Power November

Zastanawiam się czy może coś zjadłam, że mam tyle energii. Vit b6 może, bo uzupełniam braki w organizmie. I magnez. Ostatni raz tyle energii i życiowego entuzjazmu miałam w czerwcu/ lipcu ubiegłego roku, jak Polska grała na ME i wtedy myślałam, że to dlatego. A teraz co. Reprezentacja znowu zawiesiła występy do marca. Ciemno, a ja pomimo to wstaję z pieśnią na ustach i raźno podążam na zakład, nie wypowiadając w tym czasie ani razu KURWA albo JA PIERDOLĘ.

Miła jestem (umiarkowanie) dla wszystkich i przypuszczam że nawet „Last Christmas” w radiu nie wyprowadziłoby mnie z równowagi, podczas gdy podczas ubiegłych zimowych sezonów byłam pierwsza do wieszania psów na debilach, którzy robią sobie gwiazdkę w środku jesieni. Nie, proszę, niech grają. W Marku i Spencerze są powidła z czegoś tam (brzoskwini chyba) z szampanem i brokatem. Też mi nie przeszkadzają, wręcz rozważam zakup żeby mi poranne tosty świątecznie lśniły na talerzyku w pracy. Dla większego efektu posypałabym je jeszcze tłuczoną bombką. W pennysie szukam najładniejszych xmasowych jumperów, podczas gdy kiedyś do ich kupna (a co dopiero założenia) nie zachęciłby mnie nawet Robert Lewandowski. Nawet zmianę fryzury Lewego skwitowałam jedynie serdecznym „chyba go pojebało”, a nie odlajkowaniem profilu.

images-1

W pracy też mi nagle nic już nie przeszkadza. Liście opadnięte wywołują we mnie łagodną nostalgię, a nie depresję i myśli samobójcze. Życie jest piękne i w ogóle o co wszystkim chodzi.

Więc może to ta Jillian i Chodakowska. Z Jillian doszłam znów do levelu 12, proszę. Po każdym skończonym treningu, pod prysznicem, mam ochotę owinąć się zasłoną prysznicową, wyskoczyć na środek łazienki i pełną piersią ryknąć MAM TĘ MOC, MAM TĘ MOOOOOOOC.

Może jestem po prostu psychicznie niezrównoważona, tego też nie wykluczam. I po fazie euforii przyjdzie za chwilę faza zapaści i będę musiała położyć się pod choinką i polewać grzanym winem żeby jakoś przetrwać resztę zimy.

W szampański nastrój wpędziło mnie ponadto odzyskanie pieniędzy za OBIE blokady założone mi latem pod własnym domem i proszę, chętnie opowiem, bo historia jest pouczająca. Po odwołaniu się od po raz pierwszy firma zakładająca blokady odpisała, że sorry, mam spierdalać, oni kasy nie oddadzą, ale mogę się odwołać ponownie, po uiszczeniu kolejnej opłaty, bez której moje odwołanie nie zostanie nawet rozpatrzone. Ponieważ oczywiście już się rozpędziłam żeby płacić im w ogóle wszystko co zarabiam, napisałam długi email, w którym dokładnie odzwierciedliłam miotające moją duszą uczucia, w stosunku do procederu zakładania blokad na kołach samochodów parkujących NA SWOIM MIEJSCU parkingowym, pod posiadanym NA WŁASNOŚĆ  mieszkaniem. Maila posłałam do lokalnego radnego, choć poważnie zakładałam wpisanie jako adresata Władimira Putina, z adnotacją, że nie mam nic przeciwko wykorzystaniu w mojej sprawie ruskiej mafii.

Po kilku dniach lokalny radny odpisał, że och, wzruszyła mnie twoja historia i w związku z powyższym wysyłam twojego maila do irlandzkiego premiera (wszyscy oczywiście wyobrażają sobie podobną historię w Polsce i to, jak szybko mail o BLOKADZIE NA KOLE, wysłany przez EMIGRANTA, powędrowałby do Beaty Szydło i jak strasznie ona by się nim przejęła)

Po miesiącu otrzymałam od premiera maila, ze PANI SISTERMOON, TO OKROPNE CO PANIĄ SPOTKAŁO, wysyłam pani maila do Minister of Transport. Och, ziew, dobrze, trudno, czy sprawą w ogóle nie mógłby się zająć cały irlandzki rząd i prezydent, bo potrzebuję pieniędzy na dżem z brokatem.

W październiku, jak już porzuciłam wszelką nadzieję (bo jaki system przejmuje się problemami emigrantów z blokadą na kole), przyszedł mail od ministra transportu, ze oto proszę, przypadkiem akurat w życie właśnie weszła ustawa regulująca poczynania wszystkich firm od zakładania blokad i że co prawda moje gorzkie żale są już trochę przedawnione, ale mogę spróbować i odwoływać się tam bezpośrednio, raz jeszcze.

Ponieważ mam naprawdę awanturniczy charakter (plus skłonności do pieniactwa) to odwołałam się i WŁALA. Po trzech tygodniach przyszedł list, że moje pretensje są w pełni uzasadnione, odwołanie podtrzymane, a firma od blokad ma oddawać kasę. Czek przyszedł po kolejnym tygodniu, a ja długo poklepywałam się po ramieniu, dumna że udało mi się wygrać małą, bo małą, ale POTYCZKĘ Z SYSTEMEM.

Poważnie rozważam otworzenie firmy, która zajmowałaby się wykłócaniem przegranych spraw w imieniu petentów. A maila do premiera oraz ministra transportu mam teraz w kontaktach, o.

 

Halloween

Zostałam sama na 4, CZTERY godziny i normalnie od nadmiaru możliwości kręci mi się w głowie.

Co tu robić.

Najbardziej mam ochotę rozłożyć sofę, włączyć Titanica i nalać sobie wina, ale jest 10:43.

Dobrze.

Nie wiem jak Wasza, ale moja tegoroczna jesień jest zajebista. Wszystko mi się podoba, na nic nie narzekam. Nie dołuje mnie wstawanie w środku nocy, cieszy mnie zimowa kurteczka i jesienne sweterki. Na filmiki z zasypanego śniegiem Zakopca na fejsie patrzyłam ze łzami w oczach i wszystko bym naprawdę dała, żeby móc się tam teleportować choćby na jednego grzańca.

Jednocześnie pamiętam jakiego bluesa miałam w analogicznym czasie w ubiegłym roku czy chociażby w trakcie tegorocznego lata i naprawdę nie wiem o co chodzi. Że naprawdę wszystko jest tylko w głowie? Że sama wybieram czy coś mnie cieszy czy dołuje? Przecież to nie jest takie proste. A może jest?

Od lat wkurzała mnie Xmasowa komercyjna machina, którą centra handlowe uruchamiały sekundę po zakończeniu Halloween, a w tym roku  – uwielbiam. Godzinami siedzę między półkami ze świątecznym żarciem i co chwilę znoszę coś do domu, po czym – WŁAŚNIE – nie odkładam tego „na święta” tylko zjadam. Więc może to po prostu swojski sugar rush, a nie przełom w filozoficznym podejściu do życia i przemijania. Może życie tak naprawdę nie jest skomplikowane tylko trzeba mieć jakieś małe radości, na które warto czekać i dobre żarcie w lodówce? Oraz wino?

Halloween w tym roku obchodziliśmy hucznie, po ubiegłorocznych edycjach, kiedy to mowy nie było żeby mnie ktokolwiek wyciągnął z domu na idiotyczne zbieranie cukierków, w zeszłym roku poszłam z dziewczynami po raz pierwszy i szczęka mi opadła na widok tego ile wysiłku ludzie wkładają w udekorowanie domów i jak zajebiście to wszystko wygląda. W zeszłym roku, podekscytowana na maksa, wykrzykiwałam do ludzi happy halloWINE, w tym roku natomiast zdecydowanie wygrała jedna pani, która siedziała – przebrana za wiedźmę – w ogródku i rozdawała cukierki, tłumacząc jednocześnie towarzyszącym dzieciom dorosłym, że to dlatego, że w domu śpi niemowlak i nie chciała żeby budził go co chwilę dzwoniący u drzwi dzwonek.

22815628_828580077310480_1734353164421499797_n

Oczywiście wdałam się w kilka kompletnie zbędnych dyskusji na fejsie o genezie Halloween i że nie, nie pochodzi ono ze Stanów tylko właśnie z Irlandii, gdzie pod nazwą Samhain było celebrowanym przez Celtów przejściem między latem, a zimą (na Wyspie 1 listopada to pierwszy dzień zimy), a następnie – wraz z nadejściem chrześcijaństwa, które wyznaczyło 1 listopada na Dzień Wszystkich Świętych, zmieniło swoją nazwę na „All Hallows Eve”, które potem ewoluowało w dzisiejsze Halloween. Więc nie, ludzie praktykujący Halloween NIE CZCZĄ SZATANA – w trakcie oryginalnych obchodów Samhain palono ogromne ogniska, w celu odstraszenia złych mocy, duchów i czarownic, które podejrzewano o powrót na ziemię, wraz z nadejściem długich nocy i zimnych dni.

Oraz zastanawia mnie czy ludzie, którzy tak ostentacyjnie afiszują się z nie obchodzeniem Halloween, nie obchodzą również np Andrzejek? Nie leją wosku? Nie topią Marzanny? Nie uczestniczą w obchodach Nocy Świętojańskiej? Czy wiedza co to są dziady i rownież odżegnują się od nich ze wszelkich sił? A dożynki? Zielone Świątki – pierwotne pogańskie święto wiosny?

Jeśli się bardzo uprzeć to bożonarodzeniowa choinka też jest „be” bo pierwotnie jest związana z przedchrześcijańską tradycją ludową i kultem wiecznie zielonego drzewka.

Dla moich (i nie tylko moich) dzieci Halloween to drugie najważniejsze w roku wydarzenie (po Bożym Narodzeniu), którego klimat cieszy je bardziej niż urodziny, a Irlandki, którym próbuję wytłumaczyć, że wiele polskich dzieci nie obchodzi tego święta bo ich katoliccy rodzice uznają je za satanistyczny wymysł, patrzą na mnie jak na ekhm, no jak na debila.

Tymczasem w piątek mecz, w sobotę ROGALE MARCIŃSKIE, które jedna cudowna Pani w Dublinie wypieka tak dobre, że PM kazał mi zamówić DZIEWIĘĆ (dzieci skubną, ja zjem max dwa), w przyszłym tygodniu ruszają skoki oraz Christmas Market w Belfaście, na który mam nadzieję, że się w końcu wybierzemy, a do Mistrzostw Świata w piłce nożnej zostało tylko 219 dni!

Ocean wspomnień

W pięciu dniach pobytu w Polsce udało mi się ogarnąć taką gamę emocji, że naprawdę mam dość do Mistrzostw Świata. Bieżąca fotorelacja była na fejsie, a teraz siedzę nad pustym wordem i naprawdę nie wiem jak to objąć słowami. Poznań uwielbiam bezkrytycznie. Poznań mnie wychował i bezpiecznie, za rękę, doprowadził do miejsca, z którego nie bałam się wyruszyć w świat, zostawiając wszystko za sobą. Moje serce teraz i zawsze będzie podzielone na dwa sektory: poznański i dubliński. Żaden, nigdy nie będzie lepszy ani gorszy. Jestem tu i tęsknię za tam, jestem tam i serce wyrywa się tu. Jeśli by się nad tym głęboko zastanowić, to w sumie jest to smutne, ale również, tak jakby, nie mam już żadnego w tej kwestii wyboru.

Byłam na koncercie Strachów. Mimo statusu „fana od wieków” ciągle boję się chodzić na te koncerty, tak samo jak bałam się kupić nową płytę. W swoim postrzeganiu ich (i Pidżamy) twórczości zatrzymałam się na bezgranicznym uwielbieniu i wciąż się boję, że nadejdzie taki moment, w którym magia pryśnie, a ja patrząc na scenę, dojdę do wniosku, że Grabaż jest już starym dziadem i co ja w ogóle kiedyś w nim widziałam. Było kilka (dublińskich) koncertów, które z jakichś tam powodów przeszły w mojej głowie bez większego echa, więc nigdy nie wiem czego oczekiwać następnym razem. A oczekuję zawsze powrotów do przeszłości. Do tamtych emocji, które w miarę upływu lat coraz trudniej – z powodów oczywistych – odtworzyć. Idę żeby znów móc poczuć się jak tamta licealistka, dla której radio i muzyka były całym życiem, nie wiem po co – może żeby nie myśleć o tym, że całe dekady mijają w zastraszajacym tempie, ale (skoro uparcie chodzę na te koncerty i czuję to, co czułam wtedy) młodość w głowie tak naprawdę nie przemija? Może żeby znów poczuć ducha rebelii? Nie myśleć, że szufladki, w których życie mnie pogrupowało to wyłącznie: pracownik biurowy, żona, matka dzieciom i kobieta na granicy smugi cienia?

Koncert był znakomity, Grabaż ze Strachami uruchomili machinę czasu, zabrali mnie tam, gdzie chciałam i dostarczyli emocji, których potrzebowałam. Potem, jak już przyleciałam do domu, odsłuchałam płytę i przedpadłam całkowicie, a kolejne kawałki były odtwarzane tak długo, aż dzieci przyszły i powiedziały: MAMO, NIECH TEN PAN JUŻ NIE ŚPIEWA. Dobrze.

22449722_194195101123476_8660424187345539608_n

Odkurzyłam również jedną z moich najważniejszych znajomości z podstawówki i znów – totalne pozytywne zaskoczenie, spotkanie o którym nie wiedziałam czy nie zakończy się po pół godzinie, ciągnęło się godzinami i gdyby nie to, że musiałam lecieć dalej, to ciągnęło by się pewnie jeszcze dłużej. Kosmos. Znów byliśmy tam i wtedy, czasoprzestrzeń uchyliła na ułamek sekundy okno i przypomniała dlaczego ta akurat osoba była kiedyś tak ważna. Spotkanie z tak zajebiście pozytywnym vibe’em, że długo potem uśmiechałam się na jego wspomnienie.

Nie mogę oczywiście pominąć wieczoru z legendarną cashew.blog.pl przed którym chyba i ona i ja stresowałyśmy się bardzo, a okazało się że zupełnie niepotrzebnie. W pierwszym odruchu chciałam napisać, że rzadko zdarza mi się rozmawiać tak dobrze z kimś, kogo widzę pierwszy raz na oczy, ale potem pomyślałam, że to przecież nieprawda, tych ciepłych i serdecznych spotkań  było już bardzo wiele. Każda bliska mojemu sercu blogerka, z którą znajomość przeniosła się do reala, chyba się ze mną zgodzi.

Ogólnie cały pobyt w Poznaniu złagodził jakoś mój głód bratniej duszy, poczucie, że to co było nigdy już nie wróci, że emocje sprzed lat przeminęły z wiatrem i nigdy już nie przyspieszą bicia mojego serca, było kilka takich zaskakujących, ulotnych momentów, które minęły szybciej niż trwały, chwile gdy opadły ze mnie wszelkie zabezpieczenia, zamontowane w głowie systemy awaryjne, „izolatory z ironii” jak ktoś je ładnie nazwał i wystarczało wtedy po prostu być. I cieszyć się, że koleżanka z licealnej ławki jest wciąż ta sama koleżanką, która była w 1993 roku, z którą można godzinami rozmawiać albo milczeć, pić kawę, jeść obiad albo siedzieć pół dnia na lotnisku i jeść hot dogi. I nie trzeba jej nic godzinami tłumaczyć, bo wszystko rozumie bez słów.

Z trudem ogarniam, że jest rok 2017. Nie 1997, nie 2003, nie 2007, tylko 2017. Data z filmów science fiction, które oglądało się będąc dzieckiem. Ten moment w przyszłości, o którym kiedyś rozmyślaliśmy, zastanawiając się kim będziemy, kim zostaną nasi znajomi, kto będzie naszym mężem lub żoną i czy będziemy mieć dzieci. Koszulka lidera należy jeszcze przez chwilę do nas, ale za plecami słychać już oddech peletonu oraz nie ma już tak naprawdę nikogo do kogo można by się zwrócić o pomoc, gdy potykamy się na kolejnej życiowej przeszkodzie i gubimy pałeczkę, którą przekazali nam kiedyś z ulgą nasi rodzice. Jakimś cudem to my nagle jesteśmy odpowiedzialni, musimy wiedzieć najwięcej, to od nas oczekuje się wiążących decyzji na każdym życiowym levelu i to my nie możemy już powiedzieć, że e, pierdolić to wszystko, bo jakoś to będzie. I naprawdę nieważne, że wydaje nam się, że jesteśmy wciąż do tego nieprzygotowani, że cały czas myślimy, że to próba generalna i wciąż jeszcze jest czas żeby nauczyć się roli na pamięć. Suflera, który by nam podpowiedział kolejne kwestie, również nie ma…

NIC NIE KUPIŁAM W ROSSMANIE, więc sama nie wiem. Musze chyba lecieć jeszcze raz.

Z dokonanych zakupów całkowicie uwiodły mnie olejki z Ministerstwa Dobrego Mydła, kupcie sobie po prostu wszystkie, bo nie wiem który najlepszy (Julce, która mi Ministerstwo poleciła bardzo DZIĘKUJĘ)

Na koniec jeszcze został mi zafundowany rollercoaster pt huragan Ofelia i całe 24h przed wylotem – gdy systematycznie dochodziły do mnie njusy, że szkoły w całym kraju zamknięte, autobusy i pociągi nie kursują – red alert i w ogóle spierdalajmy wszyscy gdzie popadnie – było gorsze od oczekiwania na ustną maturę z polskiego. Następnego dnia na lotnisku jeszcze gorszą informacją było, że ależ oczywiście że lecimy i osochodzi. Pana pilota z tego rejsu pozdrawiam niniejszym najserdeczniej z głębi serca, życzę mu szczęścia, zdrowia, pięknej żony, zdolnych dzieci i wygranej w totka, bo lądowanie było level pro i w ogóle jaka Ofelia. Założę się, że lądował i dłubał w nosie, czytał gazetę albo wysyłał smsy do znajomych, tak gładko mu to poszło. Ale tak, widziałam jak lądowały inne samoloty oraz czytałam relacje z tego co się działo na pokładach innych lotów, na fejsie Ryanaira. Dziękuje panie pilocie raz jeszcze.

Poznań ogólnie objawił mi się jako miasto młodych i – uwaga – MIŁYCH ludzi. Panie w sklepach ogólnie były normalnie miłe, bez focha i nienachalne, poza jedną z Costy w CH Posnania, która obraziła się na mnie bo… oczywiście nie miałam drobnych. Ona też nie miała, więc zabrałam swoją kasę i chciałam iść do Bliklego naprzeciwko, ale wtedy się okazało, że pani jednak drobne ma, ale nie będzie się już do mnie odzywać.

Poza tym jestem cielęciem, które tęskni jak debil za swoim mężem i nie może bez niego spać. Tak, nie musicie regulować odbiorników – ja, niezależna, faceci-to-chuje, sistermoon nie mogę się obejść bez starego przez pięć dni. Czuwaj.

Wróciłam, znów wstaję rano na pociąg, słucham SnL i tęsknie za Poznaniem. Szary wiruje pył, smutek, nadzieja i nostalgia.

 

Base Camp

Siedzę i odliczam. Do meczów, to raz. Do wyjazdu do Poznania – dwa. Mam tak, że muszę czekać na coś i odliczać, lepiej mi się wtedy wstaje rano na zakład. Jak się obudzę i sprawdzę sobie na przykład, że o 4 rano kurier wyjechał z moją torebusią z Milano, to od razu mi raźniej. I ciekawe jaka jest pogoda w Milano i czy na trasie kuriera będą korki. Ktoś powinien wymyslić interaktywne mapy, gdzie można by śledzić trasę przesyłki, jak się przesuwa z punktu A do B. I rozwiązywać sobie swój prywatny problem komiwojażera, moją zmorę z Akademii Ekonomicznej. Jak wrócę z Polski to będę odliczać do Halloween (uwielbiam Halloween), potem dzieci zaczną odliczać do Christmas, a potem to nie wiem. Do Mistrzostw Świata chyba. A nie, skoki są jeszcze. I olimpiada zimowa. Damy radę.

Przemyślen żadnych na żaden temat nie mam. Plany wakacyjne też jakoś się nie kleją, w ubiegłych latach miałam już pobukowane bilety, a w tym roku nawet nie wiem gdzie, po co i za ile. Weź tu w ogóle człowieku bukuj coś i planuj jak Ryanair cyrki odstawia z odwoływaniem lotów. Niedługo zaczną pasażerów awanturujących się wysadzać w trakcie rejsu. Teraz to trochę taka loteria – kup u nas bilet i sprawdź czy uda ci się dolecieć tam, gdzie zaplanowałeś. Losowanie szczęśliwców, którzy dostapią zaszczytu wejścia na pokład odbędzie się na tydzień przed planowaną datą wylotu. Pechowców zapraszamy na najbliższy czynny taras widokowy we Wrocławiu.

Chociaż nie, miałam ja ci taką refleksję zakupologiczną. Że kiedyś człowiek gardził wszystkim co było made in poland i najlepsze rzeczy to były te kupione zagranicą. Ktoś przywiózł czekoladę z orzechami albo mandarynki i cała kamienica zlatywała się ogladać, a sreberek się nie wyrzucało tylko zwijało w kulkę. A teraz proszę. Z każdorazowego wypadu do Polski wracam objuczona jak wielbłąd. W Polsce gapię się na wystawy sklepowe z takim samym zafascynowaniem jak za czasów komuny – podczas wycieczek do Czechosłowcji albo NRD. Że „jaaaaaaa, to wszystko naprawdę można kupić?????” Taka lodówka z jogurtami na przekład. W polskim Tesco ciągnie się kilometrami, w Dublinie stoją 4 jogurty na krzyż i uśmiechają się szyderczo. Nie wiem jak wy robicie zakupy spożywcze przy takiej różnorodoności produktów. Ja bym potrzebowała tydzień wolnego żeby zebrać do kupy wszystkie artykuły niezbędne do ugotowania obiadu, a przy kosmetykach musiałabym rozwinąć śpiwór i karimatę, bo okazałoby się, że podczas gdy ja wybierałam szampon i krem pod oczy – sklep został zamkniety.

Więc siedzę przy biurku, ale w myślach krażę już po Poznaniu, odtwarzam układ kocich łbów na Starym Rynku i myślę o miejscach, które odwiedzę (tak, Rossman, zgadliście). Zawsze mam taką listę miejsc, sklepów i uliczek, którymi muszę się przejść, powspominać. Grobla, Garbary, Piekary. Wieżowiec AE. Wtedy znów mam 21 lat, znów w środy wieczorem chodzę na DKF do kina Muza i znów – w jego trakcie – słucham jednym uchem Wieczoru Rockowego w Radiu S. Znów na zajęcia chodzę okrężną drogą koło wieżowców na Piekarach żeby przypadkiem spotkać wiadomo kogo. Ogólnie, nie wiem czy kiedykolwiek człowiek mija ten mentalny prog 21. roku życia, czy już do konca się tam zostaje, patrząc ze zdumieniem na męża i przychówek i zastanawiąjac się skąd oni wszyscy się wzięli i dlaczego codziennie, z absurdalnym uporem, domagają się obiadu.

Unknown-4

Ponadto nie wiem czy wiecie, że w grudniu rusza polska zimowa wyprawa na K2. Jestem fanką książek na temat wspinaczek wysokogórskich i wypraw na ośmiotysięczniki i do dziś nie mogę ogarnąc jak ta Wojciechowska weszła na ten Everest. Rok wcześniej złamała kregosłup, ale zawzięła się i weszła. Ja jak się bardzo zawezmę to mogę co najwyżej spróbować nie zasnać na kolejnym odcinku serialu na Netflixie. Wczoraj skończyłam ksiażkę Piotra Pustelnika i tam też był paradny fragment. Że jak Pustelnik był dzieckiem to dużo chorował i lekarz powiedział jego matce żeby się do niego za bardzo nie przyzwyczajała. Dobra, jasne, luz, Piotruś nie przytulaj się do mamusi, bo mamusia ma cię w dupie.

Mój jaśnie pan pracodawca zorganizował wyprawę do base camp pod Everestem. Wyprawa wyrusza dzisiaj, więc oczywiście siedzę, wzdycham i żałuję że nie pojechałam, mimo że PM namawiał. Ale kiedyś pojadę, tak? Na razie niech dzieci może jeszcze trochę podrosną, bo już sie trochę do nich przyzwyczaiłam. W zamian pójdę se po pracy do Dunnes’a po wino i czipsy. PM poleciał do Bristolu, to przynajmniej sofa i pilot będa moje. Każdy ma taki base camp, na jaki sobie zapracował.

 

Ciąg dalszy

Odżyłam!

(pamiętam o ramieniu, naprawdę)

Skończyłam urlop, zaczął się wrzesień i normalnie jakby mnie ktoś przełączył na inne obroty. To był chyba mój pierwszy „domowy” tak sensownie wykorzystany urlop. Postanowienia ogarnęłam, wróciłam do Jillian 4x w tyg (plus raz tę Chodakowską, bo po niej jednak najlepiej widać zmiany, Jillian wzmacnia wszystkie mięśnie i daje wiecęj powera, a Skalpel zdecydowanie rzeźbi), PRZYTYŁAM KOLEJNY KILOGRAM. Don’t ask. Nie wiem o co chodzi ja prdlę, w dupie to mam. Patrzę w lustro i generalnie nie uciekam z wrzaskiem, a że w spodnie nie wchodzę, to nie wiem. Może mole założyły kółko krawieckie w garderobie i w ramach praktyk pozmniejszały mi obwody w pasie. Większym problemem jest to, że wywaliłam wszystkie stare t-shirty i zostały mi dwa: jeden Strachów na Lachy, a drugi różowy z napisem I hate everyone. Nie mam się w co ubrać.

Ozark obejrzałam (nuda), The Fall obejrzałam (prawie szczękę zwichnęłam od ziewania). Zaczęłam Broadchurch, ale po tym jak jeden odcinek oglądałam 7 dni z rzędu (zasypiając zawsze na tych samych scenach) dałam se spokój. Wróciłam do Modern Family. Jedyny amerykański serial komediowy, który mnie śmieszy.

Mydełka zrobiłam, teleskop nadal stoi w łazience, ale przynajmniej da się już do niej wejść. Bazy danych nie zrobiłam, no nie przesadzajmy.

Potem Polska przepierdoliła mecz z Danią i wygrała z Kazachstanem, więc sama nie wiem. Polska reprezentacja jest dla mnie niepoczytalna i takie „It” Kinga, przy ich meczach, to jak bajka o Rumcajsie. Nasze orły mogą prowadzić 3:0, może być 80-ta minuta meczu, a i tak człowiek nie może mieć pewności, że nagle nie zapomną jak się kopie piłkę i nie przegrają.

Następnie okazało się, ze w październiku w Poznaniu grają Strachy, dokładnie w ten weekend, w który tam będę. Pobyt bukowałam w czerwcu, nie mając pojęcia o żadnej trasie koncertowej. Umiecie tak? Hę? Trafić w tę jedną, jedyną sobotę, w która gra Wasz ulubiony zespół, w waszym rodzinnym mieście?

To już był wyraźny znak z niebiesiech, ze nadeszła DOBRA ZMIANA.

Unknown-3

A z ramieniem dalej było tak (bociana dziobał szpak). Złamana noga z jednej strony odwróciła moją uwagę od tematu, z drugiej chodzenie o kulach nie pomogło, a wręcz przeciwnie – uraz się zaostrzył, bolało coraz bardziej. W styczniu dostałam list z zaproszeniem na wizytę w szpitalu. W maju. Na szczęście tego samego roku, więc nie tak źle. Następnie któregoś poranka obudziłam się z ogólnym paraliżem i unieruchomionym odcinkiem szyjnym, wiec doczołgałam się do ipada, wyszukałam pierwszego lepszego polskiego ortopedę w Dublinie, który zlitował się, dał zastrzyk steroidowy, ból przeszedł. Od razu miło i serdecznie pomyślałam o mojej pani doktor rodzinnej, która kilka tygodni wcześniej stwierdziła, no można by pani dać zastrzyk tylko po co. Niech pani bierze te painkillersy częściej. Rezonans który zrobiłam prywatnie miesiąc później wykazał zmiany zwyrodnieniowe. Cóż, starość nie radość. W którymś momencie zmęczona i wkurwiona czekaniem na fizjoterapie usiadłam i wygooglałam sobie te ćwiczenia sama. Zaczęłam je robić 2x dziennie po 5 minut. Po 2 tygodniach po dolegliwościach bólowych nie było śladu.

I dopiero wtedy mnie olśniło. Ramię zaczęło mnie boleć nie dlatego, że zrobiłam sobie krzywdę, ćwicząc (ćwiczyłam przez rok, wiec technikę miałam raczej opanowaną oraz nic mnie jakoś nie bolało). Zaczęło mnie boleć bo ćwiczyć PRZESTAŁAM. Raptem na 3 tygodnie, ale starczyło. Ból początkowo łagodny, z tygodnia na tydzień intensywniał, a ja nadal upierałam się, że to od treningów i nie mogę nic robić dopóki nie przestanie boleć (gdzieś tam w międzyczasie dopadł mnie jakiś artykuł w prasie, że 90% bólów pleców można wyleczyć ćwiczeniami, tylko – WŁAŚNIE – ludzie na ból reagują zawsze tak samo – kładą się i czekają aż im przejdzie)

Dziś już wiem, że na ćwiczenia skazana jestem forever. Nie ma że mi się nie chcę, że robię przerwę, że zaczynam od wiosny albo mobilizuje się przed urlopem. Codziennie coś i naprawdę nie mam na myśli godzinnych treningów. Sesja z Jillian to 30 min. Streching i szybka yoga rano to 5. Jeśli nie mam siły zrobić całego treningu, to zrobię chociaż połowę. Jednocześnie staram się unikać błędów z przeszłości czyli bycia nadgorliwą i pretendowania do tytułu domorosłego sportowca roku – nie ma sensu przeskakiwać z levelu na level, jeśli nie ogarnia się do końca techniki, albo nie ma się siły dociągnąć ćwiczenia do końca. MNIEJ JEST LEPIEJ. Lepiej niż nic i lepiej niż paść potem na ryj z wycieńczenia i nie móc się ruszyć przez kolejne dni.

Bez jogi z kolei po tygodniu mój kręgosłup się buntuje i mówi, a teraz se chodź i siedź sama, beze mnie. Joga długo mnie zniechęcała bo te programy były takie dłuuuuugie i nuuuuudne, ale w końcu wpadła na to, że przecież nie muszę się ich wiernie trzymać, tylko mogę sobie wybrać zestaw ćwiczeń, które lubię i o których wiem, że dobrze mi robią i z nich robić sobie krótkie sesje. Geniusz, naprawdę.

I tyle. Podsumowanie będzie krótkie: ćwiczcie chłopcy i dziewczyny, bo nie znacie dnia, ani godziny. Miłego weekendu.

 

Wychowanie fizyczne cz. 2

Po koniec lipca ubiegłego roku byłam na levelu 12 i z ulgą myślałam o czekającej mnie 3-tygodniowej przerwie w ćwiczeniach, na czas wyjazdu do Polski. Miałam chodzić po górach i to miało wystarczyć. Pojechaliśmy, wszystko pięknie, wróciliśmy, zaczęło mnie boleć lewe ramię…

Co robi człowiek w pierwszym odruchu, gdy zaczyna go coś boleć? Przestaje się ruszać, bierze paracetamol czy inny painkiller i czeka aż samo przejdzie. Nie pytajcie jak, ale ubzdurałam sobie, że ból ramienia jest efektem kontuzji jakiej nabawiła się. ćwicząc z Jillian – 3 tygodnie wcześniej. Względnie spowodowałam go wniesieniem plecaka na Kasprowy. Nie pytajcie, skąd miałam te pomysły, naprawdę. Nie wykluczam, że do ziagnozowania kontuzji użyłam wujka Google, przecież nie będę szła do lekarza.

No więc nie ćwiczyłam, jadłam ten paracetamol i czekałam aż mi przejdzie.

Po jakimś czasie faktycznie przeszło – w ból tak intesywny, że paracetamol przestał przynosić jakiekolwiek efekty i zmuszona zostałam do wizyty u lekarza, który – beztrosko – przepisał mi silniejsze środki przeciwbólowe i wypisał skierowanie do szpitala (był październik).

W listopadzie złamałam nogę i tu też mam w zasadzie dygresję. Nie miałam prostego złamania, o nie, moja biedna strzałka i kostka poszły w drzazgi, do oglądania zdjęć rentgenowskich zwoływani byli wszyscy, ze sprzątaczkami włącznie, a pierwsze słowa jakie usłyszałam po operacji to było mrożące krew w żyłach: IT WAS MORE COMPLICATED THAN WE THOUGHT. Ok, thanks. Baj.

Nie będę się teraz rozpisywać, ale o irlandzkiej służbie zdrowia krążą takie legendy, że muszę im trochę honoru oddać. Wypadek wydarzył się w niedzielę o 9 rano (przewróciłam się na hulajnodze i uderzyłam tą nieszczęsną kostką w ogranicznik prędkości na osiedlowej drodze). Nie, nie jechałam 150/ godzinę, tylko poślizgnęłam się na kupce mokrych liści. Hulajnogi stabilne nie są, ze względu na małe kółka i materiał z którego są wykonane, nie jest to plastik, ale również nie jest to guma, która trzyma się podłoża dużo lepiej. Z chodnika (pod samym domem, do drzwi brakowało mi 100 metrów) pozbierał mnie sąsiad, który akurat w ten niedzielny poranek wybrał się do Lidla po bułki, więc w szpitalu na emergency wylądowałam 5 minut później. Dostałam morfinę i luz. Leżę, nóżką nie kiwam, bo podobno złamana. Serio, jak tak leżałam na tym chodniku i patrzyłam na tę wykręconą o 90 stopni kostkę, to naprawdę przez dobrą chwilę wierzyłam w to, że to się po prostu da odkręcić w drugą stronę i wszystko będzie jak było. No nic. Nie było. W szpitalu rentgen, lekarka mówi co się stało i obiecuje, że za 6 miesięcy wszystko będzie dobrze. Kurwa. Czy wrócę do pełnej sprawności, bo wie Pani, ja dużo ćwiczę z Jillian. Tak, na pewno. No ok. Nigdy nie miałam nic złamane więc nie mam pojęcia czy mówi prawdę czy ściemnia. Najbardziej i tak rozczulił mnie starszy pan salowy, który przewoził mnie na wózku na oddział przedoperacyjny i pocieszał, że mam się niczym nie martwić, bo za kilka miesięcy będę znów tańczyć. Czasami przy mega dramatach wystarczą naprawdę najprostsze słowa pocieszenia.

connolly.hosp_.sign_

Operacje miałam 48h później, tylko dlatego, że po kolejnym porannym obchodzie, na którym usłyszałam, że MOŻE dzisiaj uda nam się panią zoperować, a JAK NIE, to wróci pani do domu i poczeka aż będzie wolne miejsce w grafiku, wpadłam w histerie i wystraszyłam cały personel tak, że na bloku operacyjnym znalazłam się kwadrans później. Po operacji (pierwsza moja w życiu pod pełną narkozą, zatem pożegnałam się z PMem, wydałam dyspozycje co do „majątku” i wychowania córek, przekazałam mu wszystkie PINy i karty kredytowe) usłyszałam to co powyżej, więc ogólnie straciłam już nadzieję na powrót do jakiejkolwiek sprawności fizycznej, ever. Operowali mnie Irlandczycy, zatem należało się spodziewać, że złamaną kość zespolili zszywaczami i całość obwiązali pierwszą lepszą taśmą klejącą, żeby jak najszybciej pójść do pubu na pinta.

8 tygodni w gipisie było masakrą – psychiczną – głównie ze względu na to, że byłam pewna, że po zdjęciu gipsu okaże się, że kość poskładali nie tak jak trzeba, więc trzeba będzie łamać i operować od nowa. W kości płytka i siedem śrub, super. Królewna płytka i siedmiu śrubkoludków. Nie jestem optymistką, już mówiłam.

Po zdjęciu gipsu okazało się, że jednak, aleluja, wszystko gra (acz noga sztywna i jak nie moja i omg co teraz) zatem następny etap – fizjoterapia. W szpitalnym wydaniu wyglądała nastepująco – musi pani ruszać nogą jak najwiecej, bo inaczej nigdy nie odzyska pani pełnej sprawności. Proszę wrócić na kontrolę za 6 tygodni. Proszę ruszać stopą tak i tak. I tak jeszcze. Do widzenia.

Och, na miłość boską. Z własnej woli (i oczywiście za zgodą lekarza) ćwiczyć zaczęłam już w gipsie. Pilates i yoga w parterze. Noga w niczym nie przeszkadzała, a ja miałam poczucie, że nie marnuję czasu. Po zdjęciu gipsu (kolejne 6 tygodni w bucie ortopedycznym) dołączyłam steper (okazał się idealnym narzędziem rehabilitacyjnym dla złamanej kostki) i spacery – od kilkuminutowych, ale koniecznie codziennie. Gdy zaczynałam, miałam w kontuzjowanej stopie może 30% elastyczności, w porównaniu z drugą nogą. Kiepsko to wyglądało i naprawdę nie widziałam już siebie jako partnerki treningowej dla Jillian. Zresztą ambicje miałam i tak zredukowane do tego żeby móc normalnie, bez bólu chodzić, chuj z Jillian.

Dziś – po 9 miesiącach od wypadku i operacji – powiem tak: gdyby nie wyczuwalne pod skórą śruby – mogłabym nie pamiętać która noga była złamana. Jest tak jak było. Chodzę tak, jak chodziłam, ćwiczę tak, jak ćwiczyłam. Bez bólu, bez konieczności uważania na każdy ruch. Operował mnie chirurg sportowy – może temu zawdzięczam ten cud, bo inaczej tego nie nazwę.

Całość – czyli operacja i dochodzenie do siebie nie były bolesne, ale wkurwiające. Bezradne. Rozwleczone w czasie i bez spektakularnych efektów z dnia na dzień. Jak życie haha. Osobiście uważam, że pełną sprawność odzyskałam w dużej mierze dzięki jodze. Dzięki prostym i zwykłym ćwiczeniom, nie spaniu w pozycji odwróconego kruka czy coś tam. Ogólnie po 40stce joga zaczyna być tym elementem dzięki któremu ciało nadal podporządkowuje się wydawanym przez mózg poleceniom, ale o tym i o ramieniu już w następnym odcinku więc stej tjuned.

Wychowanie fizyczne cz. 1

Muszę zacząć w końcu te notki o ruchu po 40-stce, bo przemyślenia pchają mi się nachalnie do głowy i za chwilę już ich nie uporządkuję.

Ale od początku. W roku poprzedzającym ubiegłoroczny wyjazd do Zakopanego byłam chyba w jednej z lepszych form fizycznych od czasu urodzenia bliźniaczek.

Może cofnijmy się właśnie do tamtej ciąży, która od początku do końca była dramatem pod względem samopoczucia fizycznego i psychicznego i która rozpierdoliła mi wszystko, tak że składałam się potem do kupy przez kolejny rok.

Potem zaczęłam ćwiczyć z Jillian Michaels. Jillian to amerykańska trenerka personalna, która bardzo dużo w trakcie swoich programów krzyczy i przeklina i ludzie ogólnie dzielą się na tych którzy ją albo kochają albo nienawidzą i ci co mnie znają wiedzą, że ja zaliczam się do grupy numer jeden, z powodów następujących:

  1. Jillian jest konkretna i nie pierdoli modulowanym głosem o tym jakie ćwiczenia są cudowne, tylko każe ruszyć dupę, bo jak nie, to ona wyjdzie z telewizora i nam natrzaska
  2. Jest w moim wieku, czyli jest dla mnie dużo bardziej wiarygodna niż młodsze o dekadę lub dwie inne popularne trenerki (nic nie ujmując im ćwiczeniom, o czym później)
  3. Jest dowcipna i zabawna – wiele razy musiałam przerywać jej ćwiczenia żeby skończyć się śmiać z jakiegoś testu
  4. Nie jest nudna i monotonna – co ma kolosalne znaczenie jeśli ktoś ćwiczy do jej dvd kilka razy w tygodniu, przez wiele miesięcy
  5. Potrafi mnie zmotywować – nie do ćwiczeń – ale do WALKI O SIEBIE, o swoje życie, marzenia, dobre samopoczucie, tak jak nikt inny.

243e6ab42cdc3f15b7ece8a5eeff386b

Programy Jillian przerobiłam prawie wszystkie, od najpopularniejszego „30 day shred”, który ostatecznie plasuje się na mojej liście na ostatniej pozycji, jako najmniej ulubiony, do „The Body Revolution” (dwanaście 30-minutowych programów, rozłożonych w czasie na 3 miesiące), który ćwiczyłam bodajże od początku roku 2016 do wyjazdu do Zakopca właśnie. Dlaczego nie lubię „30 day shred”? Bo jest skróconą wersją „The Body Revolution” dla tych mniej cierpliwych, plus są w nim ćwiczenia których nienawidzę z całego serca, a ćwiczenie czegoś co budzi żywiołowy wstręt to pierwszy krok do zaprzestania ćwiczeń w ogóle. Aczkolwiek, gdyby ktoś po lekturze tej notki chciał przetestować o czym ta sistermoon tyle nawijała, to polecam „30 day shred” z całego serca – bo jest zajebistą wizytówką Jillian, plus dwa pierwsze levele są na youtube (tylko proszę potem nie pisać z pretensjami, ze ktoś następnego dnia nie może usiąść na kiblu albo wejść po schodach).

Wiele razy robiłam skoki w bok i próbowałam innych DVD – od Ani Lewandowskiej, której programy – najzwyczajniej w świecie – za bardzo mnie męczyły, po Chodakowską, której Skalpel nieodmiennie za każdym razem kończyłam na 7 minucie bo dalej mięśnie nóg odmawiały mi posłuszeństwa (plus cholera mnie brała, jak ona tak przerzucała te włosy z ramienia lewego na prawe i ton głosu w ogóle jej się nie zmieniał, bez względu na to jak skomplikowane było ćwiczenie). Zawsze z podkulonym ogonem wracałam do Jilian. Jillian miała zadyszkę, albo mówiła, że wie, że ja już nie mogę wytrzymać, ale mam się nie poddawać, bo na pewno dam radę. Programy Jillian oparte są na formule HIIT (trening przedziałowy o wysokiej intensywności) i – co najważniejsze – poszczególne ćwiczenia w zestawach trwają 30 SEKUND. Nie ma takiego ćwiczenia, którego nie dałoby się wytrzymać przez 30 sekund (u Ani L. trwają one MINUTĘ i to jest właśnie ten konkretny element, który sprawiał, że jej programy za bardzo mnie męczyły i zniechęcały).

„The Body Revolution” to ogólnorozwojówka, praca nad wszystkimi mięśniami, połączona z cardio, no i ćwiczyłam to, ćwiczyłam, doszłam do tego levelu 12, ale – uwaga – EFEKTÓW NIE WIDZIAŁAM.

W sensie, że nie chudłam, sześciopaka na brzuchu się nie doczekałam, kondycje miałam przyzwoitą, ale nic rewelacyjnego i oprócz tego, że umiałam te ćwiczenia wykonać i nie umrzeć, to wydawało mi się ŻE TO NIC NIE DAJE.

Jeszcze jedna zasadnicza cecha „The Body Revolution” – poszczególne levele trwają 30 minut – z rozgrzewką i rozciąganiem. Nie 45 minut, nie 37 tylko trzydzieści. Nikt nie może powiedzieć, że nie ma pół godziny dziennie żeby poćwiczyć i koniec. To też chyba dla mnie zasadniczy element, który sprawia że wole jej programy od innych. Pół godziny to dla mnie optymalny czas treningu, jeśli mam go wykonywać więcej niż 2x w tygodniu. Przy treningach dłuższych lub bardziej intensywnych najzwyczajniej w świecie – na obecnym etapie i przy obecnym stylu życia – nie jestem w stanie się zregenerować i chodzę ciągle zmęczona.

Wiele razy spotykałam się z pytaniami jak ja znajduję na to czas. Trójka dzieci, praca, dojazdy do pracy, zajęcia dodatkowe. Kiedy, no kiedy. Przecież nie w nocy. Odpowiedź jest prosta. Ustaliłam sobie jedną godzinę (18:30) i to byłą godzina rozpoczęcia treningu. Wiedziały o tym dzieci, wiedział o tym PM. Przychodziła 18:30 i nic mnie nie interesowało, bo szłam ćwiczyć.

Nie jak będę miała wolną chwilę, nie jak skończę to co aktualnie robię, nie jak odpocznę po pracy. 18:30 i koniec. Do 19. Proste.

Ponadto do ćwiczeń należy podejść jak do mycia zębów. Nikt nie będzie wyglądał przez okno i stwierdzał, że dziś sobie mycie zębów odpuści bo pada deszcz, albo w ogóle zacznie od następnego poniedziałku.

Bezwzględnie najważniejszą natomiast rzeczą jest znalezienie czegoś co nam odpowiada, i to chyba zabiera najwięcej w tym wszystkim czasu. Ćwiczeń lub aktywności, których tak naprawdę nie lubimy – nigdy nie będziemy wykonywać z sercem i porzucimy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Dlatego dla mnie – po latach prób i błędów – okazało się że nie bieganie, nie rower, nie rolki, nie siłownia, nie basen (tzn basen BARDZO TAK, ale musiałabym go mieć w mieszkaniu), ale właśnie DVD, podłoga i Jillian.

Pożegnanie lata

Ledwo żyję, ale co tam, jest, w końcu JEST mój przedurlopowy piątek, piątunio, piąteczek, jeszcze tylko przesiedzieć 8h za jebanym biureczkiem i już mogę lecieć odpalać butelkę wina i oglądać pierwszy mecz sezonu bundesligi, alkohol ostatnio mi szkodzi, ale chuj, nic już mi nie szkodzi ze świadomością, że w końcu będę mogła na chwilę przestać się zrywać o tej piątej czydzieści. Naprawdę NIEWAŻNE, że WIEM, że jak potem w ten pierwszy poranek września w końcu ponownie wstanę to będzie całkowicie CIEMNO. Cicho. Nieważne. Pomyślę o tym jutro. Za dwa tygodnie jutro.

Ale, ale, żeby się nie okazało, że cały urlop przepierdoliłam na skrolowanie fejsa, zamierzam niniejszym stworzyć PLAN aktywności urlopowych i tak, właśnie napiszę go tutaj, żebym potem musieć przed Wami świecić oczami jak się z niego nie wywiąże

No więc:

1) Zrobić porządek w garderobie. Zainspirowana obrazkiem, który wrzuciłam na fejsa, a w szczególności półką pt „20% rzeczy, w których chodzę 80% czasu” oraz półką „Nie no, nie wyrzucę, będzie do spania” (u mnie są one nawet identycznie zlokalizowane) postanowiłam naprawdę coś z tym zrobić. Mam chyba pińcdziesiont par spodni, chodzę w dwóch. Nie mam za to żadnego t-shirta, który nadawałby się do wyeksponowania poza trasą dom-śmietnik.

20818846_1394237470671423_1611827658302060383_o

2) Stworzyć bazę danych klientek masażowych – tu prośba do szanownych Pań i Panów o polecenie mi sensownego programu/ aplikacji (najlepiej darmowych) dla takiego mini biznesu jak mój, który będzie kompatybilny z produktami appla. Wiem, że jest excel, naprawdę, ale nie chcę go bo jest nudny. Chciałabym coś co by mi np współgrało z kalendarzem i automatycznie aktualizowało tam umówione spotkania.

3) Nie przepierdolić całej kasy za masaże w Pennysie w celu uzupełnienia przetrzebionej garderoby, ale założyć fundusz promocyjny i zarządzać nim z sensem (pod promocję nie podchodzi kupowanie sobie miliona nowych olejków, w celu przetestowania ich na sobie przed zastosowaniem ich na klientkach)

4) Obejrzeć do końca ten „Ozark” na netflixie. Utknęłam na 4. odcinku, ale zapowiada się dobrze

5) Ogarnąć papiery – to już mam w dużym stopniu ogarnięte więc powinno pójść szybko (jedna z nauczycielek w liceum zawsze nam powtarzała, że nigdy nie mówi się papiery tylko DO-KU-MEN-TY. Bo papiery to idą do kosza)

6) Posprzątać małą łazienkę, w której PM trzyma swój TELESKOP, który kupił se kiedyś na Gwiazdkę, po czym 3x spojrzał przez niego na księżyce Jowisza, po czym teleskop został porzucony i służy jako podstawka do brokatu. Teleskop jest wielkości małej żyrafy, żeby nie było nieporozumień, że to zabawka z zestawu „Mały astronom” albo coś.

7) Ogarnąć (wyrzucić) cały burdel ze składnikami do produkcji mydełek, które w łazience założyły już chyba komunę i żyją własnym życiem. Zrobić śliczne lawendowe mydełka z tego co zostało, żeby było na promocje dla klientek.

8) Wrócić do regularnych ćwiczeń – mam przemyśleń na co najmniej 3 notki co się dzieje z ciałem po 40-stce, gdy nagle zostaje pozbawione ruchu i we właściwym czasie na pewno się na ten temat wypowiem

9) Musiałam wyedytować notkę żeby dorzucić mindfullness i yoge. Pół godziny codzienne, no muszę, no

lewandowski

Tymczasem 2 tygodnie masowania klientek uświadomiły mi mnóstwo rzeczy. Po pierwsze, że naprawdę bardzo to lubię. Po drugie, że bardzo to lubię ponieważ w trakcie masażu nie muszę uskuteczniać z klientkami small talku, którego NIENAWIDZĘ. Czasami któraś zaczyna zestaw pytańlam z cyklu „czym się zajmujesz i jakie masz hobby”, ale wtedy jej każę oddychać i jest spokój. Po kolejne nie mam żadnego bossa i nie mam żadnego pożal się boze TEAMU. Nie muszę nikogo pilnować, nie muszę robić żadnych meetingów ani przygotowywać żadnych debilnych raportów i wszystko może być dokładnie tak, jak ja chcę. Po ochnaste mam sto pomysłów na cały ten biznes i o ile ruch się utrzyma chociażby na obecnym poziomie, to naprawdę widzę to jako tymczasowo znakomitą odskocznię dla korpo, a w przyszłości to hoho kto wie. I po ostatnie jest to praca przynosząca mega satysfakcję i naprawdę mam misję, żeby tym zmęczonym i zestresowanym kobietom zafundować choćby godzinę świętego spokoju, w trakcie której nie muszą składać prania i zastanawiać się co jutro na obiad, a w zamian ktoś je pogłaszcze po głowie i powie żeby sobie poleżały i odpoczęły.

Tak se kiedyś dla jaj zrobiłam ten kurs, jakiś czas funkcjonowałam jako mobilna masażystka, ale noszenie ciężkiego jak piorun stołu do masażu mnie wykończyło plus forma mobilna stwarzała za dużo możliwości dla Pomysłowych Dobromirów, którzy proponowali żebym może przyjechała im zrobić ten masaż do pokoju w hotelu. Już się rozpędziłam, jasne. Dodatkowo do godziny masażu dochodziła godzina – dwie dojazdu w jedną i drugą stronę więc finansowo nie opłacało się to w ogóle.

Nie wiem jak to jest z tym życiem zawodowym, naprawdę. Może podobnie jak ze związkami damsko-męskimi – objawienie, że to „właśnie to” zdarza się bardzo rzadko, a do całej reszty dochodzi się metodą prób, błędów, wyrzeczeń, resetów, ciężkiej pracy i przekonania, że trzeba próbować do końca.

Zwierzyniec

We wtorek ślimaki zjadły mi krzaczek mandarynki z Ikei. Nie, najpierw opierdoliły calutką bazylię, przy czym PM winił koty. Tak, koty obgryzły wszystkie liście bazylii, równiuteńko do gałązki. Po czym nakroiły sobie do miseczki pomidorków koktajlowych, mozzarelli i polały wszystko octem balsamicznym.

No więc potem się budzę (tak, chwilowo mieliśmy dwa koty, ale imprez z porozrzucanymi myszami nie zanotowano) i patrzę, a świeżuteńkie liście mandarynki, zieloniutkie takie i dopiero odrośnięte – obgryzione do zera. Mandarynki – ponadgryzane do połowy, ze skórką poprzegryzaną do miąższu. Koty, na pewno koty!!!!! Nie były na balkonie od tygodnia, ale to na pewno one. Po bazylii zachciało im się sałatki owocowej.

No więc przeniosłam tę zmasakrowaną mandarynkę do pokoju, żeby odetchnęła. Rozłożyłam sobie matę do jogi i ćwiczę. I nagle, WTEM, patrzę, a z mandarynki ewakuuje się RODZINA ŚLIMAKÓW. Ja prdlę. Pędzą (w kategoriach ślimaczych) na złamanie karku. Ojciec rodziny był już przy macie, a matkę z dziećmi PM pozbierał z doniczki.

KOTY!!!!!!! Kotów oczywiście za pomówienia i rzucone pod ich adresem oszczerstwa nikt nie przeprosił. Teraz siedzą i piszą odwołanie do Trybunału Praw Kota w Strasburgu.

IMG_4655

Jak te ślimaki dostały się na nasze 3 piętro pozostanie dla mnie wieczną zagadką. Jedną teorię miałam że stały całą rodziną przed windą i czekały aż ktoś przyjdzie żeby im wcisnąć ten guzik z trójką. Ale jak drzwi do winy się otwierały, to nie nadążały ze wsiadaniem, względnie wpadały w tę szparę czarną, co oddziela windę od piętra, po czym przez trzy tygodnie prowadziły akcję ewakuacyjną żeby się z niej wydostać. Wersja, że wspięły się po murze jest doprawdy zbyt banalna, plus biorąc pod uwagę ich tempo, to od kiedy się wspinały? Od 1985?

IMG_4656

Potem pojechałam z twinsównami na niewinną przejażdżkę do Aldiego, w trakcie której padło pytanie MAMO, A CZY MIKOŁAJ JEST PRAWDZIWY? Jezu, no ale w sierpniu mam na takie pytania odpowiadać? Na wymijające stwierdzenie, że na biegunie północnym siedzi naprawdę Mikołaj, ale w Boże Narodzenie nie daje rady ogarnąć wszystkich, więc rodzice trochę mu pomagają, uslyszałam zrozpaczone:

TO KTO ZJADA TE CIASTECZKA I MARCHEWKI, KTÓRE MU ZOSTAWIAMY???!!!

Kurwa, koty.

Albo ślimaki.

No dobrze, mamo, ale czy WRÓŻKA ZĘBUSZKA JEST PRAWDZIWA?

(do Aldiego jedziemy pięć minut, nie że półtorej godziny i one mają tyle czasu, żeby wymyślać te pytania)

Hm, NO NIE JEST  (i jak ja byłam W WASZYM WIEKU to w ogóle żadnych wróżek zębuszek nie było, a jak się już pojawiły to nikt mi juz nie chciał oddać kasy za wszystkie wypadnięte zęby)

TO KTO ZOSTAWIA TE PIENIĄŻKI POD PODUSZECZKĄ?????

Hm, zastanówmy się. MOŻE MIKOŁAJ?

W końcu (jesteśmy na parkingu), Ola – po dłuższej chwili zadumy – wypaliła niczym, nie przymierzając, Bobcio z „Szóstej klepki”

MAMO, A CZY BÓG JEST PRAWDZIWY?????!!!!

Nie dziwota, że w Aldim musiałam kupić gin z tonikiem, żeby dojść do siebie, prawda?

Za tydzień, ZA TYDZIEŃ, rusza Bundesliga oraz zaczynam urlop, w trakcie którego będę po prostu leżeć i czytać książki oraz czekać na mecz Polska – Dania. Doczekałam się, ale doprawdy było to najdłuższe lato od 5. klasy szkoły podstawowej.

 

Frajdej

Boże boże, znowu piątek i znów nic nie napisałam. Na swoje usprawiedliwienie drogi pamiętniczku mam to, że nagle wtem w środku tygodnia przypomniało mi się, że przecież w czasie w którym zaniechałam pisania blogaska zrobiłam mnóstwo rzeczy, które w zasadzie można jakoś sensownie wykorzystać. Kurs masażu np zrobiłam. Dwa w zasadzie, z czego ten zasadniczy trwał rok, a uzupełniąjcy 2 dni. Kurs robienia mydełek zrobiłam. Na kursie masażu było naprawdę paradnie bo musiałam się nauczyć na egzamin wszystkich kości i mięśni człowieka po angielsku. Nadal coś pamiętam. Np mój ulubiony mięsień na szyi sternocleidomastoid. Albo że w human body jest 206 kości. 

Szczerze mówiąć uważam, że każdy powinien się o tym uczyć, bo przynajmniej potem jak się łamie nogę, to wiadomo od razu o ktorą kość chodzi. Albo jak coś człowieka boli, to bez googla można sobie ślicznie zdiagnozować każdą chorobę.
Więc przypomniałam sobie, że przecież to umiem, cały ekwipunek do masowania w domu mam i można by reaktywować stronę na fejsbuku, jebnąć jakąś reklamę i poczekać co się stanie. No i stało się tyle, że recesja w Irlandii musi już być over, bo klientki nadleciały gromadnie, że one bardzo chcą. Nie narzekam, zawsze bardzo lubiłam masować . Praca ciężka fizycznie, ale bardzo relaksująca, wbrew pozorom nie tylko dla masowanego, ale dla masażysty też. Cisza, spokój, ładnie pachnie, łagodnie plumpla muzyczka, nie dzwonią telefony, a szef się nie drze, że deadline za pieć minut i gdzie jest prezentacja. W dupie. Klientka po masażu zrelaksowana i szcześliwa, nie awanturująca się. Dobrze. Mydełkami też się zajmę i otworzę firmę „Mydło i powidło. Katarzynex i społka”.

Zastanawialiście się w ogóle jak pokierowalibyście swoim życiem, gdyby była szansa cofnać się do maturalnej klasy? Bo ja się często zastanawiam. Poszłabym jeszcze raz na ten marketing czy nie? Gdybym nie poszła, gdzie bym poszła? Na AWF? Anglistykę? A może wtedy cały ciąg zdarzeń, które doprowadziły do wyjazdu do Irlandii nie zasitniałby i nie siedziałabym dzis w dublińskim biurze, gapiąc się na morze za oknem. Może pracowałabym jako pani higienistka w podstawówce. 

Wyniki krwi przyszły, za wysoki cholesterol, reszta w normie więc nie wiem co mi jest. Wygooglałam naprawdę wszystko i mam objawy wszystkiego. Głownie obwiniam niewyspanie, ale naprawdę nie umiem chodzic spać o 9 wieczorem, kiedy wszyscy w domu, łącznie z kotem, bawią się i imprezują, nikt nie jest zmeczony i mamo o co ci chodzi, nam się nie chce spać. Mnie też się zresztą nie chce. Rano mi się chce, kiedy oczywiscie wszyscy (łącznie z kotem) śpią jak zabici, podczas gdy ja obijam się w półmroku od sprzetów AGD, usiłując nałac sobie kawki do termosika.

Poza wynikiami krwi przyszełd W KOŃCU sierpień, który w Irlandii jest pierwszym dniem jesieni, ale doprawdy kij z tym, biorę jesień w tym roku w ciemno i bez marudzenia, że mokro i piździ (przypomnijcie mi w listopadzie). Lewy z Bayernem zagrali juz 5 meczów towarzyskich z czego 4 przegrali, wiec nie wiem.


Oraz urlop mam za dwa tygodnie, o którym zapomniałam, że go wziełam, potem sobie przypomniałama i uznałam że wziełam go bez sensu, bo i tak nigdzie nie jedziemy, a teraz dzieki ci panie boże, że go wziełam, bo przynajmiej się położe i tak przeleże do września. 

Troche mi smutno, bo i rok i dwa lata temu w sierpniu jechałam do Zakopca, ale co zrobić . Lubie to głupie Zakopane i Krupówki, co Wam poradzę. Nad Morskie Oko można iść o 7 rano i nikogusko tam wtedy nie ma. Od 10 dopiero robi się bajzel. No nic. 

Jutro kot do szczepienia, więc chyba już teraz należy zacząc usypiać jego czujność, w kwestii, że klatka stoi tylko tak, od niechcenia, bez żadnych niecnych planow. Można wchodzić i wychodzić. Kot co prawda gupi nie jest, wiec raczej się nie nabierze, co skończy się upychaniem go do klatki kolanem oraz tygodniową urazą i odwracaniem mordy w drugą strone, gdy bedziemy usiłowali go pogłaskać . 

Plus znowu nie wiem co na obiad.

O, i już wiem. Prosze mi tu ładnie napisać jakimi fajnymi kremikami się smarujecie, bo zeszłoroczny zapas z zakopca własnie mi się wyczerpał i bedę musiała się zaopatrzyc w październiku. Ze swojej strony, ze wszystkich ochnastu kremow które wtedy przywiozłam najpardziej podeszła mi ziaja awokado (po tym, oczywiscie, jak już się pogodziłam że po 40+ kremy i tak gówno dają i żeby mieć gładką buzie należałoby sie położyć na poligonie i poczekać aż przejedzie nam po twarzy czołg), ale może jest coś jeszcze.