Wypierdalać

Dziś, za zgoda Bartka i Kamili, pozwole sobie zastąpić własne przemyślenia – cudzymi. Na oba teksty natknęłam sie na fali aktualnych wydarzeń i oba podziałały na mnie lepiej niż terapia. Przeżyłam przebudzenie, olśnienie i zrozumiałam gdzie – jako blogerka – popełniałam przez wiele lat blad, gdzie i dlaczego dałam sie zakrzyczeć i zapędzić w kozi róg.

Bo zachęcałam do tego by wypierdalac, zanim to było modne. I boze co sie wtedy działo. Jak tak można. Kto tak przeklina. Nie potrafisz przyjąć krytyki. Co to za kolko wzajemnej adoracji (do osób, które miały odwagę stawać po mojej stronie). I faktycznie dałam sobie wmówić, ze cos robie zle, mimo ze nigdy sie nie upieralam żeby to co pisze, każdemu sie podobało, natomiast nie zgadzałam sie żeby ci, którym sie nie podoba, przyszli sie wyrzgac na mój blogowy, tęczowy dywan. Bloga zahaslowalam, wkrótce potem przestałam pisać. Wróciłam, jak juz było mi naprawdę totalnie obojętne czy ktoś to pochwali czy nie. Tak jak Bartek (tekst poniżej), sama chwaliłam sama siebie nieustannie i to mi wystarczało. To było, ile? 12 – 15 lat temu?

Dekada minela, dzieci dorosły, kobiety wyszly na ulice, krzycząc: WYPIERDALAC, a moje wyklęte kolko wzajemnej adoracji przetrwało do dzisiaj. Te kobiety, które wtedy mnie wspierały sa przy mnie do dziś. Mysla, słowem, lajkiem, komentarzem i przez dziesiątki wiadomości, które od nich dostaje. Żałuje, ze wtedy dałam sie zastraszyć, zamiast jeszcze głośniej krzyczeć WYPIERDALAC i skupić sie na powiększaniu grona kobiet, które tu były (i wciąż sa), bo czuly i myślały tak jak ja. Powiecie – no dobrze, ale skoro publikujesz bloga w sieci, to musisz sie liczyć, ze nie każdemu będzie sie podobać. Nie. Licze na to, ze ci którym sie nie podoba, klikna krzyżyk (na drogę) zamykający stronę i pożeglują w stronę treści, które wzbudzają ich zachwyt, nie odrazę. To tak jak z ta aborcja. Nie namawiam nikogo do jej przeprowadzenia. Nie jesteś za aborcja, to jej nie rob. Wierzysz w boga – fajnie, ale nie namawiaj mnie do tego samego, oraz nie wmawiaj mi, ze moje dzieci pojda do piekła, bo ich nie ochrzciłam. KK wpędzal mnie w poczucie winy za wyimaginowane grzechy i przewinienia wystarczająco wiele lat, starczy.

Image may contain: 10 people, meme, text that says 'ZDECYDOWALIŚMY, ŻE OD DZIŚ BĘDZIEMY TORTUROWAC KOBIETY BO TAK, ICHUJ PIS "KONFEDERACJA HAŃBA! ZDRAJCY! WYPIERDALAĆ JEBAĆ PIS WYPIERDALAĆ! POJEBAŁO? "WSZYSCY* HAŃBA! HAŃBA TYM, KTÓRZY PRZY PIS KONFEDERACJI STOJĄ co WAŚĆ CZYNISZ, WYBIERAJ! ALE PROTESTUJĄCY PRZEKLINAJĄ 'TEN JEDEN CIUL'

Poniżej teksty ze stron FB Kamili i Bartka (podkreślenia sa moje)

chujwaj!

Kamila Urbańska

„Z miłością dla tych, którym przeszkadza WYPIERDALAĆ w naszych kobiecych ustach.

Check lista do odsłuchania w dzieciństwie:

☑️ „oj daj spokój”

☑️ „jakoś wytrzymasz”

☑️ „czemu się tak denerwujesz”

☑️ „przesadzasz”

☑️ „dramatyzujesz”

☑️ „jesteś jakaś przewrażliwiona”

☑️ „dziewczynie nie wypada/nie wolno”

☑️ „jakoś to nie pasuje do dziewczyny”

☑️ „nie krzycz”

☑️ „nie przeszkadzaj”

☑️ „złość piękności szkodzi”

☑️ „zrób to dla świętego spokoju”

☑️ „idź, wszyscy idą”

☑️ „nie wstydź się”

☑️ „buziaka nie dasz”?

☑️ „a jak robią Twoje koleżanki”?

☑️ „zachowuj się, jak dziewczynka”

☑️ „ale spokojnie”

☑️ „bądź grzeczna”

☑️ „już nie gadaj, po co ktoś ma wiedzieć”

☑️ „nie mów tak, babci/ cioci/ wujkowi będzie przykro”

☑️ „nie mów tak”

☑️wyolbrzymiasz

☑️ „to nic takiego”

☑️ „po co prowokujesz”

☑️ „nie wychylaj się, bo ktoś poczuje się urażony”

☑️ „nie narzucaj swojego zdania”

☑️ (dodaj swoje)

Dla mnie „wypierdalać” nie dotyczy już tylko aborcji. „Wypierdalać” sięga wiele pokoleń wstecz. To niewypowiedziana złość wielu kobiet z mojej rodziny, karmionych tymi słowami, które obserwuję i miałam okazję widzieć. Jak ładnie i z gracją ukrywają swoje potrzeby, emocje, uczucia, myśli. Jak polerują talerze dla gości, których nie chcą. Jak szykują tony jedzenia dla męża, który pojawia się w domu tylko wieczorami i sam sobie nie odgrzeje. Jak nie dbają o swoje ciało, zdrowie, bo wszystko inne jest ważniejsze. Jak uśmiechają się przy świątecznym stole urobione po łokcie. Jak prowadzą do kościoła nie tłumacząc, o co w tym chodzi. Jak nie mówią NIC. Nigdy nie widziałam zezłoszczonej kobiety. A kiedy jesteśmy dorosłe bolą nas brzuchy, głowy, mamy koszmarne migreny i zapalenia jelit. Nie tolerujemy pokarmów, nie możemy zajść w ciążę albo ją tracimy, sex jest beznadziejny i nie akceptujemy swojego wyglądu. Jemy za dużo albo za mało. Nie wiemy, jak się bronić, kiedy ktoś nas maca. Ciało mamy pospinane, jak ciuchy w worku próżniowym schowane na zimę. Boli w klatce piersiowej i ściska się gardło. Ze złości. Potem już tylko wydajemy miliony monet na często pseudotrenerów od asertywności, mówienia nie, stawiania granic, kochania siebie, zarządzania sobą w czasie, od otwierania bioder/ miednicy/macicy i krtani. Szukamy siebie na Goa i w podróżach dookoła świata, na które nas nie stać. Niewypowiedziana złość.

„Wypierdalać” to za mało, żeby taką składowaną przez 30 lat w każdej komórce złość z siebie wyrzucić. Dlatego trzeba „wypierdalać” powtórzyć nie raz, a razy wiele. W celu terapeutycznym, oczyszczającym i uwalniającym dla siebie, poprzednich pokoleń kobiet i tych następnych też. Te z naszego rodu dodatkowo uhonorujmy, wyślijmy im miłość (nawet, jeśli wiele z nich już odeszło) i powiedzmy im, że już tak nie trzeba ❤

W ich imieniu też będę krzyczeć „wypierdalać”…

Marta Sienkiewicz

Bartek Fetysz

Krótka odezwa do Czytelników.

Prośba: Bartek Fetysz

Proszę Państwa, ten profil, mimo iż publiczny, ma w nazwie moje imię i nazwisko: Bartek Fetysz. To ja jestem jego właścicielem. Nie jest otwartą i bezpańską przestrzenią publiczną, gdzie można przyjść i wylać swoje frustracje. Zesrać się żalem. To moja przestrzeń i mogę sobie tu odpierdzielać co mi się podoba – od Betlejem przez Andrzejki czy tango nie dla dwojga po krwawe Halloween. Mogę śmiać się z kogo i z czego chcę i jeśli komuś nie odpowiadają zamieszczane tu treści albo poczucie humoru to nie musi czytać. Nie interesuje mnie czy podobają Ci się moje buty, kilty, kurtki i spodnie. Nie podobają się? To ich nie zakładaj. Nie ubieram się dla Ciebie. Nie jestem zależny w żaden sposób od lajków zgromadzonych na stronie, zresztą większość z nich to iluzja. Mam pozainternetowe życie i radzę sobie całkiem nieźle. Przestrzeń tego profilu to mój dom, nie basen publiczny, w który można się zeszczać. Nie życzę sobie w nim bydła i poglądów mi dalekich. Hipokryta? Kij w dupie? Dziennikarzyna? Gruby? Brzydki? Łysiejący? Grafoman? Hejter? Ja to już wszystko wiem! Nic nie jest w stanie mnie urazić, bo przez 37 lat tego wszystkiego się nasłuchałem tyle, że zobojętniałem. Jestem kamieniem ze skutego lodu i słownie to najwyżej możesz mnie polizać. Ale jeśli jakaś szmata odważy się napisać, jak dzisiaj na Instagramie, “i co, modlisz się o zdrowie mamusi?” to przysięgam – nie odpowiadam za siebie. Jeśli nie pasują Ci zasady przeze mnie ustalone to wypierdalaj. I nie zostawiaj komentarza, że odchodzisz, że Ci się podobało, a teraz nie podoba, że mnie szanowałaś, a teraz przestałaś, że się zmieniłem, że fejm (jaki fejm?) ponieważ to kurwa nikogo nie interesuje. NOBODY CARES! Zapamiętaj to – Twoje odejście nikogo nie zaboli. Bo najczęściej po prostu nie zdaję sobie sprawy z Twojego istnienia. Jest mi zatem obojętne. A teraz brutalna prawda: piszę przede wszystkim dla siebie. Literki to mój katalizator. Spisuję swoje wewnętrzne wojny, odkąd nauczyłem się pisać. Poklask publiki jest miły, ale nie jest mi do życia niezbędny. Przez większość czasu klaskała mi tylko szuflada. Nie przeszkadzało mi to. Nauczyłem się w końcu klaskać sobie sam. W głowie. Mam bujną wyobraźnię i często odbieram w niej jakieś nagrody. Te za Najgorszy Paszkwil Roku również. Bo naprawdę wiem, kiedy serwuję La Dewolaja (obtoczonego koniecznie dwa razy), a kiedy napierdalam w stereo, a z moszny robią mi się baloniki z lodem i pocieram nimi komuś twarz

Wokulski

Trudno coś napisać, trudno nic nie powiedzieć.

Serce boli, dusza z trudem oddycha. Może z ulga, nie wiem. Ze w końcu nadszedł armagedon, którego podświadomie oczekiwałam. Bo nie nie da nie przeżyć życia bez upadków. Nawet jak postanowimy nigdy nie wychodzić z domu, żeby nic złego nas nie spotkało, to i tak we własnym domu potkniemy sie o wieże z klocków lego i jebniemy głowa w kant biurka lub rant umywalki.

Nadal nie potrafię pisać zle o moim mężu bo a) wciąż jest moim mężem b) jest ojcem moich córek c) piętnaście lat malzenstwa to nie w chuj dmuchał i nie da sie tego wykasować d) internet nie zapomina e) kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem.

A poza tym chyba go rozumiem.

Sama nie wiem co jestem taka wyrozumiała. Zdecydowanie w życiu przekracza sie w którymś momencie Rubikon wszystkowiedzenia, do brzegów którego wszystko zawsze było czarno białe i jednoznaczne. Najpierw dzieci nam udowadniają, ze nic nie wiemy o niczym i ze nasze wymądrzanie sie na temat ich wychowania można dać świstakowi do zawinięcia w sreberko, bo żadna metoda wychowawcza ani pobłażliwy komentarz, który zamieściliśmy pod wpisami nie dających rady matek nijak, w zaciszu naszych własnych 4 ścian, nie zdaja ani egzaminu ósmoklasisty ani matury korespondencyjnej ani nawet niezapowiedzianej kartkówki z ZPT.

5a72c51f6dca6_o

Potem dzieci dorastają i nagle sa mądrzejsze od nas. I wtedy do głosu dochodzą partnerzy, wypaleni wspolmalzonkowie, którzy pod latach zmieniania pieluch oraz odpowiadania na zadawane 300 x dziennie pytanie CO NA OBIAD wymiękają do tego stopnia, ze zaczynaja wierzyc w everlasting love z happy endem na drugim końcu tęczy. Nie z nami ofkors, bo my zmarnowaliśmy ich życie i potencjał. Mogli zostać drugim Malyszem, Lewandowskim, influenserem na IG lub Barakiem Obamom. Mogli wszystko, ale zycie niewiadomo kiedy przeminęło. I ja to wszystko rozumiem, bo moje życie przemijalo symultanicznie, tylko nie miałam czasu tego rozkminiać bo praca, bo rachunki, bo wszystko. Oraz i przede wszystkim bo jestem odpowiedzialna za to, co oswoiłam. A oswoiłam kilka osób i kota.

Jest ta piosenka Anny Jantar. Ze nic nie może przecież wiecznie trwać. Och jak ja nie moglam jej słuchać. W jakiż stres wpadałam słysząc, ze co zesłał los trzeba będzie stracić.

I jest tez taki cytat ze znanej polskiej komedii. Ze teraz bym kurwa nie mial reki, która chciałem sobie dać za kogoś uciąć.

To jest w tym wszystkim najtrudniejsze i najsmutniejsze. Nie czyn, tylko kłamstwo. Nie subtelne i w białych rękawiczkach, tylko chamskie, ordynarne, grubymi nićmi szyte i prosto w oczy. No wypisz wymaluj, jak Dzesika Mercedes co sprzedawala tshirty Fruit of the Loom jako swoje, kasując za nie po dwieście pindziesiont. Kłamstwo, po którym czułam sie jak niepoczytalna wariatka z mania prześladowcza, do momentu gdy odkryłam prawde.

Bo, oczywiście, tam gdzie jest prawda, tam również jest klamstwo.

Zawsze jest. A jak go nie ma, a intuicja mówi ze jest, to trzeba po prostu dobrze poszukać. Bo intuicja – w przeciwieństwie do jebniętego serca i racjonalnego rozumu – nie jest kretynka, która bardzo chce komuś uwierzyć, bo przecież ten ktoś NAS by nie oszukał. Nie w tak ważnej sprawie. Intuicja w dupie to ma. Tłucze młotkiem, dzwoni alarmami i nic jej nie obchodzi, ze przecież ten ktoś NIGDY NIE KLAMAL i ze może zaufajmy mu jednak. I nie obchodzi jej, ze wolimy nie wiedzieć. Intuicja ma na uwadze nasz najlepszy interes i wie ze czasami należy ujebac zarażona gangrena reke, zwyczajnie, żeby przeżyć. Dlatego słuchajcie intuicji. Zawsze, ale przede wszystkim wtedy, gdy podpowiada wam to czego wcale nie chcecie usłyszeć .

Po czymś takim jest zwyczajnie smutno. I długo nic. I znowu smutno. Człowiek sie czuje jak Wokulski, który w pociągu do Paryża podejrzał jak panna Izabela flirtuje z Kazikiem Starskim. I szuka mentalnych szyn żeby sie polozyc i nie pamiętać. Najgorsze na początku sa te pierwsze chwile po przebudzeniu. Gdy przez kilka sekund nic sie nie pamięta i można udawac, ze wszystko jest tak jak było.

Potem przychodzi refleksja, ze o zdrowie psychiczne należy dbac wtedy gdy jest najbezpieczniej i gdy jesteśmy w samiutkim środku swojej strefy komfortu. Gdy jest mięciutko i przytulnie. Tak jak dżemik z truskawek robimy w czerwcu i lipcu, a nie w październiku. I możemy go wyciągnąć i zjeść jak spadnie śnieg i nas zasypie, zamiast szukać w panice sklepów z dżemikami online i przepłacać za coś, do czego latem wystarczyło dodać cukru i zamieszać.
W ogóle im więcej o tym myślę, tym bardziej do mnie dociera, ze cale życie byłam tym Wokulskim.

Teraz nie wiem co dalej. Szukam znaków i drogowskazów, ale żadnego nie widzę. Facebook memem podpowiedział, ze skoro w ciemności nie widać światła, to może sami jesteśmy tym światłem. W sensie, ze może ja jestem tym drogowskazem.

Tylko jak odczytać, gdzie prowadze.

***************

To powyżej napisałam kiedyś tam, bardzo, bardzo dawno.

Od tamtego czasu znowu wszystko sie przewałkowało i pozmienialo. Nie wiem na lepsze czy gorsze.

Powiedzmy, ze na inne.

Niby czas leczy rany, a ludzie sobie wybaczaja, ale w praktyce to takie pierdolenie. Naprawdę w którymi momencie przychodzi taka totalna załamka życiem i ludzmi. Wszystkie klapki spadają z oczu, traci sie zludzenia w każdej sprawie. Może to jest taki breaking point i potem albo dalej sie żyje w zgorzknieniu i z pretensjami do losu, albo sie adaptuje podejście „jebac to” i koncentruje na sobie.

Najwiecej siły w ostatnich miesiącach dala mi Anna Lewandowska ze swoimi treningami, gdzie na początku w trakcie sesji powloczylam każda czescia ciala, a po pol h z jej ćwiczeniami leżałam nieruchomo na macie ochnascie kwadransów, w formie mokrej plamy. Po 30 dniach, z jej 72-dniowego wyzwania, stwierdziłam ze o kant dupy to wszystko potłuc i gowno to wszystko daje. Caly ten wysilek. Po co to komu. Po czym nagle cos kliknelo. Przestalam rzezic i potykać sie o własne nogi, zaczęłam ziewać w trakcie pajacykow, w trakcie których zawsze dotąd wykręcałam 911 żeby powiadomić operatora, ze zaraz umrę.

I wiem co ma sens. JA MAM SENS. Wszystko co robie DLA SIEBIE ma sens. Im więcej wysilku, tym więcej sensu, byle ten wysiłek był ukierunkowany NA SIEBIE. Maska tlenowa tez najpierw dla siebie. Bardzo pozno dochodzi sie do tych wnioskow, bo cale zycie nas ucza, ze inni, ze dzieci, rodzina, maz, pranie, kariera, rachunki. NAS KOBIETY TAK UCZA. Jakimś cudem prawie wszystko jest w naszym zakresie obowiazkow. Kiedy, jak i dlaczego? Za co?

Na razie mam etap zgorzkniałej staruszki. Nie popędzam go (tego etapu) ani nie lacze sie z energia drzew, żeby zaakceptować zycie jakim jest. Chwilowo sie nie zgadzam i nie akceptuje. Cale zycie żyłam w zgodzie z sumieniem, honorem (i ojczyzna) i wewnętrznym moralnym kompasem i nic mi z tego nie przyszło, oprócz żalu, ze inni nie żyli tak samo. I ze trzeba było korzystać z zycia, a nie sie poswiecac i być szlachetna oraz prawdomowna.

Wciąż boje sie tego co przyniesie reszta tego roku, nawet jeśli wydaje mi sie, ze jestem na każda okoliczność w miarę przygotowana. Wciąż opłakuje EURO 2020, mimo ze do kolejnego juz mniej niż 300 dni. Wciąż mi smutno, ze znów nie pojechałam do Portugalii. Wciąż mało mnie cieszy. Wciąż nie wiem co wymyślić żeby moc na cos czekac i poczuć choc cześć ekscytacji, jaka mi w poprzednim życiu towarzyszyla…

O porodzie i jego znaczeniu w przyrodzie

Przypominam kolejna notkę, o tym jak urodzić twinsy i co jest potem 🙂

24173962_845137768988044_7086936650523678584_o

„no wiec zaczne od tego, ze powiem, ze nie rozumiem (i nie kryguje sie, tylko naprawde nie kumam) co ludzie widza niezwyklego w urodzeniu blizniakow silami natury. I nie dlatego, ze porod ten przezylam i teraz jestem taka madra, tylko PRZED tez nie rozumialam.

bo budze sensacje ta informacja ilekroc jej udzielam. Ze aleosochodzi. PIERWSZA, absolutnie najgorsza faza porodu, jest przeciez nadal TYLKO JEDNA. No dobra, potem trzeba sie dwa razy wysilic, ale i tak uwazam ze to pestka przy kilkugodzinnych skurczach.

no ale dobra

zaczelo sie jak w amerykanskich filmach, tzn nagle w srodku nocy odeszly mi wody. Leze se i leze, spie jak zabita i nagle sru. Obudzilam sie natychmiast i natychmiast wiedzialam ze OHO, cos sie szykuje. Byla 2 nocy, TORBA DO SZPITALA OCZYWISCIE NIE SPAKOWANA, nogi niewydepilowane, a tu sie okazuje, ze trzeba dzialac. Zadzwonilam do szpitala czy moge doczekac do rana, ale nie – kazali sie meldowac natychmiast.

no to lista rzeczy do zabrania w reke (mialam ja od porodu z julka), PM podawal spioszki, ja pakowalam, a wody se lecialy beztrosko.

jechac musialam sama, bo nie chcielismy nikogo w srodku nocy alarmowac, no i wiadomo bylo, ze tak od reki to nie urodze.

no i potem wsiadlam w to auto i jechalam przez kompletnie pusty, nocny dublin, radio puszczalo jakoms rzewnom muzyke, a mi cale zycie przelatywalo przed oczami i wzruszlam sie do lez, przypominajac sobie jak lata temu wysiadalam z samolotu na dublniskim lotnisku i ze w zasadzie nalezalo natenczas ziemie irlandzka ucalowac, bo kto by przeciez pomyslal, ze zostanie ona ojczyzna trojki naszych dzieci.

dojechalam w jednym kawalku, w szpitalu dali mi lozko, podlaczyli ktg, sprawdzili ze wszystko ok, odlaczyli i czesc

skurcze zaczely sie o 5:30, od razu regularne, ale na poczatek luz. dawalam rade spac, tylko przez sen sprawdzalam co ile minut sie cos dzieje. tak na dobra sprawe to chyba nie wierzylam wtedy, ze tak od razu urodze, wydawalo mi sie ze wody odeszly, ale przeciez bez nich tez mozna jeszcze iles tam czasu przetrzymac dzieci w brzuchu, wiec.

potem zrobilo sie rano, przyjechal PM i tak se siedzielismy. Szyjki mi nie zbadali, bo powiedzieli ze przy odejsciu wod istnieje ryzyko infekcji, wiec nie beda tam grzebac bez potrzeby, tylko wtedy jesli skurcze sie zaczna nasilac. Dostalam za to profilaktycznie antybiotyk na wypadek gdyby to jednak jakas bakteria byla (co spowodowala przedwczesne odejscie wod)

no i siedzimy, siedzimy, nuda, ziew, ale skurcze zaczely sie nasilac. mialam przy lozku te blogoslawiona duza, miekka pilke, od razu mowie, ze to lifesaver podczas skurczu i polecam z calego serca. Ok 14 zaczelo juz bolec na powaznie, wiec przyszli, zbadali i mowia ze za godzine na porodowke. haha. i ze mam wziac ZZO bo przy blizniakach gdy rodzi sie jedno, przy drugim moga sie zaczac problemy, byc moze trzeba bedzie je w brzuchu odwracac i ze to moze bolec. Nie???? SERIO??? Dziewczyny byly obie glowkami na dol, ale chodzilo o to, ze jak jedna wychodzi, to druga nagle ma duzo miejsca i moze fiknac koziolka i zmienic pozycje.

ok 15 poszlismy na ta porodowke i od tego momentu, przez nastepna godzine, do czasu az dostalam epidural, nastapila absolutnie najgorsza i najkoszmarniejsza dla mnie faza porodu. Skurcze bardzo mocne, a mnie POLOZYLI I KAZALI LEZEC (Balder, wiesz o czym mowie, prawda?), bo ktg i dziewczyny musialy byc monitorowane. Przysiegam – skurcz na lezaco to chyba najbardziej wymyslna i wyrafinowana tortura, jaka natura sobie obmyslila. Bol jest nie do wytrzymania i nie mozna nad nim w zaden sposob zapanowac ani go zredukowac zmiana pozycji. Tysiac razy gorsze od samego parcia.

W koncu dostalam to ZZO i po 20 minutach plaza, ktora trwala prawie do samego konca.

Pamietam, ze z julka tez dostalam ZZO, ale jednoczesnie podlaczyli mi oksytocyne, wiec tak naprawde ulge odczuwalam raptem przez godzine, a potem znow sie zaczelo. Tutaj bylo duzo, duzo lepiej, oksytocyna byla co prawda w pogotowiu (bo po urodzeniu jednego dziecka macica moze „zapomniec”, ze powinna dalej sie kurczyc i trzeba ja popedzac), ale wszystko szlo swoim rytmem.

co jakis czas tylko pytalam z niedowierzaniem czy aby NA PEWNO COS SIE DZIEJE, bo ja NIC nie czuje i ze maja mi tu przysiac, ze te dzieci urodza sie na 100% dzis. Tak, dzieje sie tylko znieczulenie dziala i tak, urodza sie dzisiaj, nie marudz kobieto.

w miedzyczasie nastapila zmiana przy moim lozu bolesci, bo PM musial jechac odebrac julke z przedszkola. moglismy w sumie zorganizowac to tak, ze odbieralby ja ktos inny, ale wspolnie uznalismy, ze nie chcemy pyszczocha narazac na stres, mamy klka znajomych cioc, ale nie wiedzielismy jak julka zaragowalaby na nasz brak i zabranie jej w inne niz dom miejsce (nie wiedzac na dodatek ile czasu minie zanim PM moglby po nia pojechac). Przy moim boku zastapila go moja Przyjaciolka i – powiem wam jedno – zycze kazdemu zeby mial choc jednego TAKIEGO przyjaciela, ktory nie opusci go w biedzie lub potrzebie.

no i tak lezymy, plotkujemy i tylko drinkow z palemka nam brakowalo. powaga – tak, to ja moge rodzic raz w tygodniu. nie mowiac o tym ile sil czlowiek nabiera przed ostatnia, decydujaca faza.

lezac tak, co jakis czas tylko slyszalam jak gdzies obok rodzi sie jakies dziecko i matko, jak zazdroscilam kobietom, ktore juz mialy to za soba.

w koncu przyszla jakas wazniejsza polozna, bada mnie i nagle (WTEM!!!) mowi: JUZ, ZACZYNAMY

jezusmaria ale chwila, jakie juz, nie przygotowalam sie psychicznie, nastawiona bylam jeszcze na jakies skurcze, bol, jakie juz, nos nie przypudrowany, nogi nie wydepilowane matko.

kolo lozka nagle zmaterializowalo mi sie bardzo duzo osob, lekarze, pediatrzy, polozne i kaza mi przec.

no trudno, nie? mus to mus.

Weronika wyszla prawie natychmiast, po – nie wiem – trzech parciach? JEzu i ten moment byl bezbledny, z julka tak tego dobrze nie widzialam, albo nie pamietam, tu jak ja wyciagneli to obie z P. wpadlysmy doslownie w amok, ze JEZU, TAM BYLO DZIECKO, aleluja, pa, ona naprawde JEST. Ja naprawde NIGDY nie przejde na tym do porzadku dziennego, ze od zera powstaje w kobiecie calkowicie uksztaltowany czlowiek, ze nie ma tam nic, a po 9 miesiacach wyciagaja zywa lalke. O DWOCH NIE WSPOMNE.

potem faktycznie zrobilo sie trudniej, bo Ola w brzuchu miala (o ile kojarze i pamietam) obie raczki zlokalizowane kolo buzi i polozna usilowala cos z tym zrobic WKLADAJAC MI REKE DO SRODKA. Hm. MALO FAJNE jak czlowiekowi grzebia we flakach na zywca, naprawde (myslalam, ze pierdolca dostane, nawet nie chce myslec co bym czula gdyby nie ZZO)

potem juz malo kojarze, bo NAPRAWDE miala dosyc i tylko sie modlilam zeby bylo PO i zeby wszyscy dali mi swiety spokoj. W miedzyczasie przestalam slyszec placz Weroniki, wiec sie zestresowalam i pytam czemu ona nie placze, na co lekarze hahaha, no bo wlasnie ZASNELA. Super.

W sumie nie wiem teraz ile trwalo rodzenie Oli, bo na jednych papierach mam napisane, ze urodzila sie 15 minut pozniej, a na innych, ze 40. Dla mnie urodzila sie z 3 godziny pozniej, bo tyle mialam wrazenie ze to trwa, ale nie wnikam.

W koncu wyszla (chyba tez uzyli proznociagu, ale nie pamietam, moze P. skoryguje ;-)), cala bidulka sina i wymeczona, a lekarze zaczeli cmokac, ze kto mi policzyl te tygodnie ciazy, bo dziewczyny sa duzo bardziej zaawansowane niz 34+5.

no i tak o.
od reki dali im butelke, zeby sprawdzic czy potrafia same jesc, gdy sie okazalo, ze tak, powiedzieli ze nie ma potrzeby brac ich na NICU (newborn intensive care unit) i ze moga jechac ze mna na sale poporodowa.

od razu mowie, ze twinsy (jako takie) budza sensacje. Ze OJEZU one som dwie. W koncu zaczelam mowic, ze promocja byla BUY ONE GET ONE FREE, no bo ile mozna.

jeszcze nie wiem czy bardziej bedzie mnie to bawic czy wkurwiac, okaze sie jak zaczniemy z nimi bywac miedzy ludzmi 🙂

dalszy pobyt w szpitalu przebiegl bez fajerwerkow, od razu mowie, ze nie bylo az tak super jak przy julce, w sensie, ze nikt nie traktowal nas tam zle, ale ogolnie nie cackali sie ze mna tak jak przy pierwszym dziecku. W dokumentacji znalazlam potem wielokrotnie wpisane zdanie CALKOWICIE SAMODZIELNA OPIEKA NAD DZIECMI, MOTHER COMPLETELY INDEPENDENT, co chyba nalezalo traktowac w kategoriach komplementu, ze jakos se radze, nie?

bo faktycznie ze wszystkim radzilam sobie sama i nie bylo tak najgorzej. Od razu mowie, ze – oczywiscie – klania sie doswiadczenie itd, ale trafily mi sie dwa tak ugodowe egzemplarze, ze wspolpraca z nimi to sama przyjemnosc i zero stresu, a przyklady mozna by mnozyc.

Twinsowny byly jedynymi noworodkami na sali, ktore nie awanturowaly sie w nocy (ani w ciagu dnia). Podczas przewijania, kapania czy badan inne dzieci darly sie jak obdzierane ze skory, moje ziewaly. Wszelkie rekordy pobila Ola, ktora PRZESPALA jedno pobieranie krwi, nawet oka nie otworzyla. Gdy karmilam jedna druga spokojnie czekala na swoja kolej, gdy zdarzalo sie, ze zaczynaly plakac wystarczylo poglaskac po buzi, albo przytulic i bylo po sprawie.

Od 8 dni odkad sa z nami nie przysparzaja absolutnie zadnych klopotow, co nadal mnie szokuje, ale korzystam, korzystam z tego ile moge, bo ciagle mam wrazenie, ze jutro sie obudze i sie zacznie.

sa tak malutkie, tak bezbronne, ze nie potrafie na nie patrzec i nie plakac, bo rozwala mnie na kawalki to, ze sa tak bardzo zdane na nas, uzaleznione od tego co z nimi zrobimy.

w nocy jedza raz ok 2, raz nad ranem, potem spia do 9.

plaza?

plaza przy tych dzieciach to bardzo nerwowe i zatloczone miejsce 🙂
i pomyslec, ze gdyby sie nie pojawily, to nigdy w zyciu nie poznalabym euforycznej strony wczesnego macierzynstwa i do konca zycia myslalabym, ze to wylacznie lzy, zmeczenie, wkurw i babyblues (oraz ze nie nadaje sie na matke)

prawie 4 tygodnie za nami i naprawde chce mi sie plakac, ze minely i ze nigdy nie wroca, bo przezylam jeden z najpiekniejszych miesiecy w swoim zyciu. Czas wielkiej milosci, czulosci, zakochania i wzruszenia. M jak milosc normalnie. Kazdy dzien mialam i mam ochote przytrzymac za wskazowki zegara, zeby jeszcze sie nie konczyl, jeszcze nie odchodzil, potrwal chocby z kolejna godzine.

bo potem -jasne – tez moze byc fajnie, ale juz bedzie inaczej.

to co przepadlo z julka, ta radosc z tego ze trzyma sie w ramionach nowonarodzone dziecko, ktore pachnie tak jak nic na swiecie, teraz zostalo mi wynagrodzone w dwojnasob

i jak patrze na nie, to w ogole pojedyncza ciaza wydaje mi sie jakims bledem i wynaturzeniem

w sklepach, na ulicach, placach zabaw zaczepia nas mnostwo osob. God bless you uslyszalam przez ten miesiac wiecej razy niz przez cale swoje zycie

naprawde mam tu i teraz wrazenie, ze trafilismy szostke w lotka

W samo południe

Z okazji tego, iż dzidziusie skończą jutro 11 lat, przypominam kultową dla mnie notkę z lutego 2009, z pamiętnego usg.

6E3F718A-36D0-4055-A8F7-9782CCA93979

„rano zadzwonili do zlobka, ze ospa
ospa fajnie, super

julka niech se ma, ale ja nie mialam, nie?
po wpisaniu w google ciaza + ospa dostalam lekko zawalu, wiec dzwonie do szpitala i mowie OSPA, HILFE!!!!
i ze wizyte mam dopiero za miesiac

pani jaki miesiac, przychodz pani natychmiast, zrobimy badanie krwi, jak nie ma odpornosci, to cos damy (masc na strupy????)

poszlam, wzieli krew do badania, przy okazji sprawdzili wyniki badan sprzed dwoch lat i mowia, ze ok, odpornosc jest.
no ale jak pani juz przyszla, to moze paniom lekarz jeszcze zobaczy

pff spoko

poszlam, siedze, macham nozkami, bo mi zwisaja z kozetki

macham sobie tymi nozkami nie?

pani doktor przyszla
zmierzyla cisnienie

„miala juz pani usg?” taaaa, spoko w dwunastym tygodniu, wszystko bylo ok

„no to niech sie pani polozy”
(w gabinecie byla maszyna do usg, nowosc, bo przy rutynowych wizytach z julka skanow nigdy nie robili)

leze, a lekarka jezdzi mi glowica usg po brzuchu

jezdzi i jezdzi
tydzien tak jezdzi
i nic nie mowi
(dziecko w srodku jest, bo widze, nie?)

w koncu odlozyla to usg, wziela mnie za reke i bardzo, bardzo spokojnym glosem spytala:

„DID SOMEBODY TELL YOU YOU’RE GOING TO HAVE TWINS?”

NIE KURWA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
NIE

NIKT MI KURWA NIE POWIEDZIAL!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

dobrze, ze lezalam, nie?

nastepne pol godziny plakalam w objeciach lekarki
26 lutego, w samiutkie poludnie, dowiedzialam sie ze w brzuchu nie mam jednego pyszczocha

MAM DWA

i nie ma zmiluj, widzialam je na wlasne oczy

widzialam dwie glowki, dwie pary rak i nog
dwa kregoslupy

(2 tyg temu widzialam pojedynczo, DON’T ASK, moze po prostu WZROK MI SIE POGORSZYL I CIERPIE NA JAKAS DOUBLE VISION ALBO CO)

dobrze, co ja pisalam ostatnio?
ze niewiele dzieli mnie od tego momentu gdy mozna usiasc i odpoczac?
ze mam pozytywny plan na nastepna pieciolatke?

Panie Boze wybacz mi, ze czuje rozpacz, a nie radosc. Ze nie umiem sie cieszyc, chociaz wiem ze powinnam. Ze opcja stres uruchomila mi sie ze zdwojona intensywnoscia. Ze nie wiem jak sobie poradzimy, skoro juz teraz czesto brakuje nam pieniedzy. Ze po prostu nie umiem, nie potrafie sobie wyobrazic ani kawalka swojego zycia po wrzesniu AD 2009.

od 12:00 siedze i placze
jestem w proszku

moze gdyby zalac mnie wrzatkiem, to pozbieralabym sie do kupy?

to ja w zasadzie tyle

gdyscie mieli jakies plany na zycie, to nie informujcie o nich nikogo.
bo jak sie je trzyma w glowie, to jest szansa na to, ze nikt sie nie dowie i ich nie pokrzyzuje

i nie pocieszajcie mnie, nie
zamierzam dramatyzowac jak tutek przez nastepne 5 miesiecy
(plus narzekac przez kolejne 3 lata)

naprawde nie wiem co zrobie z tym stadkiem pyszczszkow jak bede miala wrocic z macierzynskiego do pracy. chyba je na grafton street z koszyczkiem na drobne posle, zeby zbieraly sobie na chlebek. Bo na zlobek x 3 za chuja nie bedzie nas stac.

no

to ja na dzisiaj tyle

bez odbioru

(jutro maja do mnie zadzwonic ze szpitala i umowic na dokladne ugs. Pierdole, nie ide. Odkryja trzecie dziecko i co wtedy???????)”

P

Nie ma końców świata

Długo rozkminiałam w głowie czy to pisać czy nie. Dziś, jutro czy za miesiąc. Może wcale. Ale zbyt wiele z was jest tu ze mną od początku, po 15, 10 lat. Znam was osobiście lub netowo, spędziłam na rozmowach z wami setki godzin, odwiedzałam was, a wy mnie, spotykałam się z wami, trzymałam wasze dzieci, użyczałyście mi swoich mieszkań na wakacyjne wypady, „rodziłyście” ze mną moje dzieci, trzymałyście za wirtualną rękę po wypadku Julki i jako pierwsze poinformowałyście o wypadku Tupolewa. Nie umiem i nie chcę was oszukiwać, bo wiecie jaka jestem naprawdę. Która dzisiejsza instagramerka z zasięgami ma taką społeczność? Plus moją „misją” w internecie jest odlukrowywanie świata i zdzieranie filtra. Nie jestem fanką utrwalania tylko różowo – cukrowych chwil, które chce się pamiętać, jestem natomiast gorącą zwolenniczką zapisywania upadków, z których udało się podnieść i porażek przekutych w sukcesy. Z doświadczenia wiem, że nie ma większej ulgi od przekonania się przez co przeszli inni i przetrwali. A pisanie to moja terapia, a ja tu i teraz bardzo potrzebuję pomocy i jestem dumna z siebie, że po latach udawania w krytycznych sytuacjach, że nic mi nie jest, dziś umiem o tę pomoc zwyczajnie prosić. 

Ale proszę, nie oceniajcie i nie wyciągajcie od razu pochopnych wniosków. Nie komentujcie bez zastanowienia i nie atakujcie. Życie nie jest ładne i kolorowe. Jest właśnie takie. Rzadko kiedy można jednoznacznie i bez procesu wskazać „winnych”. 

Nie będę dalej budować napięcia tylko powiem wprost. Jest kilka najgorszych momentów w życiu kobiety i rodziny, którą zbudowała od zera. Ten najtragiczniejszy to utrata dziecka lub ciąży. Ten troche lepszy, ale nadal bardzo zły, to moment, w którym wieloletni partner oznajmia, że nie wie czy was dalej kocha. Bez uprzedzenia. Taki cios z nikąd. W żołądek, bo to on zaczyna nagle boleć ze stresu. Lub w serce, bo to ono nagle trzepocze bezradne. Ostatnia uwaga o kruchym lodzie na fejsie nie była z dupy, tylko z nagle nabytego doświadczenia, o które nie prosiłam. Krótkiego crashkursu o końcu świata, na który się nie zapisywałam. To nie koronawirus, o którym wszyscy trąbią jest zagrożeniem. Najgorsze ciosy spadają na nas niespodziewanie, gdy naprawdę niczego się nie spodziewamy, tylko cieszymy się na wiosnę i EURO 2020. Jak w najlepszych filmach z mojego ulubionego gatunku, gdy jest słoneczny poranek, roześmiana rodzina/ para wstaję z łóżek i pije kawę, je śniadanie, po czym  ktoś wychodzi z domu w jakiejś błahej sprawie i już nie wraca. 

Co robi statystyczna kobieta w takiej sytuacji. Płacze. Co robi kobieta z GADem. Dodatkowo traci zdolność oddychania, co przeraża ją do tego stopnia, że jeszcze bardziej nie potrafi oddychać i obawia się, że za chwilę umrze, choć wie że nie umrze, bo już przez to przechodziła i pamięta, że to atak paniki. I on minie, choć nie bez trwałych konsekwencji. Statystyczna kobieta również zaczyna obwiniać siebie. Co zrobiłam. Kiedy. DLACZEGO NIC NIE WIDZIAŁAM (od razu piszę, iż podobno nie chodzi o „inną” (chociaż kto to tak naprawdę wie) tylko raczej o… nie wiem. Kryzys? Wypalenie? Depresję?)

Przez umysł przelatuje film z ostatniego roku. Flashbacki. Stopklatki. Co przegapiłam. Czy w tym momencie jeszcze było dobrze czy już źle. Lista potencjalnych błędów i reakcji. Może źle kochałam. Niewystarczająco okazywałam. Może moja definicja miłości jako trwania, wspierania i umiejętności śmiania się z tych samych dowcipów po 15 latach, a nie wiecznej pasji i motyli w brzuchu była defaultowo błędna. GDZIE POPEŁNIŁAM BŁĄD i jak go naprawić. 

Potem przychodzi refleksja, że to nie błąd. Nikogo nie da się zmusić do kochania i tak, można kogoś przestać kochać. Jest to smutne, ale prawdziwe. Tylko czy naprawdę z dnia na dzień? A skoro tak, to czy to zepsuta chemia w mózgu, którą można probować farmakologicznie naprawiać czy gonitwa za świętym graalem i nierealnym wyobrażeniem idealnego uczucia i związku, którego – ech – nie ma, to już wiem na pewno. 

Następną myślą jest – nic już nigdy nie będzie takie samo. Nigdy. Nie da się tych słów odwrócić, wymazać, obrócić w żart. Całe lata zabrało mi nauczenie się bezgranicznego ufania drugiej osobie, bez ciągłej niepewności, że ktoś może nas nagle zawieść, oszukać lub zostawić. Poszło do kosza. Nie wróci.  Ale czy mogę mieć pretensje, że ktoś nie chce udawać i jest do bólu szczery? Nie mogę. Powinnam, obiektywnie patrząc, być wdzięczna. 

Co dalej. Jak dalej. Czy naprawdę wyobrażam sobie dalsze życie z kimś, kto wygłosił taki komunikat. Dzieci. Co z nimi. Jak ratować kogoś o kim nie wiadomo czy chce być ratowany i kto nie chce ratować nas.  

Jeszcze potem pamięć nagle przypomina, że hej, najgorsze życiowe kryzysy kończyły się najpierw trzęsieniem ziemi i końcem świata, a potem nagle nowy, zajebistym życiem. Dwa zwolnienia z pracy i rok bezrobocia, po którym wyjechałam do Irlandii. Słynne USG ujawniające obecność dzidziusiów, po którym najpierw płakałam kilka miesięcy, a potem przeżyłam najpiękniejszy rok w życiu. Nie ma końców świata. Są transformacje. Nowe, trudne początki.

Terapeuta powiedział płacz. Oddychaj. Skup się na oddychaniu przez kolejny dzień. Jutro znowu zacznij oddychać. Panika w ten sposób minie. Smutek nie. 

Co robić.

Jak żyć.

Meno – pauza i UEFA

No więc w tym zeszłym roku to w ogóle było tak, że po wizycie u polskiej pani ginekolog, którą w ogóle każdy w Dublinie chwalił i polecał i ojejku, po badaniu USG i przeanalizowaniu poziomu hormonów, pani G. jednoznacznie, autorytatywnie i bezdyskusyjnie stwierdziła pełną menopauzę, a na moje pytanie co z Mireną, odparła, że przy takim poziomie nie ma sensu jej trzymać i że proszę się umówić na wizytę w celu wyciągnięcia. Oraz zastanowić się nad HTZ. Informację przyjęłam bez mrugnięcia okiem, do głowy nie przyszło mi nic, poza tym, że czas umierać w wyniku czego powstała tamta notka.

Następnego dnia koleżanka w pracy najpierw ostrożnie sprawdziła czy nie bredzę, po czym kazała przysiąc na zszywacz i paczkę spinaczy, że za żadną cenę nie wyciągnę spirali, no chyba że zależy mi na następnym zestawie dzidziusiów, tym razem może dla odmiany – chłopców. Jakoś szczególnie mnie jej pomysł nie zainspirował, więc postanowiłam spirali nie wyciągać, a w zamian poczekać i zobaczyć co nastąpi. 

Jednocześnie ze wszystkimi objawami (okres który zwariował, dziwne krwawienia w połowie cyklu oraz uderzenia gorąca) poszłam normalną irlandzką drogą – przez lekarza pierwszego kontaktu, który skierował mnie do szpitala ginekologicznego, na wizytę w którym czeka się – podobnie jak w kraju nad Wisłą – długo i cierpliwie. Cytologię miałam w porządku. 

Nakupiłam wszystkich dostępnych na polskim rynku środków na menopauzę, metodą eliminacji wybrałam ten, który działał na mnie najlepiej (biorę go do dziś, jest świetny!), po czym nagle, późną jesienią wszystko się nagle unormowało, okres ustabilizował, a uderzenia gorąca zniknęły jak sen złoty. 

Szpital co jakiś czas przysyłał listy że czy nadal naprawdę muszę na tę wizytę, na co z uporem odpowiadałam że tak, mimo że nic już mi kompletnie nie było i w sumie nie wiedziałam po co. W końcu po roku czekania dostałam termin na wykonanie – uwaga – histeroskopii. Oczywiście doczytałam to dopiero na korytarzu pod szpitalnym gabinetem, pińc minut przed wizytą, bo cały czas byłam przekonana, że idę na rutynowe usg, w związku z czym wizyta wyglądała śmiesznie, bo na pytanie gdzie mam spiralę odpowiedziałam, że w środku, bo skąd doprawdy miałam wiedzieć że do histeroskopii trzeba starą wyciągnąć, a potem założyć nową. Duchem świętym nie jestem.  

Na moje ostrożne pytanie, że ale po co w sumie to badanie i że to przecież menopauza, irlandzki pan ginekolog zapytał, ŻE A SKĄD WIEM. No bo hormony i uderzenia gorąca. A okres ma? No ma. No to pełna menopauza jest po 12 miesiącach bez okresu więc nie, nie mam menopauzy i nie można jej jednoznacznie stwierdzić wyłącznie po poziomie hormonów. 

Uczciłam minutą wymownej ciszy polską panią G i jej diagnozę, po czym znów namolnie spytałam no ale po co to badanie i że może to w takim razie PREMENOPAUZA, na co pan G bardzo cierpliwie objaśnił, że nie jest wróżką i jego praca nie polega na zgadywaniu co mi jest, tylko na wykonywaniu badań i analizowaniu ich wyników. Zamknęłam paszczę, bo i tak czułam się już jak durna, wiejska baba, po wizycie u znachora i po trzech zdrowaśkach w piecu. 

Pan G irlandzki przepisał nową mirenę i kazał wrócić za miesiąc, przez który to miesiąc nie miałam żadnych czarnych myśli oraz nie googlałam powikłań po histeroskopii ani co można w jej wyniku znaleźć i ile się po tym żyje. 

Na wizytę dotarłam w miniony poniedziałek, dzierżąc przed sobą – niczym tarczę – nową mirenę (kto widział jakiego rozmiaru jest pudełko, w które jest zapakowana, ten zrozumie).

52FA7CDE-3767-4007-A5D4-C12D5605B413

Następnie zajęła się mną pani pielęgniarka i że w ogóle hihihi i hahaha, proszę tu usiąść, zważymy, po czym po sprawdzeniu podanej mi wagi stwierdziłam, że niestety to niemożliwe i proszę ważyć raz jeszcze bo tyle to ostatnio ważyłam w 2005, ale przecież nie, to waga tarowana laboratoryjnie i w sterylnych warunkach i waży dobrze, ale się uparłam, że źle i miałam rację oraz niestety nie schudłam.

Przebrano mnie w szpitalne chomąto usadzono na wiadomym fotelu, pielęgniarka cały czas koło mnie, czyma mnie za rękę i zaśmiewamy się do łez niewiadomo z czego, ale nić porozumienia nawiązałyśmy natychmiast. Lekko struchlałam gdy do roboty zabrał się jakiś praktykant (czemu oni zawsze muszą się uczyć na mnie to naprawdę nie rozumiem), ale pan G stoi obok i pyta czy moje różowe włosy emitują poświatę w ciemności bo POWINNY, na co zakochałam się w nim platonicznie natychmiast, bo nikt inny na to jeszcze nie wpadł, że – dokładnie – ten kolor, by osiągnąć ideał, powinien jeszcze świecić w ciemnościach.

Po kolejnym ataku śmiechu poproszona zostałam o nie chybotanie fotelem, po czym podziękowano mi i że proszę mogę iść, na co mówię, że no dobra już nie będę, ale nie, już po wszystkim, dziękujemy, polecamy się na przyszłość i gud baj. Wszystko wygląda ok, ale oficjalne wyniki będą za 6 tyg. 

No to ponieważ atmosfera zapanowała rodzinna to wylewnie podziękowałam, wyściskałam pielęgniarkę i oddaliłam się w stronę autobusu tanecznym krokiem.

Refleksja przyszła potem. Nie mam lęku przed badaniem ginekologicznym, przed tym nie byłam ani zestresowana ani spięta, nie obawiałam się bólu lub że dowiem się nagle, że mam raka. Całą ciężką robotę odwaliła pielęgniarka – dzięki niej nie miałam pojęcia czy badają mi macicę, nerkę czy lewą nogę, nie miałam czasu podsłuchiwać rozmowy pana G z praktykantem, o tym co mam w środku, na podstawie której mogłabym potem wysnuć cudowne teorie i wygooglać sobie wszystkie możliwe powikłania, nie miałam czasu się nawet zastanowić czy praktykant WIE CO ROBI i czy jest pewien, którym końcem aplikuje się spiralę (przez chwilę miałam wątpliwości). Stary jak świat manewr żeby odwrócić uwagę od tego co jest nie do końca przyjemne i skupić się na czymś miłym, zdziałał cuda i poczułam wdzięczność, że dla tych ludzi to jest ważne. Komfort i spokój pacjenta.  

Lista wizyt w irlandzkich szpitalach robi nam się coraz dłuższa, ale zawsze wychodzę stamtąd przekonana, że pracują tam ludzie z powołaniem. Nigdy nie zapomnę jak po złamaniu nogi z SORu na oddział odwoził mnie wózkiem starszy pan, zakładam że ani pielęgniarz ani lekarz, może salowy i przez całą drogę starał się podnieść mnie na duchu – że będzie ok, że za pół roku będę mogła z powrotem tańczyć i że mam się nie przejmować. Przejmowałam się wtedy przeokropnie, w żadne tańce nie wierzyłam, ale w oczach miałam łzy wdzięczności, że komuś się chce sprawić żebym poczuła się choć przez sekundę lepiej.

No to jak już mnie dopadł słowotok to jeszcze o interwju z UEFA, które było bardzo fajne i było dwóch panów jeden młody i ładny, a drugi stary i mniej ładny i pytali się na przykład co wiem o EURO 2020, na co patrzyłam na nich z niedowierzaniem i całym wysiłkiem woli opanowywałam odruch popukania się po czole, bo co to za pytanie, równie dobrze mogli spytać jaką figurą geometryczną jest piłka. No i czemu w ogóle chcę być wolontariuszem, na co jak zaczęłam na od Mistrzostw Świata w 1986 do oglądania których zmuszali mnie rodzice (w sensie zabraniali przełączać na coś innego, wypisz wymaluj jak ja dzisiaj) to skończyłam na Lewym i Bundeslidze, na co ładny i brzydki powiedzieli, że dziękują i że za jednym zamachem odpowiedziałam na pytanie nr 2, 3, 4 i 5, w związku z czym ostatnie pytanie brzmi już kiedyś byłam wolontariuszem i co z tego najlepiej zapamiętałam, więc zgodnie z prawdą odparłam, że tak, byłam i że najlepiej zapamiętałam Pierca Brosnana, który przyszedł do nas jako gość specjalny, na co panowie wybuchnęli perlistym śmiechem, a ja im zawtórowałam bo ogólnie mi ostatnio wesoło. 

Po czym ładny na pożegnanie chwycił moją rękę, przytrzymał i rzekł, iż pewnie nie powinien mi tego mówić, ale z dużym prawdopodobieństwem dostanę tę fuchę, na co oczywiście zakochałam się w nim platonicznie bo naprawdę był ładny, a ręki nie myłam przez godzinę. 

Przy aplikowaniu można było określić 3 rodzaje wolontariatu, przy których chciałoby się pracować ja wybrałam organizacje meczów, ceremonie i akredytacje (w tej kolejności), ale ładny z brzydkim kazali mi dać akredytację na pierwszym miejscu bo tam potrzeba więcej ludzi, a praca jest na stadionie i polega na pokazywaniu piłkarzom gdzie jest szatnia.

Potem jeszcze należało pójść przymierzyć cały outfit, który z tej okazji funduje adidas z butami i czapką włącznie i można było iść do domu (ale jeszcze bez outfitu). 

Wyniki dopiero w listopadzie, ale ładny na pożegnanie powiedział I HOPE TO SEE YOU AGAIN VERY SOON. 

Część 2

Pierwsze dwa – cztery tygodnie brania leków wcale nie są lepsze. Poprawy albo nie widać, albo widać ja bardzo powoli, głowa wciąż świruje, stres nie odpuszcza, często w ogóle jest gorzej niż było. Tydzień po wizycie u lekarza musieliśmy pojechać na ceremonię przyznania obywatelstwa i żal mi i smutno, bo gówno z tej wycieczki miałam, zero ekscytacji, zero radości, chciałam tylko wrócić do domu i się położyć. Ani się napić ani rozluźnić. W międzyczasie jeszcze się okazało, że wada wzroku, zmieniła mi się diametralnie – krótkowzroczność się zredukowała, dalekowzroczność pogłębiła, miałam wrażenie, że okulary przestały mi pasować dosłownie z dnia na dzień (co jest nieprawdą, od tygodni musiałam je zdejmować do czytania i pracy przy kompie, ale nie zajarzyłam dlaczego), a GAD i tak wyguglał, że to rak mózgu. Chwilę później dostałam ropnego zapalenia dziąsła, do prochów doszedł antybiotyk z absolutnym zakazem w ogóle przebywania w tym samym pomieszczeniu, co alkohol. Byłam w takim nastroju do oblewania nowej ojczyzny, że ja pierdole. 

Beta blokery zatrzymały migreny, ale ich skutki uboczne wcale nie były różowe i wszystkie poranki nadal wyglądały jak podróż rozhuśtaną żaglówką po wzburzonym morzu, na dodatek we mgle. Bywało że budziłam się i usiłowałam przypomnieć sobie w głowie tabliczkę mnożenia. Dochodziłam do 7 i chuj. Ile to 7×6? 38? A może 46? Nie miałam pojęcia i doprowadzało mnie to do rozpaczy, byłam przekonana, że tak już zostanie. Wata zamiast mózgu. 

Unknown

Najgorsze w ogóle jest przeświadczenie, że przecież trzeba wstać i się ogarnąć. Owszem, jest jakiś problem, ale w żaden sposób niemierzalny, bardzo subiektywny i przecież może gdybym trochę bardziej się wysiliła to dała bym radę. Ciekawe, że nikt jakoś nie myśli że musi się ogarnąć przy zapaleniu płuc, złamanej nodze, alergii, grypie albo bólu zęba. Idzie się do lekarza po leki i kładzie do łóżka. Uważa na siebie. Daje się organizmowi czas na to, żeby się zregenerował i odpoczął. Leżąc w gipsie dwa lata temu nie uważałam, że jeśli pójdę pobiegać to noga się szybciej zrośnie, chorym dzieciom nie każę iść na trening, żeby je zahartować i pomóc pozbyć gorączki. Dlaczego z głową jest inaczej? Skąd ten wewnętrzny przymus ogarnięcia się i pozbierania do kupy w najkrótszym możliwym czasie? 

Terapia… Byłam na trzech (czekam na kolejną), nic z nich konkretnego nie wyniosłam. Oczekiwałam rzeczowego podejścia i narzędzi lub ćwiczeń do wytrenowania mózgu, zresetowania myślenia, nie smętnego pierdolenia o przeszłości i dlaczego mi smutno. Ponieważ podobno najlepsze wyniki przynosi terapia behawioralno – poznawacza (CBT therapy), nabyłam drogą kupna książkę i dopiero ta zaczęła otwierać mi oczy. Fora, na których ludzie opisują dokładnie te same problemy, objawy, skutki uboczne. A więc nie jestem wariatką, nie jestem sama. Nikt z nas nie jest, byle przestać udawać przed sobą, że nic się nie dzieje i wszystko jest w porządku. Nie umieram, nie tracę zmysłów – tak jak wytrenowałam mięśnie brzucha, tak samo będę w stanie wytrenować mózg, żeby nie reagował jak pojebany. Ale nie zrobię tego w tydzień ani w miesiąc, choć z tym właśnie najtrudniej jest się pogodzić. 

Dzieci oczywiście głupie nie są i mamo po co ci ta książka oraz dlaczego tak długo nie chodzisz do pracy. Powiedziałam prawdę. Ogólnie zawsze mówię im prawdę przy niewygodnych pytaniach, bo nie chce mi się kombinować i wymyślać bzdur. Opowiedziałam co to GAD, co powoduje, dlaczego trzeba uważać na objawy – u siebie i u innych. Moja mama też chorowała i to znacznie gorzej, ale ja to wiem, rozumiem i widzę dopiero teraz. Wtedy to było tabu, nikt dzieciom o niczym nie mówił, a ja nie rozumiałam dlaczego mnie odtrąca i nie kocha. Z tego powodu zakładam, że każda z moich córek na jakimś etapie życia też będzie musiała się z tym zmierzyć więc zrobię teraz wszystko, żeby je wyposażyć w całą wiedzę, jaką uda mi się na ten temat zdobyć.

Na chwilę obecną mierzę się tylko z jednym dniem na raz. Planuję tylko najbliższą godzinę. Uczę się kontrolować i rozluźniać ciągle i non stop spięte mięśnie, nie panikować jak fizyczne symptomy wciąż nie odpuszczają. Nie oczekuję, że nagle magicznie osiągnę zen i wyluzuję, GAD nadal jest członkiem rodziny i jeszcze długo nim będzie, a energię należy skoncentrować na tym, żeby nie robił więcej takiego spustoszenia jak smok Danki w ostatnim odcinku Gry o Tron. 

Swoją drogą wszyscy tak najeżdżają na tą Daenerys, że ojezu i co jej odjebało.

Serio?

Gdybym nie była na prochach i miała smoka…

Część 1

Kochani. Nie wiem jak długi post wyjdzie z tego co zamierzam opisać, czy w ogóle do końca powstanie i czy po zakończeniu go opublikuję. Mam motywację żeby opowiedzieć to wszystko bo może ktoś z was ma tak samo i jak przeczyta, to ogarnie się szybciej niż ja, zamiast czekać aż samo przejdzie, ale nie jest mi łatwo ten temat ogarnąć i co pięć minut mam refleksję, że może najlepiej to przeczekać, przemilczeć, a potem wrócić i udawać, że nic się nie stało. 

Ale wiem, że tak nie można. Że milcząc będę dokładać cegiełkę do cukierkowo – lukrowanego świata soszial mediów i happy hashtagów, na podstawie których łatwo ulec mylnemu wrażeniu, że inni mają lepiej i tylko nam jest ciężko i pod górkę. I dlaczego inni sobie radzą, a ja nie. Oraz jest taki ogólny trend, że o złych rzeczach i negatywnych doświadczeniach rzadko się w blogosferze pisze i mówi (zwłaszcza na blogach lekkich, łatwych i przyjemnych), niby po to żeby tylko kiedyś pamiętać tylko to co dobre i nie katować się złymi wspomnieniami. No nie zgadzam się i cześć. Nikt z nas sobie do końca nie radzi, ale prawie wszyscy większość czasu robią dobrą minę do złej gry. I ja doskonale rozumiem dlaczego, naprawdę. Sama czuję się jak debil, tłumacząc ludziom jak się czuję i co mi jest. Cały czas czekam aż ktoś mi powie że mam się wziąć ogarnąć, iść na spacer, a przed snem napić ciepłego mleka – to mi przejdzie. I polecę teraz tekstem jak z końcowych napisów kiepskich seriali lub telewizyjnych paradokumentów – kochana Czytelniczko i drogi Czytelniku – jeśli uważasz, że jakikolwiek aspekt tego wpisu może dotyczyć również Ciebie – proszę nie czekaj, tylko porozmawiaj z kimś. Jak nie masz z kim, to napisz choćby do mnie, nie wiem czy pomogę, ale naprawdę będę wiedziała jak się czujesz i nie będę Ci kazała pić mleka.

Pamiętacie GADa, prawda? Otóż mój niewinny GAD, którego od lat z pobłażaniem traktowałam jak trochę większą, oswojoną jaszczurkę, z dnia na dzień przepoczwarzył się w smoka z Gry o Tron, i to bynajmniej nie tego, którego wkurwiająca mnie Daenerys potrafiła ujarzmić jednym spojrzeniem, ale tego, który zwerbowany dotknięciem Nocnego Króla zamienił się w potwora, gotowego na jatkę, bez brania jeńców (dla nieoglądających GoT: w serialu były sobie trzy smoki, które widzowie obserwowali od wyklucia się z jajek, słodkie i kochane, tyle że jak urosły to się okazało, że nie są już uroczymi kotkami, tylko super bronią masowego rażenia, zwłaszcza jak zioną ogniem, który rozpieprza mury twierdz i wrogich zamków).

Przez dwa lata kompletnie ignorowałam całą masę znaków i symptomów, bo – na oko – nic strasznego się przecież nie działo. Oprócz tego, że nic mnie nie cieszyło, nic mi się nie chciało, do niczego nie potrafiłam się zmobilizować. Że przez kilka tygodni z rzędu nosiłam w kółko ten sam sweter, zmieniając tylko zakładane pod niego tshirty. Na pozór wszystko było ok, wstawałam, robiłam makijaż, szłam do pracy, normalnie ze wszystkimi rozmawiałam, nie uważałam, że życie jest bez sensu, nie chciałam się rzucać pod pociąg, wieczorami ćwiczyłam jogę, uważałam na alkohol, kupowałam ten jarmuż i piłam kurkumę. Jednocześnie nic, ale to kompletnie nic nie sprawiało mi radości, za to wszystko mnie frustrowało i irytowało. Ale przecież nie płakałam, nie leżałam w łóżku, wpatrzona tępym wzrokiem w ścianę. Reagowałam może trochę zbyt nerwowo na zjawiska, które nie powinny były większego stresu wywoływać, podskakiwałam na 2 metry, jak dzieciom na podłogę spadało pudełko z lego, no ale bez przesady. Dodam, bo to dość istotne, ze moje/ nasze życie nie jest jakoś wyjątkowo stresujące. Może nie stać nas na wszystko, czego, na jednym oddechu, żądają pełnym pretensji głosem dzieci, przekonane, że zarabiam jakieś kosmiczne (w ich oczach) kwoty i kompletnie ignorujące wszystkie moje ekonomiczne pogadanki z cyklu jak przeżyć od wypłaty do wypłaty, wydając 90% podstawowej pensji na kredyt, prąd i inne rachunki, ale umówmy się, że dramatu nie ma i inni mają gorzej i ja to naprawdę wiem i się nie czepiam. Kariery nie robię, ale to tak jakby z własnego wyboru, bo wolę mieć święty spokój niż się użerać z debilami i tłumaczyć z dealinów. Męża mam takiego, że do dziś nie rozumiem jakim cudem na niego trafiłam, a on ze mną wytrzymał. Czyli, dla postronnego obserwatora, wszystko jest w porządku i nie ma się nad czym rozczulać. Inni mają gorzej.

Ale nagle potem, w Wielki Czwartek, doświadczyłam ataku paniki. Oczywiście nie miałam pojęcia ani że to atak, ani że panika, tylko byłam zwyczajnie przekonana, że umieram. W drodze do sklepu zaczęło mi się kręcić w głowie, w kilkanaście sekund całą głowę objął mi mi migrenowy, napięciowy ból, który ruchem robaczkowym przemieścił się z karku do czubka głowy. Miałam wrażenie jakbym zaczęła funkcjonować poza swoim ciałem, jakbym za sekundę miała zemdleć, albo – właśnie – umrzeć. Przeraziło mnie to tak, że wtedy już faktycznie, ogarnęła mnie prawdziwa panika, która tylko z każdą sekundą potęgowała i tak już przeolbrzymią migrenę.

Wróciłam do domu, tak jak stałam położyłam się na podłodze, na macie do akupresury i zasnęłam na niej na pół godziny.

Następnego dnia w Wielki Piątek pojechałam rano do polskiego sklepu, co było zajebiście złym pomysłem, bo miałam wrażenie że nie kieruję autem, tylko gram w grze komputerowej, w której ktoś jedzie samochodem. Najwidoczniej jednak opatrzność czuwa nad głupkami bo nie zabiłam siebie, ani nikogo innego. 

W Święta Wielkanocne była piękna pogoda, niedzielę i poniedziałek spędziliśmy poza domem na świeżym powietrzu, gdzie było mi odrobinę lepiej, choć wrażenie odlotu towarzyszyło mi większość czasu, a migrena nie odpuszczała ani na godzinę. Ataki paniki (wujek google podpowiedział że to albo one albo rak mózgu) zaczęły mnie za to nawiedzać w nocy. Budziłam się, otwierałam oczy i dosłownie czułam jak zalewa mnie adrenalina, puls rośnie, ból głowy się nasila. Nie znajduję lepszego porównania niż przepalony system nerwowy, w którym alarm uruchamia się i wyje przy byle dotknięciu. We wtorek poszłam do pracy, gdzie nie byłam już w stanie pochylić głowy nad dokumentami ani skoncentrować na niczym. Pracowe koleżanki, stare klępy, jednogłośnie stwierdziły, że eeee, to na pewno menopauza i to wszystko zupełnie normalne. Jak to kurwa miało być normalne i miałam nagle tego zacząć doświadczać codziennie przez kolejną dekadę, to naprawdę kurwa dziękuję. 

W środę napisałam na zakład SMSa, że nie dam rady i nie przyjdę aż mi nie minie. Jeśli to faktycznie menopauza, to wrócę za 10 lat, bye. Poszłam do lekarza, u którego dostałam tak spektakularnego ataku histerii, że Carrie Bradshaw ze swoimi schizami mogła się schować. Lekarz w obliczu tajfunu był chyba gotów przepisać mi wszystko, dostałam lexapro i beta blokery, a międzyczasie jeszcze trafiłam w necie na opis high functioning anxiety i wszystkie elementy układanki zaczęły mi się nagle układać w zgrabną całość…

CDN

Jak przeżyć życie i nie zwariować

Mam wrażenie, że do pewnego momentu w życiu człowiek wciąż czeka i głupio się łudzi, że przyjdzie kiedyś taki dzień, że większość spraw uda się ogarnąć i w końcu zrobi się łatwiej. Zda się tę maturę, potem sesje, poczaruje na zaliczeniach, jakiś wuja załatwi pracę, odchowa się dzieci, spłaci kredyt, wybuduje dom, posadzi drzewo i będzie można odetchnąć. Sama pamiętam dokładnie kiedy ostatni raz miałam taką rewolucyjną myśl. Byłam w drugiej ciąży, po pierwszym usg, dzidziuś zdrowy. Wróciłam do domu, usiadłam na sofie, spojrzałam na malutką Julkę i pomyślałam, że hura, jeszcze tylko kilka lat i będzie trochę łatwiej. 

Trzy tygodnie później na pamiętnym kolejnym usg, dowiedziałam się, że nie ma jednego dzidziusia, SĄ DWA i cały mój misterny plan wyjścia na prostą runął w pizdu. A potem było tylko gorzej i ostatecznie po wielu latach zrozumiałam, że NIGDY NIE BĘDZIE ŁATWIEJ. To ja będę się upgrejdować z life skillsami do poziomu, w którym będę sobie lepiej ze wszystkim radzić, ale łatwiej nie będzie nigdy. 

Skoro zatem jestem już taka straszniem mądra i życiowo ogarnięta, to pomyślałam, że spiszę dla potomnych kilka złotych zasad pod ogólnym hasłem jak przeżyć życie i nie zwariować. Może komuś się przyda coś, do czego ja dochodziłam dekadami, metodą prób i w kółko powtarzanych tych samych błędów. W ogóle posiadanie bloga jest cudowne, c’nie? Mogę se napisać wszystko co chcę,  nowe przeminęło z wiatrem, biblię albo potop w którym zamiast kmicica główną postacią będzie jon snow i nikomu nic do tego. 

Wyliczam zatem w punktach co następuje:

  1. Nie rozkmniniaj przeszłości. To czy postąpiłaś dobrze czy źle nie ma już najmniejszego znaczenia, bo wisły i czasu kijem nie zawrócisz. Zrobiłaś to co zrobiłaś dysponując na tamten moment całą wiedzą, jaka była ci dostępna lub nie. Ja na przykład swojego czasu mogłam zostać rano w łóżku zamiast iść na hulajnogę. Ale poszłam i złamałam kostkę. I chuj. Stało się i trzeba było myśleć do przodu jak przeżyć kolejne miesiące i resztę życia ze złamaną nogą, a nie zaczynać każdej nowej myśli od: gdybym nie złamała nogi, to… Złamałam. Za późno. 
  1. W życiu nie ma porażek, są za to kolejne wnioski do wyciągnięcia. Pewne rzeczy będą się w nieskończoność nie udawać. Jeszcze inne nie udadzą się nigdy. To nie porażki, tylko lekcje pokory, które uczą dużo więcej niż pasmo sukcesów. Sukces jest jak musujące winko z Lidla, usypia czujność, lekko wchodzi, ale po trzecim kieliszku tracimy zdolność trzeźwej oceny sytuacji i euforycznie wysyłamy smsy, których miałyśmy nigdy nie napisać. 

2CwnDyeL7SRXDBVj6NtmCD5H6MtSGL67PPVU3VFHdaaQVzwSr4qnXaiSAd7rb3deT7VqzGBWhLEbcUG1Kqb3xPmL6UFLSEdTiU6aNe8yvZQZyFrSHv6fHrDNJtwWEHFgov84RZrCpVCpfbXZi1D2acpenZbysUfo5uNKpeXprrgF1PUUujivr

  1. Kiedy coś się nie udaje (czyli przez 90% czasu), nie obrażaj się na życie, nie unoś się honorem, tylko dalej rób swoje. Życie ma w dupie twoją urazę. Nie użalaj się nad sobą i nie szukaj na soszial mediach innych, którzy mają lepiej – oni najczęściej wcale nie mają lepiej, często mają dużo gorzej, tylko ty o tym nie wiesz. 
  1. LEARN TO MOVE ON. Najważniejsza zasada i najbardziej użyteczny life skill. Im szybciej się nauczysz przechodzić nad wszystkim co cię spotyka do porządku dziennego, tym mniej życia zmarnujesz na punkty 1 i 3. Z absolutnie wszystkich moich życiowych obserwacji jednoznacznie wynika, że najłatwiej w życiu jest tym, którzy potrafią się błyskawicznie przystosować do nowej sytuacji i szybko adaptować do następujących bez ustanku zmian.
  1. W pewnym momencie może się okazać, że nigdy nie osiągniesz tego co pragniesz lub nie znajdziesz tego co szukasz. Nie oznacza to, że jesteś przegrywem. Przeczytaj raz jeszcze punkt 3, szukaj i próbuj do końca (gdyż kropla drąży kamień nie siłą lecz częstym spadaniem) albo jak ci się już nie chce – pomyśl co masz lub możesz mieć w zamian. Alternatywnie napij się wina.
  1. Stosuj zasadę ograniczonego zaufania, rozczarowania będą mniej bolesne. 9 na 10 osób, które znasz, w jakimś punkcie życia na 100% cię rozczaruje. Kochaj je nadal, albo (jeśli miarka się przebrała) kopnij je w dupę i każ spierdalać. Nie jesteś samarytaninem ani matką teresą. 
  1. Licz na siebie. W każdej chwili, tylko i najbardziej. Miej do siebie więcej zaufania, zobacz ile już przeżyłaś i przetrwałaś, ile razy dałaś rade. Zaufaj intuicji, jeśli wewnętrzny głos coś ci podpowiada, słuchaj go. Nasz umysł identyfikuje milion razy więcej sygnałów z otoczenia niż nam się wydaje, a nasze ciało nieustannie reaguje na bodźce, których świadomie nie rejestrujemy. Intuicja to nie mit, zabobon ani przesąd, ale właśnie ta reakcja na sygnał z zewnątrz, której nie przerobiliśmy na konkretną myśl lub odkrywczy wniosek.
  1. Jak nie wiesz co robić – usiądź i poczekaj, rzeczy wydarzą się same. Go with the flow. Nie musisz mieć szczegółowego scenariusza na każdą życiową okoliczność, naprawdę. Dobrze mieć plan B, ale jak go nie masz, to on się sam napisze, przysięgam. To jest jedna z moich własnych najcenniejszych, wyuczonych umiejętności, która dała mi plus milion do wyluzowania. Nie muszę już teraz znać rozwiązania wszystkich potencjalnych przyszłych problemów, te rozwiązania zawsze gdzieś tam są, tylko ja ich w tym momencie nie widzę (tak jak mój mąż wchodzi do Lidla i nie widzi ryżu na półce, twierdząc, że go nie ma. Potem ja jadę i ryż nagle magicznie jest)
  1. Plany, cele, marzenia i priorytety się zmieniają – ich zmiana to tylko zmiana, a nie koniec świata, armagedon i życiowa porażka. 
  1. Zdecyduj co jest najważniejszą wartością w twoim życiu i wokół tego buduj resztę. Dla mnie tą wartością jest stabilizacja, jej brak powoduje destrukcje. Szanuję to i nie podejmuję pochopnych decyzji, nie zmieniam co chwilę zdania, nie rzucam się jak wyciągnięty z wody karp. Godzę się z tym, że ceną i skutkiem ubocznym stabilizacji może być nuda i brak fajerwerków. Gdyby moim priorytetem były fajerwerki, poszłabym je kupić, proste.