Czarna dupa

Drogi blogasku, przepraszam, że nie piszę, ale przechodzę obecnie etap czarnej dupy względnie nieustającego poczucia życiowej porażki, który objawia się następująco:

  • Wstaję rano i kiwam się nad lusterkiem niedowierzając, że wszystkie zabiegi kosmetyczne, którym się z nabożeństwem, po godzinach pracy poddaję, nie przynoszą efektów, a wręcz odwrotnie
  • Dojeżdżam na zakład, gdzie przez 7 godzin kiwam się przed monitorem, nie dowierzając, że po 17 latach na obczyźnie wciąż kiwam się przed monitorem, zamiast pić drinki na Mauritiusie
  • Dociera do mnie przerażająca prawda, że z dużym prawdopodobieństwem mogę się kiwać przed monitorem przez następne 21 lat, do emerytury
  • Rozpierdala mnie świadomość, że do emerytury zostało 21 lat, czyli raptem odrobinę więcej niż cały mój okres spędzony na emigracji względnie 17 mgnień wiosny
  • Przychodzę do domu, gdzie nie słucha mnie żadne dziecko. Żadne. Pojmuję, że absolutnie żadna metoda wychowawcza o której czytałam, słyszałam lub probowałam we wczesnej fazie radosnego macierzyństwa zastosować, nie przynosiła i nie przynosi żadnych rezultatów.
  • Również do mnie dociera, że najlepszą metodą na przeżycie macierzyństwa i zachowanie zdrowych zmysłów to udawanie, że mnie nie ma w domu

images

  • Zaczynam się godzić z tym, że skoro do tego życiowego momentu nie osiągnęłam nic spektakularnego, to szanse, że w następnej 40-latce coś się zmieni są niewielkie
  • Nie wiem co spektakularnego chciałabym osiągnąć
  • Nie cieszą mnie zbliżające się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej
  • Nie chce mi się gotować
  • Nie grzeje mi jeden grzejnik
  • Zepsuł mi się Fitbit i nie umiem znaleźć alternatywnego activity trackera, o którym wszyscy by nie pisali, że i tak się rozpada po ochnastu miesiącach
  • Bez Fitbita nie wiem jak spałam w nocy oraz ile kalorii spaliłam, co mnie wytrąca z równowagi
  • Nie mogę się napić bo po dwóch kieliszkach wina mam kaca przez trzy dni
  • Nie potrafię się pocieszyć zakupami bo nie jestem w stanie podjąć żadnej decyzji – świat oferuje za dużo produktów i zastanawiając się co chcę kupić, po kilku godzinach online shoppingu, zrezygnowana, dochodzę do wniosku, że jedyne co jest mi potrzebne to święty spokój, którego i tak nie ma na amazonie
  • Kot przespacerował mi się właśnie po klawiaturze kasując ostatnie trzy linijki tekstu
  • Dobija mnie, że jutro muszę iść do pracy. I pojutrze. I za tydzien, za miesiąc, za pół roku i za 19 lat
  • Nie słucha mnie żadne dziecko. To trochę tak jakby nie słuchała mnie np własna ręka albo noga.
  • Nie mam celu w życiu
  • Nie mam rozwijającego hobby
  • W sobotę ma być znowu śnieg, a grzejnik nie grzeje. Pan od grzejnika pisze, że będzie próbować go naprawić ZDALNIE, bo grzejnik jest fancy i można temperaturę ustawiać przez aplikację w telefonie. Co kurwa z tego, skoro ustawiona online temperatura nie ma nic wspólnego z temperaturą odczuwalną w mieszkaniu
  • Na temat prób zmiany samochodu nawet się nie będę wypowiadać, bo na chwilę obecną wolałabym mieć furmankę z koniem
  • Jest mi ogólnie smutno i nic mnie nie pociesza, nawet to, że inni mają tak samo albo gorzej
  • Chce mi się płakać, ale wtedy rozmazuje mi się korektor pod oczami i wyglądam na 58 lat
  • Nie potrafię ogarnąć całej logistyki domowo – pracowo – szkolnej. Po cholerę z tym walczyć, skoro i tak codziennie rano wraca się do punktu zero
  • Nie ma nawet śladu wiosny
  • Polacy nie weszli na K2, a Denis się obraził (i słusznie)
  • Dupa dupa dupa

Nanga Parbat

Nie wiem kiedy ostatni raz coś zrobiło na mnie tak wstrząsające wrażenie. Naprawdę szukam w zakamarkach pamięci i nie jestem w stanie przywołać żadnego wydarzenia, po którym, 2 dni później, na wspomnienie tego co zaszło – łzy same leciałyby mi z oczu (nie wykluczam, że był to np Wołodyjowski, który wysadził się w Kamieńcu albo Kmicic, który ukląkł i ucałował but Bogusława, żeby ocalić Sorokę).

Nie chcę się wdawać w żadne dyskusje o tym kto, gdzie i jak powinien się wspinać, jakim powinien dysponować sprzętem i ile pieniędzy na hipotetyczne helikoptery powinien  trzymać w skarpetach z gortexu, żeby się na to porywać. Mam wyrobione zdanie, ale przeżyte lata nauczyły mnie, że posiadanym na jakiś temat zdaniem niekoniecznie trzeba się od razu dzielić. Można zatrzymać coś dla siebie i człowiek mniej wtedy denerwuje siebie i innych.

Ale ten Bielecki z tym Urubką (Urubko wygląda dla mnie jak ruski Daniel Craig i nic nie na to nie poradzę). Co oni zrobili. Jak oni to zrobili. Jak człowiek może czegoś takiego dokonać. Jakim charakterem, hartem ducha, odwagą, ułańską fantazją, samozaparciem i sama nie wiem czym jeszcze trzeba dysponować, żeby w ciągu tych 30 godzin przenieść się z jednej góry pod drugą, nie bacząc na noc i temperaturę zacząć się w tym lodowym piekle wspinać, w połowie drogi jebnąć butle z tlenem, bo za ciężko, a na koniec, na widok uratowanej Francuzki beztrosko zakrzyknąć: „Elizabeth, nice to see you!!!”, tak jakby właśnie się ją spotkało w knajpie, po wyjściu z kumplami z pracy, na jednego.

1200px-Denis_Urubko

Nie wiem jak Wy, ale ja klękam. Bielecki i Urubko detronizują mi Lewego i Stocha bo, proszę Was, kopać piłkę albo skakać na nartach to potrafi KAŻDY, pfff. 5 goli w 9 minut, naprawdę co to za wyczyn, niech je Lewy strzeli przy temperaturze minus 45 oraz w świetle czołówki, nie widząc bramki i przeciwnika i wtedy pogadamy. Niech Stoch skacze z wyłączonym na skoczni oświetleniem. Proszę.

O himalaistach zdanie też mam wyrobione (i też się nim nie podzielę), o mojej nimi fascynacji już pisałam, książkę Bieleckiego czytałam, to co oni robią nie mieści mi się w głowie, bo ja jestem tchórzem, który miał serce w gardle przy samotnym, czterogodzinnym przejściu z przełęczy pod Kopą Kondracką na Kasprowy Wierch, a Orla Perć, którą samotnie przeszedł mój mąż przyprawiła mnie o palpitacje i zawał serca. Rok po niefortunnym wypadku na hulajnodze wciąż boję się tej hulajnogi dotknąć, a Bielecki ODAPDŁ od tej ściany, ale co tam – w ramach walki z demonami postanowił teraz wspiąć się na nią nocą. Luz.

Żoną himalaisty być bym nie mogła (za to PM – drugim Kukuczką – bardzo chętnie), ale to co się wydarzyło w weekend na Nanga Parbat paradoksalnie dostarczyło mi takiej dawki adrenaliny, energii, odwagi, wzruszenia, koktajl emocji tak silny, że dawno już nic mnie tak nie porozkładało. Nie będę ukrywać, że lubię to i że tego typu doświadczenia „chodzą” potem za mną miesiącami. Paradoksalnie moje nudne, poukładane, przewidywalne życie nabiera po czymś takim więcej sensu. Praktyczna wiedza, że – faktycznie – wystarczy bardzo chcieć, bardzo się uprzeć i się da. Że naprawdę można przenosić góry, rozdzielać morza, dokonywać niemożliwego. Można. To mi starcza oraz przynosi ulgę, że nie muszę już sama nic udowadniać.

88a19b29-1566-46e1-bde6-8890f169db81

Inna rzecz, że białej gorączki dostawałam od komentarzy grubą kreską oddzielających wolnych duchem pasjonatów, z niecodziennym hobby, od nudziarzy, którzy pracują od 8 do 5. Serio? Czy pasjonaci zdają sobie sprawę jak wyglądałoby ich życie, gdyby nudziarze rzucili w pizdu swoją robotę i poszli na Everest? Czy ogarniają, że nie wypłacili by ze swojego konta kasy na finansowanie swoich pasji (bo żaden nudny pracownik banku by jej nie zaksięgował), nie kupiliby w sklepach niezbędnego do jej realizowanie sprzętu (bo pracujące na 3 zmiany – pełne nudziarzy – fabryki by jej nie wyprodukowały), nie założyliby strony internetowej, nie skorzystaliby z crowfudningu (kto im wpłaca te pieniądze, no kto?) i jedyne co mogliby robić to dalej siedzieć i marzyć o swoich pasjach i o tym, jak bardzo są lepsi od zamkniętego w biurach i zakładach pracy przyziemnego pospólstwa, bez jakiejkolwiek – poza piwem i internetem – rozrywki?

(O, i gdyby nie pasjonaci, to Kolumb by nigdy nie odkrył Ameryki. Na czym Kolumb popłynął odkrywać nowe lądy? Wpław? Na zbudowanej własnoręcznie tratwie? Czy na okręcie poskładanym do kupy przez wyrobników?)

Chciałabym żeby był jeden guzik, którym dałoby się wyłączyć wszystkie komentarze – WSZĘDZIE. Albo żeby internet nie pozwalał na publikowanie durnych wypowiedzi pseudo ekspertów z każdego tematu  (choć wtedy istniałoby niebezpieczeństwo, że nie mogłabym już nigdy dodać notki na blogu, haha). Dyskusje pod doniesieniami spod Nanga Parbat każdorazowo psuła mi lektura towarzyszących jej komentarzy. Potem dałam sobie spokój. Nie warto. Ludzi nie naprawię, a jedyne co uzyskam, to to, że mój euforyczny nastrój pryśnie.

Bieleckiemu i Urubce dziękuję za wszystkie emocje i za to, że udowodnili, że nigdy nie wolno tracić nadziei, bo naprawdę nigdy nie wiadomo co przyniosą następne 24 godziny…

Byle do wiosny

Pamiętacie jak miałam dużo energii w listopadzie i grudniu i jak chciałam skakać i śpiewać?

No, to możecie odetchnąć – przeszło mi. Odechciało mi się śpiewać, zamiast skakać zwisam w pracy z krzesła, w domu z sofy i naprawdę, teraz już NAPRAWDĘ winię Lewandowskiego, bo co on nie gra, to ja mam zapaść.

Bayern będzie mi musiał odszkodowanie wypłacać za te tygodnie bez meczów, w trakcie których mam ataki paniki i mój nastrój pikuje ostro w dół, niczym tupolew w smoleńsku.

O, a pamiętacie jak się nie przejmowałam urodzinami i że ochochocho nigdy nie będę już młodsza, let’s celebrate. To już nie mówmy o tym, dobra, bo mi słabo. Dopiero kończyłam 40. naprawdę przedwczoraj to było, pamiętam i tort i prezenty, a tu już prawie półmetek do 50. Znowu się boję że umrę, znowu wszystkiego się boję. Ale ok, już wiem, że tak musi być. Przeczytałam książkę Svena Hannawalda (to ten co się obrażał jak polscy kibice rzucali w niego śnieżkami w trakcie skoków – sto lat temu – w Zakopanem) i Sven w swojej książce mądrze rzekł, że wszystko ma swoją cenę. Wszystko ma swoją przyczynę. Wszystko w życiu jakoś się BILANSUJE. Więc się zbilansowało, po prostu.

Oraz wiem co jeszcze mnie dobiło. Obejrzałam w święta całe Sex and The City. Masakra. W Sylwestra oglądałam sobie beztrosko sezon 4, po czym irlandzka TV, po północy, wyemitowała film „New Year’s Eve”. Występującą w nim Sare Jessice Parker poznałam po głosie. PO GŁOSIE. A przecież patrzyłam na nią przez kilka minionych dni non stop. Potem wyszukałam sobie na instagramie Carrie, Samanthe, Mirande i Charlotte i humor mi się bynajmniej nie poprawił.

Czy tylko mnie tak to przygnębia? Że czas tak zapierdala? On nie mija, nie upływa, nie przecieka przez palce, nie nie, on zapierdala. Patrzy na zegarek, uświadamia sobie jak jest późno i jeszcze przyspiesza. I czy np taka Sarah Jessica Parker nie wpada w depresję, jak patrzy na siebie w początkach SATC? A przecież pamiętam jak oglądałam na bieżąco wszystkie sezony. Wczoraj oglądałam. Jak przyjechałam do Irlandii to akurat premierę miał ostatni sezon, z Barysznikowem. A teraz co. Jest 17 lat później. Czyli pojutrze będzie znowu dekadę później i nawet widok prawie 70-letniej Carrie mi wtedy nie pomoże.

Unknown-3

Co jeszcze. Postanowień noworocznych nie mam, bo nie przesadzajmy. Mogłabym chcieć schudnąć, ale po co. Mam za to vision board, ustawiony jako tapetę w ipadzie. Na vision boardzie mam głównie Kamila Stocha z kolejnymi medalami olimpijskimi i polską reprezentację na Mistrzostwach Świata. O, mam jeszcze jedno. Kupione bilety do Portugalii. Oraz szczerą nadzieję, że jak w tym roku tam polecimy, to nie będę musiała znów oglądać cholernych ręczników z Cristiano Ronaldo całującym puchar.

Dzień niby jest dłuższy ale nie jest. Całodzienny zasób energii zużywam między 5:25 a 6:50. O 6:54 wsiadam do pociągu i regeneruję się dosłownie na kwadrans. O 7:30 wysiadam i czuję się jakby była 22:45. Zwłaszcza, że jest tak samo ciemno.

Wczoraj na przykład słońce nie wzeszło w ogóle. O 12:00 wciąż było ciemno jak w dupie.

Choinkę rozebraliśmy, a ja mam wrażenie, że stała dwa dni, nie dwa tygodnie. Dopiero się przyzwyczaiłam do jej mrugania, a tu wróciłam do domu i jej nie było. Tyle wszystkiego, że Tesco wyłożyło na półki wielkanocne jajka, a spod ziemi zaczęły się wychylać tulipany. Byle do wiosny.

Wesołych

Myślę sobie ostatnio o wielu życiowych znajomościach i jak, ogólnie, zdecydowanie łatwiej układają mi się znajomości damsko – męskie niż te czysto kobiece. Faceci są naprawdę mało skomplikowani. Nie stroją fochów, nie obrażają się, nie liczą kto pierwszy odezwał się do kogo i ile dni temu to było. Nie licytują się kto jest bardziej zmęczony albo ma więcej problemów. Do każdego z moich znajomych płci męskiej mogę się odezwać w każdej chwili, nawet po miesiącach nie gadania, bez obawy, że usłyszę pretensje czemu się tyle nie odzywałam. Nie mówie już o tym, że w trakcie mojej przymusowej kilkumiesięcznej absencji, gdy zniknęłam z dnia na dzien z pracy, moje pożal się boże pracowe „przyjaciółki” (za wyjątkiem kilku) nie odezwały się do mnie przez pół roku ani słowem, bo po co.

Ja wiem że wszycy są zajęci i naprawdę mnie to nie przeszkadza, że nie utrzymuję z kimś ożywionych kontaków i nie wymieniam po kilkanaście razy dziennie emotikionów, przemyśleń i wniosków życiowych. Szczerze mówiąc to z wiekiem wszystkie te small chaty i pierdolenie o niczym wyczerpują mnie do cna. Ale okazuje się, że w czasie gdy ja staram się utrzymywać życiową energię na poziomie pozwalającym na przetrwanie kolejnego dnia, tygodnia lub miesiąca ktoś tam się obraża bo się nie pytam co u niego. Kobieta się obraża. Facet nigdy. Co mnie długofalowo zniechęca do utrzymywania jakichkolwiek kontaktów z kimkolwiek, a już najbardziej do podejmowania prób ogólnikowych rozmów z osobami, które zaczną rozmowę od focha – bo się nie odzywałam.

Plus wiele znajomości, które kiedyś były samograjami – przez lata dawało się podjąć konwersację w tym samym punkcie, w którym się ją przerwało kiedyś tam, teraz…. nie wiem…. wypaliły się chyba. Albo osoby albo ja albo znajomości. Staram się zgłębić czy mi z tego powodu przykro, ale chyba raczej mi przykro, że kobiety nie mogą być bardziej jak faceci. Że zawsze muszą być podteksty, urazy i niedopowiedzenia, których ja nie potrafię lub nie mam czasu się domyślać i analizować. A potem samosiębiczować, że jestem do dupy kolezanką. Jestem, no i cześć.

Zresztą prawda jest taka, jak ją przedstawił bojfriend Carrie, Berger w Sex and The City. Każdy ma czas. Każdy ma 10 sekund w swoim życiu żeby przynajmniej napisać, że nie ma czasu. Nie dostajesz odpowiedzi – jesteś nisko (lub nigdzie) na liście priorytetów drugiej osoby. Nie liczysz się na tyle żeby ktoś przerwał na minute to co aktualnie robi (a naprawdę niewiele osób w danym momencie przeprowadza operację na otwartym sercu, której przerwać pod żadnym pozorem absolutnie nie można) i odpisał ci choćby dwa słowa.

Teraz jak o tym myślę to w ogóle dochodzę do wniosku, że to właśnie męskie znajomosci wywracały zawsze moje życie do góry nogami. I że miałam do nich szczęście. Od podstawówki. Nigdy nie miałam powodzenia, ale miałam szczęście do facetów, którzy nie byli popieprzeni i zmieniali na lepsze całe moje życie. Być może dlatego, że wszyscy popaprańcy profilaktycznie spierdalali na sam mój widok, bo psim swędem wyczuwali, że moja tolerancja na bulshit jest zerowa. Względnie na ich skali atrakcyjności plasowałam się w okolicach zera i zwyczajnie nie zawracali sobie mną głowy. Cóż. Ogólnie, dochodzę do wniosku, że jestem już zmęczona bieganiem za ludźmi i walczeniem o koszulkę lidera na liście ulubionych znajomych. Enough is enough. Jeśli prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie, to kończący się właśnie rok był dobrym sprawdzianem, który fantastycznie odseparował tych, którym naprawdę zależy od przypadkowych przechodniów, których braku obecności w swoim życiu raczej nie odczuwam…

4AFFB9CD-B5BD-4241-A0B5-C3E75A81D7B0.jpeg
I jeszcze zajrzałam sobie na listę blogów roku 2017. Na parę z wyróżnionych blogów weszłam, zadumałam się i doszłam do wniosku, że ja z moim blogiem zostalismy w kategorii blogi emeryckie, wzglednie blogi retro, wzglednie blogi – wczesne lata 2000. I tam już sobie chyba zostaniemy.

Życzę Wam miłych, niestresujących, wzruszających Świąt. Bez roztrząsania sensu życia, bez dołujących podsumowań, bez odmalowanych czarnymi kredkami wizji nadchodzącego roku. Napalcie czarnymi scenariuszami w mentalnym kominku, zjedzcie coś dobrego, popijcie drinkiem i nie przejmujcie się tak wszystkim, bo wszystko nie przejmuje się Wami ani trochę. Popatrzcie na mnie – blogową emerytkę sistermoon i pomyślcie, że skoro i ona po minięciu statystycznego półmetka zaznała w koncu trochę spokoju, to i Was na pewno to nie ominie.

I wyślijcie tego smsa komuś, kogo lubicie. Niech wie.

Taka miłość jest jedna

Kolega w pracy spytał ostatnio „Are you going home for christmas”, a ja bez sekundy namysłu odparłam, że „No. Home is here”.

Dopiero później się nad tym zastanowiłam i olśniło mnie, że dopiero teraz, po czterdziestce, na obczyźnie, od kilku lat, przeżywam pierwszy raz w życiu takie święta, jakich nigdy w Polsce i w rodzinnym domu nie doświadczałam. Większość wieczorów wigilijnych spędzałam albo z nerwowo zabieganą mamą, albo – jak już byłam starsza, sama – bo mama musiała iść do pracy na dyżur.  Świąt w dzieciństwie – z obojgiem rodziców – nie pamiętam żadnych. Potem przełomowy wieczór wigilijny 1992, kiedy najbliższą osobą i zabłąkanym wędrowcem został radiowy prezenter – na wtedy i na długie lata. Święta były smutne, były samotne, a ja byłam przekonana, że takie moje fatum i że nigdy nie będzie inaczej. To od wtedy i na wiele lat nie byłam w stanie normalnie przesłuchać wielu, jakże wielu cudownie pięknych muzycznych kawałków, bo potrafiły mnie wpędzić w taki smutek i depresję, że serce łamało się na tysiąc elementów, których nie umiałam składać z powrotem w jedną sensowną całość.

Święta zlewały się potem w jedną całość z koncertami WOŚP i Rockowymi Walentynkami w Arenie, wszystko nadal w atmosferze przygnębienia i beznadziejności, przysypanej brudnym styczniowym śniegiem.

I to dlatego dziś tak mnie cieszy dżem z brokatem w Marks & Spencer. Spaceruję po zimnym Dublinie i – tak banalnie – czuję, że to posklejane w końcu z tamtych kawałków serce – wypełnia się nieskończoną wdzięcznością za wszystko co mnie spotkało tutaj, po wyjeździe z Polski.

Za to, że na myśl o świętach mam ochotę skakać i śpiewać jingle bells, wykupywać cały zapas pierniczków z lidla, oblewać się grzanym winem, wydawać majątek na prezenty i słuchać w nieskończoność tego King Crimson, które wtedy doprowadzało mnie do czarnej rozpaczy.

24232554_843809779120843_2427750872358543212_n

Coś Wam wyznam (bo te święta i w ogóle).

W przededniu 44 urodzin – jestem w końcu, ostatecznie, definitywnie, stuprocentowo, bez cienia najmniejszych wątpliwości – całkowicie szczęśliwa i bezwarunkowo spełniona. Ja. Melancholijny, smutny, czarnowidzący Koziorożec, przekonany, że nigdy nie odnajdzie swojej połówki bo nikt go nie będzie chciał. Myślicie, że wszystko mi się udaje? Nie, na co dzień gówno mi się udaje. Nie udaje mi się wydobyć z zawodowej dziury, nie udaje mi się być matką roku, a w domu mam nieustająco upierdoloną umywalkę i porozrzucane po całym domu skarpetki nie do pary. Słodkie córeczki po ochnaście razy dziennie wyją, kłócą się i wyzywają od debilek. Nie mam pieniędzy na to żeby zabrać je do Eurodisneylandu, o który proszą nieustannie, nie mam, na razie, nawet pieniędzy na jakiekolwiek przyszłoroczne wakacje. Nie rusza mnie to. Nie wkurwia i nie dołuje. Jestem najlepszą wersją siebie – ever. Ogarnęłam życie albo może raczej ustosunkowałam się w do niego w taki sposób, który nie znosi mnie już na manowce. Przestało mi w końcu towarzyszyć uczucie tęsknoty za czymś czego nawet nie umiałam nazwać, poczucie nieustannego braku, straty, mentalnej samotności, niedomkniętych drzwi i niedokręconego kranu, z którego przez lata kapały wszystkie moje popieprzone emocje.

Piszę tę notkę i nagle dostaję wiadomość od Magdy czytelniczki bloga, która przesyła mi zdjęcie i filmik z 30 urodzin Pidżamy Porno, które aktualnie trwają w Poznaniu. Więc płaczę oczywiście ze wzruszenia i dolewam do grzanego wina kieliszek Ballentines. Minutę później z tymi samymi wiadomościami puka mi do messangera Cashew. Obie przesyłają nagrany dokładnie ten sam kawałek – „One Love”. Kosmos niewidzialnych międzyludzkich połączeń. Ocean wspomnień. Taka miłość jest jedna. Jedna, tak, ale nie jedyna. Każda miłość jest jedna.

Po raz pierwszy przed urodzinami nie rozpaczam, że – o boż – imię jego będzie czterdzieści i cztery, tylko – kurwa – już więcej razy w życiu tego numeru nie osiągnę, bo każdy kolejny będzie większy – ale jednocześnie mniejszy od wszystkich go poprzedzających. Kumacie, tak? Nigdy już nie będziecie mieli tyle lat co dzisiaj. Nigdy. Dziś jesteście najmłodsi z całego życia które Wam zostało. Cieszcie się z tego, pliz.

Nadal również nie ma poranka żebym nie wstawała – nieustannie z pieśnią na ustach – wdzięczna, że w tym roku mam DWIE SPRAWNE NOGI. A rok temu leżałam po operacji i naprawdę nie miałam pojęcia czy jeszcze będę normalnie chodzić. Syndrom kozy rabina, nic innego. Złamcie se nogę, obiecuję że Wasz stosunek do życia po zdjęciu gipsu zmieni się diametralnie.

Jako że to grudzień, to tradycyjnie odkopałam pudła z kasetami sprzed 20 lat i na spotify zrobiłam sobie listę utworów – wspomnień. Wszystko tam jest. Słucham, wzruszam się, ale nie boli mnie już serce.

Nie czekam już, że skoro teraz żyję w jakiejś nieokreślonej euforii to za chwilę i tak wszystko się spierdoli, więc po co się cieszyć. Spierdoli się to trudno. Wstanę, pozbieram się i pójdę dalej.

Czego i Wam nieustająco życzę ❤

Power November

Zastanawiam się czy może coś zjadłam, że mam tyle energii. Vit b6 może, bo uzupełniam braki w organizmie. I magnez. Ostatni raz tyle energii i życiowego entuzjazmu miałam w czerwcu/ lipcu ubiegłego roku, jak Polska grała na ME i wtedy myślałam, że to dlatego. A teraz co. Reprezentacja znowu zawiesiła występy do marca. Ciemno, a ja pomimo to wstaję z pieśnią na ustach i raźno podążam na zakład, nie wypowiadając w tym czasie ani razu KURWA albo JA PIERDOLĘ.

Miła jestem (umiarkowanie) dla wszystkich i przypuszczam że nawet „Last Christmas” w radiu nie wyprowadziłoby mnie z równowagi, podczas gdy podczas ubiegłych zimowych sezonów byłam pierwsza do wieszania psów na debilach, którzy robią sobie gwiazdkę w środku jesieni. Nie, proszę, niech grają. W Marku i Spencerze są powidła z czegoś tam (brzoskwini chyba) z szampanem i brokatem. Też mi nie przeszkadzają, wręcz rozważam zakup żeby mi poranne tosty świątecznie lśniły na talerzyku w pracy. Dla większego efektu posypałabym je jeszcze tłuczoną bombką. W pennysie szukam najładniejszych xmasowych jumperów, podczas gdy kiedyś do ich kupna (a co dopiero założenia) nie zachęciłby mnie nawet Robert Lewandowski. Nawet zmianę fryzury Lewego skwitowałam jedynie serdecznym „chyba go pojebało”, a nie odlajkowaniem profilu.

images-1

W pracy też mi nagle nic już nie przeszkadza. Liście opadnięte wywołują we mnie łagodną nostalgię, a nie depresję i myśli samobójcze. Życie jest piękne i w ogóle o co wszystkim chodzi.

Więc może to ta Jillian i Chodakowska. Z Jillian doszłam znów do levelu 12, proszę. Po każdym skończonym treningu, pod prysznicem, mam ochotę owinąć się zasłoną prysznicową, wyskoczyć na środek łazienki i pełną piersią ryknąć MAM TĘ MOC, MAM TĘ MOOOOOOOC.

Może jestem po prostu psychicznie niezrównoważona, tego też nie wykluczam. I po fazie euforii przyjdzie za chwilę faza zapaści i będę musiała położyć się pod choinką i polewać grzanym winem żeby jakoś przetrwać resztę zimy.

W szampański nastrój wpędziło mnie ponadto odzyskanie pieniędzy za OBIE blokady założone mi latem pod własnym domem i proszę, chętnie opowiem, bo historia jest pouczająca. Po odwołaniu się od po raz pierwszy firma zakładająca blokady odpisała, że sorry, mam spierdalać, oni kasy nie oddadzą, ale mogę się odwołać ponownie, po uiszczeniu kolejnej opłaty, bez której moje odwołanie nie zostanie nawet rozpatrzone. Ponieważ oczywiście już się rozpędziłam żeby płacić im w ogóle wszystko co zarabiam, napisałam długi email, w którym dokładnie odzwierciedliłam miotające moją duszą uczucia, w stosunku do procederu zakładania blokad na kołach samochodów parkujących NA SWOIM MIEJSCU parkingowym, pod posiadanym NA WŁASNOŚĆ  mieszkaniem. Maila posłałam do lokalnego radnego, choć poważnie zakładałam wpisanie jako adresata Władimira Putina, z adnotacją, że nie mam nic przeciwko wykorzystaniu w mojej sprawie ruskiej mafii.

Po kilku dniach lokalny radny odpisał, że och, wzruszyła mnie twoja historia i w związku z powyższym wysyłam twojego maila do irlandzkiego premiera (wszyscy oczywiście wyobrażają sobie podobną historię w Polsce i to, jak szybko mail o BLOKADZIE NA KOLE, wysłany przez EMIGRANTA, powędrowałby do Beaty Szydło i jak strasznie ona by się nim przejęła)

Po miesiącu otrzymałam od premiera maila, ze PANI SISTERMOON, TO OKROPNE CO PANIĄ SPOTKAŁO, wysyłam pani maila do Minister of Transport. Och, ziew, dobrze, trudno, czy sprawą w ogóle nie mógłby się zająć cały irlandzki rząd i prezydent, bo potrzebuję pieniędzy na dżem z brokatem.

W październiku, jak już porzuciłam wszelką nadzieję (bo jaki system przejmuje się problemami emigrantów z blokadą na kole), przyszedł mail od ministra transportu, ze oto proszę, przypadkiem akurat w życie właśnie weszła ustawa regulująca poczynania wszystkich firm od zakładania blokad i że co prawda moje gorzkie żale są już trochę przedawnione, ale mogę spróbować i odwoływać się tam bezpośrednio, raz jeszcze.

Ponieważ mam naprawdę awanturniczy charakter (plus skłonności do pieniactwa) to odwołałam się i WŁALA. Po trzech tygodniach przyszedł list, że moje pretensje są w pełni uzasadnione, odwołanie podtrzymane, a firma od blokad ma oddawać kasę. Czek przyszedł po kolejnym tygodniu, a ja długo poklepywałam się po ramieniu, dumna że udało mi się wygrać małą, bo małą, ale POTYCZKĘ Z SYSTEMEM.

Poważnie rozważam otworzenie firmy, która zajmowałaby się wykłócaniem przegranych spraw w imieniu petentów. A maila do premiera oraz ministra transportu mam teraz w kontaktach, o.

 

Halloween

Zostałam sama na 4, CZTERY godziny i normalnie od nadmiaru możliwości kręci mi się w głowie.

Co tu robić.

Najbardziej mam ochotę rozłożyć sofę, włączyć Titanica i nalać sobie wina, ale jest 10:43.

Dobrze.

Nie wiem jak Wasza, ale moja tegoroczna jesień jest zajebista. Wszystko mi się podoba, na nic nie narzekam. Nie dołuje mnie wstawanie w środku nocy, cieszy mnie zimowa kurteczka i jesienne sweterki. Na filmiki z zasypanego śniegiem Zakopca na fejsie patrzyłam ze łzami w oczach i wszystko bym naprawdę dała, żeby móc się tam teleportować choćby na jednego grzańca.

Jednocześnie pamiętam jakiego bluesa miałam w analogicznym czasie w ubiegłym roku czy chociażby w trakcie tegorocznego lata i naprawdę nie wiem o co chodzi. Że naprawdę wszystko jest tylko w głowie? Że sama wybieram czy coś mnie cieszy czy dołuje? Przecież to nie jest takie proste. A może jest?

Od lat wkurzała mnie Xmasowa komercyjna machina, którą centra handlowe uruchamiały sekundę po zakończeniu Halloween, a w tym roku  – uwielbiam. Godzinami siedzę między półkami ze świątecznym żarciem i co chwilę znoszę coś do domu, po czym – WŁAŚNIE – nie odkładam tego „na święta” tylko zjadam. Więc może to po prostu swojski sugar rush, a nie przełom w filozoficznym podejściu do życia i przemijania. Może życie tak naprawdę nie jest skomplikowane tylko trzeba mieć jakieś małe radości, na które warto czekać i dobre żarcie w lodówce? Oraz wino?

Halloween w tym roku obchodziliśmy hucznie, po ubiegłorocznych edycjach, kiedy to mowy nie było żeby mnie ktokolwiek wyciągnął z domu na idiotyczne zbieranie cukierków, w zeszłym roku poszłam z dziewczynami po raz pierwszy i szczęka mi opadła na widok tego ile wysiłku ludzie wkładają w udekorowanie domów i jak zajebiście to wszystko wygląda. W zeszłym roku, podekscytowana na maksa, wykrzykiwałam do ludzi happy halloWINE, w tym roku natomiast zdecydowanie wygrała jedna pani, która siedziała – przebrana za wiedźmę – w ogródku i rozdawała cukierki, tłumacząc jednocześnie towarzyszącym dzieciom dorosłym, że to dlatego, że w domu śpi niemowlak i nie chciała żeby budził go co chwilę dzwoniący u drzwi dzwonek.

22815628_828580077310480_1734353164421499797_n

Oczywiście wdałam się w kilka kompletnie zbędnych dyskusji na fejsie o genezie Halloween i że nie, nie pochodzi ono ze Stanów tylko właśnie z Irlandii, gdzie pod nazwą Samhain było celebrowanym przez Celtów przejściem między latem, a zimą (na Wyspie 1 listopada to pierwszy dzień zimy), a następnie – wraz z nadejściem chrześcijaństwa, które wyznaczyło 1 listopada na Dzień Wszystkich Świętych, zmieniło swoją nazwę na „All Hallows Eve”, które potem ewoluowało w dzisiejsze Halloween. Więc nie, ludzie praktykujący Halloween NIE CZCZĄ SZATANA – w trakcie oryginalnych obchodów Samhain palono ogromne ogniska, w celu odstraszenia złych mocy, duchów i czarownic, które podejrzewano o powrót na ziemię, wraz z nadejściem długich nocy i zimnych dni.

Oraz zastanawia mnie czy ludzie, którzy tak ostentacyjnie afiszują się z nie obchodzeniem Halloween, nie obchodzą również np Andrzejek? Nie leją wosku? Nie topią Marzanny? Nie uczestniczą w obchodach Nocy Świętojańskiej? Czy wiedza co to są dziady i rownież odżegnują się od nich ze wszelkich sił? A dożynki? Zielone Świątki – pierwotne pogańskie święto wiosny?

Jeśli się bardzo uprzeć to bożonarodzeniowa choinka też jest „be” bo pierwotnie jest związana z przedchrześcijańską tradycją ludową i kultem wiecznie zielonego drzewka.

Dla moich (i nie tylko moich) dzieci Halloween to drugie najważniejsze w roku wydarzenie (po Bożym Narodzeniu), którego klimat cieszy je bardziej niż urodziny, a Irlandki, którym próbuję wytłumaczyć, że wiele polskich dzieci nie obchodzi tego święta bo ich katoliccy rodzice uznają je za satanistyczny wymysł, patrzą na mnie jak na ekhm, no jak na debila.

Tymczasem w piątek mecz, w sobotę ROGALE MARCIŃSKIE, które jedna cudowna Pani w Dublinie wypieka tak dobre, że PM kazał mi zamówić DZIEWIĘĆ (dzieci skubną, ja zjem max dwa), w przyszłym tygodniu ruszają skoki oraz Christmas Market w Belfaście, na który mam nadzieję, że się w końcu wybierzemy, a do Mistrzostw Świata w piłce nożnej zostało tylko 219 dni!

Ocean wspomnień

W pięciu dniach pobytu w Polsce udało mi się ogarnąć taką gamę emocji, że naprawdę mam dość do Mistrzostw Świata. Bieżąca fotorelacja była na fejsie, a teraz siedzę nad pustym wordem i naprawdę nie wiem jak to objąć słowami. Poznań uwielbiam bezkrytycznie. Poznań mnie wychował i bezpiecznie, za rękę, doprowadził do miejsca, z którego nie bałam się wyruszyć w świat, zostawiając wszystko za sobą. Moje serce teraz i zawsze będzie podzielone na dwa sektory: poznański i dubliński. Żaden, nigdy nie będzie lepszy ani gorszy. Jestem tu i tęsknię za tam, jestem tam i serce wyrywa się tu. Jeśli by się nad tym głęboko zastanowić, to w sumie jest to smutne, ale również, tak jakby, nie mam już żadnego w tej kwestii wyboru.

Byłam na koncercie Strachów. Mimo statusu „fana od wieków” ciągle boję się chodzić na te koncerty, tak samo jak bałam się kupić nową płytę. W swoim postrzeganiu ich (i Pidżamy) twórczości zatrzymałam się na bezgranicznym uwielbieniu i wciąż się boję, że nadejdzie taki moment, w którym magia pryśnie, a ja patrząc na scenę, dojdę do wniosku, że Grabaż jest już starym dziadem i co ja w ogóle kiedyś w nim widziałam. Było kilka (dublińskich) koncertów, które z jakichś tam powodów przeszły w mojej głowie bez większego echa, więc nigdy nie wiem czego oczekiwać następnym razem. A oczekuję zawsze powrotów do przeszłości. Do tamtych emocji, które w miarę upływu lat coraz trudniej – z powodów oczywistych – odtworzyć. Idę żeby znów móc poczuć się jak tamta licealistka, dla której radio i muzyka były całym życiem, nie wiem po co – może żeby nie myśleć o tym, że całe dekady mijają w zastraszajacym tempie, ale (skoro uparcie chodzę na te koncerty i czuję to, co czułam wtedy) młodość w głowie tak naprawdę nie przemija? Może żeby znów poczuć ducha rebelii? Nie myśleć, że szufladki, w których życie mnie pogrupowało to wyłącznie: pracownik biurowy, żona, matka dzieciom i kobieta na granicy smugi cienia?

Koncert był znakomity, Grabaż ze Strachami uruchomili machinę czasu, zabrali mnie tam, gdzie chciałam i dostarczyli emocji, których potrzebowałam. Potem, jak już przyleciałam do domu, odsłuchałam płytę i przedpadłam całkowicie, a kolejne kawałki były odtwarzane tak długo, aż dzieci przyszły i powiedziały: MAMO, NIECH TEN PAN JUŻ NIE ŚPIEWA. Dobrze.

22449722_194195101123476_8660424187345539608_n

Odkurzyłam również jedną z moich najważniejszych znajomości z podstawówki i znów – totalne pozytywne zaskoczenie, spotkanie o którym nie wiedziałam czy nie zakończy się po pół godzinie, ciągnęło się godzinami i gdyby nie to, że musiałam lecieć dalej, to ciągnęło by się pewnie jeszcze dłużej. Kosmos. Znów byliśmy tam i wtedy, czasoprzestrzeń uchyliła na ułamek sekundy okno i przypomniała dlaczego ta akurat osoba była kiedyś tak ważna. Spotkanie z tak zajebiście pozytywnym vibe’em, że długo potem uśmiechałam się na jego wspomnienie.

Nie mogę oczywiście pominąć wieczoru z legendarną cashew.blog.pl przed którym chyba i ona i ja stresowałyśmy się bardzo, a okazało się że zupełnie niepotrzebnie. W pierwszym odruchu chciałam napisać, że rzadko zdarza mi się rozmawiać tak dobrze z kimś, kogo widzę pierwszy raz na oczy, ale potem pomyślałam, że to przecież nieprawda, tych ciepłych i serdecznych spotkań  było już bardzo wiele. Każda bliska mojemu sercu blogerka, z którą znajomość przeniosła się do reala, chyba się ze mną zgodzi.

Ogólnie cały pobyt w Poznaniu złagodził jakoś mój głód bratniej duszy, poczucie, że to co było nigdy już nie wróci, że emocje sprzed lat przeminęły z wiatrem i nigdy już nie przyspieszą bicia mojego serca, było kilka takich zaskakujących, ulotnych momentów, które minęły szybciej niż trwały, chwile gdy opadły ze mnie wszelkie zabezpieczenia, zamontowane w głowie systemy awaryjne, „izolatory z ironii” jak ktoś je ładnie nazwał i wystarczało wtedy po prostu być. I cieszyć się, że koleżanka z licealnej ławki jest wciąż ta sama koleżanką, która była w 1993 roku, z którą można godzinami rozmawiać albo milczeć, pić kawę, jeść obiad albo siedzieć pół dnia na lotnisku i jeść hot dogi. I nie trzeba jej nic godzinami tłumaczyć, bo wszystko rozumie bez słów.

Z trudem ogarniam, że jest rok 2017. Nie 1997, nie 2003, nie 2007, tylko 2017. Data z filmów science fiction, które oglądało się będąc dzieckiem. Ten moment w przyszłości, o którym kiedyś rozmyślaliśmy, zastanawiając się kim będziemy, kim zostaną nasi znajomi, kto będzie naszym mężem lub żoną i czy będziemy mieć dzieci. Koszulka lidera należy jeszcze przez chwilę do nas, ale za plecami słychać już oddech peletonu oraz nie ma już tak naprawdę nikogo do kogo można by się zwrócić o pomoc, gdy potykamy się na kolejnej życiowej przeszkodzie i gubimy pałeczkę, którą przekazali nam kiedyś z ulgą nasi rodzice. Jakimś cudem to my nagle jesteśmy odpowiedzialni, musimy wiedzieć najwięcej, to od nas oczekuje się wiążących decyzji na każdym życiowym levelu i to my nie możemy już powiedzieć, że e, pierdolić to wszystko, bo jakoś to będzie. I naprawdę nieważne, że wydaje nam się, że jesteśmy wciąż do tego nieprzygotowani, że cały czas myślimy, że to próba generalna i wciąż jeszcze jest czas żeby nauczyć się roli na pamięć. Suflera, który by nam podpowiedział kolejne kwestie, również nie ma…

NIC NIE KUPIŁAM W ROSSMANIE, więc sama nie wiem. Musze chyba lecieć jeszcze raz.

Z dokonanych zakupów całkowicie uwiodły mnie olejki z Ministerstwa Dobrego Mydła, kupcie sobie po prostu wszystkie, bo nie wiem który najlepszy (Julce, która mi Ministerstwo poleciła bardzo DZIĘKUJĘ)

Na koniec jeszcze został mi zafundowany rollercoaster pt huragan Ofelia i całe 24h przed wylotem – gdy systematycznie dochodziły do mnie njusy, że szkoły w całym kraju zamknięte, autobusy i pociągi nie kursują – red alert i w ogóle spierdalajmy wszyscy gdzie popadnie – było gorsze od oczekiwania na ustną maturę z polskiego. Następnego dnia na lotnisku jeszcze gorszą informacją było, że ależ oczywiście że lecimy i osochodzi. Pana pilota z tego rejsu pozdrawiam niniejszym najserdeczniej z głębi serca, życzę mu szczęścia, zdrowia, pięknej żony, zdolnych dzieci i wygranej w totka, bo lądowanie było level pro i w ogóle jaka Ofelia. Założę się, że lądował i dłubał w nosie, czytał gazetę albo wysyłał smsy do znajomych, tak gładko mu to poszło. Ale tak, widziałam jak lądowały inne samoloty oraz czytałam relacje z tego co się działo na pokładach innych lotów, na fejsie Ryanaira. Dziękuje panie pilocie raz jeszcze.

Poznań ogólnie objawił mi się jako miasto młodych i – uwaga – MIŁYCH ludzi. Panie w sklepach ogólnie były normalnie miłe, bez focha i nienachalne, poza jedną z Costy w CH Posnania, która obraziła się na mnie bo… oczywiście nie miałam drobnych. Ona też nie miała, więc zabrałam swoją kasę i chciałam iść do Bliklego naprzeciwko, ale wtedy się okazało, że pani jednak drobne ma, ale nie będzie się już do mnie odzywać.

Poza tym jestem cielęciem, które tęskni jak debil za swoim mężem i nie może bez niego spać. Tak, nie musicie regulować odbiorników – ja, niezależna, faceci-to-chuje, sistermoon nie mogę się obejść bez starego przez pięć dni. Czuwaj.

Wróciłam, znów wstaję rano na pociąg, słucham SnL i tęsknie za Poznaniem. Szary wiruje pył, smutek, nadzieja i nostalgia.

 

Base Camp

Siedzę i odliczam. Do meczów, to raz. Do wyjazdu do Poznania – dwa. Mam tak, że muszę czekać na coś i odliczać, lepiej mi się wtedy wstaje rano na zakład. Jak się obudzę i sprawdzę sobie na przykład, że o 4 rano kurier wyjechał z moją torebusią z Milano, to od razu mi raźniej. I ciekawe jaka jest pogoda w Milano i czy na trasie kuriera będą korki. Ktoś powinien wymyslić interaktywne mapy, gdzie można by śledzić trasę przesyłki, jak się przesuwa z punktu A do B. I rozwiązywać sobie swój prywatny problem komiwojażera, moją zmorę z Akademii Ekonomicznej. Jak wrócę z Polski to będę odliczać do Halloween (uwielbiam Halloween), potem dzieci zaczną odliczać do Christmas, a potem to nie wiem. Do Mistrzostw Świata chyba. A nie, skoki są jeszcze. I olimpiada zimowa. Damy radę.

Przemyślen żadnych na żaden temat nie mam. Plany wakacyjne też jakoś się nie kleją, w ubiegłych latach miałam już pobukowane bilety, a w tym roku nawet nie wiem gdzie, po co i za ile. Weź tu w ogóle człowieku bukuj coś i planuj jak Ryanair cyrki odstawia z odwoływaniem lotów. Niedługo zaczną pasażerów awanturujących się wysadzać w trakcie rejsu. Teraz to trochę taka loteria – kup u nas bilet i sprawdź czy uda ci się dolecieć tam, gdzie zaplanowałeś. Losowanie szczęśliwców, którzy dostapią zaszczytu wejścia na pokład odbędzie się na tydzień przed planowaną datą wylotu. Pechowców zapraszamy na najbliższy czynny taras widokowy we Wrocławiu.

Chociaż nie, miałam ja ci taką refleksję zakupologiczną. Że kiedyś człowiek gardził wszystkim co było made in poland i najlepsze rzeczy to były te kupione zagranicą. Ktoś przywiózł czekoladę z orzechami albo mandarynki i cała kamienica zlatywała się ogladać, a sreberek się nie wyrzucało tylko zwijało w kulkę. A teraz proszę. Z każdorazowego wypadu do Polski wracam objuczona jak wielbłąd. W Polsce gapię się na wystawy sklepowe z takim samym zafascynowaniem jak za czasów komuny – podczas wycieczek do Czechosłowcji albo NRD. Że „jaaaaaaa, to wszystko naprawdę można kupić?????” Taka lodówka z jogurtami na przekład. W polskim Tesco ciągnie się kilometrami, w Dublinie stoją 4 jogurty na krzyż i uśmiechają się szyderczo. Nie wiem jak wy robicie zakupy spożywcze przy takiej różnorodoności produktów. Ja bym potrzebowała tydzień wolnego żeby zebrać do kupy wszystkie artykuły niezbędne do ugotowania obiadu, a przy kosmetykach musiałabym rozwinąć śpiwór i karimatę, bo okazałoby się, że podczas gdy ja wybierałam szampon i krem pod oczy – sklep został zamkniety.

Więc siedzę przy biurku, ale w myślach krażę już po Poznaniu, odtwarzam układ kocich łbów na Starym Rynku i myślę o miejscach, które odwiedzę (tak, Rossman, zgadliście). Zawsze mam taką listę miejsc, sklepów i uliczek, którymi muszę się przejść, powspominać. Grobla, Garbary, Piekary. Wieżowiec AE. Wtedy znów mam 21 lat, znów w środy wieczorem chodzę na DKF do kina Muza i znów – w jego trakcie – słucham jednym uchem Wieczoru Rockowego w Radiu S. Znów na zajęcia chodzę okrężną drogą koło wieżowców na Piekarach żeby przypadkiem spotkać wiadomo kogo. Ogólnie, nie wiem czy kiedykolwiek człowiek mija ten mentalny prog 21. roku życia, czy już do konca się tam zostaje, patrząc ze zdumieniem na męża i przychówek i zastanawiąjac się skąd oni wszyscy się wzięli i dlaczego codziennie, z absurdalnym uporem, domagają się obiadu.

Unknown-4

Ponadto nie wiem czy wiecie, że w grudniu rusza polska zimowa wyprawa na K2. Jestem fanką książek na temat wspinaczek wysokogórskich i wypraw na ośmiotysięczniki i do dziś nie mogę ogarnąc jak ta Wojciechowska weszła na ten Everest. Rok wcześniej złamała kregosłup, ale zawzięła się i weszła. Ja jak się bardzo zawezmę to mogę co najwyżej spróbować nie zasnać na kolejnym odcinku serialu na Netflixie. Wczoraj skończyłam ksiażkę Piotra Pustelnika i tam też był paradny fragment. Że jak Pustelnik był dzieckiem to dużo chorował i lekarz powiedział jego matce żeby się do niego za bardzo nie przyzwyczajała. Dobra, jasne, luz, Piotruś nie przytulaj się do mamusi, bo mamusia ma cię w dupie.

Mój jaśnie pan pracodawca zorganizował wyprawę do base camp pod Everestem. Wyprawa wyrusza dzisiaj, więc oczywiście siedzę, wzdycham i żałuję że nie pojechałam, mimo że PM namawiał. Ale kiedyś pojadę, tak? Na razie niech dzieci może jeszcze trochę podrosną, bo już sie trochę do nich przyzwyczaiłam. W zamian pójdę se po pracy do Dunnes’a po wino i czipsy. PM poleciał do Bristolu, to przynajmniej sofa i pilot będa moje. Każdy ma taki base camp, na jaki sobie zapracował.

 

Ciąg dalszy

Odżyłam!

(pamiętam o ramieniu, naprawdę)

Skończyłam urlop, zaczął się wrzesień i normalnie jakby mnie ktoś przełączył na inne obroty. To był chyba mój pierwszy „domowy” tak sensownie wykorzystany urlop. Postanowienia ogarnęłam, wróciłam do Jillian 4x w tyg (plus raz tę Chodakowską, bo po niej jednak najlepiej widać zmiany, Jillian wzmacnia wszystkie mięśnie i daje wiecęj powera, a Skalpel zdecydowanie rzeźbi), PRZYTYŁAM KOLEJNY KILOGRAM. Don’t ask. Nie wiem o co chodzi ja prdlę, w dupie to mam. Patrzę w lustro i generalnie nie uciekam z wrzaskiem, a że w spodnie nie wchodzę, to nie wiem. Może mole założyły kółko krawieckie w garderobie i w ramach praktyk pozmniejszały mi obwody w pasie. Większym problemem jest to, że wywaliłam wszystkie stare t-shirty i zostały mi dwa: jeden Strachów na Lachy, a drugi różowy z napisem I hate everyone. Nie mam się w co ubrać.

Ozark obejrzałam (nuda), The Fall obejrzałam (prawie szczękę zwichnęłam od ziewania). Zaczęłam Broadchurch, ale po tym jak jeden odcinek oglądałam 7 dni z rzędu (zasypiając zawsze na tych samych scenach) dałam se spokój. Wróciłam do Modern Family. Jedyny amerykański serial komediowy, który mnie śmieszy.

Mydełka zrobiłam, teleskop nadal stoi w łazience, ale przynajmniej da się już do niej wejść. Bazy danych nie zrobiłam, no nie przesadzajmy.

Potem Polska przepierdoliła mecz z Danią i wygrała z Kazachstanem, więc sama nie wiem. Polska reprezentacja jest dla mnie niepoczytalna i takie „It” Kinga, przy ich meczach, to jak bajka o Rumcajsie. Nasze orły mogą prowadzić 3:0, może być 80-ta minuta meczu, a i tak człowiek nie może mieć pewności, że nagle nie zapomną jak się kopie piłkę i nie przegrają.

Następnie okazało się, ze w październiku w Poznaniu grają Strachy, dokładnie w ten weekend, w który tam będę. Pobyt bukowałam w czerwcu, nie mając pojęcia o żadnej trasie koncertowej. Umiecie tak? Hę? Trafić w tę jedną, jedyną sobotę, w która gra Wasz ulubiony zespół, w waszym rodzinnym mieście?

To już był wyraźny znak z niebiesiech, ze nadeszła DOBRA ZMIANA.

Unknown-3

A z ramieniem dalej było tak (bociana dziobał szpak). Złamana noga z jednej strony odwróciła moją uwagę od tematu, z drugiej chodzenie o kulach nie pomogło, a wręcz przeciwnie – uraz się zaostrzył, bolało coraz bardziej. W styczniu dostałam list z zaproszeniem na wizytę w szpitalu. W maju. Na szczęście tego samego roku, więc nie tak źle. Następnie któregoś poranka obudziłam się z ogólnym paraliżem i unieruchomionym odcinkiem szyjnym, wiec doczołgałam się do ipada, wyszukałam pierwszego lepszego polskiego ortopedę w Dublinie, który zlitował się, dał zastrzyk steroidowy, ból przeszedł. Od razu miło i serdecznie pomyślałam o mojej pani doktor rodzinnej, która kilka tygodni wcześniej stwierdziła, no można by pani dać zastrzyk tylko po co. Niech pani bierze te painkillersy częściej. Rezonans który zrobiłam prywatnie miesiąc później wykazał zmiany zwyrodnieniowe. Cóż, starość nie radość. W którymś momencie zmęczona i wkurwiona czekaniem na fizjoterapie usiadłam i wygooglałam sobie te ćwiczenia sama. Zaczęłam je robić 2x dziennie po 5 minut. Po 2 tygodniach po dolegliwościach bólowych nie było śladu.

I dopiero wtedy mnie olśniło. Ramię zaczęło mnie boleć nie dlatego, że zrobiłam sobie krzywdę, ćwicząc (ćwiczyłam przez rok, wiec technikę miałam raczej opanowaną oraz nic mnie jakoś nie bolało). Zaczęło mnie boleć bo ćwiczyć PRZESTAŁAM. Raptem na 3 tygodnie, ale starczyło. Ból początkowo łagodny, z tygodnia na tydzień intensywniał, a ja nadal upierałam się, że to od treningów i nie mogę nic robić dopóki nie przestanie boleć (gdzieś tam w międzyczasie dopadł mnie jakiś artykuł w prasie, że 90% bólów pleców można wyleczyć ćwiczeniami, tylko – WŁAŚNIE – ludzie na ból reagują zawsze tak samo – kładą się i czekają aż im przejdzie)

Dziś już wiem, że na ćwiczenia skazana jestem forever. Nie ma że mi się nie chcę, że robię przerwę, że zaczynam od wiosny albo mobilizuje się przed urlopem. Codziennie coś i naprawdę nie mam na myśli godzinnych treningów. Sesja z Jillian to 30 min. Streching i szybka yoga rano to 5. Jeśli nie mam siły zrobić całego treningu, to zrobię chociaż połowę. Jednocześnie staram się unikać błędów z przeszłości czyli bycia nadgorliwą i pretendowania do tytułu domorosłego sportowca roku – nie ma sensu przeskakiwać z levelu na level, jeśli nie ogarnia się do końca techniki, albo nie ma się siły dociągnąć ćwiczenia do końca. MNIEJ JEST LEPIEJ. Lepiej niż nic i lepiej niż paść potem na ryj z wycieńczenia i nie móc się ruszyć przez kolejne dni.

Bez jogi z kolei po tygodniu mój kręgosłup się buntuje i mówi, a teraz se chodź i siedź sama, beze mnie. Joga długo mnie zniechęcała bo te programy były takie dłuuuuugie i nuuuuudne, ale w końcu wpadła na to, że przecież nie muszę się ich wiernie trzymać, tylko mogę sobie wybrać zestaw ćwiczeń, które lubię i o których wiem, że dobrze mi robią i z nich robić sobie krótkie sesje. Geniusz, naprawdę.

I tyle. Podsumowanie będzie krótkie: ćwiczcie chłopcy i dziewczyny, bo nie znacie dnia, ani godziny. Miłego weekendu.