O porodzie i jego znaczeniu w przyrodzie

Przypominam kolejna notkę, o tym jak urodzić twinsy i co jest potem 🙂

24173962_845137768988044_7086936650523678584_o

„no wiec zaczne od tego, ze powiem, ze nie rozumiem (i nie kryguje sie, tylko naprawde nie kumam) co ludzie widza niezwyklego w urodzeniu blizniakow silami natury. I nie dlatego, ze porod ten przezylam i teraz jestem taka madra, tylko PRZED tez nie rozumialam.

bo budze sensacje ta informacja ilekroc jej udzielam. Ze aleosochodzi. PIERWSZA, absolutnie najgorsza faza porodu, jest przeciez nadal TYLKO JEDNA. No dobra, potem trzeba sie dwa razy wysilic, ale i tak uwazam ze to pestka przy kilkugodzinnych skurczach.

no ale dobra

zaczelo sie jak w amerykanskich filmach, tzn nagle w srodku nocy odeszly mi wody. Leze se i leze, spie jak zabita i nagle sru. Obudzilam sie natychmiast i natychmiast wiedzialam ze OHO, cos sie szykuje. Byla 2 nocy, TORBA DO SZPITALA OCZYWISCIE NIE SPAKOWANA, nogi niewydepilowane, a tu sie okazuje, ze trzeba dzialac. Zadzwonilam do szpitala czy moge doczekac do rana, ale nie – kazali sie meldowac natychmiast.

no to lista rzeczy do zabrania w reke (mialam ja od porodu z julka), PM podawal spioszki, ja pakowalam, a wody se lecialy beztrosko.

jechac musialam sama, bo nie chcielismy nikogo w srodku nocy alarmowac, no i wiadomo bylo, ze tak od reki to nie urodze.

no i potem wsiadlam w to auto i jechalam przez kompletnie pusty, nocny dublin, radio puszczalo jakoms rzewnom muzyke, a mi cale zycie przelatywalo przed oczami i wzruszlam sie do lez, przypominajac sobie jak lata temu wysiadalam z samolotu na dublniskim lotnisku i ze w zasadzie nalezalo natenczas ziemie irlandzka ucalowac, bo kto by przeciez pomyslal, ze zostanie ona ojczyzna trojki naszych dzieci.

dojechalam w jednym kawalku, w szpitalu dali mi lozko, podlaczyli ktg, sprawdzili ze wszystko ok, odlaczyli i czesc

skurcze zaczely sie o 5:30, od razu regularne, ale na poczatek luz. dawalam rade spac, tylko przez sen sprawdzalam co ile minut sie cos dzieje. tak na dobra sprawe to chyba nie wierzylam wtedy, ze tak od razu urodze, wydawalo mi sie ze wody odeszly, ale przeciez bez nich tez mozna jeszcze iles tam czasu przetrzymac dzieci w brzuchu, wiec.

potem zrobilo sie rano, przyjechal PM i tak se siedzielismy. Szyjki mi nie zbadali, bo powiedzieli ze przy odejsciu wod istnieje ryzyko infekcji, wiec nie beda tam grzebac bez potrzeby, tylko wtedy jesli skurcze sie zaczna nasilac. Dostalam za to profilaktycznie antybiotyk na wypadek gdyby to jednak jakas bakteria byla (co spowodowala przedwczesne odejscie wod)

no i siedzimy, siedzimy, nuda, ziew, ale skurcze zaczely sie nasilac. mialam przy lozku te blogoslawiona duza, miekka pilke, od razu mowie, ze to lifesaver podczas skurczu i polecam z calego serca. Ok 14 zaczelo juz bolec na powaznie, wiec przyszli, zbadali i mowia ze za godzine na porodowke. haha. i ze mam wziac ZZO bo przy blizniakach gdy rodzi sie jedno, przy drugim moga sie zaczac problemy, byc moze trzeba bedzie je w brzuchu odwracac i ze to moze bolec. Nie???? SERIO??? Dziewczyny byly obie glowkami na dol, ale chodzilo o to, ze jak jedna wychodzi, to druga nagle ma duzo miejsca i moze fiknac koziolka i zmienic pozycje.

ok 15 poszlismy na ta porodowke i od tego momentu, przez nastepna godzine, do czasu az dostalam epidural, nastapila absolutnie najgorsza i najkoszmarniejsza dla mnie faza porodu. Skurcze bardzo mocne, a mnie POLOZYLI I KAZALI LEZEC (Balder, wiesz o czym mowie, prawda?), bo ktg i dziewczyny musialy byc monitorowane. Przysiegam – skurcz na lezaco to chyba najbardziej wymyslna i wyrafinowana tortura, jaka natura sobie obmyslila. Bol jest nie do wytrzymania i nie mozna nad nim w zaden sposob zapanowac ani go zredukowac zmiana pozycji. Tysiac razy gorsze od samego parcia.

W koncu dostalam to ZZO i po 20 minutach plaza, ktora trwala prawie do samego konca.

Pamietam, ze z julka tez dostalam ZZO, ale jednoczesnie podlaczyli mi oksytocyne, wiec tak naprawde ulge odczuwalam raptem przez godzine, a potem znow sie zaczelo. Tutaj bylo duzo, duzo lepiej, oksytocyna byla co prawda w pogotowiu (bo po urodzeniu jednego dziecka macica moze „zapomniec”, ze powinna dalej sie kurczyc i trzeba ja popedzac), ale wszystko szlo swoim rytmem.

co jakis czas tylko pytalam z niedowierzaniem czy aby NA PEWNO COS SIE DZIEJE, bo ja NIC nie czuje i ze maja mi tu przysiac, ze te dzieci urodza sie na 100% dzis. Tak, dzieje sie tylko znieczulenie dziala i tak, urodza sie dzisiaj, nie marudz kobieto.

w miedzyczasie nastapila zmiana przy moim lozu bolesci, bo PM musial jechac odebrac julke z przedszkola. moglismy w sumie zorganizowac to tak, ze odbieralby ja ktos inny, ale wspolnie uznalismy, ze nie chcemy pyszczocha narazac na stres, mamy klka znajomych cioc, ale nie wiedzielismy jak julka zaragowalaby na nasz brak i zabranie jej w inne niz dom miejsce (nie wiedzac na dodatek ile czasu minie zanim PM moglby po nia pojechac). Przy moim boku zastapila go moja Przyjaciolka i – powiem wam jedno – zycze kazdemu zeby mial choc jednego TAKIEGO przyjaciela, ktory nie opusci go w biedzie lub potrzebie.

no i tak lezymy, plotkujemy i tylko drinkow z palemka nam brakowalo. powaga – tak, to ja moge rodzic raz w tygodniu. nie mowiac o tym ile sil czlowiek nabiera przed ostatnia, decydujaca faza.

lezac tak, co jakis czas tylko slyszalam jak gdzies obok rodzi sie jakies dziecko i matko, jak zazdroscilam kobietom, ktore juz mialy to za soba.

w koncu przyszla jakas wazniejsza polozna, bada mnie i nagle (WTEM!!!) mowi: JUZ, ZACZYNAMY

jezusmaria ale chwila, jakie juz, nie przygotowalam sie psychicznie, nastawiona bylam jeszcze na jakies skurcze, bol, jakie juz, nos nie przypudrowany, nogi nie wydepilowane matko.

kolo lozka nagle zmaterializowalo mi sie bardzo duzo osob, lekarze, pediatrzy, polozne i kaza mi przec.

no trudno, nie? mus to mus.

Weronika wyszla prawie natychmiast, po – nie wiem – trzech parciach? JEzu i ten moment byl bezbledny, z julka tak tego dobrze nie widzialam, albo nie pamietam, tu jak ja wyciagneli to obie z P. wpadlysmy doslownie w amok, ze JEZU, TAM BYLO DZIECKO, aleluja, pa, ona naprawde JEST. Ja naprawde NIGDY nie przejde na tym do porzadku dziennego, ze od zera powstaje w kobiecie calkowicie uksztaltowany czlowiek, ze nie ma tam nic, a po 9 miesiacach wyciagaja zywa lalke. O DWOCH NIE WSPOMNE.

potem faktycznie zrobilo sie trudniej, bo Ola w brzuchu miala (o ile kojarze i pamietam) obie raczki zlokalizowane kolo buzi i polozna usilowala cos z tym zrobic WKLADAJAC MI REKE DO SRODKA. Hm. MALO FAJNE jak czlowiekowi grzebia we flakach na zywca, naprawde (myslalam, ze pierdolca dostane, nawet nie chce myslec co bym czula gdyby nie ZZO)

potem juz malo kojarze, bo NAPRAWDE miala dosyc i tylko sie modlilam zeby bylo PO i zeby wszyscy dali mi swiety spokoj. W miedzyczasie przestalam slyszec placz Weroniki, wiec sie zestresowalam i pytam czemu ona nie placze, na co lekarze hahaha, no bo wlasnie ZASNELA. Super.

W sumie nie wiem teraz ile trwalo rodzenie Oli, bo na jednych papierach mam napisane, ze urodzila sie 15 minut pozniej, a na innych, ze 40. Dla mnie urodzila sie z 3 godziny pozniej, bo tyle mialam wrazenie ze to trwa, ale nie wnikam.

W koncu wyszla (chyba tez uzyli proznociagu, ale nie pamietam, moze P. skoryguje ;-)), cala bidulka sina i wymeczona, a lekarze zaczeli cmokac, ze kto mi policzyl te tygodnie ciazy, bo dziewczyny sa duzo bardziej zaawansowane niz 34+5.

no i tak o.
od reki dali im butelke, zeby sprawdzic czy potrafia same jesc, gdy sie okazalo, ze tak, powiedzieli ze nie ma potrzeby brac ich na NICU (newborn intensive care unit) i ze moga jechac ze mna na sale poporodowa.

od razu mowie, ze twinsy (jako takie) budza sensacje. Ze OJEZU one som dwie. W koncu zaczelam mowic, ze promocja byla BUY ONE GET ONE FREE, no bo ile mozna.

jeszcze nie wiem czy bardziej bedzie mnie to bawic czy wkurwiac, okaze sie jak zaczniemy z nimi bywac miedzy ludzmi 🙂

dalszy pobyt w szpitalu przebiegl bez fajerwerkow, od razu mowie, ze nie bylo az tak super jak przy julce, w sensie, ze nikt nie traktowal nas tam zle, ale ogolnie nie cackali sie ze mna tak jak przy pierwszym dziecku. W dokumentacji znalazlam potem wielokrotnie wpisane zdanie CALKOWICIE SAMODZIELNA OPIEKA NAD DZIECMI, MOTHER COMPLETELY INDEPENDENT, co chyba nalezalo traktowac w kategoriach komplementu, ze jakos se radze, nie?

bo faktycznie ze wszystkim radzilam sobie sama i nie bylo tak najgorzej. Od razu mowie, ze – oczywiscie – klania sie doswiadczenie itd, ale trafily mi sie dwa tak ugodowe egzemplarze, ze wspolpraca z nimi to sama przyjemnosc i zero stresu, a przyklady mozna by mnozyc.

Twinsowny byly jedynymi noworodkami na sali, ktore nie awanturowaly sie w nocy (ani w ciagu dnia). Podczas przewijania, kapania czy badan inne dzieci darly sie jak obdzierane ze skory, moje ziewaly. Wszelkie rekordy pobila Ola, ktora PRZESPALA jedno pobieranie krwi, nawet oka nie otworzyla. Gdy karmilam jedna druga spokojnie czekala na swoja kolej, gdy zdarzalo sie, ze zaczynaly plakac wystarczylo poglaskac po buzi, albo przytulic i bylo po sprawie.

Od 8 dni odkad sa z nami nie przysparzaja absolutnie zadnych klopotow, co nadal mnie szokuje, ale korzystam, korzystam z tego ile moge, bo ciagle mam wrazenie, ze jutro sie obudze i sie zacznie.

sa tak malutkie, tak bezbronne, ze nie potrafie na nie patrzec i nie plakac, bo rozwala mnie na kawalki to, ze sa tak bardzo zdane na nas, uzaleznione od tego co z nimi zrobimy.

w nocy jedza raz ok 2, raz nad ranem, potem spia do 9.

plaza?

plaza przy tych dzieciach to bardzo nerwowe i zatloczone miejsce 🙂
i pomyslec, ze gdyby sie nie pojawily, to nigdy w zyciu nie poznalabym euforycznej strony wczesnego macierzynstwa i do konca zycia myslalabym, ze to wylacznie lzy, zmeczenie, wkurw i babyblues (oraz ze nie nadaje sie na matke)

prawie 4 tygodnie za nami i naprawde chce mi sie plakac, ze minely i ze nigdy nie wroca, bo przezylam jeden z najpiekniejszych miesiecy w swoim zyciu. Czas wielkiej milosci, czulosci, zakochania i wzruszenia. M jak milosc normalnie. Kazdy dzien mialam i mam ochote przytrzymac za wskazowki zegara, zeby jeszcze sie nie konczyl, jeszcze nie odchodzil, potrwal chocby z kolejna godzine.

bo potem -jasne – tez moze byc fajnie, ale juz bedzie inaczej.

to co przepadlo z julka, ta radosc z tego ze trzyma sie w ramionach nowonarodzone dziecko, ktore pachnie tak jak nic na swiecie, teraz zostalo mi wynagrodzone w dwojnasob

i jak patrze na nie, to w ogole pojedyncza ciaza wydaje mi sie jakims bledem i wynaturzeniem

w sklepach, na ulicach, placach zabaw zaczepia nas mnostwo osob. God bless you uslyszalam przez ten miesiac wiecej razy niz przez cale swoje zycie

naprawde mam tu i teraz wrazenie, ze trafilismy szostke w lotka

W samo południe

Z okazji tego, iż dzidziusie skończą jutro 11 lat, przypominam kultową dla mnie notkę z lutego 2009, z pamiętnego usg.

6E3F718A-36D0-4055-A8F7-9782CCA93979

„rano zadzwonili do zlobka, ze ospa
ospa fajnie, super

julka niech se ma, ale ja nie mialam, nie?
po wpisaniu w google ciaza + ospa dostalam lekko zawalu, wiec dzwonie do szpitala i mowie OSPA, HILFE!!!!
i ze wizyte mam dopiero za miesiac

pani jaki miesiac, przychodz pani natychmiast, zrobimy badanie krwi, jak nie ma odpornosci, to cos damy (masc na strupy????)

poszlam, wzieli krew do badania, przy okazji sprawdzili wyniki badan sprzed dwoch lat i mowia, ze ok, odpornosc jest.
no ale jak pani juz przyszla, to moze paniom lekarz jeszcze zobaczy

pff spoko

poszlam, siedze, macham nozkami, bo mi zwisaja z kozetki

macham sobie tymi nozkami nie?

pani doktor przyszla
zmierzyla cisnienie

„miala juz pani usg?” taaaa, spoko w dwunastym tygodniu, wszystko bylo ok

„no to niech sie pani polozy”
(w gabinecie byla maszyna do usg, nowosc, bo przy rutynowych wizytach z julka skanow nigdy nie robili)

leze, a lekarka jezdzi mi glowica usg po brzuchu

jezdzi i jezdzi
tydzien tak jezdzi
i nic nie mowi
(dziecko w srodku jest, bo widze, nie?)

w koncu odlozyla to usg, wziela mnie za reke i bardzo, bardzo spokojnym glosem spytala:

„DID SOMEBODY TELL YOU YOU’RE GOING TO HAVE TWINS?”

NIE KURWA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
NIE

NIKT MI KURWA NIE POWIEDZIAL!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

dobrze, ze lezalam, nie?

nastepne pol godziny plakalam w objeciach lekarki
26 lutego, w samiutkie poludnie, dowiedzialam sie ze w brzuchu nie mam jednego pyszczocha

MAM DWA

i nie ma zmiluj, widzialam je na wlasne oczy

widzialam dwie glowki, dwie pary rak i nog
dwa kregoslupy

(2 tyg temu widzialam pojedynczo, DON’T ASK, moze po prostu WZROK MI SIE POGORSZYL I CIERPIE NA JAKAS DOUBLE VISION ALBO CO)

dobrze, co ja pisalam ostatnio?
ze niewiele dzieli mnie od tego momentu gdy mozna usiasc i odpoczac?
ze mam pozytywny plan na nastepna pieciolatke?

Panie Boze wybacz mi, ze czuje rozpacz, a nie radosc. Ze nie umiem sie cieszyc, chociaz wiem ze powinnam. Ze opcja stres uruchomila mi sie ze zdwojona intensywnoscia. Ze nie wiem jak sobie poradzimy, skoro juz teraz czesto brakuje nam pieniedzy. Ze po prostu nie umiem, nie potrafie sobie wyobrazic ani kawalka swojego zycia po wrzesniu AD 2009.

od 12:00 siedze i placze
jestem w proszku

moze gdyby zalac mnie wrzatkiem, to pozbieralabym sie do kupy?

to ja w zasadzie tyle

gdyscie mieli jakies plany na zycie, to nie informujcie o nich nikogo.
bo jak sie je trzyma w glowie, to jest szansa na to, ze nikt sie nie dowie i ich nie pokrzyzuje

i nie pocieszajcie mnie, nie
zamierzam dramatyzowac jak tutek przez nastepne 5 miesiecy
(plus narzekac przez kolejne 3 lata)

naprawde nie wiem co zrobie z tym stadkiem pyszczszkow jak bede miala wrocic z macierzynskiego do pracy. chyba je na grafton street z koszyczkiem na drobne posle, zeby zbieraly sobie na chlebek. Bo na zlobek x 3 za chuja nie bedzie nas stac.

no

to ja na dzisiaj tyle

bez odbioru

(jutro maja do mnie zadzwonic ze szpitala i umowic na dokladne ugs. Pierdole, nie ide. Odkryja trzecie dziecko i co wtedy???????)”

P

Nie ma końców świata

Długo rozkminiałam w głowie czy to pisać czy nie. Dziś, jutro czy za miesiąc. Może wcale. Ale zbyt wiele z was jest tu ze mną od początku, po 15, 10 lat. Znam was osobiście lub netowo, spędziłam na rozmowach z wami setki godzin, odwiedzałam was, a wy mnie, spotykałam się z wami, trzymałam wasze dzieci, użyczałyście mi swoich mieszkań na wakacyjne wypady, „rodziłyście” ze mną moje dzieci, trzymałyście za wirtualną rękę po wypadku Julki i jako pierwsze poinformowałyście o wypadku Tupolewa. Nie umiem i nie chcę was oszukiwać, bo wiecie jaka jestem naprawdę. Która dzisiejsza instagramerka z zasięgami ma taką społeczność? Plus moją „misją” w internecie jest odlukrowywanie świata i zdzieranie filtra. Nie jestem fanką utrwalania tylko różowo – cukrowych chwil, które chce się pamiętać, jestem natomiast gorącą zwolenniczką zapisywania upadków, z których udało się podnieść i porażek przekutych w sukcesy. Z doświadczenia wiem, że nie ma większej ulgi od przekonania się przez co przeszli inni i przetrwali. A pisanie to moja terapia, a ja tu i teraz bardzo potrzebuję pomocy i jestem dumna z siebie, że po latach udawania w krytycznych sytuacjach, że nic mi nie jest, dziś umiem o tę pomoc zwyczajnie prosić. 

Ale proszę, nie oceniajcie i nie wyciągajcie od razu pochopnych wniosków. Nie komentujcie bez zastanowienia i nie atakujcie. Życie nie jest ładne i kolorowe. Jest właśnie takie. Rzadko kiedy można jednoznacznie i bez procesu wskazać „winnych”. 

Nie będę dalej budować napięcia tylko powiem wprost. Jest kilka najgorszych momentów w życiu kobiety i rodziny, którą zbudowała od zera. Ten najtragiczniejszy to utrata dziecka lub ciąży. Ten troche lepszy, ale nadal bardzo zły, to moment, w którym wieloletni partner oznajmia, że nie wie czy was dalej kocha. Bez uprzedzenia. Taki cios z nikąd. W żołądek, bo to on zaczyna nagle boleć ze stresu. Lub w serce, bo to ono nagle trzepocze bezradne. Ostatnia uwaga o kruchym lodzie na fejsie nie była z dupy, tylko z nagle nabytego doświadczenia, o które nie prosiłam. Krótkiego crashkursu o końcu świata, na który się nie zapisywałam. To nie koronawirus, o którym wszyscy trąbią jest zagrożeniem. Najgorsze ciosy spadają na nas niespodziewanie, gdy naprawdę niczego się nie spodziewamy, tylko cieszymy się na wiosnę i EURO 2020. Jak w najlepszych filmach z mojego ulubionego gatunku, gdy jest słoneczny poranek, roześmiana rodzina/ para wstaję z łóżek i pije kawę, je śniadanie, po czym  ktoś wychodzi z domu w jakiejś błahej sprawie i już nie wraca. 

Co robi statystyczna kobieta w takiej sytuacji. Płacze. Co robi kobieta z GADem. Dodatkowo traci zdolność oddychania, co przeraża ją do tego stopnia, że jeszcze bardziej nie potrafi oddychać i obawia się, że za chwilę umrze, choć wie że nie umrze, bo już przez to przechodziła i pamięta, że to atak paniki. I on minie, choć nie bez trwałych konsekwencji. Statystyczna kobieta również zaczyna obwiniać siebie. Co zrobiłam. Kiedy. DLACZEGO NIC NIE WIDZIAŁAM (od razu piszę, iż podobno nie chodzi o „inną” (chociaż kto to tak naprawdę wie) tylko raczej o… nie wiem. Kryzys? Wypalenie? Depresję?)

Przez umysł przelatuje film z ostatniego roku. Flashbacki. Stopklatki. Co przegapiłam. Czy w tym momencie jeszcze było dobrze czy już źle. Lista potencjalnych błędów i reakcji. Może źle kochałam. Niewystarczająco okazywałam. Może moja definicja miłości jako trwania, wspierania i umiejętności śmiania się z tych samych dowcipów po 15 latach, a nie wiecznej pasji i motyli w brzuchu była defaultowo błędna. GDZIE POPEŁNIŁAM BŁĄD i jak go naprawić. 

Potem przychodzi refleksja, że to nie błąd. Nikogo nie da się zmusić do kochania i tak, można kogoś przestać kochać. Jest to smutne, ale prawdziwe. Tylko czy naprawdę z dnia na dzień? A skoro tak, to czy to zepsuta chemia w mózgu, którą można probować farmakologicznie naprawiać czy gonitwa za świętym graalem i nierealnym wyobrażeniem idealnego uczucia i związku, którego – ech – nie ma, to już wiem na pewno. 

Następną myślą jest – nic już nigdy nie będzie takie samo. Nigdy. Nie da się tych słów odwrócić, wymazać, obrócić w żart. Całe lata zabrało mi nauczenie się bezgranicznego ufania drugiej osobie, bez ciągłej niepewności, że ktoś może nas nagle zawieść, oszukać lub zostawić. Poszło do kosza. Nie wróci.  Ale czy mogę mieć pretensje, że ktoś nie chce udawać i jest do bólu szczery? Nie mogę. Powinnam, obiektywnie patrząc, być wdzięczna. 

Co dalej. Jak dalej. Czy naprawdę wyobrażam sobie dalsze życie z kimś, kto wygłosił taki komunikat. Dzieci. Co z nimi. Jak ratować kogoś o kim nie wiadomo czy chce być ratowany i kto nie chce ratować nas.  

Jeszcze potem pamięć nagle przypomina, że hej, najgorsze życiowe kryzysy kończyły się najpierw trzęsieniem ziemi i końcem świata, a potem nagle nowy, zajebistym życiem. Dwa zwolnienia z pracy i rok bezrobocia, po którym wyjechałam do Irlandii. Słynne USG ujawniające obecność dzidziusiów, po którym najpierw płakałam kilka miesięcy, a potem przeżyłam najpiękniejszy rok w życiu. Nie ma końców świata. Są transformacje. Nowe, trudne początki.

Terapeuta powiedział płacz. Oddychaj. Skup się na oddychaniu przez kolejny dzień. Jutro znowu zacznij oddychać. Panika w ten sposób minie. Smutek nie. 

Co robić.

Jak żyć.

Meno – pauza i UEFA

No więc w tym zeszłym roku to w ogóle było tak, że po wizycie u polskiej pani ginekolog, którą w ogóle każdy w Dublinie chwalił i polecał i ojejku, po badaniu USG i przeanalizowaniu poziomu hormonów, pani G. jednoznacznie, autorytatywnie i bezdyskusyjnie stwierdziła pełną menopauzę, a na moje pytanie co z Mireną, odparła, że przy takim poziomie nie ma sensu jej trzymać i że proszę się umówić na wizytę w celu wyciągnięcia. Oraz zastanowić się nad HTZ. Informację przyjęłam bez mrugnięcia okiem, do głowy nie przyszło mi nic, poza tym, że czas umierać w wyniku czego powstała tamta notka.

Następnego dnia koleżanka w pracy najpierw ostrożnie sprawdziła czy nie bredzę, po czym kazała przysiąc na zszywacz i paczkę spinaczy, że za żadną cenę nie wyciągnę spirali, no chyba że zależy mi na następnym zestawie dzidziusiów, tym razem może dla odmiany – chłopców. Jakoś szczególnie mnie jej pomysł nie zainspirował, więc postanowiłam spirali nie wyciągać, a w zamian poczekać i zobaczyć co nastąpi. 

Jednocześnie ze wszystkimi objawami (okres który zwariował, dziwne krwawienia w połowie cyklu oraz uderzenia gorąca) poszłam normalną irlandzką drogą – przez lekarza pierwszego kontaktu, który skierował mnie do szpitala ginekologicznego, na wizytę w którym czeka się – podobnie jak w kraju nad Wisłą – długo i cierpliwie. Cytologię miałam w porządku. 

Nakupiłam wszystkich dostępnych na polskim rynku środków na menopauzę, metodą eliminacji wybrałam ten, który działał na mnie najlepiej (biorę go do dziś, jest świetny!), po czym nagle, późną jesienią wszystko się nagle unormowało, okres ustabilizował, a uderzenia gorąca zniknęły jak sen złoty. 

Szpital co jakiś czas przysyłał listy że czy nadal naprawdę muszę na tę wizytę, na co z uporem odpowiadałam że tak, mimo że nic już mi kompletnie nie było i w sumie nie wiedziałam po co. W końcu po roku czekania dostałam termin na wykonanie – uwaga – histeroskopii. Oczywiście doczytałam to dopiero na korytarzu pod szpitalnym gabinetem, pińc minut przed wizytą, bo cały czas byłam przekonana, że idę na rutynowe usg, w związku z czym wizyta wyglądała śmiesznie, bo na pytanie gdzie mam spiralę odpowiedziałam, że w środku, bo skąd doprawdy miałam wiedzieć że do histeroskopii trzeba starą wyciągnąć, a potem założyć nową. Duchem świętym nie jestem.  

Na moje ostrożne pytanie, że ale po co w sumie to badanie i że to przecież menopauza, irlandzki pan ginekolog zapytał, ŻE A SKĄD WIEM. No bo hormony i uderzenia gorąca. A okres ma? No ma. No to pełna menopauza jest po 12 miesiącach bez okresu więc nie, nie mam menopauzy i nie można jej jednoznacznie stwierdzić wyłącznie po poziomie hormonów. 

Uczciłam minutą wymownej ciszy polską panią G i jej diagnozę, po czym znów namolnie spytałam no ale po co to badanie i że może to w takim razie PREMENOPAUZA, na co pan G bardzo cierpliwie objaśnił, że nie jest wróżką i jego praca nie polega na zgadywaniu co mi jest, tylko na wykonywaniu badań i analizowaniu ich wyników. Zamknęłam paszczę, bo i tak czułam się już jak durna, wiejska baba, po wizycie u znachora i po trzech zdrowaśkach w piecu. 

Pan G irlandzki przepisał nową mirenę i kazał wrócić za miesiąc, przez który to miesiąc nie miałam żadnych czarnych myśli oraz nie googlałam powikłań po histeroskopii ani co można w jej wyniku znaleźć i ile się po tym żyje. 

Na wizytę dotarłam w miniony poniedziałek, dzierżąc przed sobą – niczym tarczę – nową mirenę (kto widział jakiego rozmiaru jest pudełko, w które jest zapakowana, ten zrozumie).

52FA7CDE-3767-4007-A5D4-C12D5605B413

Następnie zajęła się mną pani pielęgniarka i że w ogóle hihihi i hahaha, proszę tu usiąść, zważymy, po czym po sprawdzeniu podanej mi wagi stwierdziłam, że niestety to niemożliwe i proszę ważyć raz jeszcze bo tyle to ostatnio ważyłam w 2005, ale przecież nie, to waga tarowana laboratoryjnie i w sterylnych warunkach i waży dobrze, ale się uparłam, że źle i miałam rację oraz niestety nie schudłam.

Przebrano mnie w szpitalne chomąto usadzono na wiadomym fotelu, pielęgniarka cały czas koło mnie, czyma mnie za rękę i zaśmiewamy się do łez niewiadomo z czego, ale nić porozumienia nawiązałyśmy natychmiast. Lekko struchlałam gdy do roboty zabrał się jakiś praktykant (czemu oni zawsze muszą się uczyć na mnie to naprawdę nie rozumiem), ale pan G stoi obok i pyta czy moje różowe włosy emitują poświatę w ciemności bo POWINNY, na co zakochałam się w nim platonicznie natychmiast, bo nikt inny na to jeszcze nie wpadł, że – dokładnie – ten kolor, by osiągnąć ideał, powinien jeszcze świecić w ciemnościach.

Po kolejnym ataku śmiechu poproszona zostałam o nie chybotanie fotelem, po czym podziękowano mi i że proszę mogę iść, na co mówię, że no dobra już nie będę, ale nie, już po wszystkim, dziękujemy, polecamy się na przyszłość i gud baj. Wszystko wygląda ok, ale oficjalne wyniki będą za 6 tyg. 

No to ponieważ atmosfera zapanowała rodzinna to wylewnie podziękowałam, wyściskałam pielęgniarkę i oddaliłam się w stronę autobusu tanecznym krokiem.

Refleksja przyszła potem. Nie mam lęku przed badaniem ginekologicznym, przed tym nie byłam ani zestresowana ani spięta, nie obawiałam się bólu lub że dowiem się nagle, że mam raka. Całą ciężką robotę odwaliła pielęgniarka – dzięki niej nie miałam pojęcia czy badają mi macicę, nerkę czy lewą nogę, nie miałam czasu podsłuchiwać rozmowy pana G z praktykantem, o tym co mam w środku, na podstawie której mogłabym potem wysnuć cudowne teorie i wygooglać sobie wszystkie możliwe powikłania, nie miałam czasu się nawet zastanowić czy praktykant WIE CO ROBI i czy jest pewien, którym końcem aplikuje się spiralę (przez chwilę miałam wątpliwości). Stary jak świat manewr żeby odwrócić uwagę od tego co jest nie do końca przyjemne i skupić się na czymś miłym, zdziałał cuda i poczułam wdzięczność, że dla tych ludzi to jest ważne. Komfort i spokój pacjenta.  

Lista wizyt w irlandzkich szpitalach robi nam się coraz dłuższa, ale zawsze wychodzę stamtąd przekonana, że pracują tam ludzie z powołaniem. Nigdy nie zapomnę jak po złamaniu nogi z SORu na oddział odwoził mnie wózkiem starszy pan, zakładam że ani pielęgniarz ani lekarz, może salowy i przez całą drogę starał się podnieść mnie na duchu – że będzie ok, że za pół roku będę mogła z powrotem tańczyć i że mam się nie przejmować. Przejmowałam się wtedy przeokropnie, w żadne tańce nie wierzyłam, ale w oczach miałam łzy wdzięczności, że komuś się chce sprawić żebym poczuła się choć przez sekundę lepiej.

No to jak już mnie dopadł słowotok to jeszcze o interwju z UEFA, które było bardzo fajne i było dwóch panów jeden młody i ładny, a drugi stary i mniej ładny i pytali się na przykład co wiem o EURO 2020, na co patrzyłam na nich z niedowierzaniem i całym wysiłkiem woli opanowywałam odruch popukania się po czole, bo co to za pytanie, równie dobrze mogli spytać jaką figurą geometryczną jest piłka. No i czemu w ogóle chcę być wolontariuszem, na co jak zaczęłam na od Mistrzostw Świata w 1986 do oglądania których zmuszali mnie rodzice (w sensie zabraniali przełączać na coś innego, wypisz wymaluj jak ja dzisiaj) to skończyłam na Lewym i Bundeslidze, na co ładny i brzydki powiedzieli, że dziękują i że za jednym zamachem odpowiedziałam na pytanie nr 2, 3, 4 i 5, w związku z czym ostatnie pytanie brzmi już kiedyś byłam wolontariuszem i co z tego najlepiej zapamiętałam, więc zgodnie z prawdą odparłam, że tak, byłam i że najlepiej zapamiętałam Pierca Brosnana, który przyszedł do nas jako gość specjalny, na co panowie wybuchnęli perlistym śmiechem, a ja im zawtórowałam bo ogólnie mi ostatnio wesoło. 

Po czym ładny na pożegnanie chwycił moją rękę, przytrzymał i rzekł, iż pewnie nie powinien mi tego mówić, ale z dużym prawdopodobieństwem dostanę tę fuchę, na co oczywiście zakochałam się w nim platonicznie bo naprawdę był ładny, a ręki nie myłam przez godzinę. 

Przy aplikowaniu można było określić 3 rodzaje wolontariatu, przy których chciałoby się pracować ja wybrałam organizacje meczów, ceremonie i akredytacje (w tej kolejności), ale ładny z brzydkim kazali mi dać akredytację na pierwszym miejscu bo tam potrzeba więcej ludzi, a praca jest na stadionie i polega na pokazywaniu piłkarzom gdzie jest szatnia.

Potem jeszcze należało pójść przymierzyć cały outfit, który z tej okazji funduje adidas z butami i czapką włącznie i można było iść do domu (ale jeszcze bez outfitu). 

Wyniki dopiero w listopadzie, ale ładny na pożegnanie powiedział I HOPE TO SEE YOU AGAIN VERY SOON. 

Część 2

Pierwsze dwa – cztery tygodnie brania leków wcale nie są lepsze. Poprawy albo nie widać, albo widać ja bardzo powoli, głowa wciąż świruje, stres nie odpuszcza, często w ogóle jest gorzej niż było. Tydzień po wizycie u lekarza musieliśmy pojechać na ceremonię przyznania obywatelstwa i żal mi i smutno, bo gówno z tej wycieczki miałam, zero ekscytacji, zero radości, chciałam tylko wrócić do domu i się położyć. Ani się napić ani rozluźnić. W międzyczasie jeszcze się okazało, że wada wzroku, zmieniła mi się diametralnie – krótkowzroczność się zredukowała, dalekowzroczność pogłębiła, miałam wrażenie, że okulary przestały mi pasować dosłownie z dnia na dzień (co jest nieprawdą, od tygodni musiałam je zdejmować do czytania i pracy przy kompie, ale nie zajarzyłam dlaczego), a GAD i tak wyguglał, że to rak mózgu. Chwilę później dostałam ropnego zapalenia dziąsła, do prochów doszedł antybiotyk z absolutnym zakazem w ogóle przebywania w tym samym pomieszczeniu, co alkohol. Byłam w takim nastroju do oblewania nowej ojczyzny, że ja pierdole. 

Beta blokery zatrzymały migreny, ale ich skutki uboczne wcale nie były różowe i wszystkie poranki nadal wyglądały jak podróż rozhuśtaną żaglówką po wzburzonym morzu, na dodatek we mgle. Bywało że budziłam się i usiłowałam przypomnieć sobie w głowie tabliczkę mnożenia. Dochodziłam do 7 i chuj. Ile to 7×6? 38? A może 46? Nie miałam pojęcia i doprowadzało mnie to do rozpaczy, byłam przekonana, że tak już zostanie. Wata zamiast mózgu. 

Unknown

Najgorsze w ogóle jest przeświadczenie, że przecież trzeba wstać i się ogarnąć. Owszem, jest jakiś problem, ale w żaden sposób niemierzalny, bardzo subiektywny i przecież może gdybym trochę bardziej się wysiliła to dała bym radę. Ciekawe, że nikt jakoś nie myśli że musi się ogarnąć przy zapaleniu płuc, złamanej nodze, alergii, grypie albo bólu zęba. Idzie się do lekarza po leki i kładzie do łóżka. Uważa na siebie. Daje się organizmowi czas na to, żeby się zregenerował i odpoczął. Leżąc w gipsie dwa lata temu nie uważałam, że jeśli pójdę pobiegać to noga się szybciej zrośnie, chorym dzieciom nie każę iść na trening, żeby je zahartować i pomóc pozbyć gorączki. Dlaczego z głową jest inaczej? Skąd ten wewnętrzny przymus ogarnięcia się i pozbierania do kupy w najkrótszym możliwym czasie? 

Terapia… Byłam na trzech (czekam na kolejną), nic z nich konkretnego nie wyniosłam. Oczekiwałam rzeczowego podejścia i narzędzi lub ćwiczeń do wytrenowania mózgu, zresetowania myślenia, nie smętnego pierdolenia o przeszłości i dlaczego mi smutno. Ponieważ podobno najlepsze wyniki przynosi terapia behawioralno – poznawacza (CBT therapy), nabyłam drogą kupna książkę i dopiero ta zaczęła otwierać mi oczy. Fora, na których ludzie opisują dokładnie te same problemy, objawy, skutki uboczne. A więc nie jestem wariatką, nie jestem sama. Nikt z nas nie jest, byle przestać udawać przed sobą, że nic się nie dzieje i wszystko jest w porządku. Nie umieram, nie tracę zmysłów – tak jak wytrenowałam mięśnie brzucha, tak samo będę w stanie wytrenować mózg, żeby nie reagował jak pojebany. Ale nie zrobię tego w tydzień ani w miesiąc, choć z tym właśnie najtrudniej jest się pogodzić. 

Dzieci oczywiście głupie nie są i mamo po co ci ta książka oraz dlaczego tak długo nie chodzisz do pracy. Powiedziałam prawdę. Ogólnie zawsze mówię im prawdę przy niewygodnych pytaniach, bo nie chce mi się kombinować i wymyślać bzdur. Opowiedziałam co to GAD, co powoduje, dlaczego trzeba uważać na objawy – u siebie i u innych. Moja mama też chorowała i to znacznie gorzej, ale ja to wiem, rozumiem i widzę dopiero teraz. Wtedy to było tabu, nikt dzieciom o niczym nie mówił, a ja nie rozumiałam dlaczego mnie odtrąca i nie kocha. Z tego powodu zakładam, że każda z moich córek na jakimś etapie życia też będzie musiała się z tym zmierzyć więc zrobię teraz wszystko, żeby je wyposażyć w całą wiedzę, jaką uda mi się na ten temat zdobyć.

Na chwilę obecną mierzę się tylko z jednym dniem na raz. Planuję tylko najbliższą godzinę. Uczę się kontrolować i rozluźniać ciągle i non stop spięte mięśnie, nie panikować jak fizyczne symptomy wciąż nie odpuszczają. Nie oczekuję, że nagle magicznie osiągnę zen i wyluzuję, GAD nadal jest członkiem rodziny i jeszcze długo nim będzie, a energię należy skoncentrować na tym, żeby nie robił więcej takiego spustoszenia jak smok Danki w ostatnim odcinku Gry o Tron. 

Swoją drogą wszyscy tak najeżdżają na tą Daenerys, że ojezu i co jej odjebało.

Serio?

Gdybym nie była na prochach i miała smoka…

Część 1

Kochani. Nie wiem jak długi post wyjdzie z tego co zamierzam opisać, czy w ogóle do końca powstanie i czy po zakończeniu go opublikuję. Mam motywację żeby opowiedzieć to wszystko bo może ktoś z was ma tak samo i jak przeczyta, to ogarnie się szybciej niż ja, zamiast czekać aż samo przejdzie, ale nie jest mi łatwo ten temat ogarnąć i co pięć minut mam refleksję, że może najlepiej to przeczekać, przemilczeć, a potem wrócić i udawać, że nic się nie stało. 

Ale wiem, że tak nie można. Że milcząc będę dokładać cegiełkę do cukierkowo – lukrowanego świata soszial mediów i happy hashtagów, na podstawie których łatwo ulec mylnemu wrażeniu, że inni mają lepiej i tylko nam jest ciężko i pod górkę. I dlaczego inni sobie radzą, a ja nie. Oraz jest taki ogólny trend, że o złych rzeczach i negatywnych doświadczeniach rzadko się w blogosferze pisze i mówi (zwłaszcza na blogach lekkich, łatwych i przyjemnych), niby po to żeby tylko kiedyś pamiętać tylko to co dobre i nie katować się złymi wspomnieniami. No nie zgadzam się i cześć. Nikt z nas sobie do końca nie radzi, ale prawie wszyscy większość czasu robią dobrą minę do złej gry. I ja doskonale rozumiem dlaczego, naprawdę. Sama czuję się jak debil, tłumacząc ludziom jak się czuję i co mi jest. Cały czas czekam aż ktoś mi powie że mam się wziąć ogarnąć, iść na spacer, a przed snem napić ciepłego mleka – to mi przejdzie. I polecę teraz tekstem jak z końcowych napisów kiepskich seriali lub telewizyjnych paradokumentów – kochana Czytelniczko i drogi Czytelniku – jeśli uważasz, że jakikolwiek aspekt tego wpisu może dotyczyć również Ciebie – proszę nie czekaj, tylko porozmawiaj z kimś. Jak nie masz z kim, to napisz choćby do mnie, nie wiem czy pomogę, ale naprawdę będę wiedziała jak się czujesz i nie będę Ci kazała pić mleka.

Pamiętacie GADa, prawda? Otóż mój niewinny GAD, którego od lat z pobłażaniem traktowałam jak trochę większą, oswojoną jaszczurkę, z dnia na dzień przepoczwarzył się w smoka z Gry o Tron, i to bynajmniej nie tego, którego wkurwiająca mnie Daenerys potrafiła ujarzmić jednym spojrzeniem, ale tego, który zwerbowany dotknięciem Nocnego Króla zamienił się w potwora, gotowego na jatkę, bez brania jeńców (dla nieoglądających GoT: w serialu były sobie trzy smoki, które widzowie obserwowali od wyklucia się z jajek, słodkie i kochane, tyle że jak urosły to się okazało, że nie są już uroczymi kotkami, tylko super bronią masowego rażenia, zwłaszcza jak zioną ogniem, który rozpieprza mury twierdz i wrogich zamków).

Przez dwa lata kompletnie ignorowałam całą masę znaków i symptomów, bo – na oko – nic strasznego się przecież nie działo. Oprócz tego, że nic mnie nie cieszyło, nic mi się nie chciało, do niczego nie potrafiłam się zmobilizować. Że przez kilka tygodni z rzędu nosiłam w kółko ten sam sweter, zmieniając tylko zakładane pod niego tshirty. Na pozór wszystko było ok, wstawałam, robiłam makijaż, szłam do pracy, normalnie ze wszystkimi rozmawiałam, nie uważałam, że życie jest bez sensu, nie chciałam się rzucać pod pociąg, wieczorami ćwiczyłam jogę, uważałam na alkohol, kupowałam ten jarmuż i piłam kurkumę. Jednocześnie nic, ale to kompletnie nic nie sprawiało mi radości, za to wszystko mnie frustrowało i irytowało. Ale przecież nie płakałam, nie leżałam w łóżku, wpatrzona tępym wzrokiem w ścianę. Reagowałam może trochę zbyt nerwowo na zjawiska, które nie powinny były większego stresu wywoływać, podskakiwałam na 2 metry, jak dzieciom na podłogę spadało pudełko z lego, no ale bez przesady. Dodam, bo to dość istotne, ze moje/ nasze życie nie jest jakoś wyjątkowo stresujące. Może nie stać nas na wszystko, czego, na jednym oddechu, żądają pełnym pretensji głosem dzieci, przekonane, że zarabiam jakieś kosmiczne (w ich oczach) kwoty i kompletnie ignorujące wszystkie moje ekonomiczne pogadanki z cyklu jak przeżyć od wypłaty do wypłaty, wydając 90% podstawowej pensji na kredyt, prąd i inne rachunki, ale umówmy się, że dramatu nie ma i inni mają gorzej i ja to naprawdę wiem i się nie czepiam. Kariery nie robię, ale to tak jakby z własnego wyboru, bo wolę mieć święty spokój niż się użerać z debilami i tłumaczyć z dealinów. Męża mam takiego, że do dziś nie rozumiem jakim cudem na niego trafiłam, a on ze mną wytrzymał. Czyli, dla postronnego obserwatora, wszystko jest w porządku i nie ma się nad czym rozczulać. Inni mają gorzej.

Ale nagle potem, w Wielki Czwartek, doświadczyłam ataku paniki. Oczywiście nie miałam pojęcia ani że to atak, ani że panika, tylko byłam zwyczajnie przekonana, że umieram. W drodze do sklepu zaczęło mi się kręcić w głowie, w kilkanaście sekund całą głowę objął mi mi migrenowy, napięciowy ból, który ruchem robaczkowym przemieścił się z karku do czubka głowy. Miałam wrażenie jakbym zaczęła funkcjonować poza swoim ciałem, jakbym za sekundę miała zemdleć, albo – właśnie – umrzeć. Przeraziło mnie to tak, że wtedy już faktycznie, ogarnęła mnie prawdziwa panika, która tylko z każdą sekundą potęgowała i tak już przeolbrzymią migrenę.

Wróciłam do domu, tak jak stałam położyłam się na podłodze, na macie do akupresury i zasnęłam na niej na pół godziny.

Następnego dnia w Wielki Piątek pojechałam rano do polskiego sklepu, co było zajebiście złym pomysłem, bo miałam wrażenie że nie kieruję autem, tylko gram w grze komputerowej, w której ktoś jedzie samochodem. Najwidoczniej jednak opatrzność czuwa nad głupkami bo nie zabiłam siebie, ani nikogo innego. 

W Święta Wielkanocne była piękna pogoda, niedzielę i poniedziałek spędziliśmy poza domem na świeżym powietrzu, gdzie było mi odrobinę lepiej, choć wrażenie odlotu towarzyszyło mi większość czasu, a migrena nie odpuszczała ani na godzinę. Ataki paniki (wujek google podpowiedział że to albo one albo rak mózgu) zaczęły mnie za to nawiedzać w nocy. Budziłam się, otwierałam oczy i dosłownie czułam jak zalewa mnie adrenalina, puls rośnie, ból głowy się nasila. Nie znajduję lepszego porównania niż przepalony system nerwowy, w którym alarm uruchamia się i wyje przy byle dotknięciu. We wtorek poszłam do pracy, gdzie nie byłam już w stanie pochylić głowy nad dokumentami ani skoncentrować na niczym. Pracowe koleżanki, stare klępy, jednogłośnie stwierdziły, że eeee, to na pewno menopauza i to wszystko zupełnie normalne. Jak to kurwa miało być normalne i miałam nagle tego zacząć doświadczać codziennie przez kolejną dekadę, to naprawdę kurwa dziękuję. 

W środę napisałam na zakład SMSa, że nie dam rady i nie przyjdę aż mi nie minie. Jeśli to faktycznie menopauza, to wrócę za 10 lat, bye. Poszłam do lekarza, u którego dostałam tak spektakularnego ataku histerii, że Carrie Bradshaw ze swoimi schizami mogła się schować. Lekarz w obliczu tajfunu był chyba gotów przepisać mi wszystko, dostałam lexapro i beta blokery, a międzyczasie jeszcze trafiłam w necie na opis high functioning anxiety i wszystkie elementy układanki zaczęły mi się nagle układać w zgrabną całość…

CDN

Jak przeżyć życie i nie zwariować

Mam wrażenie, że do pewnego momentu w życiu człowiek wciąż czeka i głupio się łudzi, że przyjdzie kiedyś taki dzień, że większość spraw uda się ogarnąć i w końcu zrobi się łatwiej. Zda się tę maturę, potem sesje, poczaruje na zaliczeniach, jakiś wuja załatwi pracę, odchowa się dzieci, spłaci kredyt, wybuduje dom, posadzi drzewo i będzie można odetchnąć. Sama pamiętam dokładnie kiedy ostatni raz miałam taką rewolucyjną myśl. Byłam w drugiej ciąży, po pierwszym usg, dzidziuś zdrowy. Wróciłam do domu, usiadłam na sofie, spojrzałam na malutką Julkę i pomyślałam, że hura, jeszcze tylko kilka lat i będzie trochę łatwiej. 

Trzy tygodnie później na pamiętnym kolejnym usg, dowiedziałam się, że nie ma jednego dzidziusia, SĄ DWA i cały mój misterny plan wyjścia na prostą runął w pizdu. A potem było tylko gorzej i ostatecznie po wielu latach zrozumiałam, że NIGDY NIE BĘDZIE ŁATWIEJ. To ja będę się upgrejdować z life skillsami do poziomu, w którym będę sobie lepiej ze wszystkim radzić, ale łatwiej nie będzie nigdy. 

Skoro zatem jestem już taka straszniem mądra i życiowo ogarnięta, to pomyślałam, że spiszę dla potomnych kilka złotych zasad pod ogólnym hasłem jak przeżyć życie i nie zwariować. Może komuś się przyda coś, do czego ja dochodziłam dekadami, metodą prób i w kółko powtarzanych tych samych błędów. W ogóle posiadanie bloga jest cudowne, c’nie? Mogę se napisać wszystko co chcę,  nowe przeminęło z wiatrem, biblię albo potop w którym zamiast kmicica główną postacią będzie jon snow i nikomu nic do tego. 

Wyliczam zatem w punktach co następuje:

  1. Nie rozkmniniaj przeszłości. To czy postąpiłaś dobrze czy źle nie ma już najmniejszego znaczenia, bo wisły i czasu kijem nie zawrócisz. Zrobiłaś to co zrobiłaś dysponując na tamten moment całą wiedzą, jaka była ci dostępna lub nie. Ja na przykład swojego czasu mogłam zostać rano w łóżku zamiast iść na hulajnogę. Ale poszłam i złamałam kostkę. I chuj. Stało się i trzeba było myśleć do przodu jak przeżyć kolejne miesiące i resztę życia ze złamaną nogą, a nie zaczynać każdej nowej myśli od: gdybym nie złamała nogi, to… Złamałam. Za późno. 
  1. W życiu nie ma porażek, są za to kolejne wnioski do wyciągnięcia. Pewne rzeczy będą się w nieskończoność nie udawać. Jeszcze inne nie udadzą się nigdy. To nie porażki, tylko lekcje pokory, które uczą dużo więcej niż pasmo sukcesów. Sukces jest jak musujące winko z Lidla, usypia czujność, lekko wchodzi, ale po trzecim kieliszku tracimy zdolność trzeźwej oceny sytuacji i euforycznie wysyłamy smsy, których miałyśmy nigdy nie napisać. 

2CwnDyeL7SRXDBVj6NtmCD5H6MtSGL67PPVU3VFHdaaQVzwSr4qnXaiSAd7rb3deT7VqzGBWhLEbcUG1Kqb3xPmL6UFLSEdTiU6aNe8yvZQZyFrSHv6fHrDNJtwWEHFgov84RZrCpVCpfbXZi1D2acpenZbysUfo5uNKpeXprrgF1PUUujivr

  1. Kiedy coś się nie udaje (czyli przez 90% czasu), nie obrażaj się na życie, nie unoś się honorem, tylko dalej rób swoje. Życie ma w dupie twoją urazę. Nie użalaj się nad sobą i nie szukaj na soszial mediach innych, którzy mają lepiej – oni najczęściej wcale nie mają lepiej, często mają dużo gorzej, tylko ty o tym nie wiesz. 
  1. LEARN TO MOVE ON. Najważniejsza zasada i najbardziej użyteczny life skill. Im szybciej się nauczysz przechodzić nad wszystkim co cię spotyka do porządku dziennego, tym mniej życia zmarnujesz na punkty 1 i 3. Z absolutnie wszystkich moich życiowych obserwacji jednoznacznie wynika, że najłatwiej w życiu jest tym, którzy potrafią się błyskawicznie przystosować do nowej sytuacji i szybko adaptować do następujących bez ustanku zmian.
  1. W pewnym momencie może się okazać, że nigdy nie osiągniesz tego co pragniesz lub nie znajdziesz tego co szukasz. Nie oznacza to, że jesteś przegrywem. Przeczytaj raz jeszcze punkt 3, szukaj i próbuj do końca (gdyż kropla drąży kamień nie siłą lecz częstym spadaniem) albo jak ci się już nie chce – pomyśl co masz lub możesz mieć w zamian. Alternatywnie napij się wina.
  1. Stosuj zasadę ograniczonego zaufania, rozczarowania będą mniej bolesne. 9 na 10 osób, które znasz, w jakimś punkcie życia na 100% cię rozczaruje. Kochaj je nadal, albo (jeśli miarka się przebrała) kopnij je w dupę i każ spierdalać. Nie jesteś samarytaninem ani matką teresą. 
  1. Licz na siebie. W każdej chwili, tylko i najbardziej. Miej do siebie więcej zaufania, zobacz ile już przeżyłaś i przetrwałaś, ile razy dałaś rade. Zaufaj intuicji, jeśli wewnętrzny głos coś ci podpowiada, słuchaj go. Nasz umysł identyfikuje milion razy więcej sygnałów z otoczenia niż nam się wydaje, a nasze ciało nieustannie reaguje na bodźce, których świadomie nie rejestrujemy. Intuicja to nie mit, zabobon ani przesąd, ale właśnie ta reakcja na sygnał z zewnątrz, której nie przerobiliśmy na konkretną myśl lub odkrywczy wniosek.
  1. Jak nie wiesz co robić – usiądź i poczekaj, rzeczy wydarzą się same. Go with the flow. Nie musisz mieć szczegółowego scenariusza na każdą życiową okoliczność, naprawdę. Dobrze mieć plan B, ale jak go nie masz, to on się sam napisze, przysięgam. To jest jedna z moich własnych najcenniejszych, wyuczonych umiejętności, która dała mi plus milion do wyluzowania. Nie muszę już teraz znać rozwiązania wszystkich potencjalnych przyszłych problemów, te rozwiązania zawsze gdzieś tam są, tylko ja ich w tym momencie nie widzę (tak jak mój mąż wchodzi do Lidla i nie widzi ryżu na półce, twierdząc, że go nie ma. Potem ja jadę i ryż nagle magicznie jest)
  1. Plany, cele, marzenia i priorytety się zmieniają – ich zmiana to tylko zmiana, a nie koniec świata, armagedon i życiowa porażka. 
  1. Zdecyduj co jest najważniejszą wartością w twoim życiu i wokół tego buduj resztę. Dla mnie tą wartością jest stabilizacja, jej brak powoduje destrukcje. Szanuję to i nie podejmuję pochopnych decyzji, nie zmieniam co chwilę zdania, nie rzucam się jak wyciągnięty z wody karp. Godzę się z tym, że ceną i skutkiem ubocznym stabilizacji może być nuda i brak fajerwerków. Gdyby moim priorytetem były fajerwerki, poszłabym je kupić, proste.

Trzy listy

Pamiętacie jaką człowiek miał kiedyś radość z tego, że przychodziły do niego papierowe listy? Jakim radosnym wydarzeniem było znalezienie koperty w skrzynce? Pisała już o tym któraś z moich blogowych koleżanek (chyba Chuda) – o ekscytacji, gdy przez otwory w skrzynce widać było, że w środku coś jest, pospiesznym rozrywaniu koperty i euforii z otrzymanej korespondencji, często spisanej koślawym charakterem pisma, na pięknej, ozdobnej papeterii. Jako dziecko i nastolatka pisałam i otrzymywałam setki listów – wymieniałam je przede wszystkim z pierwszą żoną (do studiów, a w zasadzie do moich pierwszych lat w Irlandii, potem dzieci i soszial media wszystko nam popsuły) i z innymi bliskimi przyjaciółkami. Pisałyśmy o wszystkim i o niczym i nie miało żadnego znaczenia to, że rano widziałyśmy się w szkole albo na wykładzie, a po południu gadałyśmy godzinę przez telefon. Na jakimś etapie z pierwszą żoną po prostu kserowałyśmy swoje pamiętniki i wysyłałyśmy sobie nawzajem – nie chciało nam się dwa razy pisać tego samego. 

W szkole podstawowej miałam ponadto jeszcze tzw penpal, czyli korespondencyjną przyjaciółkę z… Władywostoku. Pamiętam jak siedziałyśmy zadumane z mamą nad encyklopedią powszechną, kontemplując odległość z Władywostoku do Poznania. Na moje pytanie MAMO, A JAK TAM JEST, mama smętnie odparła – tak, że jakbyś jej wysłała opakowanie po niemieckiej czekoladzie z orzechami, to cały Władywostok zleciałby się oglądać. Buka* (tak miała na imię ruska penpal) przysyłała mi swoje czarno białe zdjęcia, na których radziecki związek wyglądał tak, jakby jeszcze nie skończyła się w nim druga wojna światowa. Przypuszczam, że na moich czarno białych fotografiach, przedstawiających Poznań, Polska nie prezentowała się dużo lepiej…

W liceum się upgrejdowałam i miałam już penpal z Holandii, z którą zresztą odwiedziłyśmy się nawzajem i oba spotkania oraz wizyty wspominam jako bardzo udane. 

IMG_6411

A TERAZ CO.

Co list w skrzynce, to stres.

Nikt już nie wysyła papierowej korespondencji, bo biedne drzewa i zero waste, więc jak już ktoś sięga po ten papier i kopertę, to sprawa musi być sporego kalibru. 

Zatem we wtorek oczekiwał mnie po pracy list nr 1, z irlandzkiego Urzędu Podatkowego, z krótkim żołnierskim komunikatem: Droga pani sistermoon. Wisi nam pani pińc (słownie: 5) TYSIĘCY euro, bo nie płaciła pani podatku od posiadanej nieruchomości. Ma pani 14 dni od daty wysłania listu (czyli 7, bo list opłotkami szedł tydzień) na uiszczenie w/w kwoty, a jak nie to my poinstruujemy pani bank, żeby zabrał pani tę kwotę z konta (powodzenia UP, powodzenia… na koncie bieżącym mam w porywach 67 euro i piętnaście centów, bo resztę piniążków czymam w skarpecie i kuwecie kota). I wiecie co mnie najbardziej wkurwia. Że gdybym wychowała się w kraju z mniej spiętą dupą i większym luzem do życia, to bym parsknęła na ten list śmiechem, zrobiła z niego kulkę do zabawy dla w/w kota, a potem spokojnie czekała aż urząd podatkowy zrobi z siebie debila, spróbuje bez sukcesów zabrać mi pieniądze z konta, naliczy odsetki, przyśle kolejne wezwania do zapłaty. W końcu złożyłabym na nich oficjalną  skargę albo wzięła do sądu ze to że mają burdel w swoich dokumentach, skandalicznie prowadzą moje rozliczenia podatkowe, a ich niepoczytalne listy wywołały u mnie długotrwały stres i globusa i teraz potrzebna mi dwuletnia terapia oraz odszkodowanie w wysokości 50 tys euro oraz 3 dodatkowe ulgi podatkowe. 

Ale nie kurwa, jestem dzieckiem komuny z Polski, więc zaraz poczułam się winna i przekonana, że muszę jak najszybciej się wytłumaczyć bo jak nie, to jutro na pewno przyjedzie pan irlandzki policjant i zamknie mnie do ciupy, za niepłacenie podatku, który co prawda regularnie płaciłam od 6 lat, ale może jednak mi się wydawało i tak naprawdę wydawałam te zawrotne (15 euro na m/c) kwoty na torebunie i kremiki do ryja. 

No nic. Wyżyłam się w mejlu. Napisałam co myślę o debilach, którzy nie potrafią czytać i procesować wysyłanej im korespondencji (UP myślał, że mam dwie nieruchomości, podczas gdy mam jedną, która kiedyś miała inny numer, a teraz ma inny i już im to tłumaczyłam w 2013 roku) oraz zażądałam, żeby z moimi casami dealował senior management, albo przynajmniej ktoś kto rozumie tekst pisany na poziomie klasy maturalnej. Następnie zadzwoniłam, a pan który odebrał mój telefon i sprawdził moje konto prawie się zatchnął oraz powiedział, że bardzo przeprasza, ale nie rozumie jak to się stało i ktoś musiał coś kliknąć, co mnie naturalnie nieprawdopodobnie uspokoiło, że porządek w moich sprawach podatkowych zależy od czyjegoś przypadkowego kliknięcia, być może pani sprzątaczki, która akurat odkurzała klawiaturę i spadł jej na nią cif, albo R, O i M były ujebane dżemikiem, bo ktoś jadł przy biurku lunch i ona próbując to wyczyścić przy okazji nabiła ekstra 5 tys długu na moje konto. Nieważne. W sumie jakby się zastanowić to w ciągu 24h zaoszczędziłam te 5k euro, więc mogę zaczynać działalność na IG jako influencerka, który udziela rad w kwestii zarządzania pieniędzmi i jak zostać milionerem nie wychodząc z domu. 

W czwartek dzwoni PM i mówi że przyszedł kolejny list i że we wtorek ma zabieg. PM, który w ogóle jak widać jest dość chorowitym dzieckiem, cierpi na zdiagnozowaną 2 lata temu arytmię i przez te dwa lata czekał na zabieg ablacji, które ma mu tę arytmię usunąć. Wujek google uprzejmie nas poinformował, że ablacja jest mało inwazyjnym zabiegiem, który polega na wprowadzeniu do serca, przez żyłę udową, elektrody i WYPALENIU KAWAŁKA SERCA. Luz naprawdę. Zero inwazji. Ziew. W ogóle nie zamierzam się stresować i we wtorek rano będę sączyć drinka z palemką, a nie snuć czarne wizje co zrobi trójeczka moich dzieci bez ojca, a ja bez starego, do którego dość się już przywiązałam… jeśli znacie jakieś historie powikłań po ablacji to błagam was na wszystko NIE MÓWCIE MI O NICH, ani o skutkach ubocznych ani w ogóle o niczym, bo dodatkowy stres jest mi już naprawdę niepotrzebny. Jedyne co mnie pociesza to to, że nie leczona arytmia może mieć skutki jeszcze gorsze… Kciuki wskazane, nawet tylko jeden, jeśli ktoś w ten wtorek musi koniecznie pracować albo myć naczynia. 

No więc wracam umęczona w ten czwartek z pracy, a PM mówi:

TAM LEŻY JESZCZE JEDEN LIST.

Nie kurwa. Nie i nie. Dzie ognisko, spalmy go, dosyć listów. Precz z listami. Precz z preczem. Nie otwieram. Nie i już. Wypierdalać.

No dobra, ale pomyślałam, że może to UP przysłał mi kartkę WE ARE SORRY albo może to Rossman do mnie w Irlandii napisał. 

Otworzyłam i co?

Dostałam najpiękniejszy list w ciągu 18 lat pobytu na Wyspie. 

Droga pani sistermoon, informujemy, że pani aplikacja o irlandzkie obywatelstwo została ZAAKCEPTOWANA. Proszę przysłać tysiaka (niestety tyle to kosztuje, no ale zaoszczędziłam pińć, więc nadal jestem 4 do przodu) i zdjęcia to damy pani irlandzki paszport.

Wzruszyłam się niebotycznie, bo za miesiąc 18 lat w Irlandii, więc na emigrancko pełnoletniość akurat dostanę nowy dokument tożsamości i w ogóle. Że nigdy już żadnych ewentualnych pozwoleń na pracę albo niepewnej przyszłości w razie Irexitów, Polxitów czy chujwiecoitów. Mogę legalnie tu zostać. Forever.

Potem wieczorem Piątek Krzysiu jebnął bramkę Austrii i ja naprawdę nadal pamiętam Senegal, ale mój związek z polską drużyną piłkarską jest jak relacja z mężem alkoholikiem, który obiecuje, że przestanie pić, ale co wieczór i tak wraca najebany. A ja mu tak zdejmuję te buty i skarpetki i wierzę jak przeprasza i mówi, że kocha i że już nigdy więcej…

 

* Wika, ona miała na imię WIKTORIA, tylko oczywiście W to ruskie B, a potem już mi się utrwaliła ta BUKA z Muminków…

W marcu jak w garncu

Mrugnęłam od nowego roku dwa razy i momentalnie zrobiła się połowa marca. Może jak przestanę tyle mrugać, to czas zwolni, jak myślicie. W międzyczasie w Irlandii siedem sióstr ustrzeliło w Euromilion 175 milionów euro i nienawidzę ich tylko za to, że w tym dwudziestoczterogodzinnym oknie czasu między histeryczną wiadomością od kolegi z pracy: EUROMILLIONS WON IN IRELAND, a oficjalną informacją w mediach, że to nie nasz zakładowy syndykat, naprawdę zdążyłam zaplanować całe swoje życie i życie swoich dzieci też. Potem jechałyśmy z Julką samochodem i wyliczałyśmy co byśmy za te pieniądze zrobiły. Wyszło nam, że większość byśmy rozdały, bo bez przesady, książki, ciuchy, kosmetyki plus nieruchomości w Tatrach i w Portugalii tyle aż nie kosztują.

Poza tym pierdolca dostaję od dyskusji i rozważań o odejściu od zmiany czasu. W Irlandii w okolicach 21. grudnia jest ciemno do 9 rano, naprawdę nie przeżyję jak będzie ciemno do 10. Ale nie kurwa, przecież jak przestaniemy przesuwać zegarki, to wieczorem zmrok zapadnie o 17:52 zamiast o 17:02. Jaka to oszczędność energii i życie w zgodzie z naturą, omg. Faktycznie, żyjąc w zgodzie z naturą nie będę w stanie dobudzić się do 11:45, a za zaoszczędzone na elektryczności w zimowych miesiącach 48 centów kupię sobie 0,234455 tabletki na depresję spowodowaną porannymi ciemnościami. 

img_6089.jpg

Potem trafiłam na bardzo pożyteczny wątek w internecie o menopauzie i oświeciło mnie, że mój GAD nie jest tak naprawdę klasycznym GADEM, tylko malutkim, słodkim i milusim Gaddusem Primenopauzarusem! Wszystkie objawy się zgadzają, jak w pysk strzelił. Najśmieszniej było jak kilka tygodni temu w nocy zerwałam się nagle z łóżka – normalnie identyko jak te wszystkie postaci w horrorach, co nagle siadają z krzykiem na łóżku, z szeroko otwartymi oczami. PM potem powiedział, że nigdy w życiu bardziej się nie przestraszył. On się przestraszył, ON. A to że ja się zerwałam jak oparzona bo przyśniło mi się, że we włosy wplątał mi się wróbel, to nie ma znaczenia. I co czytam? Że horror sleep w tym okresie to norma, tak samo jak palpitacje serca, panika z byle powodu, nieustanne pobudki w nocy, bóle i skurcze mięśni plus okres all over the place. Serio, kurwa, najpierw dojrzewanie, potem kilka dekad okresów i PMSów, potem ciąże, porody, połogi, na to wszystko końskie dawki hormonów żeby zajść/ nie zachodzić, a w podsumowaniu cudu istnienia na tej planecie w formie żeńskiej – menopauza, która – uwierzcie mi – kumuluje w sobie wszystkie czarowne objawy minionych faz plus dorzuca gratis kalorie z powietrza, niekontrolowane sikanie przy kichaniu, kontuzje i urazy ortopedyczne spowodowane zbyt nagłym poderwaniem się z łóżka lub gwałtownym atakiem śmiechu oraz pomarszczony na ryju i dekolcie kostium. O szyi nie wspominam, bo mi słabo.

Jak z tym walczyć droga gosiu, jak żyć. Suplementy niby pomagają, ale trzeba kupić wszystkie dostępne i zażywać co kwadrans, ewentualnie rozbić je w moździerzu i się w nich wytarzać, względnie wciągać nosem, jak kokę. I życie bez stresu o tak. Oraz odpoczynek. 8 godzin snu nieprzerwanego wróblami we włosach. Ewentualnie butelka wina na wieczór, ale wtedy nagle też jest problem, bo alkoholizm. Proszę mi przedstawić badania, które jednoznacznie stwierdzają, że alkoholizm jest gorszy od menopauzy. Po winku przynajmniej człowiek zapomina o bolącym krzyżu i korzonkach, przestaje widzieć zmarszczki (u siebie i u innych) i schizować na każdy możliwy życiowy temat, który ma szansę skończyć się potencjalną katastrofą. Może taśmą kinezjologiczną się otejpować. Kupiłam je ostatnio w Lidlu, bo takie ładne różowe i pod kolor moich włosów były. Otejpowałam sobie plecy i bardzo mi się podobało, do momentu aż usiłowałam je odczepić i odeszły prawie ze skórą. I oczywiście nie wolno z nich korzystać cały czas, bo wtedy mięśnie nie pracują i ulegają osłabieniu. Kurwa, no to na chuj je sprzedawać w supermarketach, niech będą na receptę u lekarza specjalisty, na wizytę u którego czeka się pińć lat. I niech ten lekarz przepisuje je w odcinkach 10 centymetrowych.

Za dwa tygodnie do gry wraca reprezentacja, ale doprawdy nie wiem czy już im wybaczyłam ten ubiegłoroczny Senegal. Plus mamy nowego Roberta Lewandowskiego, który nazywa się Krzysiu Piątek i odprawia cuda i czary mary we włoskiej Serie A, tylko co z tego skoro wujek Brzęczek w podstawowym składzie i tak pewnie wrzuci siostrzeńca Kubę, a Krzysia posadzi na ławce, żeby mu się w dupie nie poprzewracało. Mam pewną słabość do imienia Krzysiu, nie ukrywam.

Idę zapić Primenopauzaurusa winkiem, niechaj mam coś z tego, że w poniedziałki nie chodzę do pracy, wam życzę dobrego tygodnia, a sobie żeby Bayern Monachium w środę skopał dupę Liverpoolowi i żeby z agenta nie odpadał jeszcze Andrzej Gołota.