Meno – pauza i UEFA

No więc w tym zeszłym roku to w ogóle było tak, że po wizycie u polskiej pani ginekolog, którą w ogóle każdy w Dublinie chwalił i polecał i ojejku, po badaniu USG i przeanalizowaniu poziomu hormonów, pani G. jednoznacznie, autorytatywnie i bezdyskusyjnie stwierdziła pełną menopauzę, a na moje pytanie co z Mireną, odparła, że przy takim poziomie nie ma sensu jej trzymać i że proszę się umówić na wizytę w celu wyciągnięcia. Oraz zastanowić się nad HTZ. Informację przyjęłam bez mrugnięcia okiem, do głowy nie przyszło mi nic, poza tym, że czas umierać w wyniku czego powstała tamta notka.

Następnego dnia koleżanka w pracy najpierw ostrożnie sprawdziła czy nie bredzę, po czym kazała przysiąc na zszywacz i paczkę spinaczy, że za żadną cenę nie wyciągnę spirali, no chyba że zależy mi na następnym zestawie dzidziusiów, tym razem może dla odmiany – chłopców. Jakoś szczególnie mnie jej pomysł nie zainspirował, więc postanowiłam spirali nie wyciągać, a w zamian poczekać i zobaczyć co nastąpi. 

Jednocześnie ze wszystkimi objawami (okres który zwariował, dziwne krwawienia w połowie cyklu oraz uderzenia gorąca) poszłam normalną irlandzką drogą – przez lekarza pierwszego kontaktu, który skierował mnie do szpitala ginekologicznego, na wizytę w którym czeka się – podobnie jak w kraju nad Wisłą – długo i cierpliwie. Cytologię miałam w porządku. 

Nakupiłam wszystkich dostępnych na polskim rynku środków na menopauzę, metodą eliminacji wybrałam ten, który działał na mnie najlepiej (biorę go do dziś, jest świetny!), po czym nagle, późną jesienią wszystko się nagle unormowało, okres ustabilizował, a uderzenia gorąca zniknęły jak sen złoty. 

Szpital co jakiś czas przysyłał listy że czy nadal naprawdę muszę na tę wizytę, na co z uporem odpowiadałam że tak, mimo że nic już mi kompletnie nie było i w sumie nie wiedziałam po co. W końcu po roku czekania dostałam termin na wykonanie – uwaga – histeroskopii. Oczywiście doczytałam to dopiero na korytarzu pod szpitalnym gabinetem, pińc minut przed wizytą, bo cały czas byłam przekonana, że idę na rutynowe usg, w związku z czym wizyta wyglądała śmiesznie, bo na pytanie gdzie mam spiralę odpowiedziałam, że w środku, bo skąd doprawdy miałam wiedzieć że do histeroskopii trzeba starą wyciągnąć, a potem założyć nową. Duchem świętym nie jestem.  

Na moje ostrożne pytanie, że ale po co w sumie to badanie i że to przecież menopauza, irlandzki pan ginekolog zapytał, ŻE A SKĄD WIEM. No bo hormony i uderzenia gorąca. A okres ma? No ma. No to pełna menopauza jest po 12 miesiącach bez okresu więc nie, nie mam menopauzy i nie można jej jednoznacznie stwierdzić wyłącznie po poziomie hormonów. 

Uczciłam minutą wymownej ciszy polską panią G i jej diagnozę, po czym znów namolnie spytałam no ale po co to badanie i że może to w takim razie PREMENOPAUZA, na co pan G bardzo cierpliwie objaśnił, że nie jest wróżką i jego praca nie polega na zgadywaniu co mi jest, tylko na wykonywaniu badań i analizowaniu ich wyników. Zamknęłam paszczę, bo i tak czułam się już jak durna, wiejska baba, po wizycie u znachora i po trzech zdrowaśkach w piecu. 

Pan G irlandzki przepisał nową mirenę i kazał wrócić za miesiąc, przez który to miesiąc nie miałam żadnych czarnych myśli oraz nie googlałam powikłań po histeroskopii ani co można w jej wyniku znaleźć i ile się po tym żyje. 

Na wizytę dotarłam w miniony poniedziałek, dzierżąc przed sobą – niczym tarczę – nową mirenę (kto widział jakiego rozmiaru jest pudełko, w które jest zapakowana, ten zrozumie).

52FA7CDE-3767-4007-A5D4-C12D5605B413

Następnie zajęła się mną pani pielęgniarka i że w ogóle hihihi i hahaha, proszę tu usiąść, zważymy, po czym po sprawdzeniu podanej mi wagi stwierdziłam, że niestety to niemożliwe i proszę ważyć raz jeszcze bo tyle to ostatnio ważyłam w 2005, ale przecież nie, to waga tarowana laboratoryjnie i w sterylnych warunkach i waży dobrze, ale się uparłam, że źle i miałam rację oraz niestety nie schudłam.

Przebrano mnie w szpitalne chomąto usadzono na wiadomym fotelu, pielęgniarka cały czas koło mnie, czyma mnie za rękę i zaśmiewamy się do łez niewiadomo z czego, ale nić porozumienia nawiązałyśmy natychmiast. Lekko struchlałam gdy do roboty zabrał się jakiś praktykant (czemu oni zawsze muszą się uczyć na mnie to naprawdę nie rozumiem), ale pan G stoi obok i pyta czy moje różowe włosy emitują poświatę w ciemności bo POWINNY, na co zakochałam się w nim platonicznie natychmiast, bo nikt inny na to jeszcze nie wpadł, że – dokładnie – ten kolor, by osiągnąć ideał, powinien jeszcze świecić w ciemnościach.

Po kolejnym ataku śmiechu poproszona zostałam o nie chybotanie fotelem, po czym podziękowano mi i że proszę mogę iść, na co mówię, że no dobra już nie będę, ale nie, już po wszystkim, dziękujemy, polecamy się na przyszłość i gud baj. Wszystko wygląda ok, ale oficjalne wyniki będą za 6 tyg. 

No to ponieważ atmosfera zapanowała rodzinna to wylewnie podziękowałam, wyściskałam pielęgniarkę i oddaliłam się w stronę autobusu tanecznym krokiem.

Refleksja przyszła potem. Nie mam lęku przed badaniem ginekologicznym, przed tym nie byłam ani zestresowana ani spięta, nie obawiałam się bólu lub że dowiem się nagle, że mam raka. Całą ciężką robotę odwaliła pielęgniarka – dzięki niej nie miałam pojęcia czy badają mi macicę, nerkę czy lewą nogę, nie miałam czasu podsłuchiwać rozmowy pana G z praktykantem, o tym co mam w środku, na podstawie której mogłabym potem wysnuć cudowne teorie i wygooglać sobie wszystkie możliwe powikłania, nie miałam czasu się nawet zastanowić czy praktykant WIE CO ROBI i czy jest pewien, którym końcem aplikuje się spiralę (przez chwilę miałam wątpliwości). Stary jak świat manewr żeby odwrócić uwagę od tego co jest nie do końca przyjemne i skupić się na czymś miłym, zdziałał cuda i poczułam wdzięczność, że dla tych ludzi to jest ważne. Komfort i spokój pacjenta.  

Lista wizyt w irlandzkich szpitalach robi nam się coraz dłuższa, ale zawsze wychodzę stamtąd przekonana, że pracują tam ludzie z powołaniem. Nigdy nie zapomnę jak po złamaniu nogi z SORu na oddział odwoził mnie wózkiem starszy pan, zakładam że ani pielęgniarz ani lekarz, może salowy i przez całą drogę starał się podnieść mnie na duchu – że będzie ok, że za pół roku będę mogła z powrotem tańczyć i że mam się nie przejmować. Przejmowałam się wtedy przeokropnie, w żadne tańce nie wierzyłam, ale w oczach miałam łzy wdzięczności, że komuś się chce sprawić żebym poczuła się choć przez sekundę lepiej.

No to jak już mnie dopadł słowotok to jeszcze o interwju z UEFA, które było bardzo fajne i było dwóch panów jeden młody i ładny, a drugi stary i mniej ładny i pytali się na przykład co wiem o EURO 2020, na co patrzyłam na nich z niedowierzaniem i całym wysiłkiem woli opanowywałam odruch popukania się po czole, bo co to za pytanie, równie dobrze mogli spytać jaką figurą geometryczną jest piłka. No i czemu w ogóle chcę być wolontariuszem, na co jak zaczęłam na od Mistrzostw Świata w 1986 do oglądania których zmuszali mnie rodzice (w sensie zabraniali przełączać na coś innego, wypisz wymaluj jak ja dzisiaj) to skończyłam na Lewym i Bundeslidze, na co ładny i brzydki powiedzieli, że dziękują i że za jednym zamachem odpowiedziałam na pytanie nr 2, 3, 4 i 5, w związku z czym ostatnie pytanie brzmi już kiedyś byłam wolontariuszem i co z tego najlepiej zapamiętałam, więc zgodnie z prawdą odparłam, że tak, byłam i że najlepiej zapamiętałam Pierca Brosnana, który przyszedł do nas jako gość specjalny, na co panowie wybuchnęli perlistym śmiechem, a ja im zawtórowałam bo ogólnie mi ostatnio wesoło. 

Po czym ładny na pożegnanie chwycił moją rękę, przytrzymał i rzekł, iż pewnie nie powinien mi tego mówić, ale z dużym prawdopodobieństwem dostanę tę fuchę, na co oczywiście zakochałam się w nim platonicznie bo naprawdę był ładny, a ręki nie myłam przez godzinę. 

Przy aplikowaniu można było określić 3 rodzaje wolontariatu, przy których chciałoby się pracować ja wybrałam organizacje meczów, ceremonie i akredytacje (w tej kolejności), ale ładny z brzydkim kazali mi dać akredytację na pierwszym miejscu bo tam potrzeba więcej ludzi, a praca jest na stadionie i polega na pokazywaniu piłkarzom gdzie jest szatnia.

Potem jeszcze należało pójść przymierzyć cały outfit, który z tej okazji funduje adidas z butami i czapką włącznie i można było iść do domu (ale jeszcze bez outfitu). 

Wyniki dopiero w listopadzie, ale ładny na pożegnanie powiedział I HOPE TO SEE YOU AGAIN VERY SOON. 

Część 2

Pierwsze dwa – cztery tygodnie brania leków wcale nie są lepsze. Poprawy albo nie widać, albo widać ja bardzo powoli, głowa wciąż świruje, stres nie odpuszcza, często w ogóle jest gorzej niż było. Tydzień po wizycie u lekarza musieliśmy pojechać na ceremonię przyznania obywatelstwa i żal mi i smutno, bo gówno z tej wycieczki miałam, zero ekscytacji, zero radości, chciałam tylko wrócić do domu i się położyć. Ani się napić ani rozluźnić. W międzyczasie jeszcze się okazało, że wada wzroku, zmieniła mi się diametralnie – krótkowzroczność się zredukowała, dalekowzroczność pogłębiła, miałam wrażenie, że okulary przestały mi pasować dosłownie z dnia na dzień (co jest nieprawdą, od tygodni musiałam je zdejmować do czytania i pracy przy kompie, ale nie zajarzyłam dlaczego), a GAD i tak wyguglał, że to rak mózgu. Chwilę później dostałam ropnego zapalenia dziąsła, do prochów doszedł antybiotyk z absolutnym zakazem w ogóle przebywania w tym samym pomieszczeniu, co alkohol. Byłam w takim nastroju do oblewania nowej ojczyzny, że ja pierdole. 

Beta blokery zatrzymały migreny, ale ich skutki uboczne wcale nie były różowe i wszystkie poranki nadal wyglądały jak podróż rozhuśtaną żaglówką po wzburzonym morzu, na dodatek we mgle. Bywało że budziłam się i usiłowałam przypomnieć sobie w głowie tabliczkę mnożenia. Dochodziłam do 7 i chuj. Ile to 7×6? 38? A może 46? Nie miałam pojęcia i doprowadzało mnie to do rozpaczy, byłam przekonana, że tak już zostanie. Wata zamiast mózgu. 

Unknown

Najgorsze w ogóle jest przeświadczenie, że przecież trzeba wstać i się ogarnąć. Owszem, jest jakiś problem, ale w żaden sposób niemierzalny, bardzo subiektywny i przecież może gdybym trochę bardziej się wysiliła to dała bym radę. Ciekawe, że nikt jakoś nie myśli że musi się ogarnąć przy zapaleniu płuc, złamanej nodze, alergii, grypie albo bólu zęba. Idzie się do lekarza po leki i kładzie do łóżka. Uważa na siebie. Daje się organizmowi czas na to, żeby się zregenerował i odpoczął. Leżąc w gipsie dwa lata temu nie uważałam, że jeśli pójdę pobiegać to noga się szybciej zrośnie, chorym dzieciom nie każę iść na trening, żeby je zahartować i pomóc pozbyć gorączki. Dlaczego z głową jest inaczej? Skąd ten wewnętrzny przymus ogarnięcia się i pozbierania do kupy w najkrótszym możliwym czasie? 

Terapia… Byłam na trzech (czekam na kolejną), nic z nich konkretnego nie wyniosłam. Oczekiwałam rzeczowego podejścia i narzędzi lub ćwiczeń do wytrenowania mózgu, zresetowania myślenia, nie smętnego pierdolenia o przeszłości i dlaczego mi smutno. Ponieważ podobno najlepsze wyniki przynosi terapia behawioralno – poznawacza (CBT therapy), nabyłam drogą kupna książkę i dopiero ta zaczęła otwierać mi oczy. Fora, na których ludzie opisują dokładnie te same problemy, objawy, skutki uboczne. A więc nie jestem wariatką, nie jestem sama. Nikt z nas nie jest, byle przestać udawać przed sobą, że nic się nie dzieje i wszystko jest w porządku. Nie umieram, nie tracę zmysłów – tak jak wytrenowałam mięśnie brzucha, tak samo będę w stanie wytrenować mózg, żeby nie reagował jak pojebany. Ale nie zrobię tego w tydzień ani w miesiąc, choć z tym właśnie najtrudniej jest się pogodzić. 

Dzieci oczywiście głupie nie są i mamo po co ci ta książka oraz dlaczego tak długo nie chodzisz do pracy. Powiedziałam prawdę. Ogólnie zawsze mówię im prawdę przy niewygodnych pytaniach, bo nie chce mi się kombinować i wymyślać bzdur. Opowiedziałam co to GAD, co powoduje, dlaczego trzeba uważać na objawy – u siebie i u innych. Moja mama też chorowała i to znacznie gorzej, ale ja to wiem, rozumiem i widzę dopiero teraz. Wtedy to było tabu, nikt dzieciom o niczym nie mówił, a ja nie rozumiałam dlaczego mnie odtrąca i nie kocha. Z tego powodu zakładam, że każda z moich córek na jakimś etapie życia też będzie musiała się z tym zmierzyć więc zrobię teraz wszystko, żeby je wyposażyć w całą wiedzę, jaką uda mi się na ten temat zdobyć.

Na chwilę obecną mierzę się tylko z jednym dniem na raz. Planuję tylko najbliższą godzinę. Uczę się kontrolować i rozluźniać ciągle i non stop spięte mięśnie, nie panikować jak fizyczne symptomy wciąż nie odpuszczają. Nie oczekuję, że nagle magicznie osiągnę zen i wyluzuję, GAD nadal jest członkiem rodziny i jeszcze długo nim będzie, a energię należy skoncentrować na tym, żeby nie robił więcej takiego spustoszenia jak smok Danki w ostatnim odcinku Gry o Tron. 

Swoją drogą wszyscy tak najeżdżają na tą Daenerys, że ojezu i co jej odjebało.

Serio?

Gdybym nie była na prochach i miała smoka…

Część 1

Kochani. Nie wiem jak długi post wyjdzie z tego co zamierzam opisać, czy w ogóle do końca powstanie i czy po zakończeniu go opublikuję. Mam motywację żeby opowiedzieć to wszystko bo może ktoś z was ma tak samo i jak przeczyta, to ogarnie się szybciej niż ja, zamiast czekać aż samo przejdzie, ale nie jest mi łatwo ten temat ogarnąć i co pięć minut mam refleksję, że może najlepiej to przeczekać, przemilczeć, a potem wrócić i udawać, że nic się nie stało. 

Ale wiem, że tak nie można. Że milcząc będę dokładać cegiełkę do cukierkowo – lukrowanego świata soszial mediów i happy hashtagów, na podstawie których łatwo ulec mylnemu wrażeniu, że inni mają lepiej i tylko nam jest ciężko i pod górkę. I dlaczego inni sobie radzą, a ja nie. Oraz jest taki ogólny trend, że o złych rzeczach i negatywnych doświadczeniach rzadko się w blogosferze pisze i mówi (zwłaszcza na blogach lekkich, łatwych i przyjemnych), niby po to żeby tylko kiedyś pamiętać tylko to co dobre i nie katować się złymi wspomnieniami. No nie zgadzam się i cześć. Nikt z nas sobie do końca nie radzi, ale prawie wszyscy większość czasu robią dobrą minę do złej gry. I ja doskonale rozumiem dlaczego, naprawdę. Sama czuję się jak debil, tłumacząc ludziom jak się czuję i co mi jest. Cały czas czekam aż ktoś mi powie że mam się wziąć ogarnąć, iść na spacer, a przed snem napić ciepłego mleka – to mi przejdzie. I polecę teraz tekstem jak z końcowych napisów kiepskich seriali lub telewizyjnych paradokumentów – kochana Czytelniczko i drogi Czytelniku – jeśli uważasz, że jakikolwiek aspekt tego wpisu może dotyczyć również Ciebie – proszę nie czekaj, tylko porozmawiaj z kimś. Jak nie masz z kim, to napisz choćby do mnie, nie wiem czy pomogę, ale naprawdę będę wiedziała jak się czujesz i nie będę Ci kazała pić mleka.

Pamiętacie GADa, prawda? Otóż mój niewinny GAD, którego od lat z pobłażaniem traktowałam jak trochę większą, oswojoną jaszczurkę, z dnia na dzień przepoczwarzył się w smoka z Gry o Tron, i to bynajmniej nie tego, którego wkurwiająca mnie Daenerys potrafiła ujarzmić jednym spojrzeniem, ale tego, który zwerbowany dotknięciem Nocnego Króla zamienił się w potwora, gotowego na jatkę, bez brania jeńców (dla nieoglądających GoT: w serialu były sobie trzy smoki, które widzowie obserwowali od wyklucia się z jajek, słodkie i kochane, tyle że jak urosły to się okazało, że nie są już uroczymi kotkami, tylko super bronią masowego rażenia, zwłaszcza jak zioną ogniem, który rozpieprza mury twierdz i wrogich zamków).

Przez dwa lata kompletnie ignorowałam całą masę znaków i symptomów, bo – na oko – nic strasznego się przecież nie działo. Oprócz tego, że nic mnie nie cieszyło, nic mi się nie chciało, do niczego nie potrafiłam się zmobilizować. Że przez kilka tygodni z rzędu nosiłam w kółko ten sam sweter, zmieniając tylko zakładane pod niego tshirty. Na pozór wszystko było ok, wstawałam, robiłam makijaż, szłam do pracy, normalnie ze wszystkimi rozmawiałam, nie uważałam, że życie jest bez sensu, nie chciałam się rzucać pod pociąg, wieczorami ćwiczyłam jogę, uważałam na alkohol, kupowałam ten jarmuż i piłam kurkumę. Jednocześnie nic, ale to kompletnie nic nie sprawiało mi radości, za to wszystko mnie frustrowało i irytowało. Ale przecież nie płakałam, nie leżałam w łóżku, wpatrzona tępym wzrokiem w ścianę. Reagowałam może trochę zbyt nerwowo na zjawiska, które nie powinny były większego stresu wywoływać, podskakiwałam na 2 metry, jak dzieciom na podłogę spadało pudełko z lego, no ale bez przesady. Dodam, bo to dość istotne, ze moje/ nasze życie nie jest jakoś wyjątkowo stresujące. Może nie stać nas na wszystko, czego, na jednym oddechu, żądają pełnym pretensji głosem dzieci, przekonane, że zarabiam jakieś kosmiczne (w ich oczach) kwoty i kompletnie ignorujące wszystkie moje ekonomiczne pogadanki z cyklu jak przeżyć od wypłaty do wypłaty, wydając 90% podstawowej pensji na kredyt, prąd i inne rachunki, ale umówmy się, że dramatu nie ma i inni mają gorzej i ja to naprawdę wiem i się nie czepiam. Kariery nie robię, ale to tak jakby z własnego wyboru, bo wolę mieć święty spokój niż się użerać z debilami i tłumaczyć z dealinów. Męża mam takiego, że do dziś nie rozumiem jakim cudem na niego trafiłam, a on ze mną wytrzymał. Czyli, dla postronnego obserwatora, wszystko jest w porządku i nie ma się nad czym rozczulać. Inni mają gorzej.

Ale nagle potem, w Wielki Czwartek, doświadczyłam ataku paniki. Oczywiście nie miałam pojęcia ani że to atak, ani że panika, tylko byłam zwyczajnie przekonana, że umieram. W drodze do sklepu zaczęło mi się kręcić w głowie, w kilkanaście sekund całą głowę objął mi mi migrenowy, napięciowy ból, który ruchem robaczkowym przemieścił się z karku do czubka głowy. Miałam wrażenie jakbym zaczęła funkcjonować poza swoim ciałem, jakbym za sekundę miała zemdleć, albo – właśnie – umrzeć. Przeraziło mnie to tak, że wtedy już faktycznie, ogarnęła mnie prawdziwa panika, która tylko z każdą sekundą potęgowała i tak już przeolbrzymią migrenę.

Wróciłam do domu, tak jak stałam położyłam się na podłodze, na macie do akupresury i zasnęłam na niej na pół godziny.

Następnego dnia w Wielki Piątek pojechałam rano do polskiego sklepu, co było zajebiście złym pomysłem, bo miałam wrażenie że nie kieruję autem, tylko gram w grze komputerowej, w której ktoś jedzie samochodem. Najwidoczniej jednak opatrzność czuwa nad głupkami bo nie zabiłam siebie, ani nikogo innego. 

W Święta Wielkanocne była piękna pogoda, niedzielę i poniedziałek spędziliśmy poza domem na świeżym powietrzu, gdzie było mi odrobinę lepiej, choć wrażenie odlotu towarzyszyło mi większość czasu, a migrena nie odpuszczała ani na godzinę. Ataki paniki (wujek google podpowiedział że to albo one albo rak mózgu) zaczęły mnie za to nawiedzać w nocy. Budziłam się, otwierałam oczy i dosłownie czułam jak zalewa mnie adrenalina, puls rośnie, ból głowy się nasila. Nie znajduję lepszego porównania niż przepalony system nerwowy, w którym alarm uruchamia się i wyje przy byle dotknięciu. We wtorek poszłam do pracy, gdzie nie byłam już w stanie pochylić głowy nad dokumentami ani skoncentrować na niczym. Pracowe koleżanki, stare klępy, jednogłośnie stwierdziły, że eeee, to na pewno menopauza i to wszystko zupełnie normalne. Jak to kurwa miało być normalne i miałam nagle tego zacząć doświadczać codziennie przez kolejną dekadę, to naprawdę kurwa dziękuję. 

W środę napisałam na zakład SMSa, że nie dam rady i nie przyjdę aż mi nie minie. Jeśli to faktycznie menopauza, to wrócę za 10 lat, bye. Poszłam do lekarza, u którego dostałam tak spektakularnego ataku histerii, że Carrie Bradshaw ze swoimi schizami mogła się schować. Lekarz w obliczu tajfunu był chyba gotów przepisać mi wszystko, dostałam lexapro i beta blokery, a międzyczasie jeszcze trafiłam w necie na opis high functioning anxiety i wszystkie elementy układanki zaczęły mi się nagle układać w zgrabną całość…

CDN

Jak przeżyć życie i nie zwariować

Mam wrażenie, że do pewnego momentu w życiu człowiek wciąż czeka i głupio się łudzi, że przyjdzie kiedyś taki dzień, że większość spraw uda się ogarnąć i w końcu zrobi się łatwiej. Zda się tę maturę, potem sesje, poczaruje na zaliczeniach, jakiś wuja załatwi pracę, odchowa się dzieci, spłaci kredyt, wybuduje dom, posadzi drzewo i będzie można odetchnąć. Sama pamiętam dokładnie kiedy ostatni raz miałam taką rewolucyjną myśl. Byłam w drugiej ciąży, po pierwszym usg, dzidziuś zdrowy. Wróciłam do domu, usiadłam na sofie, spojrzałam na malutką Julkę i pomyślałam, że hura, jeszcze tylko kilka lat i będzie trochę łatwiej. 

Trzy tygodnie później na pamiętnym kolejnym usg, dowiedziałam się, że nie ma jednego dzidziusia, SĄ DWA i cały mój misterny plan wyjścia na prostą runął w pizdu. A potem było tylko gorzej i ostatecznie po wielu latach zrozumiałam, że NIGDY NIE BĘDZIE ŁATWIEJ. To ja będę się upgrejdować z life skillsami do poziomu, w którym będę sobie lepiej ze wszystkim radzić, ale łatwiej nie będzie nigdy. 

Skoro zatem jestem już taka straszniem mądra i życiowo ogarnięta, to pomyślałam, że spiszę dla potomnych kilka złotych zasad pod ogólnym hasłem jak przeżyć życie i nie zwariować. Może komuś się przyda coś, do czego ja dochodziłam dekadami, metodą prób i w kółko powtarzanych tych samych błędów. W ogóle posiadanie bloga jest cudowne, c’nie? Mogę se napisać wszystko co chcę,  nowe przeminęło z wiatrem, biblię albo potop w którym zamiast kmicica główną postacią będzie jon snow i nikomu nic do tego. 

Wyliczam zatem w punktach co następuje:

  1. Nie rozkmniniaj przeszłości. To czy postąpiłaś dobrze czy źle nie ma już najmniejszego znaczenia, bo wisły i czasu kijem nie zawrócisz. Zrobiłaś to co zrobiłaś dysponując na tamten moment całą wiedzą, jaka była ci dostępna lub nie. Ja na przykład swojego czasu mogłam zostać rano w łóżku zamiast iść na hulajnogę. Ale poszłam i złamałam kostkę. I chuj. Stało się i trzeba było myśleć do przodu jak przeżyć kolejne miesiące i resztę życia ze złamaną nogą, a nie zaczynać każdej nowej myśli od: gdybym nie złamała nogi, to… Złamałam. Za późno. 
  1. W życiu nie ma porażek, są za to kolejne wnioski do wyciągnięcia. Pewne rzeczy będą się w nieskończoność nie udawać. Jeszcze inne nie udadzą się nigdy. To nie porażki, tylko lekcje pokory, które uczą dużo więcej niż pasmo sukcesów. Sukces jest jak musujące winko z Lidla, usypia czujność, lekko wchodzi, ale po trzecim kieliszku tracimy zdolność trzeźwej oceny sytuacji i euforycznie wysyłamy smsy, których miałyśmy nigdy nie napisać. 

2CwnDyeL7SRXDBVj6NtmCD5H6MtSGL67PPVU3VFHdaaQVzwSr4qnXaiSAd7rb3deT7VqzGBWhLEbcUG1Kqb3xPmL6UFLSEdTiU6aNe8yvZQZyFrSHv6fHrDNJtwWEHFgov84RZrCpVCpfbXZi1D2acpenZbysUfo5uNKpeXprrgF1PUUujivr

  1. Kiedy coś się nie udaje (czyli przez 90% czasu), nie obrażaj się na życie, nie unoś się honorem, tylko dalej rób swoje. Życie ma w dupie twoją urazę. Nie użalaj się nad sobą i nie szukaj na soszial mediach innych, którzy mają lepiej – oni najczęściej wcale nie mają lepiej, często mają dużo gorzej, tylko ty o tym nie wiesz. 
  1. LEARN TO MOVE ON. Najważniejsza zasada i najbardziej użyteczny life skill. Im szybciej się nauczysz przechodzić nad wszystkim co cię spotyka do porządku dziennego, tym mniej życia zmarnujesz na punkty 1 i 3. Z absolutnie wszystkich moich życiowych obserwacji jednoznacznie wynika, że najłatwiej w życiu jest tym, którzy potrafią się błyskawicznie przystosować do nowej sytuacji i szybko adaptować do następujących bez ustanku zmian.
  1. W pewnym momencie może się okazać, że nigdy nie osiągniesz tego co pragniesz lub nie znajdziesz tego co szukasz. Nie oznacza to, że jesteś przegrywem. Przeczytaj raz jeszcze punkt 3, szukaj i próbuj do końca (gdyż kropla drąży kamień nie siłą lecz częstym spadaniem) albo jak ci się już nie chce – pomyśl co masz lub możesz mieć w zamian. Alternatywnie napij się wina.
  1. Stosuj zasadę ograniczonego zaufania, rozczarowania będą mniej bolesne. 9 na 10 osób, które znasz, w jakimś punkcie życia na 100% cię rozczaruje. Kochaj je nadal, albo (jeśli miarka się przebrała) kopnij je w dupę i każ spierdalać. Nie jesteś samarytaninem ani matką teresą. 
  1. Licz na siebie. W każdej chwili, tylko i najbardziej. Miej do siebie więcej zaufania, zobacz ile już przeżyłaś i przetrwałaś, ile razy dałaś rade. Zaufaj intuicji, jeśli wewnętrzny głos coś ci podpowiada, słuchaj go. Nasz umysł identyfikuje milion razy więcej sygnałów z otoczenia niż nam się wydaje, a nasze ciało nieustannie reaguje na bodźce, których świadomie nie rejestrujemy. Intuicja to nie mit, zabobon ani przesąd, ale właśnie ta reakcja na sygnał z zewnątrz, której nie przerobiliśmy na konkretną myśl lub odkrywczy wniosek.
  1. Jak nie wiesz co robić – usiądź i poczekaj, rzeczy wydarzą się same. Go with the flow. Nie musisz mieć szczegółowego scenariusza na każdą życiową okoliczność, naprawdę. Dobrze mieć plan B, ale jak go nie masz, to on się sam napisze, przysięgam. To jest jedna z moich własnych najcenniejszych, wyuczonych umiejętności, która dała mi plus milion do wyluzowania. Nie muszę już teraz znać rozwiązania wszystkich potencjalnych przyszłych problemów, te rozwiązania zawsze gdzieś tam są, tylko ja ich w tym momencie nie widzę (tak jak mój mąż wchodzi do Lidla i nie widzi ryżu na półce, twierdząc, że go nie ma. Potem ja jadę i ryż nagle magicznie jest)
  1. Plany, cele, marzenia i priorytety się zmieniają – ich zmiana to tylko zmiana, a nie koniec świata, armagedon i życiowa porażka. 
  1. Zdecyduj co jest najważniejszą wartością w twoim życiu i wokół tego buduj resztę. Dla mnie tą wartością jest stabilizacja, jej brak powoduje destrukcje. Szanuję to i nie podejmuję pochopnych decyzji, nie zmieniam co chwilę zdania, nie rzucam się jak wyciągnięty z wody karp. Godzę się z tym, że ceną i skutkiem ubocznym stabilizacji może być nuda i brak fajerwerków. Gdyby moim priorytetem były fajerwerki, poszłabym je kupić, proste.

Trzy listy

Pamiętacie jaką człowiek miał kiedyś radość z tego, że przychodziły do niego papierowe listy? Jakim radosnym wydarzeniem było znalezienie koperty w skrzynce? Pisała już o tym któraś z moich blogowych koleżanek (chyba Chuda) – o ekscytacji, gdy przez otwory w skrzynce widać było, że w środku coś jest, pospiesznym rozrywaniu koperty i euforii z otrzymanej korespondencji, często spisanej koślawym charakterem pisma, na pięknej, ozdobnej papeterii. Jako dziecko i nastolatka pisałam i otrzymywałam setki listów – wymieniałam je przede wszystkim z pierwszą żoną (do studiów, a w zasadzie do moich pierwszych lat w Irlandii, potem dzieci i soszial media wszystko nam popsuły) i z innymi bliskimi przyjaciółkami. Pisałyśmy o wszystkim i o niczym i nie miało żadnego znaczenia to, że rano widziałyśmy się w szkole albo na wykładzie, a po południu gadałyśmy godzinę przez telefon. Na jakimś etapie z pierwszą żoną po prostu kserowałyśmy swoje pamiętniki i wysyłałyśmy sobie nawzajem – nie chciało nam się dwa razy pisać tego samego. 

W szkole podstawowej miałam ponadto jeszcze tzw penpal, czyli korespondencyjną przyjaciółkę z… Władywostoku. Pamiętam jak siedziałyśmy zadumane z mamą nad encyklopedią powszechną, kontemplując odległość z Władywostoku do Poznania. Na moje pytanie MAMO, A JAK TAM JEST, mama smętnie odparła – tak, że jakbyś jej wysłała opakowanie po niemieckiej czekoladzie z orzechami, to cały Władywostok zleciałby się oglądać. Buka* (tak miała na imię ruska penpal) przysyłała mi swoje czarno białe zdjęcia, na których radziecki związek wyglądał tak, jakby jeszcze nie skończyła się w nim druga wojna światowa. Przypuszczam, że na moich czarno białych fotografiach, przedstawiających Poznań, Polska nie prezentowała się dużo lepiej…

W liceum się upgrejdowałam i miałam już penpal z Holandii, z którą zresztą odwiedziłyśmy się nawzajem i oba spotkania oraz wizyty wspominam jako bardzo udane. 

IMG_6411

A TERAZ CO.

Co list w skrzynce, to stres.

Nikt już nie wysyła papierowej korespondencji, bo biedne drzewa i zero waste, więc jak już ktoś sięga po ten papier i kopertę, to sprawa musi być sporego kalibru. 

Zatem we wtorek oczekiwał mnie po pracy list nr 1, z irlandzkiego Urzędu Podatkowego, z krótkim żołnierskim komunikatem: Droga pani sistermoon. Wisi nam pani pińc (słownie: 5) TYSIĘCY euro, bo nie płaciła pani podatku od posiadanej nieruchomości. Ma pani 14 dni od daty wysłania listu (czyli 7, bo list opłotkami szedł tydzień) na uiszczenie w/w kwoty, a jak nie to my poinstruujemy pani bank, żeby zabrał pani tę kwotę z konta (powodzenia UP, powodzenia… na koncie bieżącym mam w porywach 67 euro i piętnaście centów, bo resztę piniążków czymam w skarpecie i kuwecie kota). I wiecie co mnie najbardziej wkurwia. Że gdybym wychowała się w kraju z mniej spiętą dupą i większym luzem do życia, to bym parsknęła na ten list śmiechem, zrobiła z niego kulkę do zabawy dla w/w kota, a potem spokojnie czekała aż urząd podatkowy zrobi z siebie debila, spróbuje bez sukcesów zabrać mi pieniądze z konta, naliczy odsetki, przyśle kolejne wezwania do zapłaty. W końcu złożyłabym na nich oficjalną  skargę albo wzięła do sądu ze to że mają burdel w swoich dokumentach, skandalicznie prowadzą moje rozliczenia podatkowe, a ich niepoczytalne listy wywołały u mnie długotrwały stres i globusa i teraz potrzebna mi dwuletnia terapia oraz odszkodowanie w wysokości 50 tys euro oraz 3 dodatkowe ulgi podatkowe. 

Ale nie kurwa, jestem dzieckiem komuny z Polski, więc zaraz poczułam się winna i przekonana, że muszę jak najszybciej się wytłumaczyć bo jak nie, to jutro na pewno przyjedzie pan irlandzki policjant i zamknie mnie do ciupy, za niepłacenie podatku, który co prawda regularnie płaciłam od 6 lat, ale może jednak mi się wydawało i tak naprawdę wydawałam te zawrotne (15 euro na m/c) kwoty na torebunie i kremiki do ryja. 

No nic. Wyżyłam się w mejlu. Napisałam co myślę o debilach, którzy nie potrafią czytać i procesować wysyłanej im korespondencji (UP myślał, że mam dwie nieruchomości, podczas gdy mam jedną, która kiedyś miała inny numer, a teraz ma inny i już im to tłumaczyłam w 2013 roku) oraz zażądałam, żeby z moimi casami dealował senior management, albo przynajmniej ktoś kto rozumie tekst pisany na poziomie klasy maturalnej. Następnie zadzwoniłam, a pan który odebrał mój telefon i sprawdził moje konto prawie się zatchnął oraz powiedział, że bardzo przeprasza, ale nie rozumie jak to się stało i ktoś musiał coś kliknąć, co mnie naturalnie nieprawdopodobnie uspokoiło, że porządek w moich sprawach podatkowych zależy od czyjegoś przypadkowego kliknięcia, być może pani sprzątaczki, która akurat odkurzała klawiaturę i spadł jej na nią cif, albo R, O i M były ujebane dżemikiem, bo ktoś jadł przy biurku lunch i ona próbując to wyczyścić przy okazji nabiła ekstra 5 tys długu na moje konto. Nieważne. W sumie jakby się zastanowić to w ciągu 24h zaoszczędziłam te 5k euro, więc mogę zaczynać działalność na IG jako influencerka, który udziela rad w kwestii zarządzania pieniędzmi i jak zostać milionerem nie wychodząc z domu. 

W czwartek dzwoni PM i mówi że przyszedł kolejny list i że we wtorek ma zabieg. PM, który w ogóle jak widać jest dość chorowitym dzieckiem, cierpi na zdiagnozowaną 2 lata temu arytmię i przez te dwa lata czekał na zabieg ablacji, które ma mu tę arytmię usunąć. Wujek google uprzejmie nas poinformował, że ablacja jest mało inwazyjnym zabiegiem, który polega na wprowadzeniu do serca, przez żyłę udową, elektrody i WYPALENIU KAWAŁKA SERCA. Luz naprawdę. Zero inwazji. Ziew. W ogóle nie zamierzam się stresować i we wtorek rano będę sączyć drinka z palemką, a nie snuć czarne wizje co zrobi trójeczka moich dzieci bez ojca, a ja bez starego, do którego dość się już przywiązałam… jeśli znacie jakieś historie powikłań po ablacji to błagam was na wszystko NIE MÓWCIE MI O NICH, ani o skutkach ubocznych ani w ogóle o niczym, bo dodatkowy stres jest mi już naprawdę niepotrzebny. Jedyne co mnie pociesza to to, że nie leczona arytmia może mieć skutki jeszcze gorsze… Kciuki wskazane, nawet tylko jeden, jeśli ktoś w ten wtorek musi koniecznie pracować albo myć naczynia. 

No więc wracam umęczona w ten czwartek z pracy, a PM mówi:

TAM LEŻY JESZCZE JEDEN LIST.

Nie kurwa. Nie i nie. Dzie ognisko, spalmy go, dosyć listów. Precz z listami. Precz z preczem. Nie otwieram. Nie i już. Wypierdalać.

No dobra, ale pomyślałam, że może to UP przysłał mi kartkę WE ARE SORRY albo może to Rossman do mnie w Irlandii napisał. 

Otworzyłam i co?

Dostałam najpiękniejszy list w ciągu 18 lat pobytu na Wyspie. 

Droga pani sistermoon, informujemy, że pani aplikacja o irlandzkie obywatelstwo została ZAAKCEPTOWANA. Proszę przysłać tysiaka (niestety tyle to kosztuje, no ale zaoszczędziłam pińć, więc nadal jestem 4 do przodu) i zdjęcia to damy pani irlandzki paszport.

Wzruszyłam się niebotycznie, bo za miesiąc 18 lat w Irlandii, więc na emigrancko pełnoletniość akurat dostanę nowy dokument tożsamości i w ogóle. Że nigdy już żadnych ewentualnych pozwoleń na pracę albo niepewnej przyszłości w razie Irexitów, Polxitów czy chujwiecoitów. Mogę legalnie tu zostać. Forever.

Potem wieczorem Piątek Krzysiu jebnął bramkę Austrii i ja naprawdę nadal pamiętam Senegal, ale mój związek z polską drużyną piłkarską jest jak relacja z mężem alkoholikiem, który obiecuje, że przestanie pić, ale co wieczór i tak wraca najebany. A ja mu tak zdejmuję te buty i skarpetki i wierzę jak przeprasza i mówi, że kocha i że już nigdy więcej…

 

* Wika, ona miała na imię WIKTORIA, tylko oczywiście W to ruskie B, a potem już mi się utrwaliła ta BUKA z Muminków…

W marcu jak w garncu

Mrugnęłam od nowego roku dwa razy i momentalnie zrobiła się połowa marca. Może jak przestanę tyle mrugać, to czas zwolni, jak myślicie. W międzyczasie w Irlandii siedem sióstr ustrzeliło w Euromilion 175 milionów euro i nienawidzę ich tylko za to, że w tym dwudziestoczterogodzinnym oknie czasu między histeryczną wiadomością od kolegi z pracy: EUROMILLIONS WON IN IRELAND, a oficjalną informacją w mediach, że to nie nasz zakładowy syndykat, naprawdę zdążyłam zaplanować całe swoje życie i życie swoich dzieci też. Potem jechałyśmy z Julką samochodem i wyliczałyśmy co byśmy za te pieniądze zrobiły. Wyszło nam, że większość byśmy rozdały, bo bez przesady, książki, ciuchy, kosmetyki plus nieruchomości w Tatrach i w Portugalii tyle aż nie kosztują.

Poza tym pierdolca dostaję od dyskusji i rozważań o odejściu od zmiany czasu. W Irlandii w okolicach 21. grudnia jest ciemno do 9 rano, naprawdę nie przeżyję jak będzie ciemno do 10. Ale nie kurwa, przecież jak przestaniemy przesuwać zegarki, to wieczorem zmrok zapadnie o 17:52 zamiast o 17:02. Jaka to oszczędność energii i życie w zgodzie z naturą, omg. Faktycznie, żyjąc w zgodzie z naturą nie będę w stanie dobudzić się do 11:45, a za zaoszczędzone na elektryczności w zimowych miesiącach 48 centów kupię sobie 0,234455 tabletki na depresję spowodowaną porannymi ciemnościami. 

img_6089.jpg

Potem trafiłam na bardzo pożyteczny wątek w internecie o menopauzie i oświeciło mnie, że mój GAD nie jest tak naprawdę klasycznym GADEM, tylko malutkim, słodkim i milusim Gaddusem Primenopauzarusem! Wszystkie objawy się zgadzają, jak w pysk strzelił. Najśmieszniej było jak kilka tygodni temu w nocy zerwałam się nagle z łóżka – normalnie identyko jak te wszystkie postaci w horrorach, co nagle siadają z krzykiem na łóżku, z szeroko otwartymi oczami. PM potem powiedział, że nigdy w życiu bardziej się nie przestraszył. On się przestraszył, ON. A to że ja się zerwałam jak oparzona bo przyśniło mi się, że we włosy wplątał mi się wróbel, to nie ma znaczenia. I co czytam? Że horror sleep w tym okresie to norma, tak samo jak palpitacje serca, panika z byle powodu, nieustanne pobudki w nocy, bóle i skurcze mięśni plus okres all over the place. Serio, kurwa, najpierw dojrzewanie, potem kilka dekad okresów i PMSów, potem ciąże, porody, połogi, na to wszystko końskie dawki hormonów żeby zajść/ nie zachodzić, a w podsumowaniu cudu istnienia na tej planecie w formie żeńskiej – menopauza, która – uwierzcie mi – kumuluje w sobie wszystkie czarowne objawy minionych faz plus dorzuca gratis kalorie z powietrza, niekontrolowane sikanie przy kichaniu, kontuzje i urazy ortopedyczne spowodowane zbyt nagłym poderwaniem się z łóżka lub gwałtownym atakiem śmiechu oraz pomarszczony na ryju i dekolcie kostium. O szyi nie wspominam, bo mi słabo.

Jak z tym walczyć droga gosiu, jak żyć. Suplementy niby pomagają, ale trzeba kupić wszystkie dostępne i zażywać co kwadrans, ewentualnie rozbić je w moździerzu i się w nich wytarzać, względnie wciągać nosem, jak kokę. I życie bez stresu o tak. Oraz odpoczynek. 8 godzin snu nieprzerwanego wróblami we włosach. Ewentualnie butelka wina na wieczór, ale wtedy nagle też jest problem, bo alkoholizm. Proszę mi przedstawić badania, które jednoznacznie stwierdzają, że alkoholizm jest gorszy od menopauzy. Po winku przynajmniej człowiek zapomina o bolącym krzyżu i korzonkach, przestaje widzieć zmarszczki (u siebie i u innych) i schizować na każdy możliwy życiowy temat, który ma szansę skończyć się potencjalną katastrofą. Może taśmą kinezjologiczną się otejpować. Kupiłam je ostatnio w Lidlu, bo takie ładne różowe i pod kolor moich włosów były. Otejpowałam sobie plecy i bardzo mi się podobało, do momentu aż usiłowałam je odczepić i odeszły prawie ze skórą. I oczywiście nie wolno z nich korzystać cały czas, bo wtedy mięśnie nie pracują i ulegają osłabieniu. Kurwa, no to na chuj je sprzedawać w supermarketach, niech będą na receptę u lekarza specjalisty, na wizytę u którego czeka się pińć lat. I niech ten lekarz przepisuje je w odcinkach 10 centymetrowych.

Za dwa tygodnie do gry wraca reprezentacja, ale doprawdy nie wiem czy już im wybaczyłam ten ubiegłoroczny Senegal. Plus mamy nowego Roberta Lewandowskiego, który nazywa się Krzysiu Piątek i odprawia cuda i czary mary we włoskiej Serie A, tylko co z tego skoro wujek Brzęczek w podstawowym składzie i tak pewnie wrzuci siostrzeńca Kubę, a Krzysia posadzi na ławce, żeby mu się w dupie nie poprzewracało. Mam pewną słabość do imienia Krzysiu, nie ukrywam.

Idę zapić Primenopauzaurusa winkiem, niechaj mam coś z tego, że w poniedziałki nie chodzę do pracy, wam życzę dobrego tygodnia, a sobie żeby Bayern Monachium w środę skopał dupę Liverpoolowi i żeby z agenta nie odpadał jeszcze Andrzej Gołota. 

Pokolenie 90210

Wczoraj umarł Luke Perry. 

Naprawdę nie umiem opisać czym dla mojego pokolenia był ten serial, z jakim nabożeństwem oglądałyśmy z siostrą każdy jego odcinek, jaką wizję życia nam sprzedawał i ile godzin spędziłyśmy omawiając z detalami perypetie sercowe bohaterów oraz decydując kto był większą suką – Brenda czy Kelly. To był taki Breaking Bad i Jesse Pinkman (w sensie wpływu na resztę życia) tamtej ery i naprawdę nieważne, że zapewne nie przetrwał żadnej próby czasu i że zapewne z trudem da się go dzisiaj oglądać bez chowania głowy pod poduszką i rumieńca zażenowania. Zresztą może nie, who cares.

Nie mam żadnej koleżanki z tamtych czasów (łącznie z tymi, które odżegnywały się od popkultury i co roku jeździły na festiwal do Jarocina), która nie kochałaby się wtedy w Dylanie, bo Dylan ucieleśniał wszystko. Każde nasze nastoletnie wyobrażenie o księciu z bajki i każde (niezbrukane nieznaną nam natenczas prawdą o związkach) marzenie o idealnej miłości na całe życie. BH90210 było pierwszym prawdziwym („Dynastii” nie liczę) oknem na świat i z odcinka na odcinek kopary nam opadały na widok olukrowanego życia hamerykańskich naszych rówieśników, tak odległego od siermiężnej, polskiej, postkomunistycznej rzeczywistości, od słomianek na ścianach, plakatów z Bravo i od śmierdzących sal gimnastycznych w poznańskich liceach. Sale gimnastyczne w Beverly Hills śmierdzieć nie mogły, to było oczywiste. Wierzyłyśmy wtedy we wszystko jak leci, bez żadnych zastrzeżeń. Świat nie miał dla nas granic, wszystko się mogło zdarzyć, miałyśmy po 17 lat, kwiaty we włosach potargał nam wiatr, a towarzyszące naszym marzeniom o idealnej reszcie życia różowe jednorożce, srały tęczą. 

dylan1

I wybaczcie, ale nie przyjmuję gładko i bezstresowo do wiadomości, że umiera mój ex idol, starszy ode mnie o raptem 7 lat. Who’s next? E.T? Alf? Bolek i Lolek? Kulfon? WTF. Kurwa. To nie jest śmieszne. PM ma 51 lat. Wokalista The Prodigy miał 49. 

Człowiek nie może się oprzeć wrażeniu, że coś czego trzymał się kurczowo przez dekady, co zdefiniowało jego światopogląd i współstworzyło jego tożsamość, zaczyna powoli wymykać mu się z rąk, nieuchronnie prześlizgiwać się między palcami i na 100% wiadomo, że to co uciekło nigdy już nie wróci, świat po którym chodził Luke Perry nigdy już nie okrąży słońca ani nawet nie zrobi pojedynczego obrotu wokół własnej osi. Im rozpaczliwiej pragnie się ten przeciekający przez palce czas i postępujący proces utraty przeszłości zatrzymać, tym bardziej kpią sobie one z naszych wysiłków 

Tak jak nigdy do końca nie ogarnęłam, że umarła Joanna Chmielewska. Raz na jakiś czas przypomina mi się ta wiadomość i za każdym razem tak samo smutno mnie zaskakuje. Nie wiem czy potrafię to opisać, bo nie wiem czy to w ogóle ma sens. Że kogoś kto „towarzyszył” mi większość życia już nie ma, a ja się czuję tak, jakby on ciągle był. „Autobiografia” Chmielewskiej jest jedną z najbardziej zaczytanych przeze mnie książek wszech czasów, opisane w niej fakty z jej życia znam na pamięć i na wyrywki, lepiej niż historie i epizody z życia własnej rodziny, więc tym bardziej nie mogę jakoś do końca tej wiadomości przetrawić i się z nią pogodzić, mimo że od śmierci autorki minie w tym roku 6 lat (kurwa, po co to sprawdzałam, po co)

I co teraz. Strach się budzić i włączać TV. Bo kto będzie następny i kiedy? Kmicic? Rysio Ochódzki? Może Carrie Bradshaw, co? A może Meredith Grey?

Mam wrażenie, że wszystko co człowieka spotyka między 12 a 18 rokiem życia zostaje już wdrukowane w głowie na zawsze. Nieważne czy jest to Dylan McKay, czy Kajko i Kokosz czy guma do żucia Donald. Potem jeszcze doczytałam, że Dylan urodził się w 1974 roku, więc ma (miał) tyle lat co ja. Oraz: „Dylan to postać, która miała najwięcej niepowodzeń, rozczarowań i problemów w życiu, mimo tego na koniec wyszedł na prostą. Ostatni odcinek wskazywał na to, że Dylan znów zejdzie się z Kelly i wreszcie będzie szczęśliwy”.

I co? I gówno.

Miało być tak pięknie, a było jak zwykle i zamiast różowego jednorożca ostał nam się ino sznur. 

RIP Luke, będę bardzo tęsknić. 

Osiem przykazań

Ponieważ 18. rocznica nalotu na Wyspę zbliża się wielkimi krokami, poniżej przestawiam listę porad, których dziś (z perspektywy prawie dwóch dekad poza granicami Polski) udzieliłabym sobie samej na chwilę przed wyjazdem, gdy w towarzystwie rodziców i psiapsiółek stałam, niczego nieświadoma, na peronie pierwszym poznańskiego dworca, czekając na pociąg do Berlina i nie mając zielonego (nomen omen) pojęcia, że oto dostałam od losu prezent stulecia i zaczynam swoje życie numer dwa.

Pomijam grobowym milczeniem to 18 lat, bo doprawdy. Trochę tak, jakbym w tym czasie urodziła, odchowała i doprowadziła do pełnoletności jakieś dziecko. Dziwnie mi z tym. Oraz gdzie to dziecko.

Tak więc, nie zaczynając zdania od więc, zaczynam:

Po pierwsze

Nie bój się. Uwaga, powtarzam bo to najważniejsze:

NIE BÓJ SIĘ!

Nie bój się niczego. Nie bój się pytać, błądzić, prosić o pomoc, nie wiedzieć, mylić się, pytać po raz kolejny i jeszcze raz. Nie bój się źle mówić w obcym języku, bo szybko się przekonasz, że prawie każdy (włączając w to tubylców) mówi w nim niepoprawnie. Nie bój się mówić, że nie rozumiesz – słówka, którego ktoś użył, slangu, akcentu, zadania do wykonania w pracy lub dokumentu nad którym musisz pracować. Tysiąc razy lepiej jest się przyznać, że się czegoś nie umie lub nie rozumie, zamiast brnąć w zaparte i nie mieć pojęcia co dalej robić albo, co gorsza, robić to źle! Tubylcy podchodzą z dużą dozą respektu (przynajmniej Irlandczycy, których rodziny również przez całe pokolenia emigrowały) do innostrańców, którzy mieli odwagę rzucić wszystko, wyjechać i chcą poznawać ich kraj, zwyczaje, uczyć się i rozwijać. Wkurwiają ich natomiast ci, którzy języka się nie nauczą, bo po co, ale za to nieustannie (we własnym języku) narzekają na irlandzką pogodę, zaopatrzenie w sklepach, ceny, budownictwo, służbę zdrowia, podatki i to, że trawa w grudniu jest zielona.

Po drugie

Ucz się wszystkiego i od każdego. Nie wymądrzaj się, że wiesz lepiej, albo że w Polsce coś się robi inaczej, szybciej i skuteczniej, nawet jeśli faktycznie tak się robi. Z jakiegoś powodu wyjechałaś, zamiast zostać, więc teraz siedź, słuchaj i obserwuj, bo takiej szkoły życia, jak mieszkanie poza granicami rodzinnego kraju, nie dostaniesz już nigdy i nigdzie. Zaakceptuj, że wielu rzeczy nie wiesz i nie obrażaj się jeśli ktoś cię poprawia lub usiłuje czegoś nauczyć, nawet jeśli wydaje ci się, że już to umiesz albo że zrobiłabyś to lepiej. Bądź otwarta na każde nowe doświadczenie. 

4593745e-012b-4af3-88ac-035f02af6ad9

Po trzecie

Nie izoluj się. Nie zamykaj w gronie Polaków. Gdy będziesz po tysiąc razy słyszeć te same pytania skąd jesteś, dlaczego wyjechałaś i czy podoba ci się w nowym kraju – nie irytuj się, tylko odpowiadaj – tubylcy nie chcą cię wkurwić, tylko są ciekawi. Od tego co i jak odpowiesz będzie zależeć to jak zaczną postrzegać ciebie samą, ale jednocześnie wszystkich twoich ziomków. Sama też bądź ciekawa i pytaj ich o wszystko – będą wniebowzięci mogąc ci wytłumaczyć zasady gaeilc football albo objaśnić kim była święta brygida i dlaczego wiosna w ich kraju zaczyna się 1 lutego. 

Po czwarte

Nie oceniaj nikogo i niczego. Nigdy. Nie krytykuj kraju, który cię przyjął z otwartymi rękami i dał pracę. Nie nabijaj się z mieszkańców, z ich wad, nawyków i przyzwyczajeń. To ty jesteś tu gościem, a oni są u siebie, nie odwrotnie. Nie podoba ci się – granice nadal stoją otworem (no chyba, że wyemigrowałaś do UKa…)

Po piąte 

OSZCZĘDZAJ i planuj. Nie przepierdalaj całej wypłaty (zwłaszcza na początku) na kosmetyki, sukienki i guinessa. To nie Polska. W 9 przypadkach na 10 nie masz tu ani takiego zaplecza ani wsparcia, jak w domu u mamy. Nie rzucaj niefajnej pracy po miesiącu, tylko daj sobie czas żeby się oswoić i ochłonąć. Nie podejmuj żadnych pochopnych decyzji. Nie panikuj jak wszystko cię przerasta i przeraża, to normalne. Zawsze miej plan B. Nie pożyczaj pieniędzy. Nikomu ani od nikogo. 

Po szóste

W miarę szybko zdecyduj się, czy zostajesz czy wracasz. Życie jedną nogą tu, a drugą tam wykańcza, bo tak naprawdę nie ma cię mentalnie nigdzie. Jak się zdecydujesz, będzie ci łatwiej uporządkować to co ważne i cieszyć się tym, co tu i teraz, pod warunkiem że nie będziesz patrzeć ciągle wstecz i rozkminiać co by było gdyby. Bądź jednak świadoma, że czegokolwiek nie postanowisz, to i tak zawsze będziesz rozdarta między tam a tu. I zawsze będziesz tęsknić. Jak już podejmiesz decyzję i wpadniesz w depresję, że zostałaś wygnańcem niczym Tom Hanks w Castaway to przypomnij sobie, że każdą decyzję w każdym momencie można zmienić. 

Po siódme

Korzystaj z tego, że jesteś tam gdzie jesteś. Podróżuj. Zwiedzaj. Interesuj się. Nie siedź na dupie i nie oglądaj polskiej telewizji, tylko idź do nowej szkoły, zapisz się na kursy celtyckiego szydełkowania lub robienia irlandzkiej pasty twarogowej. Poznaj rodzimą kinematografię. Próbuj lokalnego jedzenia, pij lokalne piwo. Celebruj lokalne zwyczaje. Siedź w pubie, chodź na mecze. Zapoznaj się z historią i kulturą miejsca, w którym żyjesz – są fascynujące. Zastanów się co chciałabyś zrobić, planując wakacje w kraju, w którym mieszkasz – i rób to! 

Po ostatnie

DOBRZE SIĘ ZASTANÓW CZY CHCESZ WRACAĆ, zwłaszcza jeśli lubisz swoje nowe miejsce na ziemi. Nie naprawiaj tego co nie jest zepsute. Stworzenie od zera życia na obczyźnie to ogromny wysiłek – i jeśli się opłacił, nie poddawaj się zbyt szybko, zwłaszcza gdy ogarnie cię melancholia i tęsknota za dzięcieliną i świerzopem. Pamiętaj, że grass is always greener on the other side, a nostalgia całkowicie odwraca percepcję – to co doprowadza cię do furii na miejscu – zacznie wzruszać i rozczulać w sekundzie, w której dotkniesz polskiej ziemi po powrocie.

Poznań 2019 cz. 2

Poszłam w tym Poznaniu do kilku knajp, o których coś tam się naczytałam w internecie, że dobre jedzenie i ojezu. Nie wiem na co się nastawiałam, ale kanapka na której ktoś pod jajkiem rozmazał awokado, po czym szczerze i od serca sypnął rukolą na talerz i okoliczne stoliki, dawno przestała się w moim świecie kwalifikować do nagrody złotej patelni. 

Kiedyś tak, o tak. Przed PMem imponowało mi każde żarcie z każdej knajpy. Nieważne, że po nim rzygałam albo przez trzy dni bolał mnie żołądek. W latach 90-tych każde jedzenie na wynos, nie będące zapiekanką z pieczarkami z budy na Półwiejskiej, to było wow i omg, człowiek nie wybrzydzał i wszystko co mu podano pod nos, po prostu musiało smakować. Potem, na samym początku życia na wyspie żywiłam się w przyzakładowej kantynie i też mi się wydawało, że gotuje dla mnie sam Gordon Ramsay, a kantyna ma co najmniej dwie gwiazdki Michelin. Jeszcze bardziej potem poznałam PM, który drugiego tygodnia znajomości wysunął rewolucyjną myśl, że może UGOTUJMY COŚ SAMI. Na nasz pierwszy wspólny obiad mieliśmy rozgotowany makaron, z wywaloną na niego kapustą (na ciepło) z litewskiego sklepu. Prawdopodobnie myślą przewodnią przy komponowaniu posiłku były łazanki, nie pamiętam, PM się upierał, że to będzie bardzo dobre. Po kolejnych kilku tygodniach znajomości kupiłam mielone, z mocnym postanowieniem zrobienia sosu bolognese i do dziś pamiętam jak stałam na tą nierozpakowaną paczką surowego mięsa, nie wiedząc do końca co dalej oraz próbując opanować wszechogarniającą panikę, że nie umiem, nie potrafię i chcę do mamy. Po czym euforię, jak po desperackim wrzuceniu mielonego na gorącą patelnię, mięso zaczęło skwierczeć, pachnieć i ostatecznie przybrało jadalną postać. Z ręką na sercu mogę przysiąc, że wiem jak się czują zwycięzcy masterchefa. 

No ale o tych knajpach miałam. Że szłam nastawiona pozytywnie, a wychodziłam meh i szłam po drożdżówkę. Jedną kanapkę raz na Ratajczaka kupiłam, z hummusem i pieczoną papryką, jak szłam na pociąg do Chodzieży, i tak, to zdecydowanie był highlight, była rewelacyjna. „Lavenda” na Wodnej – whatever, jajecznica z 4 jajek wyglądała jak moja domowa z 2. „Bardzo” na Żydowskiej – to ta kanapka z jajkiem na awokado (i bardzo, bardzo dobrym chlebie), obleciało, ale serio, prawie 5 euro za śniadanie (czyli tyle ile za naprawdę dobrą kanapkę w posh dzielnicy Dublina) jest lekką przesadą, plus żeby się najeść potrzebowałabym chyba takie trzy. Oraz naprawdę o co chodzi z tym obsypywaniem wszystkiego rukolą. To taki kulinarny brokat, czy co? „Meat us”, też na Żydowskiej, które było hitem mojego ostatniego pobytu i koczowałam tam non stop, teraz nie dało rady. Tzn ja nie dałam rady. Nie wiem co z tym mięsem, oświećcie mnie, ale nagle po 45 latach grillowanych karkówek, mielonych, schabowych, pieczonych kiełbas, kaczek i półgęsków, mój żołądek nagle ogłosił, że NIE, NIE lubi i nie będę go zmuszać. Dawaj w zamian kalafiora. Tak na marginesie, PM, który ma bardzo wysokie ciśnienie, w momencie gdy przestaje jeść mięso, zaczyna mieć ciśnienie idealnie normalne. Więc nie wiem, ale daje to do myślenia.

IMG_5949Najlepsze obiady zjadłam u mamy oraz w pizzeri „Przyjemność” na Wildzie, do której zabrała mnie bardzo dobra przyjaciółka. Serio, gdyby nie lata znajomości oraz setki wspólnie skonsumowanych bułek ze Sphnixa, nie weszłabym tam nawet w naciągniętej na oczy kominiarce i gdyby jedzenie serwował sam Jesse Pinkman. Błąd! Błąd! Nie oceniajcie nigdy po pozorach! W tym brudnym, odrapanym baraku kolo obesranego przez psy skwerku, zjadłam najlepszą pizzę w życiu.  W sumie dwie, bo następnego dnia biegłam tam z powrotem, spróbować wersji wegetariańskiej. Ja i pizza wegetariańska. Bakłażan by się uśmiał. 

Będąc z wizytą u mamy, mama wyciągnęła dwie butelki własnoręcznie robionych nalewek i mówi, weź to dziecko do domu. Do domu. Daj spokój mamo, nie będę teraz nadawać specjalnie bagażu, chodź się lepiej napijemy, bo zimno, wirusy i trzeba w ogóle spróbować czy to dobre. Po nalewce mirabelkowej była aroniowa, potem wiśniowa, potem agrestowa. Potem mama wyciągnęła jeszcze owoce, które trzyma z tych wszystkich nalewek i mówi, że to idealne do deserów. Zjadłyśmy pół słoika nawalonego spirytusem agrestu, widelczykiem prosto ze słoika, bo deseru nie było. Naprawdę przysięgam wam, że soplica mirabelkowa, którą dzień wcześniej kupiłam w Żabce nadaje się przy nalewkach mojej mamy do usuwania nalotu z kibla. 

I co jeszcze. Terapia brakiem wrzasku kochanych dzieci zrestaurowała mnie po 48h. Spać nie mogłam, więc o brzasku oglądałam w TV powtórki starych teleturniejów z Krzysiem Ibiszem. W sklepach nic nie było, a jak było to po cenach dublińskich, więc podziękowałam. Zresztą nie wiem, może to ten etap w życiu, że już człowiekowi nie podoba się wszystko, jak leci, tylko jedna rzecz na milion. Jedno niepokojące spostrzeżenie miałam takie, że jak kiedyś narzekałam przyjaciółkom, że jestem stara i gruba, to zgodnym głosem protestowały, a teraz  wszystkie milczały jak zaklęte… Głowa odpoczęła mi bardzo i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło.