W marcu jak w garncu

Mrugnęłam od nowego roku dwa razy i momentalnie zrobiła się połowa marca. Może jak przestanę tyle mrugać, to czas zwolni, jak myślicie. W międzyczasie w Irlandii siedem sióstr ustrzeliło w Euromilion 175 milionów euro i nienawidzę ich tylko za to, że w tym dwudziestoczterogodzinnym oknie czasu między histeryczną wiadomością od kolegi z pracy: EUROMILLIONS WON IN IRELAND, a oficjalną informacją w mediach, że to nie nasz zakładowy syndykat, naprawdę zdążyłam zaplanować całe swoje życie i życie swoich dzieci też. Potem jechałyśmy z Julką samochodem i wyliczałyśmy co byśmy za te pieniądze zrobiły. Wyszło nam, że większość byśmy rozdały, bo bez przesady, książki, ciuchy, kosmetyki plus nieruchomości w Tatrach i w Portugalii tyle aż nie kosztują.

Poza tym pierdolca dostaję od dyskusji i rozważań o odejściu od zmiany czasu. W Irlandii w okolicach 21. grudnia jest ciemno do 9 rano, naprawdę nie przeżyję jak będzie ciemno do 10. Ale nie kurwa, przecież jak przestaniemy przesuwać zegarki, to wieczorem zmrok zapadnie o 17:52 zamiast o 17:02. Jaka to oszczędność energii i życie w zgodzie z naturą, omg. Faktycznie, żyjąc w zgodzie z naturą nie będę w stanie dobudzić się do 11:45, a za zaoszczędzone na elektryczności w zimowych miesiącach 48 centów kupię sobie 0,234455 tabletki na depresję spowodowaną porannymi ciemnościami. 

img_6089.jpg

Potem trafiłam na bardzo pożyteczny wątek w internecie o menopauzie i oświeciło mnie, że mój GAD nie jest tak naprawdę klasycznym GADEM, tylko malutkim, słodkim i milusim Gaddusem Primenopauzarusem! Wszystkie objawy się zgadzają, jak w pysk strzelił. Najśmieszniej było jak kilka tygodni temu w nocy zerwałam się nagle z łóżka – normalnie identyko jak te wszystkie postaci w horrorach, co nagle siadają z krzykiem na łóżku, z szeroko otwartymi oczami. PM potem powiedział, że nigdy w życiu bardziej się nie przestraszył. On się przestraszył, ON. A to że ja się zerwałam jak oparzona bo przyśniło mi się, że we włosy wplątał mi się wróbel, to nie ma znaczenia. I co czytam? Że horror sleep w tym okresie to norma, tak samo jak palpitacje serca, panika z byle powodu, nieustanne pobudki w nocy, bóle i skurcze mięśni plus okres all over the place. Serio, kurwa, najpierw dojrzewanie, potem kilka dekad okresów i PMSów, potem ciąże, porody, połogi, na to wszystko końskie dawki hormonów żeby zajść/ nie zachodzić, a w podsumowaniu cudu istnienia na tej planecie w formie żeńskiej – menopauza, która – uwierzcie mi – kumuluje w sobie wszystkie czarowne objawy minionych faz plus dorzuca gratis kalorie z powietrza, niekontrolowane sikanie przy kichaniu, kontuzje i urazy ortopedyczne spowodowane zbyt nagłym poderwaniem się z łóżka lub gwałtownym atakiem śmiechu oraz pomarszczony na ryju i dekolcie kostium. O szyi nie wspominam, bo mi słabo.

Jak z tym walczyć droga gosiu, jak żyć. Suplementy niby pomagają, ale trzeba kupić wszystkie dostępne i zażywać co kwadrans, ewentualnie rozbić je w moździerzu i się w nich wytarzać, względnie wciągać nosem, jak kokę. I życie bez stresu o tak. Oraz odpoczynek. 8 godzin snu nieprzerwanego wróblami we włosach. Ewentualnie butelka wina na wieczór, ale wtedy nagle też jest problem, bo alkoholizm. Proszę mi przedstawić badania, które jednoznacznie stwierdzają, że alkoholizm jest gorszy od menopauzy. Po winku przynajmniej człowiek zapomina o bolącym krzyżu i korzonkach, przestaje widzieć zmarszczki (u siebie i u innych) i schizować na każdy możliwy życiowy temat, który ma szansę skończyć się potencjalną katastrofą. Może taśmą kinezjologiczną się otejpować. Kupiłam je ostatnio w Lidlu, bo takie ładne różowe i pod kolor moich włosów były. Otejpowałam sobie plecy i bardzo mi się podobało, do momentu aż usiłowałam je odczepić i odeszły prawie ze skórą. I oczywiście nie wolno z nich korzystać cały czas, bo wtedy mięśnie nie pracują i ulegają osłabieniu. Kurwa, no to na chuj je sprzedawać w supermarketach, niech będą na receptę u lekarza specjalisty, na wizytę u którego czeka się pińć lat. I niech ten lekarz przepisuje je w odcinkach 10 centymetrowych.

Za dwa tygodnie do gry wraca reprezentacja, ale doprawdy nie wiem czy już im wybaczyłam ten ubiegłoroczny Senegal. Plus mamy nowego Roberta Lewandowskiego, który nazywa się Krzysiu Piątek i odprawia cuda i czary mary we włoskiej Serie A, tylko co z tego skoro wujek Brzęczek w podstawowym składzie i tak pewnie wrzuci siostrzeńca Kubę, a Krzysia posadzi na ławce, żeby mu się w dupie nie poprzewracało. Mam pewną słabość do imienia Krzysiu, nie ukrywam.

Idę zapić Primenopauzaurusa winkiem, niechaj mam coś z tego, że w poniedziałki nie chodzę do pracy, wam życzę dobrego tygodnia, a sobie żeby Bayern Monachium w środę skopał dupę Liverpoolowi i żeby z agenta nie odpadał jeszcze Andrzej Gołota. 

Pokolenie 90210

Wczoraj umarł Luke Perry. 

Naprawdę nie umiem opisać czym dla mojego pokolenia był ten serial, z jakim nabożeństwem oglądałyśmy z siostrą każdy jego odcinek, jaką wizję życia nam sprzedawał i ile godzin spędziłyśmy omawiając z detalami perypetie sercowe bohaterów oraz decydując kto był większą suką – Brenda czy Kelly. To był taki Breaking Bad i Jesse Pinkman (w sensie wpływu na resztę życia) tamtej ery i naprawdę nieważne, że zapewne nie przetrwał żadnej próby czasu i że zapewne z trudem da się go dzisiaj oglądać bez chowania głowy pod poduszką i rumieńca zażenowania. Zresztą może nie, who cares.

Nie mam żadnej koleżanki z tamtych czasów (łącznie z tymi, które odżegnywały się od popkultury i co roku jeździły na festiwal do Jarocina), która nie kochałaby się wtedy w Dylanie, bo Dylan ucieleśniał wszystko. Każde nasze nastoletnie wyobrażenie o księciu z bajki i każde (niezbrukane nieznaną nam natenczas prawdą o związkach) marzenie o idealnej miłości na całe życie. BH90210 było pierwszym prawdziwym („Dynastii” nie liczę) oknem na świat i z odcinka na odcinek kopary nam opadały na widok olukrowanego życia hamerykańskich naszych rówieśników, tak odległego od siermiężnej, polskiej, postkomunistycznej rzeczywistości, od słomianek na ścianach, plakatów z Bravo i od śmierdzących sal gimnastycznych w poznańskich liceach. Sale gimnastyczne w Beverly Hills śmierdzieć nie mogły, to było oczywiste. Wierzyłyśmy wtedy we wszystko jak leci, bez żadnych zastrzeżeń. Świat nie miał dla nas granic, wszystko się mogło zdarzyć, miałyśmy po 17 lat, kwiaty we włosach potargał nam wiatr, a towarzyszące naszym marzeniom o idealnej reszcie życia różowe jednorożce, srały tęczą. 

dylan1

I wybaczcie, ale nie przyjmuję gładko i bezstresowo do wiadomości, że umiera mój ex idol, starszy ode mnie o raptem 7 lat. Who’s next? E.T? Alf? Bolek i Lolek? Kulfon? WTF. Kurwa. To nie jest śmieszne. PM ma 51 lat. Wokalista The Prodigy miał 49. 

Człowiek nie może się oprzeć wrażeniu, że coś czego trzymał się kurczowo przez dekady, co zdefiniowało jego światopogląd i współstworzyło jego tożsamość, zaczyna powoli wymykać mu się z rąk, nieuchronnie prześlizgiwać się między palcami i na 100% wiadomo, że to co uciekło nigdy już nie wróci, świat po którym chodził Luke Perry nigdy już nie okrąży słońca ani nawet nie zrobi pojedynczego obrotu wokół własnej osi. Im rozpaczliwiej pragnie się ten przeciekający przez palce czas i postępujący proces utraty przeszłości zatrzymać, tym bardziej kpią sobie one z naszych wysiłków 

Tak jak nigdy do końca nie ogarnęłam, że umarła Joanna Chmielewska. Raz na jakiś czas przypomina mi się ta wiadomość i za każdym razem tak samo smutno mnie zaskakuje. Nie wiem czy potrafię to opisać, bo nie wiem czy to w ogóle ma sens. Że kogoś kto „towarzyszył” mi większość życia już nie ma, a ja się czuję tak, jakby on ciągle był. „Autobiografia” Chmielewskiej jest jedną z najbardziej zaczytanych przeze mnie książek wszech czasów, opisane w niej fakty z jej życia znam na pamięć i na wyrywki, lepiej niż historie i epizody z życia własnej rodziny, więc tym bardziej nie mogę jakoś do końca tej wiadomości przetrawić i się z nią pogodzić, mimo że od śmierci autorki minie w tym roku 6 lat (kurwa, po co to sprawdzałam, po co)

I co teraz. Strach się budzić i włączać TV. Bo kto będzie następny i kiedy? Kmicic? Rysio Ochódzki? Może Carrie Bradshaw, co? A może Meredith Grey?

Mam wrażenie, że wszystko co człowieka spotyka między 12 a 18 rokiem życia zostaje już wdrukowane w głowie na zawsze. Nieważne czy jest to Dylan McKay, czy Kajko i Kokosz czy guma do żucia Donald. Potem jeszcze doczytałam, że Dylan urodził się w 1974 roku, więc ma (miał) tyle lat co ja. Oraz: „Dylan to postać, która miała najwięcej niepowodzeń, rozczarowań i problemów w życiu, mimo tego na koniec wyszedł na prostą. Ostatni odcinek wskazywał na to, że Dylan znów zejdzie się z Kelly i wreszcie będzie szczęśliwy”.

I co? I gówno.

Miało być tak pięknie, a było jak zwykle i zamiast różowego jednorożca ostał nam się ino sznur. 

RIP Luke, będę bardzo tęsknić. 

Osiem przykazań

Ponieważ 18. rocznica nalotu na Wyspę zbliża się wielkimi krokami, poniżej przestawiam listę porad, których dziś (z perspektywy prawie dwóch dekad poza granicami Polski) udzieliłabym sobie samej na chwilę przed wyjazdem, gdy w towarzystwie rodziców i psiapsiółek stałam, niczego nieświadoma, na peronie pierwszym poznańskiego dworca, czekając na pociąg do Berlina i nie mając zielonego (nomen omen) pojęcia, że oto dostałam od losu prezent stulecia i zaczynam swoje życie numer dwa.

Pomijam grobowym milczeniem to 18 lat, bo doprawdy. Trochę tak, jakbym w tym czasie urodziła, odchowała i doprowadziła do pełnoletności jakieś dziecko. Dziwnie mi z tym. Oraz gdzie to dziecko.

Tak więc, nie zaczynając zdania od więc, zaczynam:

Po pierwsze

Nie bój się. Uwaga, powtarzam bo to najważniejsze:

NIE BÓJ SIĘ!

Nie bój się niczego. Nie bój się pytać, błądzić, prosić o pomoc, nie wiedzieć, mylić się, pytać po raz kolejny i jeszcze raz. Nie bój się źle mówić w obcym języku, bo szybko się przekonasz, że prawie każdy (włączając w to tubylców) mówi w nim niepoprawnie. Nie bój się mówić, że nie rozumiesz – słówka, którego ktoś użył, slangu, akcentu, zadania do wykonania w pracy lub dokumentu nad którym musisz pracować. Tysiąc razy lepiej jest się przyznać, że się czegoś nie umie lub nie rozumie, zamiast brnąć w zaparte i nie mieć pojęcia co dalej robić albo, co gorsza, robić to źle! Tubylcy podchodzą z dużą dozą respektu (przynajmniej Irlandczycy, których rodziny również przez całe pokolenia emigrowały) do innostrańców, którzy mieli odwagę rzucić wszystko, wyjechać i chcą poznawać ich kraj, zwyczaje, uczyć się i rozwijać. Wkurwiają ich natomiast ci, którzy języka się nie nauczą, bo po co, ale za to nieustannie (we własnym języku) narzekają na irlandzką pogodę, zaopatrzenie w sklepach, ceny, budownictwo, służbę zdrowia, podatki i to, że trawa w grudniu jest zielona.

Po drugie

Ucz się wszystkiego i od każdego. Nie wymądrzaj się, że wiesz lepiej, albo że w Polsce coś się robi inaczej, szybciej i skuteczniej, nawet jeśli faktycznie tak się robi. Z jakiegoś powodu wyjechałaś, zamiast zostać, więc teraz siedź, słuchaj i obserwuj, bo takiej szkoły życia, jak mieszkanie poza granicami rodzinnego kraju, nie dostaniesz już nigdy i nigdzie. Zaakceptuj, że wielu rzeczy nie wiesz i nie obrażaj się jeśli ktoś cię poprawia lub usiłuje czegoś nauczyć, nawet jeśli wydaje ci się, że już to umiesz albo że zrobiłabyś to lepiej. Bądź otwarta na każde nowe doświadczenie. 

4593745e-012b-4af3-88ac-035f02af6ad9

Po trzecie

Nie izoluj się. Nie zamykaj w gronie Polaków. Gdy będziesz po tysiąc razy słyszeć te same pytania skąd jesteś, dlaczego wyjechałaś i czy podoba ci się w nowym kraju – nie irytuj się, tylko odpowiadaj – tubylcy nie chcą cię wkurwić, tylko są ciekawi. Od tego co i jak odpowiesz będzie zależeć to jak zaczną postrzegać ciebie samą, ale jednocześnie wszystkich twoich ziomków. Sama też bądź ciekawa i pytaj ich o wszystko – będą wniebowzięci mogąc ci wytłumaczyć zasady gaeilc football albo objaśnić kim była święta brygida i dlaczego wiosna w ich kraju zaczyna się 1 lutego. 

Po czwarte

Nie oceniaj nikogo i niczego. Nigdy. Nie krytykuj kraju, który cię przyjął z otwartymi rękami i dał pracę. Nie nabijaj się z mieszkańców, z ich wad, nawyków i przyzwyczajeń. To ty jesteś tu gościem, a oni są u siebie, nie odwrotnie. Nie podoba ci się – granice nadal stoją otworem (no chyba, że wyemigrowałaś do UKa…)

Po piąte 

OSZCZĘDZAJ i planuj. Nie przepierdalaj całej wypłaty (zwłaszcza na początku) na kosmetyki, sukienki i guinessa. To nie Polska. W 9 przypadkach na 10 nie masz tu ani takiego zaplecza ani wsparcia, jak w domu u mamy. Nie rzucaj niefajnej pracy po miesiącu, tylko daj sobie czas żeby się oswoić i ochłonąć. Nie podejmuj żadnych pochopnych decyzji. Nie panikuj jak wszystko cię przerasta i przeraża, to normalne. Zawsze miej plan B. Nie pożyczaj pieniędzy. Nikomu ani od nikogo. 

Po szóste

W miarę szybko zdecyduj się, czy zostajesz czy wracasz. Życie jedną nogą tu, a drugą tam wykańcza, bo tak naprawdę nie ma cię mentalnie nigdzie. Jak się zdecydujesz, będzie ci łatwiej uporządkować to co ważne i cieszyć się tym, co tu i teraz, pod warunkiem że nie będziesz patrzeć ciągle wstecz i rozkminiać co by było gdyby. Bądź jednak świadoma, że czegokolwiek nie postanowisz, to i tak zawsze będziesz rozdarta między tam a tu. I zawsze będziesz tęsknić. Jak już podejmiesz decyzję i wpadniesz w depresję, że zostałaś wygnańcem niczym Tom Hanks w Castaway to przypomnij sobie, że każdą decyzję w każdym momencie można zmienić. 

Po siódme

Korzystaj z tego, że jesteś tam gdzie jesteś. Podróżuj. Zwiedzaj. Interesuj się. Nie siedź na dupie i nie oglądaj polskiej telewizji, tylko idź do nowej szkoły, zapisz się na kursy celtyckiego szydełkowania lub robienia irlandzkiej pasty twarogowej. Poznaj rodzimą kinematografię. Próbuj lokalnego jedzenia, pij lokalne piwo. Celebruj lokalne zwyczaje. Siedź w pubie, chodź na mecze. Zapoznaj się z historią i kulturą miejsca, w którym żyjesz – są fascynujące. Zastanów się co chciałabyś zrobić, planując wakacje w kraju, w którym mieszkasz – i rób to! 

Po ostatnie

DOBRZE SIĘ ZASTANÓW CZY CHCESZ WRACAĆ, zwłaszcza jeśli lubisz swoje nowe miejsce na ziemi. Nie naprawiaj tego co nie jest zepsute. Stworzenie od zera życia na obczyźnie to ogromny wysiłek – i jeśli się opłacił, nie poddawaj się zbyt szybko, zwłaszcza gdy ogarnie cię melancholia i tęsknota za dzięcieliną i świerzopem. Pamiętaj, że grass is always greener on the other side, a nostalgia całkowicie odwraca percepcję – to co doprowadza cię do furii na miejscu – zacznie wzruszać i rozczulać w sekundzie, w której dotkniesz polskiej ziemi po powrocie.

Poznań 2019 cz. 2

Poszłam w tym Poznaniu do kilku knajp, o których coś tam się naczytałam w internecie, że dobre jedzenie i ojezu. Nie wiem na co się nastawiałam, ale kanapka na której ktoś pod jajkiem rozmazał awokado, po czym szczerze i od serca sypnął rukolą na talerz i okoliczne stoliki, dawno przestała się w moim świecie kwalifikować do nagrody złotej patelni. 

Kiedyś tak, o tak. Przed PMem imponowało mi każde żarcie z każdej knajpy. Nieważne, że po nim rzygałam albo przez trzy dni bolał mnie żołądek. W latach 90-tych każde jedzenie na wynos, nie będące zapiekanką z pieczarkami z budy na Półwiejskiej, to było wow i omg, człowiek nie wybrzydzał i wszystko co mu podano pod nos, po prostu musiało smakować. Potem, na samym początku życia na wyspie żywiłam się w przyzakładowej kantynie i też mi się wydawało, że gotuje dla mnie sam Gordon Ramsay, a kantyna ma co najmniej dwie gwiazdki Michelin. Jeszcze bardziej potem poznałam PM, który drugiego tygodnia znajomości wysunął rewolucyjną myśl, że może UGOTUJMY COŚ SAMI. Na nasz pierwszy wspólny obiad mieliśmy rozgotowany makaron, z wywaloną na niego kapustą (na ciepło) z litewskiego sklepu. Prawdopodobnie myślą przewodnią przy komponowaniu posiłku były łazanki, nie pamiętam, PM się upierał, że to będzie bardzo dobre. Po kolejnych kilku tygodniach znajomości kupiłam mielone, z mocnym postanowieniem zrobienia sosu bolognese i do dziś pamiętam jak stałam na tą nierozpakowaną paczką surowego mięsa, nie wiedząc do końca co dalej oraz próbując opanować wszechogarniającą panikę, że nie umiem, nie potrafię i chcę do mamy. Po czym euforię, jak po desperackim wrzuceniu mielonego na gorącą patelnię, mięso zaczęło skwierczeć, pachnieć i ostatecznie przybrało jadalną postać. Z ręką na sercu mogę przysiąc, że wiem jak się czują zwycięzcy masterchefa. 

No ale o tych knajpach miałam. Że szłam nastawiona pozytywnie, a wychodziłam meh i szłam po drożdżówkę. Jedną kanapkę raz na Ratajczaka kupiłam, z hummusem i pieczoną papryką, jak szłam na pociąg do Chodzieży, i tak, to zdecydowanie był highlight, była rewelacyjna. „Lavenda” na Wodnej – whatever, jajecznica z 4 jajek wyglądała jak moja domowa z 2. „Bardzo” na Żydowskiej – to ta kanapka z jajkiem na awokado (i bardzo, bardzo dobrym chlebie), obleciało, ale serio, prawie 5 euro za śniadanie (czyli tyle ile za naprawdę dobrą kanapkę w posh dzielnicy Dublina) jest lekką przesadą, plus żeby się najeść potrzebowałabym chyba takie trzy. Oraz naprawdę o co chodzi z tym obsypywaniem wszystkiego rukolą. To taki kulinarny brokat, czy co? „Meat us”, też na Żydowskiej, które było hitem mojego ostatniego pobytu i koczowałam tam non stop, teraz nie dało rady. Tzn ja nie dałam rady. Nie wiem co z tym mięsem, oświećcie mnie, ale nagle po 45 latach grillowanych karkówek, mielonych, schabowych, pieczonych kiełbas, kaczek i półgęsków, mój żołądek nagle ogłosił, że NIE, NIE lubi i nie będę go zmuszać. Dawaj w zamian kalafiora. Tak na marginesie, PM, który ma bardzo wysokie ciśnienie, w momencie gdy przestaje jeść mięso, zaczyna mieć ciśnienie idealnie normalne. Więc nie wiem, ale daje to do myślenia.

IMG_5949Najlepsze obiady zjadłam u mamy oraz w pizzeri „Przyjemność” na Wildzie, do której zabrała mnie bardzo dobra przyjaciółka. Serio, gdyby nie lata znajomości oraz setki wspólnie skonsumowanych bułek ze Sphnixa, nie weszłabym tam nawet w naciągniętej na oczy kominiarce i gdyby jedzenie serwował sam Jesse Pinkman. Błąd! Błąd! Nie oceniajcie nigdy po pozorach! W tym brudnym, odrapanym baraku kolo obesranego przez psy skwerku, zjadłam najlepszą pizzę w życiu.  W sumie dwie, bo następnego dnia biegłam tam z powrotem, spróbować wersji wegetariańskiej. Ja i pizza wegetariańska. Bakłażan by się uśmiał. 

Będąc z wizytą u mamy, mama wyciągnęła dwie butelki własnoręcznie robionych nalewek i mówi, weź to dziecko do domu. Do domu. Daj spokój mamo, nie będę teraz nadawać specjalnie bagażu, chodź się lepiej napijemy, bo zimno, wirusy i trzeba w ogóle spróbować czy to dobre. Po nalewce mirabelkowej była aroniowa, potem wiśniowa, potem agrestowa. Potem mama wyciągnęła jeszcze owoce, które trzyma z tych wszystkich nalewek i mówi, że to idealne do deserów. Zjadłyśmy pół słoika nawalonego spirytusem agrestu, widelczykiem prosto ze słoika, bo deseru nie było. Naprawdę przysięgam wam, że soplica mirabelkowa, którą dzień wcześniej kupiłam w Żabce nadaje się przy nalewkach mojej mamy do usuwania nalotu z kibla. 

I co jeszcze. Terapia brakiem wrzasku kochanych dzieci zrestaurowała mnie po 48h. Spać nie mogłam, więc o brzasku oglądałam w TV powtórki starych teleturniejów z Krzysiem Ibiszem. W sklepach nic nie było, a jak było to po cenach dublińskich, więc podziękowałam. Zresztą nie wiem, może to ten etap w życiu, że już człowiekowi nie podoba się wszystko, jak leci, tylko jedna rzecz na milion. Jedno niepokojące spostrzeżenie miałam takie, że jak kiedyś narzekałam przyjaciółkom, że jestem stara i gruba, to zgodnym głosem protestowały, a teraz  wszystkie milczały jak zaklęte… Głowa odpoczęła mi bardzo i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło. 

Poznań 2019 – cz. 1

Mam tyle do opisania, że potrzebuję kolejnego wolnego tygodnia, żeby nie było na odpierdol i byle jak. Z góry lojalnie uprzedzam, że cała moja relacja będzie pełna uprzedzeń, uogólnień, egzaltowanych pretensji i subiektywnych punktów widzenia. Nie jestem już stamtąd, jestem stąd i przez perspektywę „stąd” patrzę. Irlandia i Dublin – widzę to wyraźnie – rozpuściły mnie jak dziadowski bicz i w dupie mi się poprzewracało. Nic na to nie poradzę. Polskę miałam, mam i mieć będę w DNA, ale to nie znaczy, że będę patrzeć przez palce i udawać, że nie widzę tego, co się rzuca w oczy. 

A więc po pierwsze – Poznań umarł. Moje rodzinne miasto wyglądało tak jakby przeszła przez nie  apokalipsa zombie. Wiem, że jest zima, naprawdę. Wiem, że prawie każdy kraj i miasto w lutym wyglądają dość mało atrakcyjnie, bo brak zieleni, liści i słońca niemiłosiernie odsłania każdą brzydotę, skazę i każdy szpetny zakątek. Ale w Dublinie też jest luty, a Dublin jest akurat jednym z najmniej urodziwych miast, jakie znam. Jest brzydki, bądźmy szczerzy. Ale mimo to jedno miasto żyje i oddycha, a drugie dogorywa.

Chodziłam codziennie po poznańskiej starówce i nie czułam w niej pulsu. Opustoszałe ulice. Przemykające pod murami staruszki. Pozaklejane starymi gazetami witryny sklepowe. Te niepozaklejane – brudne i z szyldami pamiętającymi rok 1987. Na samym Starym Rynku – budynek, w którym kiedyś był Dom Turysty – bardzo memu sercu bliski bo kiedyś – razem z koleżanką – zaprosili nas tam do siebie panowie z T. Love (przez 2 godziny GRALI NAM NA GITARZE swoje kawałki, żeby nie było niedomówień i skojarzeń). Dziś to ruina. Powybijane szyby, zamiast nich, w oknach, sklejka. Poodrywany tynk, łuszcząca się farba. Centrum i serce Poznania. Najbardziej reprezentacyjne miejsce miasta. Smutek, żal i żałoba. Do tego te porozrzucanie wszędzie hulajnogi – potęgujące tylko wrażenie, że wszyscy nagle wstali, rzucili wszystko i w pośpiechu uciekli. O co chodzi. Nie mówcie mi, że wszyscy są w pracy, albo siedzą w domu i oglądają dzień dobry tvn. W piątek wieczorem też na tym starym rynku byłam i ludzi było dużo więcej, ale nadal miałam wrażenie, że ich głosy, śmiechy i krzyki tylko odbijają się od martwych fasad budynków i złowrogich, ciemnych zaułków…

IMG_6001

O drobnych już pisałam na wszystkich soszial mediach, ale z przyjemnością napiszę raz jeszcze. NIE OGARNIAM. Jestem z Polski, regularnie do tej Polski przyjeżdżam i nie, nie mogę zaakceptować, że tak tam po prostu jest. Żeby było jasne – w Dublinie też trzeba mieć drobne i to odliczone, jak się np chce wsiąść do autobusu. Ale informacje na ten temat są wołami napisane przy kabinie kierowcy oraz chyba w każdym szanującym się w przewodniku. I to nie o te drobne chodzi, tylko o poczucie winy, w jakie panie w sklepach wpędzają klienta, gdy ten tych drobnych nie ma. Nie mam drobnych. TO NIE MAM WYDAĆ. No kurwa. Co mnie to obchodzi. Dwa razy wyszłam ze sklepu, zostawiając paniom przy kasie zakupy. Tak, naprawdę wiem, że mogę płacić kartą. Ale może karta mi nie działa (dwa razy nie zadziałała). Może za każdy zakup za granicą nalicza mi prowizję. Może dostałam w prezencie stówę i chcę ją wydać. No bo wie pani, niektórzy to kupują zapałki, żeby rozmienić pieniądze. Serio? Dokładnie po to idę w Irlandii do sklepu, po gumę za 95 centów. Żeby rozmienić większy banknot. 

Sytuacja z cafe Gołebnik, gdzie kazano mi wyjść rozmieniać pieniądze, a następnie podstępem usiłowano wmówić, że w Polsce obowiązkiem klienta jest posiadać drobne (łącznie z googlaniem odpowiedniego przepisu, którego przedstawienia zażądałam, odmawiając jednocześnie wyjścia i szukania sklepu, który mi rozmieni kasę) w ogóle mi się w głowie nie mieści. Ok, może to ja. Może moje nastawienie promieniuje ze mnie na kilometr i ekspedientki natychmiast jak mnie widzą, to od razu są wkurwione. Może powinnam się tej presji i temu terrorowi poddawać i przepraszać, że tych drobnych nie posiadam. Ale przez 18 lat w Irlandii nigdy nikt mnie o drobne nie poprosił i nie postawił pod ścianą, że nie ma wydać, jeśli natychmiast ich nie wyczaruję. Żaden sprzedawca w żadnym sklepie nie dał mi nigdy do zrozumienia, że jestem upierdliwa, męcząca i na pewno złośliwie te drobne powrzucałam do rynsztoków, żeby teraz nie móc nimi zapłacić. 

I żeby nie było – większość obsługujących mnie w sklepach i knajpach młodych ludzi była fantastyczna, uśmiechnięta, pozytywna i frontem do klienta. Ale te nabzdyczone pindy w tych Żabkach…  W sobotę weszłam tam jeszcze spytać, czy następnego dnia sklep będzie otwarty od 6 rano czy później (miałam w nim zostawić klucze do apartamentu, w którym mieszkałam). 

– W niehandlową niedzielę???? Zwariowała pani???

CDN

Krótki update dla tych, co mnie nie śledzą na fejsbuku

Ponieważ wiele osob pyta mnie o update z reportażem w wyborczej, to otóż on 😂

Pani redaktor, po zmarnowaniu mi sobotniego popołudnia, ponad 3h wywiadu, wykorzystania mnie jako taksówki, informacji turystycznej i riserczera (podałam jej jedno z nazwisk, które pojawiają sie w artykule) – nie wykorzystała z mojej historii ani słowa.

I nawet nie o to chodzi, ze nic nie napisała, bo nie miała żadnego obowiązku tego robić.

Ale po odstawieniu jej na pociag i jej dokładnych instrukcjach co bedzie dalej (czas na pisanie artykułu, autoryzacja, zdjęcie itd) nie odezwała sie juz do mnie ani słowem.

Serio, nie mam złudzeń ze moja historia jest tak zajebista, że Polacy wyjdą na ulice, jeśli nie ukaże sie w prasie, ale myślałam ze zasługuje przynajmniej na minimum, nie wiem czego? Szacunku? Przyzwoitości? Rzuconego na odpierdol: sorry ale byłaś nudna, nie będę o tobie pisać?

Z drugiej strony pusty śmiech mnie ogarnia, bo ta mini historyjka idealnie i w punkt oddaje story of my life – staraj sie, przykładaj, rób wiecej niż powinnaś – na końcu i tak do awansu, podwyżki, nagrody, wywiadu i wuj wie czego wybiorą kogoś innego.

Czuje sie idiotycznie – jak laska po pierwszej randce o której myślała ze poszla dobrze, a facet nigdy nie zadzwonił 😂

*******

Dzień po zamieszczeniu tego wpisu pani zadzwoniła, przeprosiła i podziękowała za poświęcony jej czas.

Wszystko

Boże co miałam za tydzień. Koszmar jakiś i serwis czary.pl, który z nabożeństwem przeglądam każdego poranka powinien mi odszkodowanie wypłacić za puste obietnice i zwodzenie mnie obietnicami awansu, pieniędzy i niewiadomoczego. Może w ogóle powinnam żyć z tych hipotetycznych odszkodowań zamiast się użerać z debilami. Ale po raz kolejny pomyślałam, że znowu będę jak Robert Lewandowski i się nie poddam, mimo że z marzeń o World Cupie raczej nici. Raz już tak miałam, jak złamałam nogę, a wcześniej Robert złamał nos i nie płakał oraz się nad sobą nie użalał, tylko założył maskę i grał dalej. Więc rownież założyłam maskę i gram dalej, z taką refleksją, że im więcej człowiek się wypierdala tym łatwiej się potem podnosi. 

Potem obejrzałam 77 zdjęć z Poznania z lat 90-tych. Jezu. Od zdjęcia numer 15 płakałam jak bóbr. Zwłaszcza przy zdjęciu pierwszego poznańskiego McDonalda. Przecież pamiętam jak go otwierali i że tłumy były i sensacja i ojezu. Wszyscy przyszli zjeść amerykańsko bułkę z klopsem. Potem widziałam podobne zjawisko raz jeszcze, jak w Dublinie IKEA otworzyli i japierdole co się działo. Kolejka po hot dogi była dłuższa niż  liczba Brytyjczyków aplikująca o irlandzki paszport przed brexitem. Twinsówny wtedy miały raptem dwa miesiące i w ogóle w tej ikei obok kolejki po hot dogi stała druga, do naszego wózka i omg ARE THEY TWINS i ARE THEY IDENTICAL. Jeszcze bardziej potem miałam taki tshirt z odpowiedzią na wszystkie głupie pytania, jakie mi zadawano ochnaście razy dziennie. Do marketu z dzidziusiami po chleb szłam, to wracałam dopiero jak na facebooku PM zdjęcia wstawiał, że zaginęłam, podczas gdy ja w tym czasie po prostu stałam obok półki z mielonym i cierpliwie tłumaczyłam, że YES, THEY ARE NATURAL. Ogólnie to te starsze irlandzkie panie co nas zawsze zaczepiały nie były wściekłymi moherami z gatunku ALE DLACZEGO CÓRECZKI NIE NOSZĄ CZAPECZEK, SZALICZKÓW I RAJSTOPEK i w zasadzie miło było być przez te pierwsze lata lokalną celebrytką, bo potem niewiadomo czemu wszystko się skończyło i dzisiaj nikt już nas nie zaczepia. 

81wn+h2o4pl._ux569_

Piszę tę notkę po jednym zdaniu na dzień. Obstawiam, że w okolicach kwietnia będzie gotowa. W poniedziałek lecę do Poznania i niby się cieszę, ale nie wiem czy się cieszę, bo jestem strasznie ostatnio rozpieprzona i wąchałam plastikowe kwiaty wczoraj. 

Plus w Poznaniu na przystanku autobusowym zaginął student i to już mnie w ogóle rozpierdala bo co się z nim stało. Wyparował? Siedział tam, siedział i siedział i nagle został po nim tylko telefon. I teraz się będę bała koło tego przystanku przechodzić bo akurat wiem, gdzie on jest. Przystanek, nie student.

Zimno jest i pani kierowniczko jak jest zima to musi być zimno, ale ile można. Tegoroczny styczeń trwa już pół roku, przysięgam. Codziennie rano sprawdzam czy JUŻ JEST OSTATNI JEGO DZIEŃ i codziennie rano NIE JEST. To nie jest normalne. Potem za to czerwiec będzie trwał trzy godziny. 

Koleżanka z Polski zgłosiła pretensje, że dlaczego ja w ogóle zawsze przyjeżdżam zimą i sama nie wiem, ale pewnie dlatego, że w lutym bilet tam i nazad kosztuje pindziesiąt euro, a latem pińcet. Nie mam pińcet. Plus i tak będę cały czas siedziała w centrum handlowym, gdzie pora roku będzie mi totalnie obojętna. Albo będę jadła i też będę miała w dupie czy jest lipiec czy październik. I kogiel mogiel 3 zaliczę, a w kinie to doprawdy w ogóle nawet nie wiadomo czy jest dzień czy środek nocy.

No nic drogi pamiętniczku, może metoda zdania na dzień nie jest najgorsza, nawet jeśli potem te zdania razem do kupy nie mają sensu. Plus zawsze mam cel taki, że napiszę min 600 słów, a tu dzisiaj tylko 612 i co teraz. O, wiem, czekajcie. Sdk nn vs gb ekjflsjd skjfl klfkj. Ksjfks sk s. Kdja. Kjf jk tghi4j39ru9. Wy da jhne. Aw7 ey9u39. sn b cj shno. Die k-t o[ ee eij. Diojeo jor wek dijoi em2394 no eorgjreoij ib 2je rk3t54 p4  0k- k- -j 40f efeoi gjreoijd n ieo ieo woi eur. Qwoi ur39 ujf0 erin iroeiu otri jow eioir joij eo eq92 29jf o qp owi203. =-2w oeuf j93 q0 92ue e0we i29u 28u 39 sa jriq. Oi 4qi  93i5 hq lfk jt i45 i3 qjdlk ajsfr4  qksj qw2ui kojeou3j 

Nie mam siły na nic co oznacza, że przesilenie wiosenne już nadchodzi i nie opuści mnie, tradycyjnie, aż do września. 708 słów, czuwaj. 

Blue Monday

Czytam dalej te „Dzienniki” Jandy i zaczynam rozumieć jak się czujecie jak czytacie mojego bloga i potem mi piszecie, że spisuję wasze własne myśli, których nie umiałyście ubrać w słowa, bo teraz mam tak samo i co i rusz chcę pisać do pani Krystyny, że ojezu CZUJĘ SIĘ IDENTYCZNIE, albo SKĄD PANI WIEDZIAŁA i rozumiem skąd się bierze niewytłumaczalna miłość do osoby z sieci i jakiś taki nagły spokój, że nie jestem jedyna nienormalna, bo inni ludzie mają dokładnie te same myśli w głowach.

Plus Janda napisała, że dla niej blog to taka terapia grupowa i tu już w ogóle chciałam ją uściskać bo gdy w sobotę opowiadałam pani redaktor o Irlandii i ona spytała, że skoro jest tak super to czemu na blogu piszę, że jestem w dupie, to pomyślałam, że blog to taka moja prywatna psychoterapia, że jak piszę to oswajam swoje demony i strachy, które ubrane w słowa nie wyglądają już tak przerażająco jak nienazwane, w mojej głowie i że w tej dupie byłabym gdziekolwiek – w Irlandii, Polsce, w Bieszczadach i na Malediwach. I tak jak żadna prawdziwa psychoterapia, na którą usiłowałam uczęszczać nigdy się w moim przypadku nie sprawdziła, tak przeczytanie tego steku bzdur, który sobie uroiłam zawsze stawia mnie do pionu i pozwala trzeźwo spojrzeć na każdą prześladującą mnie schizę. Polecam w ogóle tę metodę bardzo. Jak coś was męczy, dusi, otumania i przeraża to spiszcie to sobie na kartce papieru i przeczytajcie po dwóch dniach. Prawie każdy urojony demon sprowadzony do poziomu kartki traci swój trzeci, najbardziej przerażający wymiar i leży tam spokojnie, uśmiechając się z zakłopotaniem i przepraszając że żyje. 

Pani reporter w ogóle nagadałam chyba strasznych głupot i jak traficie na ten materiał w Wyborczej, to może nie czytajcie, a jeśli już przeczytacie, to udawajcie, że mnie nie znacie. 

01-blood-moon-gettyimages-1006361016.ngsversion.1547820000748.adapt.1900.1

Bo niby wiem dlaczego nie chcę wracać, ale weź to teraz wytłumacz tak, żeby nie wyszło, że jeden kraj to raj, a drugi piekło i że absolutnie każdy ale to każdy mój argument na wyższość Wyspy nad Polską można zbić stwierdzeniem, że w Polsce przecież też można trafić na fajną: szkołę, pracę, sąsiadów, przyjaciół i panią u urzędzie. Bo można. Tak samo jak w Irlandii można trafić na irytującą ekspedientkę i skretyniałego współpracownika. 

Potem poszłam po jedzenie do takawaya i za mną w kolejce stał młody facet, w szlafroku i w kapciach (na dworze było +2) i pomyślałam, że może o to chodzi. Że już nie patrzę na niego jak na debila. Bo może mieszka naprzeciwko knajpy i po prostu nie chciało mu się przebierać. Może akurat wyprał wszystkie ciuchy i mu nie wyschły (w irlandzkich mieszkaniach, zimą, jeśli ktoś nie posiada suszarki, naprawdę ciężko coś wysuszyć). Może, spiesząc się po żarcie, wylał na spodnie, które miał założyć browara/ kawę/ ciekły azot i w ogóle co mnie to obchodzi w co on jest ubrany, niech sobie żyje i ubiera się, jak mu wygodnie.

I potem, czekając na to żarcie i kontynuując rozważania, doszłam do wniosku, że to jest taka klapka w mózgu, która otworzyła mi się dopiero tutaj, po wielu, BARDZO WIELU latach. Że to od Irlandczyków nauczyłam się, że życie innych nie jest moją sprawą i nic mi do tego co z nim robią, tak samo jak oni nie zwracają uwagi na moje różowe włosy, na to jak ubieram i wychowuję dzieci oraz co im gotuję na obiad. Potem jeszcze pokłóciłam się z PMem na temat wyższości Adele nad Edytą Górniak (on uwielbia Adele, ja lubię Edzię) i kolejna rzecz mnie olśniła. Że nigdy żaden Irlandczyk nie próbował mnie przekonać do zmiany zdania, na jakikolwiek temat. Nie próbował mi wmówić, że nie, nie mam racji, że jego racja jest lepsza i że trzeba ze mną dyskutować do upadłego, tak długo, aż zrozumiem swój błąd i zacznę myśleć tak samo jak on. Następnie do naszej dyskusji z PMem włączyła się Ola, oznajmiając wszem i wobec, że MAMO TATO KAŻDEMU MOŻE PODOBAĆ SIĘ CO INNEGO, czym zamknęła nam usta, bo naprawdę.

Na zakończenie zacytuję co napisał mi smsem nauczyciel Julki, jak poprosiłam żeby w jednym zdaniu opisał etos szkoły do której chodzą dziewczyny (również na potrzeby wywiadu)

I on napisał tak:

„The focus is more on the child as an individual and promoting each child’s specific strengths. We also have a different religion curriculum called Learn Together, which teaches kids to ACCEPT EVERYONE FOR WHO THEY ARE (to ja podkreśliłam) and to respect their beliefs or non beliefs”

Więc może dlatego nie chcę wracać. 

Czeka mnie ciężki tydzień, jest zimno oraz chyba mam reumatyzm i potrzebuję endoprotezy biodra, albo nie wiem co. Albo się sypię na starość, bo wszystko mnie boli. 

Och, ale właśnie sprawdziłam w kalendarzu, że dzisiaj jest Blue Monday, więc może jutro będzie lepiej.

 

 

Barszcz z granatu

W ramach osładzania sobie bólu istnienia po minionych świętach, kupiłam, dość impulsywnie, bilet do Poznania. Do ostatniej chwili nie byłam przekonana czy postępuje słusznie i odpowiedzialnie jako iż:

  1. ostatni raz lecąc do Polski trafiłam na Ofelię. Jeden, jedyny huragan na dekadę, w trakcie którego cała Irlandia została zamknięta na trzy spusty, drzewa łamały się jak zapałki i nie lądował żaden samolot, oprócz – oczywiście – naszego. Nie pamiętam czy pisałam, że w trakcie tamtego lotu siedziałam koło pięcioosobowej irlandzkiej rodziny z małymi dziećmi, której ojciec zapowiedział nieletnim, iż to co nas za chwilę czeka, będzie jak rollercoaster. Do dziś uważam, że był to parenting level pro, jako iż przy każdym gwałtownym bujnięciu samolotu rozbawione i roześmiane dzieci wrzeszczały na cały głos ROLLERCOASTER, podczas gdy reszta pasażerów w grobowym milczeniu modliła się, płakała, rozliczała z popełnionych złych uczynków i żegnała w głowie z bliskimi. 
  1. ostani raz gdy usiłowałam spędzić noc poza domem, PM dostał ataku trzustki. Kazałam mu spisać oświadczenie, że przez cały mój pobyt w Poznaniu nie będzie się wygłupiał, ale i tak wiadomo, że każdy jego telefon będzie wywoływał u mnie mini ataki serca.
  1. w czwartkową noc odwiedził mnie GAD i został do rana. Wizyta zainaugurowana została odnalezieniem dziwnego znamienia na skórze, które GAD od razu zaczął guglać i to co odnalazł w odmętach sieci, dostarczyło mu atrakcji i powodów do szampańskiej zabawy do piątej nad ranem. Na szczęście, w trakcie porannej podróży autobusem na zakład, odbyłam konsultacje dermatologiczne z pierwszą żoną, która powiedziała, że ma takich znamion tysionc pińcet (jako iż na starość wyskakują one niczym grzyby po deszczu), postawiła diagnozę i trochę mnie uspokoiła. Ostatecznie, po umówieniu się do lekarza (spokojnie, wiem, że nie należy ufać internetowym szarlatanom) doszłam do wniosku, że samo życie wykończy mnie szybciej iż jakakolwiek niewyimaginowana choroba. 

Więc teraz nie wiem co. Obstawiam śnieżycę i zamknięte lotniska, ale trudno. Wizja opustoszałych poznańskich centrów handlowych, po których będę krążyć w poszukiwaniu (straconego czasu) i sensownych t-shirtów, plus lektura Twojego Stylu nie przerywana wrzaskami tłukących się dzieci była zbyt silna, żeby się jej oprzeć. A potem, jak wrócę, to wróci również Liga Mistrzów, więc jakoś do wiosny przetrwam. Po raz kolejny natomiast postuluję, że Bayern Monachium powinien mi wypłacać odszkodowanie za okresy kiedy Lewandowski nie gra i sypie się cały mój tygodniowy rytm meczowy, a ja nie potrafię znaleźć sobie miejsca ani alternatywnego pomysłu na życie.  

W ramach planowania letnich wakacji coraz poważniej rozważam kolejną podróż samochodem do Polski. Nic się nie uczę na błędach, nic. Tym razem stacja docelowa to ukochane przeze mnie za czasów studenckich Międzygórze. Nocleg zabukowałam, o reszcie na razie profilaktycznie nie myślę. Bijąc się z myślami, czy w ogóle stać nas w wyjazd w tym roku, posłuchałam pracowej koleżanki, która filozoficznie stwierdziła: i tak nie będziesz miała tych pieniędzy i tak (bo jak nigdzie nie pojadę to kasę przepierdolę na coś innego). Więc lepiej jedź…

img_5566

Po świętach nie zostało śladu ni popiołu. Bohaterem tegorocznego bożonarodzeniowego  menu został wigilijny barszcz. Po opróżnieniu pierwszego gara postanowiłam go reanimować poprzez dolanie do pozostałych w garnku warzyw, koncentratu, wody i litrowej butli organicznego soku z buraków, który znalazłam w lodówce. Następnego dnia, w trakcie gdy delektowałam się pysznym barszczykiem i pasztecikami z kapustą i grzybami, do kuchni wkroczył PM, otworzył lodówkę i głupio się pyta, gdzie jest jego sok z granatu. Pytanie zignorowałam, bo wróżką nie jestem. „NIE WLAŁAŚ GO CHYBA DO TEGO BARSZCZU???” zapytał groźnie mój małżonek, na co wybuchłam perlistym śmiechem, bo tylko debil i kulinarny analfabeta wlewałby sok z granatu do barszczu. Po czym się okazało, że sok z buraka i sok z granatu mają identyczny kolor i że jak butelka stoi odwrócona etykietą do drzwi lodówki to naprawdę łatwo się pomylić i nie trzeba od razu robić z tego afery i wielkiego halo. Od przyszłych świąt tylko tak będę gotować barszcz, będzie to mój autorski przepis, który opublikuję, zyskam sławę i będę pionierem tradycyjnych polskich zup w wersji fjuzion. W planach na przyszłość mam rosół z sokiem z ananasa i pomidorówkę z mango. 

Tymczasem dzień zrobił się 10 minut dłuższy (przysięgłabym na barszcz z granatu, że o więcej, bo jak wychodzę z pracy to naprawdę jest już jaśniej). Idę robić rozpiskę sklepów, które będę odwiedzać w Poznaniu oraz liczyć koszt paliwa na trasie Hook of Holland – Poznań. Mięsa i alkoholu nie tykam od sylwestra i popularne powiedzenie, że jesteś tym co jesz, powinno mieć alternatywną wersję, że jesteś również tym czego nie jesz, bo czuję się bdb. 

 

Koniec roku

Nie wiem jaki jest dzień tygodnia i w ogóle o co chodzi. Niby cieszę się z urlopu i że nie muszę wstawać w te najciemniejsze poranki roku, ale długotrwałe siedzenie w domu i przedłużający się  brak kontaktu z ludźmi nie będącymi moją rodziną powoduje mega uaktywnienie się GADa. Plus przed nami jeszcze naprawdę najokropniejsze miesiące roku – ciemne, zimne i bez fajerwerków. Potem niby przychodzi wiosna, ale wtedy człowiek się łapie za głowę, że ojezu już jest maj, a dopiero był Sylwester. Dobra, nie słuchajcie mnie, to GAD przeze mnie przemawia.

Ideę postanowień noworocznych zarzuciłam już dawno temu, ale w tym roku chyba jednak jakieś mam. Tzn jedno mam. Muszę schudnąć bo naprawdę. Pooglądałam sobie zdjęcia z ostatniego miesiąca i nie jest dobrze. I tak jak nic innego nigdy nie było mnie w stanie skutecznie zmotywować, tak ta niedopinająca się na cyckach zimowa kurtka już tak. Ponieważ na Jillian nie mam już siły (oraz coraz gorzej się po jej treningach regeneruję) poszperałam na jutjubie i znalazłam kardio dla emerytów. Nieobciążające. Nazywa się to indoor walking coś tam i polega na tym, że Pani (w okolicach 60-tki) chodzi szybko w miejscu, odstawia nogi na boki, a w najbardziej ekstremalnych momentach podnosi kolana do góry. Nie naśmiewam się z niej, broń boże, po 20 minutach tego przyspieszonego dreptania, byłam spocona jak mysz. Pociesza mnie to, że na jej filmikach ćwiczą z nią też osoby młodsze ode mnie, pewnie w ramach przyciągnięcia grupy wiekowej poniżej 40stki. 

Dodatkowo przedświąteczny eksperyment kulinarny objawił mi od czego moja waga idzie w dół, bez żadnego wysiłku. Mięso. Brak mięsa w menu przez 3 dni pod rząd równał się utracie równo 1kg. Oczywiście nie łudzę się, że nie jedząc mięsa przez 30 dni, stracę 10kg, ale dało mi to do myślenia i zamierzam eksperyment kontynuować po nowym roku. 

fullsizeoutput_161d

Stycznia też nie lubię bo urodziny. Rodzice na skajpie stwierdzili „Ile ty tam dziecko skończysz lat? 45? No to do 50-tki już niedaleko” co mnie bardzo zabolało nawet nie dlatego, że mieli rację, tyle że to takie dla nich typowe. Drążąc dalej temat uświadomiłam sobie, że tego typu małe złośliwości słyszałam całe swoje życie. Szpileczki wtykane przy byle okazji, plus zawsze potem wielkie halo, że nie mam poczucia humoru oraz że się nie potrafię sama z siebie śmiać. Serio? Która nastolatka potrafi się sama z siebie śmiać? Mam trzy prawie nastolatki w domu i do głowy by mi nie przyszło „żartować” z ich wyglądu, zachowania lub uczuć. I jest mi przykro jak o tym myślę. Że nigdy nie dostałam w życiu takiego wsparcia, jakie każde dziecko powinno wynieść z rodzinnego domu. Że każdy komplement był zawsze podszyty nutą sarkazmu. Że często bałam się odezwać, żeby nie narazić się na – a jakże – „żartobliwą” kpinę. Po latach takiego gadania, człowiekowi naprawdę potem trudno uwierzyć w te prawdziwe i szczere komplementy. Zawsze w głowie zostaje obawa, że ich autor w głębi duszy pęka ze śmiechu. I być może dlatego dziś, w dorosłym życiu, nie brakuje mi kontaktu z rodzicami. Nie tęsknie za nimi. Wciąż nie potrafię rozgryźć czy mnie kochają czy nie. Zakładam, że „powinni”, ale w głębi serca naprawdę tego nie wiem. 

Zaczęłam czytać „Dzienniki” Jandy. Nigdy nie byłam fanką aktorstwa pani Krystyny, nie podobała mi się chyba w żadnym filmie (acz podobało mi się mnóstwo filmów z jej udziałem) ale książkę czyta się fantastycznie. Nieprawdopodobny dystans do siebie i przezabawna autoironia. Nie nastawiona na zaprzeczanie samokrytyka, że ależ pani Krystyno, co też pani wygaduje, wcale tak nie jest, wszyscy panią kochają. Janda ma 100% świadomość siebie, swojego aktorstwa, tego jak jest postrzegana, w prześmieszny sposób komentuje swoje występy, wywiady i liczne życiowe wpadki, a jednocześnie z każdego zdania i każdej opowieści bije samoakceptacja, pozytywne nastawienie do życia i ludzi. Dobrze mi się też to czyta ze względu na to, że autorka w pierwszym tomie zapisków ma 48 lat, więc po drodze mi z jej lękami, rozterkami i wątpliwościami. Książka, która powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich współczesnych „gwiazd” internetu, które obrażają się o wszystko, co nie jest uwielbieniem ich twórczości. 

Na koniec chciałam co następuje:

Dziękuję że jesteście.

Że poświęcacie swój czas (którego nikt z nas nie ma zbyt wiele) na czytanie tego bloga, który bez Was by nie istniał. 

Dziękuję za każdy komentarz. Za to że piszecie do mnie o swoich sprawach, bolączkach i radościach.

A najbardziej dziękuję za te komentarze, w których piszecie, że na dany temat myślicie lub czujecie tak samo.

Świadomość, że nie jestem osamotniona w swoich schizach i lękach daje mi potężnego kopa, że skoro jest nas więcej, to przetrwamy. Że nie pożre nas GAD ani nie wpadniemy w czarną cyber dziurę, przeświadczeni, że nikt nas i naszych strachów nie rozumie. Że nie zjedzą nas owczarki. 

Zatem ilekroć rok 2019 przyjdzie kopnąć Was w dupę, pomyślcie, że gdzieś w otchłani safari, chrome lub interent explorer jest przynajmniej jedna blogerka, która 20 razy na godzinę martwi się o wszystko, ale jakoś daje radę. Więc Wy też dacie. Raz lepiej, raz gorzej, raz wcale, gdzie wcale nie oznacza, że jesteście do dupy, tylko że jesteście zmęczeni. Ale jutro lub za miesiąc nie będziecie.

Szczęśliwego Nowego Roku kochani.