęj powera, a Skalpel zdecydowanie rzeźbi), PRZYTYŁAM KOLEJNY KILOGRAM. Don’t ask. Nie wiem o co chodzi ja prdlę, w dupie to mam. Patrzę w lustro i generalnie nie uciekam z wrzaskiem, a że w spodnie nie wchodzę, to nie wiem. Może mole założyły kółko krawieckie w garderobie i w ramach praktyk pozmniejszały mi obwody w pasie. Większym problemem jest to, że wywaliłam wszystkie stare t-shirty i zostały mi dwa: jeden Strachów na Lachy, a drugi różowy z napisem I hate everyone. Nie mam się w co ubrać.

Ozark obejrzałam (nuda), The Fall obejrzałam (prawie szczękę zwichnęłam od ziewania). Zaczęłam Broadchurch, ale po tym jak jeden odcinek oglądałam 7 dni z rzędu (zasypiając zawsze na tych samych scenach) dałam se spokój. Wróciłam do Modern Family. Jedyny amerykański serial komediowy, który mnie śmieszy.

Mydełka zrobiłam, teleskop nadal stoi w łazience, ale przynajmniej da się już do niej wejść. Bazy danych nie zrobiłam, no nie przesadzajmy.

Potem Polska przepierdoliła mecz z Danią i wygrała z Kazachstanem, więc sama nie wiem. Polska reprezentacja jest dla mnie niepoczytalna i takie „It” Kinga, przy ich meczach, to jak bajka o Rumcajsie. Nasze orły mogą prowadzić 3:0, może być 80-ta minuta meczu, a i tak człowiek nie może mieć pewności, że nagle nie zapomną jak się kopie piłkę i nie przegrają.

Następnie okazało się, ze w październiku w Poznaniu grają Strachy, dokładnie w ten weekend, w który tam będę. Pobyt bukowałam w czerwcu, nie mając pojęcia o żadnej trasie koncertowej. Umiecie tak? Hę? Trafić w tę jedną, jedyną sobotę, w która gra Wasz ulubiony zespół, w waszym rodzinnym mieście?

To już był wyraźny znak z niebiesiech, ze nadeszła DOBRA ZMIANA.

Unknown-3

A z ramieniem dalej było tak (bociana dziobał szpak). Złamana noga z jednej strony odwróciła moją uwagę od tematu, z drugiej chodzenie o kulach nie pomogło, a wręcz przeciwnie – uraz się zaostrzył, bolało coraz bardziej. W styczniu dostałam list z zaproszeniem na wizytę w szpitalu. W maju. Na szczęście tego samego roku, więc nie tak źle. Następnie któregoś poranka obudziłam się z ogólnym paraliżem i unieruchomionym odcinkiem szyjnym, wiec doczołgałam się do ipada, wyszukałam pierwszego lepszego polskiego ortopedę w Dublinie, który zlitował się, dał zastrzyk steroidowy, ból przeszedł. Od razu miło i serdecznie pomyślałam o mojej pani doktor rodzinnej, która kilka tygodni wcześniej stwierdziła, no można by pani dać zastrzyk tylko po co. Niech pani bierze te painkillersy częściej. Rezonans który zrobiłam prywatnie miesiąc później wykazał zmiany zwyrodnieniowe. Cóż, starość nie radość. W którymś momencie zmęczona i wkurwiona czekaniem na fizjoterapie usiadłam i wygooglałam sobie te ćwiczenia sama. Zaczęłam je robić 2x dziennie po 5 minut. Po 2 tygodniach po dolegliwościach bólowych nie było śladu.

I dopiero wtedy mnie olśniło. Ramię zaczęło mnie boleć nie dlatego, że zrobiłam sobie krzywdę, ćwicząc (ćwiczyłam przez rok, wiec technikę miałam raczej opanowaną oraz nic mnie jakoś nie bolało). Zaczęło mnie boleć bo ćwiczyć PRZESTAŁAM. Raptem na 3 tygodnie, ale starczyło. Ból początkowo łagodny, z tygodnia na tydzień intensywniał, a ja nadal upierałam się, że to od treningów i nie mogę nic robić dopóki nie przestanie boleć (gdzieś tam w międzyczasie dopadł mnie jakiś artykuł w prasie, że 90% bólów pleców można wyleczyć ćwiczeniami, tylko – WŁAŚNIE – ludzie na ból reagują zawsze tak samo – kładą się i czekają aż im przejdzie)

Dziś już wiem, że na ćwiczenia skazana jestem forever. Nie ma że mi się nie chcę, że robię przerwę, że zaczynam od wiosny albo mobilizuje się przed urlopem. Codziennie coś i naprawdę nie mam na myśli godzinnych treningów. Sesja z Jillian to 30 min. Streching i szybka yoga rano to 5. Jeśli nie mam siły zrobić całego treningu, to zrobię chociaż połowę. Jednocześnie staram się unikać błędów z przeszłości czyli bycia nadgorliwą i pretendowania do tytułu domorosłego sportowca roku – nie ma sensu przeskakiwać z levelu na level, jeśli nie ogarnia się do końca techniki, albo nie ma się siły dociągnąć ćwiczenia do końca. MNIEJ JEST LEPIEJ. Lepiej niż nic i lepiej niż paść potem na ryj z wycieńczenia i nie móc się ruszyć przez kolejne dni.

Bez jogi z kolei po tygodniu mój kręgosłup się buntuje i mówi, a teraz se chodź i siedź sama, beze mnie. Joga długo mnie zniechęcała bo te programy były takie dłuuuuugie i nuuuuudne, ale w końcu wpadła na to, że przecież nie muszę się ich wiernie trzymać, tylko mogę sobie wybrać zestaw ćwiczeń, które lubię i o których wiem, że dobrze mi robią i z nich robić sobie krótkie sesje. Geniusz, naprawdę.

I tyle. Podsumowanie będzie krótkie: ćwiczcie chłopcy i dziewczyny, bo nie znacie dnia, ani godziny. Miłego weekendu.

 

Wychowanie fizyczne cz. 2

Po koniec lipca ubiegłego roku byłam na levelu 12 i z ulgą myślałam o czekającej mnie 3-tygodniowej przerwie w ćwiczeniach, na czas wyjazdu do Polski. Miałam chodzić po górach i to miało wystarczyć. Pojechaliśmy, wszystko pięknie, wróciliśmy, zaczęło mnie boleć lewe ramię…

Co robi człowiek w pierwszym odruchu, gdy zaczyna go coś boleć? Przestaje się ruszać, bierze paracetamol czy inny painkiller i czeka aż samo przejdzie. Nie pytajcie jak, ale ubzdurałam sobie, że ból ramienia jest efektem kontuzji jakiej nabawiła się. ćwicząc z Jillian – 3 tygodnie wcześniej. Względnie spowodowałam go wniesieniem plecaka na Kasprowy. Nie pytajcie, skąd miałam te pomysły, naprawdę. Nie wykluczam, że do ziagnozowania kontuzji użyłam wujka Google, przecież nie będę szła do lekarza.

No więc nie ćwiczyłam, jadłam ten paracetamol i czekałam aż mi przejdzie.

Po jakimś czasie faktycznie przeszło – w ból tak intesywny, że paracetamol przestał przynosić jakiekolwiek efekty i zmuszona zostałam do wizyty u lekarza, który – beztrosko – przepisał mi silniejsze środki przeciwbólowe i wypisał skierowanie do szpitala (był październik).

W listopadzie złamałam nogę i tu też mam w zasadzie dygresję. Nie miałam prostego złamania, o nie, moja biedna strzałka i kostka poszły w drzazgi, do oglądania zdjęć rentgenowskich zwoływani byli wszyscy, ze sprzątaczkami włącznie, a pierwsze słowa jakie usłyszałam po operacji to było mrożące krew w żyłach: IT WAS MORE COMPLICATED THAN WE THOUGHT. Ok, thanks. Baj.

Nie będę się teraz rozpisywać, ale o irlandzkiej służbie zdrowia krążą takie legendy, że muszę im trochę honoru oddać. Wypadek wydarzył się w niedzielę o 9 rano (przewróciłam się na hulajnodze i uderzyłam tą nieszczęsną kostką w ogranicznik prędkości na osiedlowej drodze). Nie, nie jechałam 150/ godzinę, tylko poślizgnęłam się na kupce mokrych liści. Hulajnogi stabilne nie są, ze względu na małe kółka i materiał z którego są wykonane, nie jest to plastik, ale również nie jest to guma, która trzyma się podłoża dużo lepiej. Z chodnika (pod samym domem, do drzwi brakowało mi 100 metrów) pozbierał mnie sąsiad, który akurat w ten niedzielny poranek wybrał się do Lidla po bułki, więc w szpitalu na emergency wylądowałam 5 minut później. Dostałam morfinę i luz. Leżę, nóżką nie kiwam, bo podobno złamana. Serio, jak tak leżałam na tym chodniku i patrzyłam na tę wykręconą o 90 stopni kostkę, to naprawdę przez dobrą chwilę wierzyłam w to, że to się po prostu da odkręcić w drugą stronę i wszystko będzie jak było. No nic. Nie było. W szpitalu rentgen, lekarka mówi co się stało i obiecuje, że za 6 miesięcy wszystko będzie dobrze. Kurwa. Czy wrócę do pełnej sprawności, bo wie Pani, ja dużo ćwiczę z Jillian. Tak, na pewno. No ok. Nigdy nie miałam nic złamane więc nie mam pojęcia czy mówi prawdę czy ściemnia. Najbardziej i tak rozczulił mnie starszy pan salowy, który przewoził mnie na wózku na oddział przedoperacyjny i pocieszał, że mam się niczym nie martwić, bo za kilka miesięcy będę znów tańczyć. Czasami przy mega dramatach wystarczą naprawdę najprostsze słowa pocieszenia.

connolly.hosp_.sign_

Operacje miałam 48h później, tylko dlatego, że po kolejnym porannym obchodzie, na którym usłyszałam, że MOŻE dzisiaj uda nam się panią zoperować, a JAK NIE, to wróci pani do domu i poczeka aż będzie wolne miejsce w grafiku, wpadłam w histerie i wystraszyłam cały personel tak, że na bloku operacyjnym znalazłam się kwadrans później. Po operacji (pierwsza moja w życiu pod pełną narkozą, zatem pożegnałam się z PMem, wydałam dyspozycje co do „majątku” i wychowania córek, przekazałam mu wszystkie PINy i karty kredytowe) usłyszałam to co powyżej, więc ogólnie straciłam już nadzieję na powrót do jakiejkolwiek sprawności fizycznej, ever. Operowali mnie Irlandczycy, zatem należało się spodziewać, że złamaną kość zespolili zszywaczami i całość obwiązali pierwszą lepszą taśmą klejącą, żeby jak najszybciej pójść do pubu na pinta.

8 tygodni w gipisie było masakrą – psychiczną – głównie ze względu na to, że byłam pewna, że po zdjęciu gipsu okaże się, że kość poskładali nie tak jak trzeba, więc trzeba będzie łamać i operować od nowa. W kości płytka i siedem śrub, super. Królewna płytka i siedmiu śrubkoludków. Nie jestem optymistką, już mówiłam.

Po zdjęciu gipsu okazało się, że jednak, aleluja, wszystko gra (acz noga sztywna i jak nie moja i omg co teraz) zatem następny etap – fizjoterapia. W szpitalnym wydaniu wyglądała nastepująco – musi pani ruszać nogą jak najwiecej, bo inaczej nigdy nie odzyska pani pełnej sprawności. Proszę wrócić na kontrolę za 6 tygodni. Proszę ruszać stopą tak i tak. I tak jeszcze. Do widzenia.

Och, na miłość boską. Z własnej woli (i oczywiście za zgodą lekarza) ćwiczyć zaczęłam już w gipsie. Pilates i yoga w parterze. Noga w niczym nie przeszkadzała, a ja miałam poczucie, że nie marnuję czasu. Po zdjęciu gipsu (kolejne 6 tygodni w bucie ortopedycznym) dołączyłam steper (okazał się idealnym narzędziem rehabilitacyjnym dla złamanej kostki) i spacery – od kilkuminutowych, ale koniecznie codziennie. Gdy zaczynałam, miałam w kontuzjowanej stopie może 30% elastyczności, w porównaniu z drugą nogą. Kiepsko to wyglądało i naprawdę nie widziałam już siebie jako partnerki treningowej dla Jillian. Zresztą ambicje miałam i tak zredukowane do tego żeby móc normalnie, bez bólu chodzić, chuj z Jillian.

Dziś – po 9 miesiącach od wypadku i operacji – powiem tak: gdyby nie wyczuwalne pod skórą śruby – mogłabym nie pamiętać która noga była złamana. Jest tak jak było. Chodzę tak, jak chodziłam, ćwiczę tak, jak ćwiczyłam. Bez bólu, bez konieczności uważania na każdy ruch. Operował mnie chirurg sportowy – może temu zawdzięczam ten cud, bo inaczej tego nie nazwę.

Całość – czyli operacja i dochodzenie do siebie nie były bolesne, ale wkurwiające. Bezradne. Rozwleczone w czasie i bez spektakularnych efektów z dnia na dzień. Jak życie haha. Osobiście uważam, że pełną sprawność odzyskałam w dużej mierze dzięki jodze. Dzięki prostym i zwykłym ćwiczeniom, nie spaniu w pozycji odwróconego kruka czy coś tam. Ogólnie po 40stce joga zaczyna być tym elementem dzięki któremu ciało nadal podporządkowuje się wydawanym przez mózg poleceniom, ale o tym i o ramieniu już w następnym odcinku więc stej tjuned.

Wychowanie fizyczne cz. 1

Muszę zacząć w końcu te notki o ruchu po 40-stce, bo przemyślenia pchają mi się nachalnie do głowy i za chwilę już ich nie uporządkuję.

Ale od początku. W roku poprzedzającym ubiegłoroczny wyjazd do Zakopanego byłam chyba w jednej z lepszych form fizycznych od czasu urodzenia bliźniaczek.

Może cofnijmy się właśnie do tamtej ciąży, która od początku do końca była dramatem pod względem samopoczucia fizycznego i psychicznego i która rozpierdoliła mi wszystko, tak że składałam się potem do kupy przez kolejny rok.

Potem zaczęłam ćwiczyć z Jillian Michaels. Jillian to amerykańska trenerka personalna, która bardzo dużo w trakcie swoich programów krzyczy i przeklina i ludzie ogólnie dzielą się na tych którzy ją albo kochają albo nienawidzą i ci co mnie znają wiedzą, że ja zaliczam się do grupy numer jeden, z powodów następujących:

  1. Jillian jest konkretna i nie pierdoli modulowanym głosem o tym jakie ćwiczenia są cudowne, tylko każe ruszyć dupę, bo jak nie, to ona wyjdzie z telewizora i nam natrzaska
  2. Jest w moim wieku, czyli jest dla mnie dużo bardziej wiarygodna niż młodsze o dekadę lub dwie inne popularne trenerki (nic nie ujmując im ćwiczeniom, o czym później)
  3. Jest dowcipna i zabawna – wiele razy musiałam przerywać jej ćwiczenia żeby skończyć się śmiać z jakiegoś testu
  4. Nie jest nudna i monotonna – co ma kolosalne znaczenie jeśli ktoś ćwiczy do jej dvd kilka razy w tygodniu, przez wiele miesięcy
  5. Potrafi mnie zmotywować – nie do ćwiczeń – ale do WALKI O SIEBIE, o swoje życie, marzenia, dobre samopoczucie, tak jak nikt inny.

243e6ab42cdc3f15b7ece8a5eeff386b

Programy Jillian przerobiłam prawie wszystkie, od najpopularniejszego „30 day shred”, który ostatecznie plasuje się na mojej liście na ostatniej pozycji, jako najmniej ulubiony, do „The Body Revolution” (dwanaście 30-minutowych programów, rozłożonych w czasie na 3 miesiące), który ćwiczyłam bodajże od początku roku 2016 do wyjazdu do Zakopca właśnie. Dlaczego nie lubię „30 day shred”? Bo jest skróconą wersją „The Body Revolution” dla tych mniej cierpliwych, plus są w nim ćwiczenia których nienawidzę z całego serca, a ćwiczenie czegoś co budzi żywiołowy wstręt to pierwszy krok do zaprzestania ćwiczeń w ogóle. Aczkolwiek, gdyby ktoś po lekturze tej notki chciał przetestować o czym ta sistermoon tyle nawijała, to polecam „30 day shred” z całego serca – bo jest zajebistą wizytówką Jillian, plus dwa pierwsze levele są na youtube (tylko proszę potem nie pisać z pretensjami, ze ktoś następnego dnia nie może usiąść na kiblu albo wejść po schodach).

Wiele razy robiłam skoki w bok i próbowałam innych DVD – od Ani Lewandowskiej, której programy – najzwyczajniej w świecie – za bardzo mnie męczyły, po Chodakowską, której Skalpel nieodmiennie za każdym razem kończyłam na 7 minucie bo dalej mięśnie nóg odmawiały mi posłuszeństwa (plus cholera mnie brała, jak ona tak przerzucała te włosy z ramienia lewego na prawe i ton głosu w ogóle jej się nie zmieniał, bez względu na to jak skomplikowane było ćwiczenie). Zawsze z podkulonym ogonem wracałam do Jilian. Jillian miała zadyszkę, albo mówiła, że wie, że ja już nie mogę wytrzymać, ale mam się nie poddawać, bo na pewno dam radę. Programy Jillian oparte są na formule HIIT (trening przedziałowy o wysokiej intensywności) i – co najważniejsze – poszczególne ćwiczenia w zestawach trwają 30 SEKUND. Nie ma takiego ćwiczenia, którego nie dałoby się wytrzymać przez 30 sekund (u Ani L. trwają one MINUTĘ i to jest właśnie ten konkretny element, który sprawiał, że jej programy za bardzo mnie męczyły i zniechęcały).

„The Body Revolution” to ogólnorozwojówka, praca nad wszystkimi mięśniami, połączona z cardio, no i ćwiczyłam to, ćwiczyłam, doszłam do tego levelu 12, ale – uwaga – EFEKTÓW NIE WIDZIAŁAM.

W sensie, że nie chudłam, sześciopaka na brzuchu się nie doczekałam, kondycje miałam przyzwoitą, ale nic rewelacyjnego i oprócz tego, że umiałam te ćwiczenia wykonać i nie umrzeć, to wydawało mi się ŻE TO NIC NIE DAJE.

Jeszcze jedna zasadnicza cecha „The Body Revolution” – poszczególne levele trwają 30 minut – z rozgrzewką i rozciąganiem. Nie 45 minut, nie 37 tylko trzydzieści. Nikt nie może powiedzieć, że nie ma pół godziny dziennie żeby poćwiczyć i koniec. To też chyba dla mnie zasadniczy element, który sprawia że wole jej programy od innych. Pół godziny to dla mnie optymalny czas treningu, jeśli mam go wykonywać więcej niż 2x w tygodniu. Przy treningach dłuższych lub bardziej intensywnych najzwyczajniej w świecie – na obecnym etapie i przy obecnym stylu życia – nie jestem w stanie się zregenerować i chodzę ciągle zmęczona.

Wiele razy spotykałam się z pytaniami jak ja znajduję na to czas. Trójka dzieci, praca, dojazdy do pracy, zajęcia dodatkowe. Kiedy, no kiedy. Przecież nie w nocy. Odpowiedź jest prosta. Ustaliłam sobie jedną godzinę (18:30) i to byłą godzina rozpoczęcia treningu. Wiedziały o tym dzieci, wiedział o tym PM. Przychodziła 18:30 i nic mnie nie interesowało, bo szłam ćwiczyć.

Nie jak będę miała wolną chwilę, nie jak skończę to co aktualnie robię, nie jak odpocznę po pracy. 18:30 i koniec. Do 19. Proste.

Ponadto do ćwiczeń należy podejść jak do mycia zębów. Nikt nie będzie wyglądał przez okno i stwierdzał, że dziś sobie mycie zębów odpuści bo pada deszcz, albo w ogóle zacznie od następnego poniedziałku.

Bezwzględnie najważniejszą natomiast rzeczą jest znalezienie czegoś co nam odpowiada, i to chyba zabiera najwięcej w tym wszystkim czasu. Ćwiczeń lub aktywności, których tak naprawdę nie lubimy – nigdy nie będziemy wykonywać z sercem i porzucimy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Dlatego dla mnie – po latach prób i błędów – okazało się że nie bieganie, nie rower, nie rolki, nie siłownia, nie basen (tzn basen BARDZO TAK, ale musiałabym go mieć w mieszkaniu), ale właśnie DVD, podłoga i Jillian.

Pożegnanie lata

Ledwo żyję, ale co tam, jest, w końcu JEST mój przedurlopowy piątek, piątunio, piąteczek, jeszcze tylko przesiedzieć 8h za jebanym biureczkiem i już mogę lecieć odpalać butelkę wina i oglądać pierwszy mecz sezonu bundesligi, alkohol ostatnio mi szkodzi, ale chuj, nic już mi nie szkodzi ze świadomością, że w końcu będę mogła na chwilę przestać się zrywać o tej piątej czydzieści. Naprawdę NIEWAŻNE, że WIEM, że jak potem w ten pierwszy poranek września w końcu ponownie wstanę to będzie całkowicie CIEMNO. Cicho. Nieważne. Pomyślę o tym jutro. Za dwa tygodnie jutro.

Ale, ale, żeby się nie okazało, że cały urlop przepierdoliłam na skrolowanie fejsa, zamierzam niniejszym stworzyć PLAN aktywności urlopowych i tak, właśnie napiszę go tutaj, żebym potem musieć przed Wami świecić oczami jak się z niego nie wywiąże

No więc:

1) Zrobić porządek w garderobie. Zainspirowana obrazkiem, który wrzuciłam na fejsa, a w szczególności półką pt „20% rzeczy, w których chodzę 80% czasu” oraz półką „Nie no, nie wyrzucę, będzie do spania” (u mnie są one nawet identycznie zlokalizowane) postanowiłam naprawdę coś z tym zrobić. Mam chyba pińcdziesiont par spodni, chodzę w dwóch. Nie mam za to żadnego t-shirta, który nadawałby się do wyeksponowania poza trasą dom-śmietnik.

20818846_1394237470671423_1611827658302060383_o

2) Stworzyć bazę danych klientek masażowych – tu prośba do szanownych Pań i Panów o polecenie mi sensownego programu/ aplikacji (najlepiej darmowych) dla takiego mini biznesu jak mój, który będzie kompatybilny z produktami appla. Wiem, że jest excel, naprawdę, ale nie chcę go bo jest nudny. Chciałabym coś co by mi np współgrało z kalendarzem i automatycznie aktualizowało tam umówione spotkania.

3) Nie przepierdolić całej kasy za masaże w Pennysie w celu uzupełnienia przetrzebionej garderoby, ale założyć fundusz promocyjny i zarządzać nim z sensem (pod promocję nie podchodzi kupowanie sobie miliona nowych olejków, w celu przetestowania ich na sobie przed zastosowaniem ich na klientkach)

4) Obejrzeć do końca ten „Ozark” na netflixie. Utknęłam na 4. odcinku, ale zapowiada się dobrze

5) Ogarnąć papiery – to już mam w dużym stopniu ogarnięte więc powinno pójść szybko (jedna z nauczycielek w liceum zawsze nam powtarzała, że nigdy nie mówi się papiery tylko DO-KU-MEN-TY. Bo papiery to idą do kosza)

6) Posprzątać małą łazienkę, w której PM trzyma swój TELESKOP, który kupił se kiedyś na Gwiazdkę, po czym 3x spojrzał przez niego na księżyce Jowisza, po czym teleskop został porzucony i służy jako podstawka do brokatu. Teleskop jest wielkości małej żyrafy, żeby nie było nieporozumień, że to zabawka z zestawu „Mały astronom” albo coś.

7) Ogarnąć (wyrzucić) cały burdel ze składnikami do produkcji mydełek, które w łazience założyły już chyba komunę i żyją własnym życiem. Zrobić śliczne lawendowe mydełka z tego co zostało, żeby było na promocje dla klientek.

8) Wrócić do regularnych ćwiczeń – mam przemyśleń na co najmniej 3 notki co się dzieje z ciałem po 40-stce, gdy nagle zostaje pozbawione ruchu i we właściwym czasie na pewno się na ten temat wypowiem

9) Musiałam wyedytować notkę żeby dorzucić mindfullness i yoge. Pół godziny codzienne, no muszę, no

lewandowski

Tymczasem 2 tygodnie masowania klientek uświadomiły mi mnóstwo rzeczy. Po pierwsze, że naprawdę bardzo to lubię. Po drugie, że bardzo to lubię ponieważ w trakcie masażu nie muszę uskuteczniać z klientkami small talku, którego NIENAWIDZĘ. Czasami któraś zaczyna zestaw pytańlam z cyklu „czym się zajmujesz i jakie masz hobby”, ale wtedy jej każę oddychać i jest spokój. Po kolejne nie mam żadnego bossa i nie mam żadnego pożal się boze TEAMU. Nie muszę nikogo pilnować, nie muszę robić żadnych meetingów ani przygotowywać żadnych debilnych raportów i wszystko może być dokładnie tak, jak ja chcę. Po ochnaste mam sto pomysłów na cały ten biznes i o ile ruch się utrzyma chociażby na obecnym poziomie, to naprawdę widzę to jako tymczasowo znakomitą odskocznię dla korpo, a w przyszłości to hoho kto wie. I po ostatnie jest to praca przynosząca mega satysfakcję i naprawdę mam misję, żeby tym zmęczonym i zestresowanym kobietom zafundować choćby godzinę świętego spokoju, w trakcie której nie muszą składać prania i zastanawiać się co jutro na obiad, a w zamian ktoś je pogłaszcze po głowie i powie żeby sobie poleżały i odpoczęły.

Tak se kiedyś dla jaj zrobiłam ten kurs, jakiś czas funkcjonowałam jako mobilna masażystka, ale noszenie ciężkiego jak piorun stołu do masażu mnie wykończyło plus forma mobilna stwarzała za dużo możliwości dla Pomysłowych Dobromirów, którzy proponowali żebym może przyjechała im zrobić ten masaż do pokoju w hotelu. Już się rozpędziłam, jasne. Dodatkowo do godziny masażu dochodziła godzina – dwie dojazdu w jedną i drugą stronę więc finansowo nie opłacało się to w ogóle.

Nie wiem jak to jest z tym życiem zawodowym, naprawdę. Może podobnie jak ze związkami damsko-męskimi – objawienie, że to „właśnie to” zdarza się bardzo rzadko, a do całej reszty dochodzi się metodą prób, błędów, wyrzeczeń, resetów, ciężkiej pracy i przekonania, że trzeba próbować do końca.

Zwierzyniec

We wtorek ślimaki zjadły mi krzaczek mandarynki z Ikei. Nie, najpierw opierdoliły calutką bazylię, przy czym PM winił koty. Tak, koty obgryzły wszystkie liście bazylii, równiuteńko do gałązki. Po czym nakroiły sobie do miseczki pomidorków koktajlowych, mozzarelli i polały wszystko octem balsamicznym.

No więc potem się budzę (tak, chwilowo mieliśmy dwa koty, ale imprez z porozrzucanymi myszami nie zanotowano) i patrzę, a świeżuteńkie liście mandarynki, zieloniutkie takie i dopiero odrośnięte – obgryzione do zera. Mandarynki – ponadgryzane do połowy, ze skórką poprzegryzaną do miąższu. Koty, na pewno koty!!!!! Nie były na balkonie od tygodnia, ale to na pewno one. Po bazylii zachciało im się sałatki owocowej.

No więc przeniosłam tę zmasakrowaną mandarynkę do pokoju, żeby odetchnęła. Rozłożyłam sobie matę do jogi i ćwiczę. I nagle, WTEM, patrzę, a z mandarynki ewakuuje się RODZINA ŚLIMAKÓW. Ja prdlę. Pędzą (w kategoriach ślimaczych) na złamanie karku. Ojciec rodziny był już przy macie, a matkę z dziećmi PM pozbierał z doniczki.

KOTY!!!!!!! Kotów oczywiście za pomówienia i rzucone pod ich adresem oszczerstwa nikt nie przeprosił. Teraz siedzą i piszą odwołanie do Trybunału Praw Kota w Strasburgu.

IMG_4655

Jak te ślimaki dostały się na nasze 3 piętro pozostanie dla mnie wieczną zagadką. Jedną teorię miałam że stały całą rodziną przed windą i czekały aż ktoś przyjdzie żeby im wcisnąć ten guzik z trójką. Ale jak drzwi do winy się otwierały, to nie nadążały ze wsiadaniem, względnie wpadały w tę szparę czarną, co oddziela windę od piętra, po czym przez trzy tygodnie prowadziły akcję ewakuacyjną żeby się z niej wydostać. Wersja, że wspięły się po murze jest doprawdy zbyt banalna, plus biorąc pod uwagę ich tempo, to od kiedy się wspinały? Od 1985?

IMG_4656

Potem pojechałam z twinsównami na niewinną przejażdżkę do Aldiego, w trakcie której padło pytanie MAMO, A CZY MIKOŁAJ JEST PRAWDZIWY? Jezu, no ale w sierpniu mam na takie pytania odpowiadać? Na wymijające stwierdzenie, że na biegunie północnym siedzi naprawdę Mikołaj, ale w Boże Narodzenie nie daje rady ogarnąć wszystkich, więc rodzice trochę mu pomagają, uslyszałam zrozpaczone:

TO KTO ZJADA TE CIASTECZKA I MARCHEWKI, KTÓRE MU ZOSTAWIAMY???!!!

Kurwa, koty.

Albo ślimaki.

No dobrze, mamo, ale czy WRÓŻKA ZĘBUSZKA JEST PRAWDZIWA?

(do Aldiego jedziemy pięć minut, nie że półtorej godziny i one mają tyle czasu, żeby wymyślać te pytania)

Hm, NO NIE JEST  (i jak ja byłam W WASZYM WIEKU to w ogóle żadnych wróżek zębuszek nie było, a jak się już pojawiły to nikt mi juz nie chciał oddać kasy za wszystkie wypadnięte zęby)

TO KTO ZOSTAWIA TE PIENIĄŻKI POD PODUSZECZKĄ?????

Hm, zastanówmy się. MOŻE MIKOŁAJ?

W końcu (jesteśmy na parkingu), Ola – po dłuższej chwili zadumy – wypaliła niczym, nie przymierzając, Bobcio z „Szóstej klepki”

MAMO, A CZY BÓG JEST PRAWDZIWY?????!!!!

Nie dziwota, że w Aldim musiałam kupić gin z tonikiem, żeby dojść do siebie, prawda?

Za tydzień, ZA TYDZIEŃ, rusza Bundesliga oraz zaczynam urlop, w trakcie którego będę po prostu leżeć i czytać książki oraz czekać na mecz Polska – Dania. Doczekałam się, ale doprawdy było to najdłuższe lato od 5. klasy szkoły podstawowej.

 

Frajdej

Boże boże, znowu piątek i znów nic nie napisałam. Na swoje usprawiedliwienie drogi pamiętniczku mam to, że nagle wtem w środku tygodnia przypomniało mi się, że przecież w czasie w którym zaniechałam pisania blogaska zrobiłam mnóstwo rzeczy, które w zasadzie można jakoś sensownie wykorzystać. Kurs masażu np zrobiłam. Dwa w zasadzie, z czego ten zasadniczy trwał rok, a uzupełniąjcy 2 dni. Kurs robienia mydełek zrobiłam. Na kursie masażu było naprawdę paradnie bo musiałam się nauczyć na egzamin wszystkich kości i mięśni człowieka po angielsku. Nadal coś pamiętam. Np mój ulubiony mięsień na szyi sternocleidomastoid. Albo że w human body jest 206 kości. 

Szczerze mówiąć uważam, że każdy powinien się o tym uczyć, bo przynajmniej potem jak się łamie nogę, to wiadomo od razu o ktorą kość chodzi. Albo jak coś człowieka boli, to bez googla można sobie ślicznie zdiagnozować każdą chorobę.
Więc przypomniałam sobie, że przecież to umiem, cały ekwipunek do masowania w domu mam i można by reaktywować stronę na fejsbuku, jebnąć jakąś reklamę i poczekać co się stanie. No i stało się tyle, że recesja w Irlandii musi już być over, bo klientki nadleciały gromadnie, że one bardzo chcą. Nie narzekam, zawsze bardzo lubiłam masować . Praca ciężka fizycznie, ale bardzo relaksująca, wbrew pozorom nie tylko dla masowanego, ale dla masażysty też. Cisza, spokój, ładnie pachnie, łagodnie plumpla muzyczka, nie dzwonią telefony, a szef się nie drze, że deadline za pieć minut i gdzie jest prezentacja. W dupie. Klientka po masażu zrelaksowana i szcześliwa, nie awanturująca się. Dobrze. Mydełkami też się zajmę i otworzę firmę „Mydło i powidło. Katarzynex i społka”.

Zastanawialiście się w ogóle jak pokierowalibyście swoim życiem, gdyby była szansa cofnać się do maturalnej klasy? Bo ja się często zastanawiam. Poszłabym jeszcze raz na ten marketing czy nie? Gdybym nie poszła, gdzie bym poszła? Na AWF? Anglistykę? A może wtedy cały ciąg zdarzeń, które doprowadziły do wyjazdu do Irlandii nie zasitniałby i nie siedziałabym dzis w dublińskim biurze, gapiąc się na morze za oknem. Może pracowałabym jako pani higienistka w podstawówce. 

Wyniki krwi przyszły, za wysoki cholesterol, reszta w normie więc nie wiem co mi jest. Wygooglałam naprawdę wszystko i mam objawy wszystkiego. Głownie obwiniam niewyspanie, ale naprawdę nie umiem chodzic spać o 9 wieczorem, kiedy wszyscy w domu, łącznie z kotem, bawią się i imprezują, nikt nie jest zmeczony i mamo o co ci chodzi, nam się nie chce spać. Mnie też się zresztą nie chce. Rano mi się chce, kiedy oczywiscie wszyscy (łącznie z kotem) śpią jak zabici, podczas gdy ja obijam się w półmroku od sprzetów AGD, usiłując nałac sobie kawki do termosika.

Poza wynikiami krwi przyszełd W KOŃCU sierpień, który w Irlandii jest pierwszym dniem jesieni, ale doprawdy kij z tym, biorę jesień w tym roku w ciemno i bez marudzenia, że mokro i piździ (przypomnijcie mi w listopadzie). Lewy z Bayernem zagrali juz 5 meczów towarzyskich z czego 4 przegrali, wiec nie wiem.


Oraz urlop mam za dwa tygodnie, o którym zapomniałam, że go wziełam, potem sobie przypomniałama i uznałam że wziełam go bez sensu, bo i tak nigdzie nie jedziemy, a teraz dzieki ci panie boże, że go wziełam, bo przynajmiej się położe i tak przeleże do września. 

Troche mi smutno, bo i rok i dwa lata temu w sierpniu jechałam do Zakopca, ale co zrobić . Lubie to głupie Zakopane i Krupówki, co Wam poradzę. Nad Morskie Oko można iść o 7 rano i nikogusko tam wtedy nie ma. Od 10 dopiero robi się bajzel. No nic. 

Jutro kot do szczepienia, więc chyba już teraz należy zacząc usypiać jego czujność, w kwestii, że klatka stoi tylko tak, od niechcenia, bez żadnych niecnych planow. Można wchodzić i wychodzić. Kot co prawda gupi nie jest, wiec raczej się nie nabierze, co skończy się upychaniem go do klatki kolanem oraz tygodniową urazą i odwracaniem mordy w drugą strone, gdy bedziemy usiłowali go pogłaskać . 

Plus znowu nie wiem co na obiad.

O, i już wiem. Prosze mi tu ładnie napisać jakimi fajnymi kremikami się smarujecie, bo zeszłoroczny zapas z zakopca własnie mi się wyczerpał i bedę musiała się zaopatrzyc w październiku. Ze swojej strony, ze wszystkich ochnastu kremow które wtedy przywiozłam najpardziej podeszła mi ziaja awokado (po tym, oczywiscie, jak już się pogodziłam że po 40+ kremy i tak gówno dają i żeby mieć gładką buzie należałoby sie położyć na poligonie i poczekać aż przejedzie nam po twarzy czołg), ale może jest coś jeszcze.

Ocena pracownicza czyli jak nigdy nie zrobię kariery

Notka z 16/03/2005

Miałam ja ci w poniedziałek ocenę pracowniczą.

Było czarownie.

PANI SISTERMOON, DLACZEGO PANI WYCHODZI Z PRACY O 16:00.

Faktycznie.

Każdy kolejny szef ma ze mną ten sam problem. Jak nienormalna wychodzę do domu o godzinie, o której przewidziano ustawowo mój koniec pracy. Jestem pod tym względem niereformowalna. Nie interesują mnie nadgodziny, oraz ze mój departamencik taki biedny i zawalony pracą, zupełnie tak samo jak mojego departamenciku nie interesuje, że chciałabym podwyżkę, bonusik i awansik. W CV powinnam se zapisać w umiejętnościach dodatkowych: odporność na nałogi, z uwzględnieniem pracoholizmu.

NO ALE CZEMU JA WYCHODZĘ Z PRACY O 16:00.

I czy ja wiem, że to źle wygląda i jest na moja niekorzyść, gdybym chciała awansować (w tym momencie uprzejmie pomyślałam FAK JU, nie zmywając z twarzy czarownego uśmiechu, z jakim wpatrywałam się w przełożonego)

Tak, wiem, oczywiście, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, to straszne, naprawdę, ogromnie się tym przejęłam.

I ŻE WSZYSCY WIDZĄ JAK JA WYCHODZĘ O TEJ PIERDOLONEJ 16:00 (nie moja wina, że nie potrafią się wyrobić ze swoimi obowiązkami w ustalonych godzinach pracy, tak jak ja, nie?).

Oraz ciekawe dlaczego nikt nie widzi, jak wchodzę do biura o 8:00, gdy biuro jest puste, gdyż wszyscy jeszcze śpią, rzygają po imprezie albo walą młotkiem w budzik, żeby przestał dzwonić. Może fakt ten powinnam uwieczniać na kasetach video, po czym puszczać je wszystkim na wychodne?

I w ogóle dlaczego wszyscy się patrzą jak wychodzę. Czyż nie powinni raczej wpatrywać się w swoje monitory i pracować????

A wychodzę bo doprawdy mam powody.

3aeb8294477fc7655ce6825fc44fbf6b

Doprawdy azaliż po stokroć istotniejsze niż oferta kredytowa i stopa procentowa. O transzach i czekach nie wspominając.

– muszę wrócić do domu na czas, żeby obejrzeć powtórkę Fair City o 16:45

– muszę ugotować obiad

– muszę nałożyć maseczkę nawilżającą i pofarbować włosy

– muszę się zreraksować

– pomalować paznokcie na czerwono

– obejrzeć odcinek sex and the city

– poprzeglądać magazyny z modą ślubną

– poczytać blogaski

Po raz pierwszy w swym życiowym dorobku posiadam dom, w którym uwielbiam przebywać, gdzie nikt się nikogo o nic nie CZEPIA i gdzie jest fajniej i zabawniej niż w eurodisnaylandzie i zaprawdę ŻADNE biuro nie jest w stanie z tym konkurować. I niech nikt mi naprawdę nie mówi, że jakaś praca papierkowa jest od tego wszystkiego ważniejsza.

Nie uwierzę, nawet jak zobaczę oświadczenie sądu najwyższego w tej kwestii. Podpisane przez prezydenta i premiera. Oraz królową angielską.  I tę zdzirę parker bowles

W mojej firmie są managerowie, oficerowie oraz motłoch.

Managerowie siedzą i czytają gazetę, względnie rozmawiają przez telefon skomplikowanym szyfrem, tak że nikt nie rozumie o czym mówią. Oficerowie biegają po całym biurze, robiąc wrażenie mega zapracowanych, przy czym o kwestii merytorycznej pracy departamentu nie mają często bladego pojęcia. Motłoch zapierdala. Gdyby ktoregoś dnia do pracy nie przyszedł cały management, nikt by nawet tego nie zauważył. Gdyby nie przyszli oficerowie, zapanowałby prawdopodobnie nieco większy chaos, bo management nie potrafiłby zorganizować pracy departamentu. Gdyby nie przyszedł motłoch – można by spokojnie ogłosić bank holiday, bo żadna praca nie zostałaby wykonana.

Ogólnie po ocenie pracowniczej odechciało mi się pracy i wszystkiego. Potem uświadomiłam sobie ekstraordynaryjny wniosek.

JAK DOBRZE ŻE MOGĘ TO WSZYSTKO MIEĆ W DUPIE I W ZAMIAN PRZEJMOWAĆ SIĘ WYBOREM SUKIENKI ŚLUBNEJ.

Dopisek z dzisiaj

Przez 13 lat mój stosunek do pracy biurowej niewiele się zmienił, oprócz tego, że teraz wychodzę o 15:45. Czy żałuję, że zamiast gotować te obiady i nakładać maseczki nie zrobiłam kariery? Chyba nie bardzo. Nie nadaję się do tego, mimo że przez wiele lat wmawiałam sobie co innego. Plus w tym tygodniu, zabawnym zbiegiem okoliczności, również miałam ocenę pracowniczą, w trakcie której dowiedziałam się, że no jednak rok temu jakoś bardziej się starałam, więc ocenę należy mi obniżyć. Tylko po to oczywiście żeby mnie zmotywować do dalszej pracy. Zmotywowana poczułam się tak, że ja pierdole. Zbierając szczękę z podłogi próbowałam oponować, że w zasadzie ponad pięć miesięcy mnie nie było, a w czasie gdy byłam obowiązków do odbębnienia za wiele nie było. Oraz że moja rola w tym roku nijak ma się do ubiegłorocznej. Ale z korporacją się nie wygra. Coś za coś. Taka jest cena za święty spokój i za to, że służbowy telefon nie dzwoni po 15:45. Wcześniej też nie dzwoni, bo go nie mam. No i chuj.

Lato

Chciałabym pojechać nad polskie morze. Albo do Kotliny Kłodzkiej, no. Albo w ogóle zabrać dzieci w podróż po Polsce szlakiem Pana Samochodzika. Całe moje dzieciństwo, szkoła średnia i studia to było podróżowanie za jeden uśmiech po bocznych drogach i opłotkach, nikt doprawdy nie rozbijał się wtedy po Kanarach i Portugaliach. Zaduma mnie ogarnia na myśl, że z koleżanką, w licealnych czasach, brałyśmy np plecak i jechałyśmy dosłownie w ciemno. Najpierw w Góry Świętokrzyskie, potem w Bieszczady, potem w Karkonosze. Bez komórek. Bez noclegów. Bez zabukowanych wcześniej biletów, za to ze śpiworem i karimatą. Nie wiem czy w ogóle nie było tak, że na dworcu decydowałyśmy, gdzie pojedziemy dalej. Jak nasze mamy to przeżyły, srsly? Przecież za całe potwierdzenie tego, że wciąż żyjemy i mamy się dobrze musiały wystarczyć pocztówki jesteśmy tu i tu, jedziemy dalej. Które często przychodziły po naszym powrocie. W takim Karpaczu na przykład, w środku sezonu, przeszłam 7 razy w te i z powrotem cały deptak, szukając noclegu. W końcu pani w jednym pensjonacie zlitowała się nade mną, kazała zostawić plecak i powiedziała, że jak nic nie znajdę to mogę spać w jej pomieszczeniu gospodarczym na rozkładanym łóżku, ona zabierze z niego miotły i mopa. Czemu nie potrafię zaadaptować tamtego podejścia do życia, dzisiaj? Przecież nadal w niczym nie przeszkadzałoby mi spanie w towarzystwie mopa.

Potem, jak już pracowałam w cholernej korporacji, latem jeździłam nad polskie morze. Firma sponsorowała Beach Ball Tour i trzeba było przeprowadzać „kontrole” teamu, który na wybrzeżu rozkładał na piasku namioty, dmuchane zamki itd. Praca w praktyce polegała na tym, że co czwartek z koleżanką wyjeżdżałyśmy firmowym autem z Poznania do jednej z nadmorskich miejscowości (Beach Ball co tydzień był w innym miejscu), gdzie zostawałyśmy do niedzieli. Na miejscu od razu dostawałyśmy od organizatorów drinka, a potem tylko hasałyśmy wokół firmowego namiotu i superwajzowałyśmy hostessy. Wieczorami firma promowała swoje produkty w lokalnych dyskotekach wiec też musiałyśmy tam chodzić. Bardzo ciężka praca to była, naprawdę. I różne rzeczy się tam działy. Zespół Just 5 na plażę przyjechał. Chodziło się do namiotów innych sponsorów na plotki. Romanse kwitły. 2 miesiące życia jak na koloniach. Piasek wszędzie. Bajlango Bajlango. Potem w niedzielę wracałyśmy wyprać rzeczy i od poniedziałku do środy siedziałyśmy pod biurkiem, udając że interesuje nas praca w marketingu.

ZakopaneChramcowki35PKP04A1101M.JPG_678-443

Lato to jeszcze śmierdzące kuszety PKP i widok Giewontu przed 8 rano, gdy pociąg – pod 10 godzinach – dojeżdżał do Zakopanego. Raz pociąg się zepsuł w Suchej Beskidzkiej, konduktor nas z siostrą obudził i kazał wysiadać. To wysiadłyśmy i siedziałyśmy na ławce przed dworcem. Przez myśl nam nie przyszło stresować się czymkolwiek. Albo o, z rodzicami jechaliśmy pociągiem nocą do Nowego Targu. Luty, na dworze minus pińcet, ogrzewanie w przedziale nie działa. W Kamiennej Górze, na kwaterze też nie działało, więc siedzieliśmy w kinie na „Purpurowej róży z Kairu”. O podróży maluchem do Zakopanego nie wspomnę. Jak przez strumyki tym maluchem przejeżdżaliśmy, bo tata się upierał, że maluch da radę. I dał, faktycznie. A teraz nikt się nie wybierze z dziećmi w podróż, jeśli dzieci nie mają do dyspozycji ajpada, książek, kolorowanek, kredek i trzech sezonów świnki Peppy na DVD. Broń boże żeby biedne dzieci jechały 15 minut, gapiąc się bezmyślnie w okno, bo przecież zwariują z nudów.

Mówię do PM, jedźmy do tej Polski za rok, samolotem, tylko ojojojoj co my zrobimy jak wysiądziemy z tego samolotu (wynajęcie auta w Polsce kosztuje więcej niż podróż z Phileasem Foggiem w 80 dni dookoła świata, więc jako kilkutygodniowe rozwiązanie odpada, wolałabym raczej jeszcze raz przyjechać z Dublina własnym samochodem). PM patrzy na mnie jak na debila. „Pojedziemy autobusem” mówi, a ja nagle myślę, że to przecież znakomite rozwiązanie, niech dzieci zobaczą jak mama i tata podróżowali po Polsce, gdy posiadanie auta było luksusem, a podstawowym środkiem transportu były ruskie wagony PKP i autobusy ogórki PKS.

Teraz mam potworne wyrzuty sumienia, że jest lato, a moje biedne dzieci siedzą w domu, bo nie stać nas na rodzinne wakacje w sezonie. Julka pyta dlaczego inne dzieci jadą na całe lato do dziadków, a one nie. Lekcja pierwsza dziecko, rodziny się nie wybiera, lekcja druga, z rodziną najlepiej na zdjęciu. Lekcja trzecia, przykro mi, ale obiecuję że postaram się kiedyś być lepszą babcią dla twoich dzieci, a w międzyczasie wsiądziemy do auta i zrobimy parę wycieczek krajoznawczych po Wyspie. Irlandia pod tym względem jest zajebista, że z Dublina wszędzie blisko, a morze i ocean są z każdej strony. Więc jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, a tutaj lubić da się bardzo dużo.

Strefa rażenia żurawia

Lubię pisać między innymi dlatego, że zapisanie określonej myśli powoduje, że zaczynam patrzeć na nią inaczej. Opisany lęk nie straszy już tak bardzo na ekranie komputera, jak przerażał w głowie, genialne pomysły na papierze nabierają realizmu, a przypadkowe i rzucone luźno stwierdzenia okazują się trafniejsze, niż się wydawały, gdy były tylko nieuchwytną ideą. Zatem dopiero jak przeczytałam na spokojnie poprzednią notkę (a do tych opublikowanych wracam bardzo rzadko) to oświeciło mnie, że znów robię to samo. I znów, za 20 lat, obejrzę się wstecz i pomyślę, że o co mi chodzi, przecież wszystko idzie świetnie. Znów będę się chciała klepać po ramieniu i pocieszać. Po co. Nie mogę się poklepać tu i teraz?

Minione tygodnie uświadomiły mi ponadto, że mój organizm komunikuje się ze mną non stop, a jego strajk niekoniecznie jest zaproszeniem do klubu seniora lub kiepsko zawoalowaną zachętą do przeglądu ofert firm pogrzebowych, ale apelem, smsem, snapchatem z informacją BŁĄD SYSTEMU. Co najlepiej działa na błąd systemu? Wylogowanie, restart, albo w ogóle wyłączenie całego tego gówna w cholerę i pójście na spacer. Proste. Czym skutkuje ignorowanie komunikatów? Zawieszeniem całego ustrojstwa, płaczem i zgrzytaniem zębów.

Wiec restartuję wszystko. Tabletki od lekarza wywaliłam, bo skutki uboczne były gorsze od uzyskiwanych korzyści. Gluten, może to gluten no. Może węglowodany. Alkohol. Kawa. Przestawiłam się na Guinnessa i masz: „PIWO TO CHLEB W PŁYNIE”* Ja prdle. Najlepiej po prostu obłożę się jarmużem i tak obłożona będę ćwiczyć przysiady, żeby mieć jędrne pośladki. Potem założę grupę na fejsie: „Jędrne pośladki po 40-stce” i będę postować zdjęcia przed i po.

Dieta 16/8 (8h jedzenia i 16h postu) poszła w odstawkę bo nie jest to dieta dobra dla osób, które zrywają się o świcie, jak jebane skowronki. Jak ktoś wstaje o 9 to se może doczekać do tego lunchu bez jedzenia, ja nie. To chleb wywalę, dobra. Ale co z domową pizzą? Co z drożdżóweczkami prosto z piekarniczka. Bułeczkami cynamonowymi. Naprawdę nie umiem udawać, że baza do pizzy z kalafiora jest tak samo dobra jak świeże ciasto. No nie jest. Albo brownie z fasoli. Może z cebuli? Bliźniaczki mają urodziny za 2 tyg to zrobię im tort z buraka. Zobaczymy co powiedzą.

10731152_351622065006286_1398667670045248276_n

Tęsknie poza tym za babskimi plotkami. Kiedyś z psiapsiółkami gadałyśmy o wszystkim, godzinami. Na żywo i przez telefon stacjonarny (komórek nie było, a potem były ale minuta rozmowy kosztowała trzy średnie pensje krajowe). Poza tym, że gadałyśmy to pisałyśmy do siebie listy (kilka stron A4), które co kilka dni wymieniałyśmy między sobą na uczelni (internet był w powijakach a na zajęciach z informatyki uczono nas DOS-a). Jeśli czegoś mi najbardziej w życiu brakuje to właśnie tych kobiecych interakcji. Nie wymiany informacji o dzieciach (kogo to obchodzi), nie ogólników z cyklu co robisz w weekend, co ugotowałaś, daj przepis na muffiny (KOGO TO OBCHODZI). Brakuje mi dogłębnych, wielogodzinnych, całonocnych rozmów o życiu, o facetach, o przyjaźni i miłości, o tym jak się czujemy, co czujemy, co myślimy, co nam się wydaje że myślimy albo co nie myślimy. Bez tych rozmów czuję się samotna i pusta w środku. Oraz mam poczucie, że nikt mnie nie rozumie. Ok, mąż mnie trochę rozumie, ale nie jest kobietą. Z siostrą na przykład siedziałyśmy całymi weekendami i czytałyśmy gazety (ja) albo oglądałyśmy „Pełną chatę” (siostra). Albo grałyśmy w Prince of Persia, gdzie Prince of Persia ubrany był w białą piżamę i zasuwał po sinych lochach, a nie wyglądał jak wyniuniany model z wybiegu Calvina Klein’a. Jeszcze kolekcjonowałyśmy tabliczki „Strefa rażenia żurawia”, chodziłyśmy nocą po supermarketach i (również nocą) siedziałyśmy w aucie pod siedzibą poznańskiego radia RMI, co by jednego takiego pana prezentera zobaczyć, jak skończy dyżur i wyjdzie. O koncertach w Eskulapie i innych radiowych prezenterach nie wspominając. I wszystko wtedy było super ważne, a każde wydarzenie należało analizować wielokrotnie, rozkładając na czynniki pierwsze, z detalami i opisami przyrody.

Co z tego że dziś mamy FB, darmowe minuty i skypa. To nie to samo. Ile czasu musiałoby minąć żebym mogła komuś opowiedzieć o sobie tyle, ile wiedzą o mnie moje przyjaciółki. Komu – w dzisiejszych czasach – chciałoby się tyle słuchać. I kiedy, skoro w poniedziałek trening, we wtorek wywiadówka, w środę kurs szydełkowania i robienia pasty twarogowej, a weekend marzę tylko o tym, żeby nie musieć się do nikogo odzywać.

Więcej zmartwień, drogi pamiętniczku, nie mam. Bundesliga rusza za 5 tygodni, reprezentacja startuje za 7. Słabe to lato naprawdę, ale uczciwie przyznaję, że ciężko sama na to zapracowałam.

*PM gdy mu opowiedziałam wszystkie te sensacyjne doniesienia stwierdził, że wszyscy nas oszukują. I tak jak ogólnie nie mam manii prześladowczej a teorie spiskowe doprowadzają mnie do szału, tak tutaj musze się zgodzić. Dochodzi do tego, że nie wierzę już w nic, co czytam.

Guinness krzepi

Po głębszym namyśle stwierdzam, że nie, nie uważam swoich wypocin sprzed 13 lat za „głupiutkie”, a określanie ich w ten sposób przez nieznajomych wydaje mi się dość protekcjonalne (ale biorę oczywiście poprawkę na to, że to internet, w którym łatwiej coś takiego napisać, niż w prawdziwym życiu powiedzieć prosto w oczy dorosłej osobie). Wręcz przeciwnie, jestem zdania, że będąc na początku wspólnej drogi z PMem, przed dziećmi i całą dekadą przygód, psikusów i krotochwil, które na nas czekały, psim swędem, intuicyjnie wiedziałam o istocie związków i męskiej naturze zaskakująco wiele, dużo więcej niż można by się było po mnie (na tamtym etapie życia) spodziewać.

Może dlatego wciąż jesteśmy beztrosko zgodnym małżeństwem (gdzie PM się zgadza na wszystko, co ja beztrosko wymyślę). A może nie. Może to mój mąż posiada gdzieś głęboko ukrytą instrukcję obsługi kobiety, po którą sięga w chwilach, gdy nie wie czy się ewakuować, czy udawać nieżywego, czy dzwonić po służby specjalne, żeby mnie usunęły, niczym niewybuch w Białymstoku, z czasów II Wojny Światowej. Dodatkowo w tamtych czasach wydawało mi się, że związek 4-5 letni to staż hoho niewiadomo jaki. Dziś myślę, że nasze wspólne 15 lat to nadal tyle co nic, a przeżycie z kimś całego życia zdecydowanie nie jest tak proste, jak niefrasobliwie opisywała to w swoich książkach Lucy Maud Montgomery.

Często ogólnie wracam do pamiętników sprzed lat i przyznaję, że był długi okres, kiedy mierziło mnie w nich wszystko, zaczynałam czytać, z niesmakiem odkładałam i udawałam, że nie mam z autorką nic wspólnego. Dopiero niedawno fokus mi się wyostrzył i potrafiłam w końcu spojrzeć na siebie 18-20 letnią, nie tylko jak na nawiedzoną nastolatkę z problemami z koziej dupy, tylko jak na kogoś kogo – po prostu – nikt ongiś (onegdaj?) nie kochał tak, jak na to zasługiwał. I oprócz egzaltacji, łatwo w tamtych notkach doczytać się wielkiego smutku i jeszcze większej samotności. Dziś bardzo chciałabym wrócić do siebie tamtej, 20-letniej, poklepać po ramieniu i powiedzieć: dasz radę. Nie przejmuj się tak, idzie ci świetnie. Nigdy tak naprawdę nie będzie łatwiej, ale nie zważaj na to, tylko idź do przodu. Wiele problemów rozwiąże się samoistnie, więc nie roztrząsaj ich w nieskończoność. To samo podejście mam do siebie sprzed 13 lat – tyle że tamte emocje, rozterki i dylematy pamiętam lepiej. Dziś może wydają się błahe i w wielu aspektach można się z nimi nie zgadzać, ale głupiutkie nie są. Nie dla mnie. Jedyne co można im zarzucić to grafomaństwo, ale o literackiego Nobla, Nike ani bloga roku się nie ubiegam, wiec nie widzę problemu.

************************

W międzyczasie, we wtorek, od niechcenia zabukowałam loty na jesień do Poznania, co, nie ukrywam, poprawiło mi humor o 500+. Będę mogła pójść do Rossmana oraz Douglasa i zamieszkać między półkami. Nikt kto nie spędził co najmniej roku na Wyspach nigdy nie zrozumie jak się czuje człowiek trwale odseparowany od polskich kosmetyków, suplementów i lekarstw. Zaprawdę powiadam wam, gdyby Mickiewicz żył we współczesnych czasach „Pan Tadeusz” nie opiewałby wdzięków Telimeny, ale bogactwo oferty kremów przeciwzmarszczkowych Dr Ireny Eris.

Potem taki filmik motywacyjny obejrzałam, że było jajko, ziemniak i kawa. I wszystkie miały styczność z gorącą wodą, w wyniku czego ziemniak zrobił się miękki, jajko ugotowało się na twardo, a kawa zmieniła wodę w kawę. I to takie głębokie było, naprawdę. Kto te filmiki wymyśla. Resztę dnia spędziłam zastanawiając się czy jestem ziemniakiem czy jajkiem i jak zmienić te wodę dookoła mnie w kawę. Albo w wino jeszcze lepiej. Bo tutoriala o winie oczywiście nie ma.

61WYMLrenkL._SY450_

Tak a propos wina, to zastąpiłam je Guinessem. Guinness krzepi. Irlandczycy długie lata oferowali honorowym dawcom krwi pinta Guinnessa po tym jak osłabieni, nie mieli siły zwlec się z krzesła, po oddaniu krwi. Więc ja jestem właśnie osłabiona teraz wszystkim, więc chyba napiszę petycję do pracodawcy, że powinnam mieć prawo do szklaneczki Guinnessa w trakcie lunchu, w celu podniesienia efektywności i wydajności pracy (kiedyś miałam podobny postulat, gdy Guinness pomagał mi z angielskim i po wypiciu 3 pintów byłam tak fluent, że rozumiałam nawet Irlandczyków z Cork lub z wysp Aran, ale mój ówczesny manager – kaszląc dziwnie – jakoś się nie chciał na to usprawnienie w pracy zgodzić, do dziś nie rozumiem dlaczego). No więc wracając do Guinnessa to tak, też kiedyś uważałam, że jest gorzki, ale mi przeszło. Jeśli nie lubicie, to poproście w pubie o Guinnessa z odrobiną syropu z czarnej porzeczki. You’re welcome. Irlandczycy kuchnię mają do dupy, ale z tym piwem akurat trafili.

Ogólnie mam zawroty głowy, palpitacje serca, jestem niewyspana, rozkojarzona i wkurzona, a przed oczami przelatują mi wszystkie, ale to centralnie wszystkie tajemnicze przypadłości z Dr Housa, które na pewno się okaże że mam, jak tylko wrócą moje wyniki z badania krwi. Winię odwyk od Bundesligi i Lewandowskiego, co oczywiście w badaniu nie wyjdzie i jak zwykle okaże się, że nic mi nie jest, a wszystkie symptomy sobie wymyśliłam. Tak się nie da żyć, naprawdę.