Ice Queen

“Ty to jestes jednak prawdziwa Ice Queen” powiedzial mi ostatnio pracowy kolega. Nie palnelam go w ucho linijka, jako iz:

a) lubie go i wiele nudnych biurowych godzin przetrwalam tylko dzieki naszym wielogodzinnym i wielopoziomowym konwersacjom na pracowym gadu – gadu (komunikator normalnie identyko jak GG, tyle ze bez sloneczek)

b) mial racje

Potem przypomnialo mi sie, ze tym samym tytulem obdarzyly mnie kiedys wlasne dzieci (chociaz moze to byla zla macocha z „Kopciuszka”?) i zaczelam sie nad tym zastanawiac.

Problem z ktorym borykam sie cale zycie. „Czemu jestes taka wkurwiona?” Nie, nie jestem wkurwiona, po prostu moj ryj wyglada tak na co dzien, naprawde. Zostalam defaultowo obdarzona wyrazem twarzy, ktory powoduje, ze dorosli decyduja sie profilaktycznie do mnie nie zblizac, dzieci uciekaja na moj widok z krzykiem, a male pieski, rozpaczliwie skomlac, szukaja schronienia u swoich wlascicieli. Co ciekawe od zawsze, ale to od zawsze przyciagalam pijakow. Peron, poczekalnia, kolejka pelna ludzi, wtacza sie koles na bani, a ja moge miec 100% pewnosci, ze podejdzie do mnie i zacznie pogawedke. Moze w pijanym zwidzie potrafi przejrzec na wylot moj mur z lodu, a moze wie, ze nie powiem mu, ze ma spierdalac.

471FD825-24B7-4CF8-B7AB-DD12ED9BF3A0Strasznie sie w ogole tym kiedys przejmowalam, bo co odpowiadac ludziom na pytanie dlaczego jestem wkurwiona skoro nie jestem. I przekonywac wszystkich, ze wszystko jest ok, a ja jestem w swietnym humorze tylko, zwyczajnie, w tym momencie nie chce mi sie gadac. I moze w takim razie powinnam cwiczyc yoge twarzy, zeby rozluzniac spiete miesnie, albo poddac sie operacji plastycznej, albo chociazby namalowac sobie czerwona pomadka soczysty usmiech a la Joker, zeby wszyscy dali mi swiety spokoj.

Potem pomyslalam, ze to w zasadzie atut. W przedbiegach odpadaja wszyscy, ktorzy oceniaja po pozorach. Zostaja ci, ktorym chce sie spojrzec troche glebiej i ktorzy sie nie zrazaja brakiem  entuzjazmu, wylewnosci lub zerojedynkowmi odpowiedziami na zadane pytania. Odpadaja smalltalkowcy, ktorzy w dupie maja co im sie odpowie, a mowia glownie po to, zeby mowic. Odpadaja ci, ktorym z emfaza trzeba relacjonowac jak nam minal wieczor, co sadzimy o dziesiejszym cisnieniu atmosferycznym oraz ostatnim odcinku telewizyjnego talk show  i  w ogle jakie mamy plany na weekend, xmas, nastepne wakacje i reszte zycia. Prawda jest taka, ze Ice Queens czuja sie mega niekomfortowo w small czacie, ale staraja sie dostosowac, zeby za bardzo nie odstawac i nie straszyc  ludzi. Zawsze jednak oddychaja z ulga, gdy ich interlokutor sie znudzi i znajdzie sobie kolejna ofiare.

Jak zwykle lepsi w te klocki sa faceci, ktorzy szybciej i latwiej pojmuja, ze to, ze sie siedzi i milczy nie oznacza obrazy, wkurwu, okresu, klotni z facetem czy ogolnego popierdolenia tylko sygnalizuje chwilowa niekompatybilnosc werbalna z otoczeniem. PK (pracowy kolega) okresla te dni jako „non – talking days” i nie dopytuje sie idiotycznie dlaczego sie nie usmiecham, nie skacze, nie tancze kankana i nie rozmawiam ze wszystkimi, tylko podsyla mi smieszne linki. Osoba, ktora potrafi rozbawic Ice Queen w trakcie jej non talking days (zamiast sie obrazac, ze jezu a ta znowu wkurwiona) ma w jej swiecie specjalne miejsce. I nie, do Ice Queen, wcale nie trzeba sie dobijac tygodniami, zabiegac o jej wzgledy, przekonywac o swojej wyjatkowosci i zajebistosci, zeby tylko sie chciala do kogos odezwac. Ice Queen ogolnie lubia ludzi, ale kompletnie nie odnajduja sie w swiecie plotek i opierdalania wszystkim dupy. Ich wypowiedzi – czy to werbalne czy online rzadko sa naszpikowane emotkonami (po poczatkowej fazie ich naduzywania zeby tylko przekonac rozmowcow ze nie, naprawde nie jest sie wkurwionym) w zwiazku z czym zeby dotrzec do sedna wypowiedzi Ice Queen trzeba albo ja troche lepiej znac albo sie nie przejmowac jej wyrazem twarzy.

Teraz juz mam wyjebane. Tak wygladam i czesc. Moje serce nie jest z kamienia ani z lodu, a ze nie posiadam sparkling personality, ktora przekladalaby sie na usmiechy, serduszka, fajerwerki i poklepywanie swiata po ramionach, to juz trudno. Lubie byc sama i nie uznaje tego za wade czy tez czynnik, ktory dyswalifikowlaby mnie z funkcjonowania w grupie. Nie mam problemow z samotnym lunchem, spacerem lub wyjsciem do kina, tak jak nie mam problemow z grupowym wyjsciem na piwo. Lubie z kims milczec i lubie ludzi, ktorzy potrafia wspolmilczec nie traktujac ciszy jako wroga.

Ice Queen, ktora stara sie spelnic oczekiwania ludu co do wyrazu jej twarzy czesto ewoluuje w kierunku wioskowego glupka lub klowna, ktory za wszelka cene stara sie udowodnic swoja fajnosc. Efekty tego bywaja krotkowalofe, zludne i mizerne, wiec nie polecam.

Jak spotkacie nas swojej drodze Ice Queen to sie do niej usmiechnijcie. Ten banal nad banaly tutaj sprawdza sie 100%. Usmiech roztapia caly lod. Oraz nie pytajcie jej dlaczego jest wkurwiona. Jesli naprawde jest wkurwiona i was lubi to dowiecie sie o powodach wkurwu w pierwszej kolejnosci.

 

Wychodne

Jadę na jakimś mega cugu energetycznym i może to te suplementy, co mi mama na menopauzę przysłała, a może wrzesień a może joga, albo vit C w proszku. Nie wiem, nie wnikam. Ostatni raz tyle siły miałam zanim zaszłam w ciążę z Julką, więc bez komentarza. Wykorzystując cug miałam w ubiegłym tygodniu DWA RAZY wychodne, po którym nie byłam wykończona, nie padałam na pysk, nie umierałam i naprawdę nieważne, że jak w piątek wróciłam do domu o normalnej godzinie to od razu zasnęłam, spałam do 21, po czym wstałam, obejrzałam początek „Obcego 2” i poszłam dalej spać, na kolejne 9 godzin.

W środę poszłam na WORK HIKE. Naprawdę. Wsiadłam po pracy w pociąg, pojechałam wzdłuż zatoki dublińskiej, wysiadłam w Howth i poszłam się wspinać. Z LUDŹMI Z PRACY, których przez ostatnią dekadę, poza pracą, przez większość czasu, profilaktycznie, starałam się unikać jak ognia. Potem poszliśmy na drinki i tam mnie olśniło, że oto w końcu zachowuję się tak jak kiedyś, jak stara sistermoon – przed dziećmi. Nie mam wyrzutów sumienia, zajebiście się bawię, nie spieszę się do domu i nie panikuję, że ojezu dzieci doznają trwałego emocjonalnego urazu, bo mamusia nie dała im buzi na dobranoc. Co więcej – dzieci zostały same w domu, bo PM też musiał wyjść. To już nie światełko w tunelu, to jebany reflektor oświetlający pas startowy na lotnisku w Atlancie! (jezu słuchajcie, oglądałam w irlandzkiej TV program o największym lotnisku świata (w Atlancie) i czy wiedzieliście, że Airbusy składa się RĘCZNIE przy pomocy nitów?! Pewnie wiedzieliście, no ale ja nie, to cześć. Oraz właśnie doczytałam, że zła jakość nitów zgubiła Titanika, chuj z górą lodową). No więc przesłanie moje do Was dzisiaj jest takie, że jak macie małe dzieci i nie możecie same wyjść nawet do kibla, to błagam, nie poddawajcie się. Przyjdzie dzień, że jebniecie drzwiami, Wasza torebka nie będzie wyładowana pieluchami i tysiącem innych rzeczy, niezbędnych niemowlakowi do przeżycia kwadransa poza domem i nikt nie będzie do Was co pińć minut wydzwaniał, że Wasz bobas się posrał, porzygał, nie chce spać, ma gorączkę i co teraz i że w ogóle DLACZEGO WYSZŁYŚCIE I CIĄGLE WAS NIE MA, minęło już przecież 28 minut i 16 sekund i 25 nanosekund odkąd zamknęły się za Wami z hukiem drzwi. 

IMG_4134

Więc ogólnie miałam takie objawienie, że przecież mogę to robić częściej. Wsiadać w ten pociąg i jechać gdziekolwiek. Na hike. Na piwo. Posiedzieć nad morzem. Pójść do pennysa na zakupy (Pennysa otwierają w Polsce btw). Nie muszę wracać biegiem do domu. Aleluja. Nie dlatego że dzieci większe i generalnie w dupie mają czy wróciłam teraz czy za 3h, nie dlatego, że nakarmienie, przebranie i położenie trójki niemowlaków do łóżka przez jedną osobę to challange prawie większy, a na pewno bardziej emocjonalnie wykańczający od zjazdu na nartach z K2, ale dlatego, że uwaga, nie jestem wykończona i CHCE MI SIĘ. Nie wiem czy dla osób bezdzietnych względnie małodzietnych to tłumaczenie ma jakiś sens, ale jestem pewna, że rodzice z liczbą dzieci 3+ całują teraz ekran i robią skrinszota, żeby się w trudnych chwilach pocieszać. W ogóle kiedyś przeczytałam jak znajoma mi matka 9 dzieci powiedziała w jakimś kobiecym periodyku, że najtrudniej jej było jak się urodziło trzecie, a potem poszło z górki. Nie, nie będę sprawdzać, dziękuję, ale zgadzam się, że przy trójce można się pochlastać tępą linijką. 

Następnego dnia poszłam do Irish Filim Institute na „Zimną wojnę”. Irish Film Institute jest zajebiste bo ma wygodne fotele i nikt nie żre popkornu, nie szeleści czipsami i nie sprawdza telefonu (nie mogłam sprawdzić telefonu).  

No i najpierw miałam o tym filmie nie pisać bo „jak zachwyca kiedy nie zachwyca”, ale dajcie spokój. Za duża jestem żeby zawsze się zgadzać z tym co mówią wszyscy. Film jest ŚMIERTELNIE NUDNY. Bosz. Jest naprawdę piękny wizualnie i porywający muzycznie, ale historia miłości Kota i Kulig nie trzyma się kupy, nie przekonuje, nie porusza, nie ma między nimi chemii, Kot głównie siedzi i płacze, a Kulig jest wkurwiająca i naprawdę trudno wyczuć o co jej chodzi i czemu postępuje tak jak postępuje. Chciałam się wzruszyć i poprzeżywać, naprawdę usiłowałam się wczuć żeby się okazało, że znam się na dobrym kinie i jestem taka wrażliwa, ale nie dało rady. Zero emocji czy cienia zainteresowania co będzie dalej. Trudno. Może kiedyś, na etapie Grabaża wypłakałabym na takim seansie oczy i duszę, ale nie teraz, nie po 13 latach małżeństwa, dzieciach, brudnych skarpetkach i zarzyganych bodziakach. Najbardziej przekonał mnie do swojej postaci Szyc, którego nie lubię i Kulesza, której było za mało. Teraz siedzę i oglądam Armageddon – być może to jest właśnie kino na moim poziomie i należy się z tym pogodzić zamiast mieć niewiadomo jakie artystyczne aspiracje. 

Powrót

Miałam taki projekt żeby opisać jak się ogarnąć po powrocie z wakacji, żeby odbyło się to w miarę bezproblemowo i bez walenia łbem w kafelki pod prysznicem, ale zapomnijcie. Wróciłam, było spoko i miałam nadzieje, że tym razem się udało i że naładowana portugalską energią pójdę do pracy z pieśnią na ustach i POSZŁAM, doszłam nawet do przystanku i wsiadłam do autobusu, po czym całkowicie niepoczytalnie przypomniałam sobie, że oto dwa tygodnie temu o tej porze siedziałam na lotnisku, czekając na samolot do Faro…

Tak więc zasada numer 1: po powrocie z wakacji, nigdy, ale to przenigdy nie przypominajcie sobie co robiliście tydzień temu o tej porze, dopóki nie miną, powiedzmy, trzy miesiące, a najlepiej pół roku. 

Następny dzień był jeszcze gorszy (bo pierwszego to przynajmniej nikt debilnie nie oczekiwał, że będę pracować, gdy samo przeczytanie zaległych maili zajęło mi czas do lunchu i trzy godziny po). Ale w środę to już była rzeźnia i mentalnym szlochem wybuchałam co kwadrans. Nie pamiętam zaprawdę kiedy tęskniłam za jakimś miejscem tak mocno, żeby za nim płakać. W podstawówce to zapewne było, jak na kolonie do Pogorzelicy pojechałam. Potem po pamiętnych wakacjach w Irlandii też płakałam, ale to za pilotem biura ITAKA umówmy się, nie za klifami. 

No więc zasada numer 2: po powrocie z wakacji, nigdy, ale to przenigdy nie wspominajcie miejsca w którym byliście i gdzie było zajebiście i byliście szczęśliwi dopóki nie miną powiedzmy kolejne trzy miesiące, a najlepiej 52 tygodnie, które was dzielą od kolejnych wakacji.

IMG_4069

Ogólnie chyba najlepiej usiąść, zwinąć się w kłębek i jakoś przeczekać do Bożego Narodzenia, albo przynajmniej Halloween. Nie wiem. Nie dobija mnie to, że wróciłam, bo jako żywo pamiętam, że wracać już chciałam bo było mi gorąco. Ale że nie wiem kiedy i w ogóle znowu gdzieś pojadę. Kiedy znów będę się mogła tak zrelaksować żeby mnie nic nie bolało i nic nie stresowało. 

No ale dobrze. Potem już Lewy zaczął strzelać bramki, a reprezentacja nie przegrała z Włochami, więc jakoś się ogarnęłam. 

Oraz – właśnie – GAD mi odpuścił. Lubię swoje życie bez GADa. Cieszą mnie wtedy drobiazgi oraz chce mi się. Iść do kina. Na piwo. Nie wrócić od razu po pracy do domu tylko zrobić coś szalonego. Pojechać do Lidla i kupić wino. Jezu no nie wiem. Chce mi się być dobrej dla siebie samej. Nie dlatego, że „zasłużyłam” (bo co jeśli następnym razem nie zasłużę?) ale dlatego, że jestem fajna i coś mi sprawia radość. Bo tylko tyle z tego mamy. Nie euforię po hipotetycznej wygranej w Lotka, tylko radość, że zjedliśmy coś dobrego, wyspaliśmy się albo coś nas wzruszyło do łez. Podobno zresztą zmierzyli kiedyś poziom szczęścia u osób które wygrały na loterii i tych które nie wygrały i rok po wygranej jedna i druga grupa były podobnie szczęśliwe, w sensie, że ci z tym milionem wcale nie byli w ekstazie i nie wykrzykiwali co chwilę jakie ich życie jest zajebiste. 

Wraca nadzieja, że znów coś się wydarzy co odbierze mi dech i znów zacznę tęsknić za nienazwanym. 

Ponadto w ramach walki ze strachami myślę o praskim xmas markecie i wiosennej Barcelonie (dziecko najstarsze, któremu ów plan objawiłam wykrzyknęło z entuzjazmem: „Już dawno powinnaś była jechać”) Oraz znów się na studia zapisałam, po tym jak w 2007 na klęczkach przysięgłam, że już się nigdy nie zapiszę na studia. 

Ostatnio przeczytałam, że wrzesień to taki nowy styczeń. W sensie, że to o wiele lepszy miesiąc na postanowienia i zmiany niż początek roku, kiedy każdy jest wkurwiony, że 6 miesięczne (tak, tak, Xmas sklepy w Dublinie już otwarte) przygotowania do dwóch bożonarodzeniowych dni skończyły się tym samym co zwykle czyli nadwagą, kacem i pustką w portfelu. Plus na dworze zimno, a na horyzoncie do kwietnia jedynie mrok, dupa i mordor. A taki wrzesień to proszę. Jeszcze trochę ciepło. Jeszcze niezupełnie ciemno. Jeśli ktoś miał szczęście i wyjechał na wakacje, to jeszcze trochę pozostało mu energii. Bachory wróciły do szkoły. W perspektywie migoczą choinki. Lubię ten wrzesień bardzo, może dlatego że w Irlandii to najstabilniejszy pogodowo miesiąc, który oferuje najmniej meteorologicznych niespodzianek. Lubię poranny crisp w powietrzu i pierwsze liście na chodniku. Idealnie korespondują z moją nostalgiczną naturą. Postanowień nowojesiennych nie mam, ale obiecuję cieszyć się każdym dniem bez GADa. 

Portugalia 2 – część pierwsza

Wróciłam i – aleluja – w przeciwieństwie do ubiegłego roku nie potrzeba mi znachora żeby mnie pozbierał z podłogi i odczynił tegoroczny portugalski urok. Pani dyrektor, na którą wpadłam w szkole i która naprawdę zna życie lepiej niż ktokolwiek inny, na wiadomość, że przylecieliśmy wczoraj wieczorem, stwierdziła, że muszę być wykończona, na co ja – truchtając radośnie w miejscu odparłam, że właśnie NIE, nie jestem wykończona, wręcz przeciwnie – energii mam tyle, że właśnie planuję zjechać na nartach z K2, potem przepłynąć atlantyk, a następnie pobić rekord świata Anity Włodarczyk w rzucie młotem. 

Powtórzę to, co już napisałam w ubiegłym roku: kocham Portugalię. Uwielbiam Portugalię. Portugalia über alles. Portugalia jest moim magicznym miejscem, gdzie wszystkie, ale to dokładnie WSZYSTKIE moje problemy znikają, a wszystkie dolegliwości ustępują, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 

Nie wiem o co chodzi, ale w Portugalii nic mi nie dolega. Nic mnie nie boli. Niczego się nie boję. Nic mnie nie denerwuje. Nie mam żadnych schiz, żadnych zapaści. GAD do Portugalii w ogóle nie pojechał, może mu paszportu nie dali, nie wiem. Dzieci mnie nie denerwowały, a doprawdy nie zapominajmy, że należę do grupy wyrodnych matek i wrednych bab, które denerwują wszystkie dzieci w każdym wieku, w tym własne w pierwszej kolejności i tak, też często się zastanawiam po co je w takim razie miałam, ale na szczęście odpowiedź na to pytanie już znalazłam i jest w notkach poniżej.

Pojechaliśmy w to samo miejsce po raz trzeci (napiszę osobną notkę o całej logistyce i jak taki wyjazd w ogóle ogarnąć, gdy jest się osobą, która nie uważa, że z dziećmi można robić wszystko i jeździć wszędzie) i szczerze mówiąc nie wiem czy jest jeszcze gdzieś na świecie jakieś inne miejsce, w które chciałabym jeździć na wakacje. To znaczy, na pewno gdzieś jest, ale czy chce mi się go szukać.

Po raz pierwszy jechaliśmy w sezonie (ubiegłoroczne wyjazdy miały miejsce w maju i czerwcu) i wbrew pozorom nie było oczekiwanych przeze mnie tłumów. Było więcej ludzi (kolejki w Inter Marche i zapchana malutka plaża), ale do restauracji dawało się pójść bez czekania, a na deptakach i w malusich sklepikach człowiek nie wpadał co chwilę na grupy najebanych Angoli w opuszczonych do półdupka gaciach z Union Jackiem, którzy przy nieśmiertelnym english breakfasts odchorowywaliby kaca, informując przy tym wszystkich dookoła ile razy i gdzie puścili pawia. Po poprzednich, pozasezonowych, wyjazdach miałam wrażenie, że to idealna miejscowość dla emerytów i właśnie rodzin z małymi dziećmi, po tym wyjeździe wydaje mi się, że to taka miejscowość, do której na wakacje przyjeżdżają lokalsi, bo wśród turystów dominującym językiem był portugalski, hiszpański i francuski. 

IMG_3902

W tym roku mieliśmy dużo fajniejszą miejscówkę, głównie ze względu na większy basen, dodatkowo otoczony terenami zielonymi, gdzie można było posiedzieć na ławkach, zrobić grilla, lub – po prostu – schować się w cieniu figowca (tak, tak) przed morderczym słońcem. 

Najcudowniejsze w tym wszystkim było to, że człowiek tam po prostu BYŁ. 

Wstawał i był. 

Otwierałam oczy i szłam na basen, pływać. Nie musiałam przygotowywać torby z kostiumem, ręcznikiem, czepkiem, szamponem i płynem do mycia, suszarką, portfelem i kluczami. Nie musiałam się ubierać w normalne ciuchy, schodzić do auta, dojeżdżać, płacić, otwierać szafki, jeszcze raz się przebierać i wszystko to, tylko po to, żeby przez następne kilkanaście minut przepychać się na wydzielonych torach, z zapierdalającymi w okularkach speedo następcami Phelpsa. Nie. Po prostu otwierałam oczy i 5 minut później miałam cały basen dla siebie. Z tym basenem to w ogóle wiecie. Gdybym miała do niego dostęp w takiej formie codziennie, GAD zostałby zmuszony do ewakuacji lub wyszukania sobie innej ofiary, bez basenu.

Z całą resztą było to samo – chciałam gdzieś iść, to wstawałam i szłam. Nie musiałam sprawdzać która jest godzina i czy mi pasuje, czy nie mam innych planów, czy PM nie ma innych planów, a dzieci szkoły lub zajęć dodatkowych. Nie musiałam poprawiać makijażu bo go nie miałam. Zakładać kurtki. Szukać butów. No ja pierdole. Człowiek traci tyle energii na samą ORGANIZACJĘ życia, że naprawdę nic dziwnego, że na nic innego nie starcza nam już siły. 

W końcu – wysiadłam wczoraj z tego samolotu, dokładnie jak wtedy, 17 lat temu, w zachód słońca i irlandzką bryzę i poczułam, że każda komórka mojego ciała ŻYJE. Nie umiera, nie jest zmęczona, nie ma dosyć, nie jest smutna, ale żyje. Jest prawie 24h później i nic mi nie przeszło. Do pracy wracam we wtorek i wtedy pogadamy, ale doprawdy nie ma ceny na to co dają człowiekowi udane wakacje. 

Yippee ki-yay, motherfucker

Spotkalam sie ostatnio z kolezanka, ktora postanowila samodzielnie wyemigrowac do Kanady. Sluchalam jej opowiesci z rozdziawiona paszcza i myslalam sobie jak ja jej zazdroszcze. Nie, ze emigruje, ale ze jest taka odwazna. Ze sama i w ogole. Nikogo nie zna i jedzie tak daleko. OMG. Potem kolezanka uprzejmie zwrocila mi uwage, ze ja przeciez tez wyemigrowalam i tez bylam sama. Fakt, ze jakies 3 zycia temu, ale przeciez nie znalam nikogo i jechalam w zasadzie prawie w ciemno.

I zrobilo mi sie smutno.

Ze kiedys niczego sie nie balam. Przed tamtym wyjazdem czulam, owszem,  lekki niepokoj, ale bardziej z cyklu CO JA TAM BEDE JADLA niz jak sobie dam rade.  Naprawde nie przychodzilo mi do glowy, ze moge nie dac sobie rady, a nawet jesli – to co z tego. Wroce bogatsza o doswiadczenia i pincet litrow wypitego Guinessa. Potem przez pierwsze lata na wyspie jezdzilam gdzie popadnie, ciagle sama i rowniez nie nawiedzaly mnie apokaliptyczne wizje katastrof, ktore moga mnie spotkac na kazdym kroku. Wychodzilam nad ranem, wracalam nawalona w srodku nocy, nikt nie wiedzial gdzie jestem i o ktorej wroce, a zamiast Iphona 165798798XYZ  z mapami, GPSem, apkami do lokalizacji czlonkow rodziny i do alarmowania najblizszych, ze wlasnie mnie porwano, mialam Nokie z wezem.

Potem spotkalam PMa, ale luz, nadal jezdzilismy i zwiedzalismy swiat. A potem urodzily sie dzieci…

CE322608-3EAD-4F29-996A-EEF8C823BB58

I juz naprawde pomijam wymownym i wieloznacznym milczeniem deklaracje typu: „Z dzieckiem mozna robic wszystko, w zeszlym tygodniu weszlam z moja niunia na Everest, z ktorego potem zjechalysmy na sankach, a w miedzyczasie dodalam na blogu wpis o kombinezonach do wspinaczki dla matek karmiacych”.

Juz o tym pisalam, a jak nie pisalam to prosze, napisze jeszcze raz: masz wyluzowane dziecko, ktoremu wisi gdzie jest, o ktorej je i spi i ktore w dupie ma dzienna rutyne, to dziekuj swoim szczesliwym gwiazdom i nie pouczaj innych na fejsbuku, zeby cie nie pokaralo kolejnym dzieckiem, ktore bedzie spalo w interwalach 13 minutowych i tylko pod warunkiem, ze ulozysz je w lozeczku w idealnym 35 – centymetrowym odstepie od szczebelkow, dokładnie o 12:53, po wypiciu 267 ml mleka i przebraniu w czysty spioszek w owieczki. I nie, zle ci sie wydaje, jak myslisz, ze ty bys to dziecko oduczyla takiego bezsensu, bo przeciez nie bedzie bachor dyktowac co masz robic, jak ty sie wybierasz na Everest. Solennie, z reka na sercu, zapewniam, ze po miesiacu oduczania bedziesz warowac ze stoperem i spioszkiem w owieczki w reku i pilnowac tej 12:53 zeby tylko uzyskac te pierdolone 13 minut swietego spokoju, a o Everescie nastepnym razem uslyszysz, jak przeczytasz ze wybudowano na nim kolejke linowa.

Ale nie o dzieciach mialo byc, ale o tym ze sie boje. Jestem przerazona. Fakt, umowmy sie ze jak wyjezdzalam z Polski to nikt nie wlatywal samolotami w amerykanskie drapacze chmur, nie wjezdzal TIRami w jarmarki bozonarodzeniowe i nie podrzucal ladunkow wybuchowych do metra (z drugiej strony – o ironio – Irlandia w 2001 roku i tak kojarzyla sie wszystkim z atakami IRA i pytanie „czy nie boisz sie tam jechac” slyszalam od co drugiej niezorientowanej w temacie osoby).

Potem przewrocila mi sie Julka i teoria, ze „przeciez kazde dziecko sie przewraca i nic mu nie jest” ulegla rozbiciu na milion atomow. I moze dlatego trzese sie nad tymi dziecmi jak kwoka, a jak juz w koncu troche sie ogarne, ze przeciez to nie sa niemowlaki i tak zaraz wszystkie hurtem pod samochod nie wpadna, to masz jebut, trojka dzieci w podobnym wieku tonie w Darlowku. To czesc.

Kiedys na mysl o wakacjach pakowalam brezentowy plecak, nalewalam do niedomytego bidonu herbaty i jechalam w ciemno. Gdzies tam sie zanocuje, spiwor mam, na dworcach spalam wielokrotnie, w tym raz w Kudowie Zdroju jak bylo -25 i rzesy mi zamarzly. Samodzielny wyjazd w piatek w nocy do Zakopca, nocleg w Pieciu Stawach i powrot nastepnego dnia do domu – zaden problem (a nocny Poznan – Zakopane 12h w smierdzacej kuszecie, nie ze 3h w Rajanerze i po klopocie).

Teraz boje sie jechac do Lidla, a zaplanowane od stycznia nieodlegle wakacje w Portugalii wywoluja u mnie – zamiast euforii i rajsenfiber – mini ataki serca, bo przeciez te pozary, strajki Ryanaira, zagubione bagaze, PM z arytmia, utopione dzieci i Madeleine McCann. Wiec siedze z ta kolezanka, flashbaki z zycia migaja mi przed oczami i zaraz sie poplacze, ze wszystko co najlepsze juz za mna, a ona do mnie: BUT YOU CAN STILL DO ANYTHING YOU WANT. Wiec sprawdzam ile tego Guinessa juz wypilysmy, bo moze sie najebala i bredzi. A potem zaczynam te jej slowa w kolko obracac w glowie, obijaja mi sie o zwoje mozgowe przed zasnieciem i gdy rano myje zeby i coraz intensywniej zaczynam sie zastanawiac, jak sie wyrwac z tego przekletego kregu obawy o wszystko i nie konczacej sie paranoi. Jak wrocic do tamtego zycia, kiedy potencjalne minusy nie przeslanialy plusow i nie torpedowaly kazdego planu wyrwania sie z kieratu.

Jak, jak droga Gosiu odzyskac utracona PEWNOSC SIEBIE I WIARE, ZE ZAWSZE SOBIE PORADZE.

I dobrze wiem co musze zrobic, musze w koncu wsiasc w ten pociag lub samolot i gdzies poleciec sama, nie z rodzina, nie z dziecmi, nie do taty, mamy i psiapsiolek, tylko zrobic naprawde dluga liste nowych miejsc, ktorych kompletnie nie znam, a ktore chcialabym odwiedzic i zaczac ja krok po kroku realizowac, bo pozbyc sie strachu mozna tylko stawiajac mu czola i wrzeszczac yippee ki-yay, motherfucker, a nie siedzac pod kocem i ogladajac „Kuchenne rewolucje”.

I jeszcze jedno – Julka, ktora coraz czesciej mysli duzo trzezwiej ode mnie, wsiadla po raz pierwszy sama (w sensie, ze z kolezanka, a nie z nami) ubieglej niedzieli w autobus i pojechala do odleglego o 5km centrum handlowego. Zegnalismy ja pod drzwiami z PMem dlugotrwalym potrzasaniem rak i przytulaniem, a nastepnie stalismy jak dwa palanty w oknie, patrzac jak odchodzi i podskakuje z radosci, ze sie zgodzilismy. Moja litanie potencjalnych zagrozen, przerwala, zagladajac mi w oczy i mowiac surowo: MAMO, NIC MI NIE BEDZIE, wiec umilklam bo zrozumialam, ze ona wie ze da rade i sie nie boi, tak jak ja sie kiedys nie balam, wiec moze faktycznie lepiej tego nie spierdolic i sie zamknac.

 

M jak…

Zauważyliście, że wszystkie kobiece przełomy zaczynają się od M?

Menstruacja, macierzyństwo, menopauza.

Miłość. M jak miłość.

I każdy z tych przełomów sprawia, że kobiety zaczyna się postrzegać jako niepoczytalne wariatki. Przed okresem nam odbija, po urodzeniu dzieci wpadamy w depresję, na starość nam odwala. Miłość sprawia, że głupiejemy. Nasze hormony są jak upiory, prześladują nas całe życie. 

Siwe włosy mnie omijają bo wciąż je farbuję (plus mój naturalny kolor to i tak piękna siwa mysz), zmarszczki snu mi z oczu (jeszcze!) nie spędzają, ale pierwsze uderzenie gorąca, ooooo, to jest hardkor, powiadam Wam. Zwłaszcza jak zaraz po pierwszym przychodzi drugie. A potem w nocy nagle budzę się zlana potem i myślę bożę jakie to lato gorące, ale nie, w sierpniu, w nocy, w Dublinie jest już tylko 11 stopni, więc leżę taka spocona, serce mi wali jak po maratonie i czuję jak upiory dosięgają mnie swoimi lepkimi mackami i debatują nad moim łóżkiem jak i kiedy najlepiej zatruć mi życie. Rozpiskę sobie robią w notesikach, który kiedy będzie miał dyżur i o której będą przerwy na kawę. 

IMG_1937

Pamiętam jak moja mama skończyła 44 lata. Pamiętam, bo upiekłam jej na urodziny placek, na którym z rodzynek (rodzynków?) ułożyłam czterdzieści i cztery. Nie uważałam wtedy mojej mamy za starowinkę, wręcz przeciwnie. Była szczupła, naturalna, ładna i wiele osób komplementowało ją stwierdzeniem, że wyglądamy jak siostry ❤ (inna rzecz, że ja zawsze wyglądałam na plus 10 więcej, z czego oczywiście na tamten czas byłam przeraźliwie dumna) 

A przecież moja mama musiała czuć i przeżywać to co ja, teraz. Paniczny strach przed przemijaniem. Obawę przed starością. Uderzenia gorąca. Zmęczenie. Stres. Załamkę, że to już początek końca i że to jest takie przerażające i że jak sobie z tym poradzić, jak się ogarnąć. Założyć miniówkę, zrobić wyzywający makijaż i iść się najebać na dyskotekę, udając, że nic się przecież nie zmieniło? (po czym przypłacić to 14-dniowym kacem, lumbago i rwą kulszową). Czy kręcić trwałą, ubierać moherowy sweterek, zaprenumerować „Poradnik działkowca” i poddać się upływowi czasu z godnością?

Tak, wiem, że te uderzenia gorąca plus ogólne ostatnie popierdolenie to pierwszy krok w strefę cienia. I również wiem, że nie jestem staruszką, wyglądam lepiej niż 20 lat temu, a moje dzieci mówią, że jestem cool bo mam różowe włosy. I kiedyś się obrócę, tak jak teraz patrzę wstecz na moją mamę i stwierdzę, że o co mi chodziło w TAK MŁODYM WIEKU. I również pamiętam jak pisałam, że och cieszmy się, bo nigdy nie będziemy mieli mniej lat niż dziś. 

Ale nagle umiera Kora, a ja łapię się na tym, że myślę, że 67 to przecież nie tak dużo! I że znałam Korę całe życie bo mama i całe jej pokolenie namiętnie jej słuchała. Więc w sumie to tak, jakby ciocia nagle umarła. I dlaczego, ja się nie zgadzam. Potem na FB pojawia się zdjęcie Kory jak miała 20 kilka lat i małego synka. Więc łkam już wniebogłosy, bo Kora pewnie też myślała, że życie trwa dłużej… 

Chyba zaczynam rozumieć jak czują się kobiety, które zaczyna dopadać to ostatnie, przerażające M. Są jak koralik z Karolci. Kiedyś lśniące i pełne koloru, nagle zaczynają blednąć. Mają coraz mniej sił na spełnianie życzeń tych, którzy są im bliscy. Stają się coraz bardziej niewidzialne i do rozpaczy doprowadza je fakt, że nie potrafią temu zaradzić, mimo że bardzo, ale to bardzo się starają. 

Siedzę zatem, kompletnie tymi rozmyślaniami rozwalona, łzy mi kapio i na to przychodzi Julka. Dziecko moje najstarsze, które swojego czasu zeżarło całą moją energię, całe emocje, bobas słodki, który darł się od rana do wieczora przez 3 lata z rzędu, a ja kwestionowałam każdą minutę tamtego wielkiego M i nie rozumiałam czemu wszyscy się tak nim zachwycają, A JA NIE POTRAFIĘ.

Więc przychodzi ta blondyneczka moja, śmieje się, bierze mnie za ręce, przytula do siebie i mówi: „Już dobrze mamo, już dobrze. Pamiętaj – wdech i wydech, wdech i wydech. Już jest wszystko dobrze”. A ja nagle pojmuję jak czują się wampiry, które wysysają z kogoś krew, bo cała ta jej młodość, pogoda ducha, spokój, uśmiech i radość, wszystko to przepływa na mnie, jakby ktoś nas na powrót połączył na moment magiczną pępowiną.

I już rozumiem tajemnicę tamtego M.

W macierzyństwie wcale nie chodzi o małe dzieci. 

W macierzyństwie chodzi o dorosłych, którzy z tych obesranych maluchów wyrastają. O dorosłych, którzy – jeśli wszystkiego dokumentnie nie spierdolimy – pomogą nam w trudnych chwilach znów pomalować nasz świat na żółto i na niebiesko.

Błonnik

Najtrafniej zdiagnozowała mnie dzisiaj koleżanka z pracy.

„Męczysz się tak latem, bo jesteś zadaniowcem”

Nonono, tyle Wam powiem. Tyle wizyt u lekarzy, tyle badań. A ona trafiła w samo sedno. Jestem zadaniowcem, a w lipcu i sierpniu lista zadań do odhaczenia redukuje się drastycznie. Nie ma szkoły. Nie ma treningów i dodatkowych zajęć. Nie ma nowych sezonów niczego. Nie ma futbolu. Nie ma Ligi Mistrzów. Nie mam rytmu meczowego, nie mam do czego odliczać I MĘCZĘ SIĘ Z TYM OKROPNIE. Takie proste to było, a ja już testament pisałam i żegnałam się z najbliższymi.

I wiecie jak czasami ktoś coś Wam powie i wy nagle w ułamku sekundy widzicie, że ten ktoś trafił w samo sedno, znalazł Wam pod tapczanem brakujący kawałek układanki, nad którą męczyliście się od sylwestra, zerwał Wam z oczu klapki, które zasłaniały horyzont, zapalił świeczki ogarek, która oświetliła Wam podziemia, w których tkwiliście od zarania świata i w ogóle nagle wszystko odzyskało sens i zrobiło się jasne i przejrzyste? No to jak się właśnie tak poczułam jak mi Natalka powiedziała, że jestem zadaniowcem. 

Unknown

Dodatkowo tegoroczne badanie krwi ujawniło po raz kolejny zwiększony cholesterol i zredukowaną liczbę białych krwinek i serio nie wiedziałam co najpierw guglać – miażdżycę czy białaczkę, bo tylko to mi w panice przyszło do nie do końca rozgarniętej głowy. 

Potem wróciłam do domu i z dobrze zawoalowaną pretensją w głosie zapytałam PMa dlaczegóż to on nie ma podwyższonego cholesterolu, skoro JE TO SAMO, CO JA.

Otóż nie – PM się prawie obraził. On nie je tego co ja. Nie je np tych gówien z Aldiego, Ale jakich gówien, pytam się? Paróweczek w słoiczku? Kiełbaski staropolskiej z polskiego sklepiku? Salami i kabanosików? Czipsików nie je, ojejusiu. 

Dobrze, zatem jak zredukować cholesterol. Paróweczki won. Błonnik, trzeba jeść błonnik, google w ruch, gdzie jest najwięcej błonnika. Może w Suchej Beskidzkiej. I ile trzeba go dziennie zjeść? 

20-40g. Dobrze, zjadłam jabłko, ile błonnika ma jabłko. 3,6 grama no ja pierdole. 

Czy jest jakiś produkt, który ma to 40g błonnika w sobie, żebym nie musiała jeść 10 jabłek dziennie? Względnie kilograma owsianki? Dlaczego czekolada nie ma błonnika, jadłabym nawet 80g dziennie. Ale czekajcie, czekajcie. Nagle, wtem. Ciemna czekolada MA BŁONNIK i to całe 11g w 100g. Dopsz.

(w trakcie jak triumfalnie żułam kawałek ciemnej czekolady, PM „życzliwie” zapytał: „Jesteś pewna, że czekolada nie podnosi cholesterolu???”)

Podsumujmy zatem:

Wina nie wolno, bo GAD.

Kawy nie wolno, bo GAD.

Czipsików nagle nie wolno bo cholesterol.

Kiełbasek, masełka i serka też nie. 

Dzień dobry, cześć i czołem. Jutro na lunch wezmę sobie jarmuż i obierki. 

Meczów nie ma, plus nie wiem co w nowym sezonie będzie odstawiał obrażony na Bayern Lewy. Może będzie dłubał w nosie i pogardliwie spluwał na widok Robena, zamiast strzelać bramki. Breaking Bad skończyłam i nie umiem znaleźć nic nowego. Każdy odcinek potencjalnie nowego serialu kończę zdegustowana, po kwadransie, bo nie ma w nim Jessiego i Walta, a fabuła jest nudna jak flaki z olejem. Zaczęłam nowy sezon „Anne with an E” ale zdezorientował mnie i wyłączyłam. Czytam biografię Agaty Christie, ale omg. Opisy jej gachów i tego jak odrzucała ich zaręczyny powodują, iż mam ochotę tłuc się twardą okładką książki po głowie. Albo jak w dzieciństwie wymyślała sobie koleżanki i dalej 15 stron o tych koleżankach, jak były ubrane, co robiły i co myślały na swój temat. Srsly. 

Za trzy tygodnie Portugalia, ale NIGDY NIC NIE WIADOMO bo Ryanair strajkuje. I do końca nic nikomu nie mówi bo PO CO. 

I litrowy słoik dzisiaj stłukłam.

Pełen miodu. 

Liść babki

Znowu lipiec i znowu, jak rok temu, mam zapaść. Siostra, której się zwierzyłam, że umieram, słusznie stwierdziła, że wciąż, mimo upływu lat, mamy zbyt wysokie oczekiwania w stosunku do lata. Coś w tym jest. Człowiek czeka od stycznia, planuje, podnieca się, że jak w końcu przyjdzie lato to omg. Ciepło, jasno. Morza szum, ptaków śpiew. Wakacyjna miłość, zachody słońca, taniec w deszczu, piosenki przy ognisku. Romans z nieznajomym. Spadające gwiazdy. Szlaki w Tatrach i plaże nad Bałtykiem. A potem jest pierwszy lipca i trzeba normalnie pójść  a zakład, przesiedzieć tam X godzin, wrócić, pójść spać i powtórzyć od początku. Deszcz napierdala jak w marcu. Gwiazd nie widać, bo chmury. Ogniska nie wolno, bo zagrożenie pożarowe. A jedyny nieznajomy to nowy kierowca autobusu linii 39X. 

Przeczytałam od początku całe „Przeminęło z wiatrem”. Przeraziłam się jaki wpływ miała Scarlett i jej filozofia życiowa na moje własne życie. Nie widziałam tego wcześniej. Teraz oglądam po raz szósty Breaking Bad. Mam kompletnego pierdolca na punkcie tego serialu i przy każdym kolejnym podejściu staram się na nowo zrozumieć dlaczego wydarzenia potoczyły się tak, a nie inaczej. Czy i kiedy bohaterowie mogli/ powinni postąpić inaczej. Dlaczego nie postąpili. Które cechy charakteru doprowadziły ich do aż tak spektakularnej katastrofy. 

Potem niepoczytalnie sięgnęłam po pamiętniki z 1994 roku. Mam 44 lata. Powinnam wiedzieć lepiej. Takie powroty w moim wieku i w lipcu nie są zdrowe. Potem już poszło lavinowo (nomen omen). Tilt, Kobranocka, Kult, Muniek, Yanina Iwański. Wtedy chodziłam na ich koncerty, czasami nawet po 3 razy w tygodniu. Skończyłam na Wodeckim i Frąckowiak. Papierowy księżyc z nieba spadł, skończył się wideo film. 

Zmęczona życiem nie poszłam przez dwa dni do pracy. Pierwszy dzień minął mi ulgowo, ale drugiego, do sypialni wkroczyła Julka i surowym głosem spytała: DLACZEGO LEŻYSZ W ŁÓŻKU? Na argument, że wciąż boli mnie brzuch, odrzuciła pszeniczny warkocz na plecy i z godnością odparła: „Sama mówiłaś, że nie można się nad sobą użalać, tylko trzeba wstać i robić swoje”. Srsly, dziecko, get a life. 

Teraz mam tydzień wolnego i muszę się znowu jakoś pozbierać. Ogarnąć przed Portugalią i przed wrześniem. Porobiłam badania i dopiero jak mi pani ginekolog łagodnym głosem powiedziała „Przestań się dziecko martwić, wszystko jest ok” to zrozumiałam.  Nikt już do mnie nie mówi: „dziecko”. Jestem na etapie życia, na którym wszyscy nieustannie czegoś ode mnie chcą i oczekują, a ja się boję, że umrę zanim dam radę im to wszystko zagwarantować. W związku z tym nieustannie się przejmuje, zajmuję, organizuję, zapewniam, doradzam, pomagam, pocieszam, głaszczę po głowach, udzielam wsparcia, jestem opoką i węgielnym kamieniem. Rodziców nigdy nie miałam z kategorii szczególnie wspierających i może właśnie w ten sposób nauczyłam się świetnie radzić sobie sama, ale nagle okazuje się, że gdy obca kobieta mówi do mnie dziecko (a w jej tonie jest zero protekcjonalizmu, ale za to morze empatii), to mam ochotę usiąść i się rozpłakać. Może biznes taki założyć. Jak te hotele o których już pisałam. Że zatrudniałoby się starsze panie, do których przychodziłyby na pogawędki umęczone matki, z rozmazanym od łez bezsilności makijażem, i żeby ktoś im (tym matkom) zupę ugotował, przykrył kocem, wysłuchał żalów, lęków i schiz, potrzymał za rękę, nie wyśmiał, nie zbagatelizował i w końcu przytulił i powiedział „Nie martw się dziecko, dasz radę. Nie umrzesz tak od razu, a wszystko się w końcu jakoś ułoży”. 

Pani ginekolog to „dziecko” wyrwało się przypadkiem, zaraz się poprawiła i znów zaczęła mnie tytułować „panią”, ale to było takie od serca. Że w końcu komuś przy pierwszym spotkaniu nie objawiłam się jako wiecznie wkurwiona i wściekła na cały świat hetera. Prawda. Nie jestem łagodną Melanią Wilkes, oj nie. Jestem wkurwioną Scarlett, która do celu zmierza na skróty bo ma mało czasu, jest przerażona, zmęczona i nie ma siły. A jednocześnie wciąż czuję się tym bezradym dzieckiem, które nie wie co robić, płacze przy każdym upadku i  czeka żeby ktoś je podniósł  z zakurzonej ziemi, przyłożył do rozbitego kolana liść babki i obiecał, że do wesela się zagoi. Bo to czasem wszystko czego trzeba, żeby chcieć próbować dalej. Znaleziony na trawniku lub w przydrożnym rowie brudny i obsikany przez psy liść babki. Zerwijcie go po drodze i podarujcie następnej osobie, która będzie robić na Was wrażenie mega silnej i radzącej sobie ze wszystkim. Obiecuję, że potrzebuje go najbardziej. 

Już za 4 lata, już za 4 lata…

No muszę, muszę coś na ten temat napisać, zamknąć jakoś ten temat, a nie udawać, że nic się nie stało, bo się stało.

I boli.

Bez sensu i irracjonalnie, ale – jak mi to kiedyś powiedziała Julka, (po przecięciu się kartką papieru) – małe rzeczy bolą najbardziej.

Boli, że przegrali, boli jak przegrali. Boli, że dałam się nabrać, jak (prawie) wszyscy, że naprawdę uwierzyłam w ten (minimum) pożal się boże ćwierćfinał. Nikt mnie nie musiał przekonywać, nikt mojego prywatnego balonika za mnie nie nadmuchał, wszystkie mecze oglądałam na własne życzenie, dobrowolnie i z zapartym tchem. Tak, przyznaję, PM co i rusz wylewał na mój rozgorączkowany łeb kubeł zimnej wody, wytykając ich błędy i mówiąc: PATRZ JAK ONI GRAJĄ, ale kto by go słuchał.

Boli, że nie umieli – chociażby jak Niemcy – powiedzieć że byli żałośni i że zasłużyli na to, co ich spotkało, tylko do końca i bez sensu się upierali, że przecież tak bardzo się starali i tak dobrze byli przygotowani. 

Boli że odszedł Nawałka i że zakończyła się jakaś era, boli krytyka Lewego i najbardziej  chyba boli postawa naszego kapitana. Jakby w dupie miał, choć przecież nie ma. Nie wierzę. Ale na konferencjach kamienna twarz. Zero emocji. Trener ma rację. Byliśmy dobrze przygotowani. Nikt do mnie nie podawał.

Robert, naprawdę?

Kamil z Łukaszem zabrali ci piłkę i nie chcieli się bawić?

Wszyscy są winni, tylko nie Ty?

ZNOWU?

IMG_3139

W końcu boli, że następnym razem już nie dam się nabrać. Nie dam się wkręcić, przekonać, ponieść fali, ogarnąć zbiorowemu entuzjazmowi. Nie uwierzę, choćbyście chłopaki na głowie stawali i wygrali w październiku z Portugalią 12:0.

I tak mi z tego powodu smutno. Że wyszłam na durnia, a taki PM nagle wyszedł na niewiadomo jakiego ZNAWCĘ FUTBOLU, który to wszystko przewidział.

I nie pomaga mi, że Niemcy nie wyszli z grupy (no dobra, to trochę pomogło) ani że Cristiano musiał spakować żel do włosów i pojechać do domu. 

Na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy spełniają się moje małe, przyziemne marzenia. Jedno się spełniło – jest lato stulecia. To może albo lato albo Mundial?  Albo rybki albo akwarium. Tak jak w tym tekście, że w związku należy wypunktować trzy rzeczy, które liczą się dla nas najbardziej i ich szukać w partnerze, zamiast domagać się opcji all inclusive i żeby druga połówka była dżordżem klunejem i perfekcyjną panią domu w jednym.

Może życie wyklucza all inclusive i jest tylko opcja nocleg w pokoju wieloosobowym albo wersja – nocleg ze śniadaniem (tosty, dżem i płatki, nie że szwedzki stół). A jak się nie podoba to spierdalaj i śpij pod mostem? 

I jeszcze boli to o czym pisałam w notce poniżej – „na samą myśl, żę oni tam wyjdą i pójdą walczyć…” Nie wyszli walczyć, a ja naprawdę nie rozumiem dlaczego, chociaż bardzo chcę, bo gdybym jakoś potrafiła to zracjonalizować to może doszłabym z tym wszystkim do ładu. Nie zagraliśmy dobrze, bo Szczęsny z Krychą porozwiązywali nam dla jaj sznurówki. Dostaliśmy rozwolnienia po rosole z perliczką. Adam nie pozwolił nam wieczorem obejrzeć „Na Wspólnej”. Nie wiem, cokolwiek, zamiast „Byliśmy dobrze przygotowani”.

Oczywiście wiem, że to tylko futbol, że powinnam sobie życzyć aby do końca życia spotykały mnie tylko takie dramaty i że dzieci w Afryce głodują. Ale ten upadek z mundialowego konia był bolesny i nic na to nie poradzę. Pozostało tylko (aż) gorące irlandzkie lato, nieodległe wakacje w Portugalii, w trakcie których nie będę przynajmniej znowu musiała oglądać ręczników z Ronaldo całującym puchar i pierwsza od lat możliwość pełnego naładowania baterii przed jesienią. A za 4 lata… 

Jestem Adamem Nawałką

Nie wiem sama czy teraz pisać tę notkę, czy później, czy jak wygrają pierwszy mecz, czy jak go przegrają, wyjdą z grupy, dojdą do finału, no sama nie wiem.

Drogi pamiętniczku, jestem Adamem Nawałką. 

Jestem Robertem Lewandowskim, Kubą Błaszczykowskim, Łukaszem Fabiańskim, Michałem Pazdanem i Arkiem Milikiem też mogę być. Próbuję zrozumieć o co w tym chodzi. Że na samą myśl, że oni tam wyjdą i pójdą walczyć – mam łzy w oczach, a z ust mych korali wyrywa się „nie rzucim ziemi skąd nasz ród”

Mózg mówi – załatwiaj migiem irlandzkie obywatelstwo, serce łopoce i woła POLSKA, POLSKA GOLA. Nie ma takiej opcji, żeby takie emocje kiedykolwiek wywołały we mnie występy irlandzkiej reprezentacji w czymkolwiek.

Więc o co chodzi.

Że miłość na zabój. Że emocje jak przed maturą. Przed pierwszą randką. Wizytą w radiu. Serce drży, żołądek skręcony w supeł. Futbol, jaki futbol? Ten Glik na przykład. W wywiadzie powiedział, że po słynnej kontuzji tylko jego żona – jako jedyna osoba w Polsce – wierzyła, że pojedzie na Mundial. Czy ja wierzyłam? Ależ skąd. Co ja bym zrobiła po takiej diagnozie – tydzień przed imprezą życia? Poddałabym się i poszła położyć. A tu się okazuje, że nie, nigdy nie wolno się poddawać, nie wolno mówić, że coś jest niemożliwe. Dla mnie niemożliwe, dla rodziny Glików wręcz przeciwnie. Kto miał rację?

images

Albo ten Kuba. Nie ma chyba osoby w Polsce, która nie znałaby jego historii. Ojciec zabija matkę na oczach małego synka. Synek wyrasta na osobę, do której modli się cały polski naród. Na Lewandowskiego można jeszcze ponarzekać, skrytykować, przyczepić się, że przecież gra jak drewno (daj nam panie boże więcej takiego drewna), Kuba jest nietykalny. Święty.

Czekam na ten wtorek, obgryzam paznokcie i staram się przeanalizować dlaczego to jest takie ważne. Dlaczego. Dlaczego wzrusza, uskrzydla, wywołuje dumę, daje siły do przetrwania i wolę do walki. Nie o puchar, ale o codzienność. Nie wolno się poddawać, obniżać poprzeczki. Gdy złamałam nogę cały czas miałam w głowie Lewego, który grał w masce, ze złamanym nosem. On się nad sobą nie rozczulał, więc ja też nie mogłam. Jestem w takim punkcie, w którym dużo się rozmyśla o sensie wszystkiego. I im więcej lat na liczniku tym naprawdę trudniej się tego sensu doszukać. Bo wszystko przemija, a w miarę przemijania okazuje się, że miało być zupełnie inaczej. Nie wiadomo jak, ale na pewno wiadomo, że inaczej. 

Odkąd żyję, pamiętam w głowie tęsknotę za nieokreślonym. Sen o nienazwanym, nieuchwytnym… uczuciu? miejscu? przeżyciu? człowieku? Marzenie o spełnieniu. Niemożliwy do zwerbalizowania smutek i nostalgię. Różne rzeczy ten smutek uaktywniały. Podróż zakopiańskim busem w stronę Morskiego Oka we wrześniowy poranek. Ochnasty seans „Gladiatora” w kinie. Pierwsze, stare koncerty Pidżamy Porno w Eskulapie. „I cant get mad because of you” Hot Water w radiu. Te nieszczęsne karne z Portugalią. Struny duszy, na których grać potrafili nieliczni. Stany ducha, ulotne jak babie lato, dzięki którym sens wszystkiego składał się nagle w całość niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Brakujący element układanki, który odnajdywał się niespodziewanie pod szafą i przez chwilę dawał poczucie perfekcji wszechświata. 

Tym jest dla mnie udział Polaków w Mundialu. Tym kawałkiem układanki. To co się za chwilę wydarzy wszyscy zapamiętamy już na zawsze. Uda się, nie uda, emocje zostaną. Smutek albo euforia. Wdzięczność, bo raczej nikt im nie zarzuci że mieli w dupie i im nie zależało. Obserwuję ich (grupowo i indywidualnie) od wielu lat i wiem, że włożyli w ten jeden moment masę pracy i wysiłku. Niestety życiowe jackpoty często niewiele mają wspólnego z poświęconym czasem i z rzeczonym wysiłkiem. Więc najbardziej życzę im szczęścia. 

Adamie, Robercie, Kubo, Michale, Grzesiu, Arku, Kamilu jeden i drugi. Fabiański Łukaszu. Wojtku. Wierzę w Was. Trzymam kciuki. Za Wasz sukces. Marzenia. I za mój kawałek wszechświata.