M jak…

Zauważyliście, że wszystkie kobiece przełomy zaczynają się od M?

Menstruacja, macierzyństwo, menopauza.

Miłość. M jak miłość.

I każdy z tych przełomów sprawia, że kobiety zaczyna się postrzegać jako niepoczytalne wariatki. Przed okresem nam odbija, po urodzeniu dzieci wpadamy w depresję, na starość nam odwala. Miłość sprawia, że głupiejemy. Nasze hormony są jak upiory, prześladują nas całe życie. 

Siwe włosy mnie omijają bo wciąż je farbuję (plus mój naturalny kolor to i tak piękna siwa mysz), zmarszczki snu mi z oczu (jeszcze!) nie spędzają, ale pierwsze uderzenie gorąca, ooooo, to jest hardkor, powiadam Wam. Zwłaszcza jak zaraz po pierwszym przychodzi drugie. A potem w nocy nagle budzę się zlana potem i myślę bożę jakie to lato gorące, ale nie, w sierpniu, w nocy, w Dublinie jest już tylko 11 stopni, więc leżę taka spocona, serce mi wali jak po maratonie i czuję jak upiory dosięgają mnie swoimi lepkimi mackami i debatują nad moim łóżkiem jak i kiedy najlepiej zatruć mi życie. Rozpiskę sobie robią w notesikach, który kiedy będzie miał dyżur i o której będą przerwy na kawę. 

IMG_1937

Pamiętam jak moja mama skończyła 44 lata. Pamiętam, bo upiekłam jej na urodziny placek, na którym z rodzynek (rodzynków?) ułożyłam czterdzieści i cztery. Nie uważałam wtedy mojej mamy za starowinkę, wręcz przeciwnie. Była szczupła, naturalna, ładna i wiele osób komplementowało ją stwierdzeniem, że wyglądamy jak siostry ❤ (inna rzecz, że ja zawsze wyglądałam na plus 10 więcej, z czego oczywiście na tamten czas byłam przeraźliwie dumna) 

A przecież moja mama musiała czuć i przeżywać to co ja, teraz. Paniczny strach przed przemijaniem. Obawę przed starością. Uderzenia gorąca. Zmęczenie. Stres. Załamkę, że to już początek końca i że to jest takie przerażające i że jak sobie z tym poradzić, jak się ogarnąć. Założyć miniówkę, zrobić wyzywający makijaż i iść się najebać na dyskotekę, udając, że nic się przecież nie zmieniło? (po czym przypłacić to 14-dniowym kacem, lumbago i rwą kulszową). Czy kręcić trwałą, ubierać moherowy sweterek, zaprenumerować „Poradnik działkowca” i poddać się upływowi czasu z godnością?

Tak, wiem, że te uderzenia gorąca plus ogólne ostatnie popierdolenie to pierwszy krok w strefę cienia. I również wiem, że nie jestem staruszką, wyglądam lepiej niż 20 lat temu, a moje dzieci mówią, że jestem cool bo mam różowe włosy. I kiedyś się obrócę, tak jak teraz patrzę wstecz na moją mamę i stwierdzę, że o co mi chodziło w TAK MŁODYM WIEKU. I również pamiętam jak pisałam, że och cieszmy się, bo nigdy nie będziemy mieli mniej lat niż dziś. 

Ale nagle umiera Kora, a ja łapię się na tym, że myślę, że 67 to przecież nie tak dużo! I że znałam Korę całe życie bo mama i całe jej pokolenie namiętnie jej słuchała. Więc w sumie to tak, jakby ciocia nagle umarła. I dlaczego, ja się nie zgadzam. Potem na FB pojawia się zdjęcie Kory jak miała 20 kilka lat i małego synka. Więc łkam już wniebogłosy, bo Kora pewnie też myślała, że życie trwa dłużej… 

Chyba zaczynam rozumieć jak czują się kobiety, które zaczyna dopadać to ostatnie, przerażające M. Są jak koralik z Karolci. Kiedyś lśniące i pełne koloru, nagle zaczynają blednąć. Mają coraz mniej sił na spełnianie życzeń tych, którzy są im bliscy. Stają się coraz bardziej niewidzialne i do rozpaczy doprowadza je fakt, że nie potrafią temu zaradzić, mimo że bardzo, ale to bardzo się starają. 

Siedzę zatem, kompletnie tymi rozmyślaniami rozwalona, łzy mi kapio i na to przychodzi Julka. Dziecko moje najstarsze, które swojego czasu zeżarło całą moją energię, całe emocje, bobas słodki, który darł się od rana do wieczora przez 3 lata z rzędu, a ja kwestionowałam każdą minutę tamtego wielkiego M i nie rozumiałam czemu wszyscy się tak nim zachwycają, A JA NIE POTRAFIĘ.

Więc przychodzi ta blondyneczka moja, śmieje się, bierze mnie za ręce, przytula do siebie i mówi: „Już dobrze mamo, już dobrze. Pamiętaj – wdech i wydech, wdech i wydech. Już jest wszystko dobrze”. A ja nagle pojmuję jak czują się wampiry, które wysysają z kogoś krew, bo cała ta jej młodość, pogoda ducha, spokój, uśmiech i radość, wszystko to przepływa na mnie, jakby ktoś nas na powrót połączył na moment magiczną pępowiną.

I już rozumiem tajemnicę tamtego M.

W macierzyństwie wcale nie chodzi o małe dzieci. 

W macierzyństwie chodzi o dorosłych, którzy z tych obesranych maluchów wyrastają. O dorosłych, którzy – jeśli wszystkiego dokumentnie nie spierdolimy – pomogą nam w trudnych chwilach znów pomalować nasz świat na żółto i na niebiesko.