Liść babki

Znowu lipiec i znowu, jak rok temu, mam zapaść. Siostra, której się zwierzyłam, że umieram, słusznie stwierdziła, że wciąż, mimo upływu lat, mamy zbyt wysokie oczekiwania w stosunku do lata. Coś w tym jest. Człowiek czeka od stycznia, planuje, podnieca się, że jak w końcu przyjdzie lato to omg. Ciepło, jasno. Morza szum, ptaków śpiew. Wakacyjna miłość, zachody słońca, taniec w deszczu, piosenki przy ognisku. Romans z nieznajomym. Spadające gwiazdy. Szlaki w Tatrach i plaże nad Bałtykiem. A potem jest pierwszy lipca i trzeba normalnie pójść  a zakład, przesiedzieć tam X godzin, wrócić, pójść spać i powtórzyć od początku. Deszcz napierdala jak w marcu. Gwiazd nie widać, bo chmury. Ogniska nie wolno, bo zagrożenie pożarowe. A jedyny nieznajomy to nowy kierowca autobusu linii 39X. 

Przeczytałam od początku całe „Przeminęło z wiatrem”. Przeraziłam się jaki wpływ miała Scarlett i jej filozofia życiowa na moje własne życie. Nie widziałam tego wcześniej. Teraz oglądam po raz szósty Breaking Bad. Mam kompletnego pierdolca na punkcie tego serialu i przy każdym kolejnym podejściu staram się na nowo zrozumieć dlaczego wydarzenia potoczyły się tak, a nie inaczej. Czy i kiedy bohaterowie mogli/ powinni postąpić inaczej. Dlaczego nie postąpili. Które cechy charakteru doprowadziły ich do aż tak spektakularnej katastrofy. 

Potem niepoczytalnie sięgnęłam po pamiętniki z 1994 roku. Mam 44 lata. Powinnam wiedzieć lepiej. Takie powroty w moim wieku i w lipcu nie są zdrowe. Potem już poszło lavinowo (nomen omen). Tilt, Kobranocka, Kult, Muniek, Yanina Iwański. Wtedy chodziłam na ich koncerty, czasami nawet po 3 razy w tygodniu. Skończyłam na Wodeckim i Frąckowiak. Papierowy księżyc z nieba spadł, skończył się wideo film. 

Zmęczona życiem nie poszłam przez dwa dni do pracy. Pierwszy dzień minął mi ulgowo, ale drugiego, do sypialni wkroczyła Julka i surowym głosem spytała: DLACZEGO LEŻYSZ W ŁÓŻKU? Na argument, że wciąż boli mnie brzuch, odrzuciła pszeniczny warkocz na plecy i z godnością odparła: „Sama mówiłaś, że nie można się nad sobą użalać, tylko trzeba wstać i robić swoje”. Srsly, dziecko, get a life. 

Teraz mam tydzień wolnego i muszę się znowu jakoś pozbierać. Ogarnąć przed Portugalią i przed wrześniem. Porobiłam badania i dopiero jak mi pani ginekolog łagodnym głosem powiedziała „Przestań się dziecko martwić, wszystko jest ok” to zrozumiałam.  Nikt już do mnie nie mówi: „dziecko”. Jestem na etapie życia, na którym wszyscy nieustannie czegoś ode mnie chcą i oczekują, a ja się boję, że umrę zanim dam radę im to wszystko zagwarantować. W związku z tym nieustannie się przejmuje, zajmuję, organizuję, zapewniam, doradzam, pomagam, pocieszam, głaszczę po głowach, udzielam wsparcia, jestem opoką i węgielnym kamieniem. Rodziców nigdy nie miałam z kategorii szczególnie wspierających i może właśnie w ten sposób nauczyłam się świetnie radzić sobie sama, ale nagle okazuje się, że gdy obca kobieta mówi do mnie dziecko (a w jej tonie jest zero protekcjonalizmu, ale za to morze empatii), to mam ochotę usiąść i się rozpłakać. Może biznes taki założyć. Jak te hotele o których już pisałam. Że zatrudniałoby się starsze panie, do których przychodziłyby na pogawędki umęczone matki, z rozmazanym od łez bezsilności makijażem, i żeby ktoś im (tym matkom) zupę ugotował, przykrył kocem, wysłuchał żalów, lęków i schiz, potrzymał za rękę, nie wyśmiał, nie zbagatelizował i w końcu przytulił i powiedział „Nie martw się dziecko, dasz radę. Nie umrzesz tak od razu, a wszystko się w końcu jakoś ułoży”. 

Pani ginekolog to „dziecko” wyrwało się przypadkiem, zaraz się poprawiła i znów zaczęła mnie tytułować „panią”, ale to było takie od serca. Że w końcu komuś przy pierwszym spotkaniu nie objawiłam się jako wiecznie wkurwiona i wściekła na cały świat hetera. Prawda. Nie jestem łagodną Melanią Wilkes, oj nie. Jestem wkurwioną Scarlett, która do celu zmierza na skróty bo ma mało czasu, jest przerażona, zmęczona i nie ma siły. A jednocześnie wciąż czuję się tym bezradym dzieckiem, które nie wie co robić, płacze przy każdym upadku i  czeka żeby ktoś je podniósł  z zakurzonej ziemi, przyłożył do rozbitego kolana liść babki i obiecał, że do wesela się zagoi. Bo to czasem wszystko czego trzeba, żeby chcieć próbować dalej. Znaleziony na trawniku lub w przydrożnym rowie brudny i obsikany przez psy liść babki. Zerwijcie go po drodze i podarujcie następnej osobie, która będzie robić na Was wrażenie mega silnej i radzącej sobie ze wszystkim. Obiecuję, że potrzebuje go najbardziej. 

Już za 4 lata, już za 4 lata…

No muszę, muszę coś na ten temat napisać, zamknąć jakoś ten temat, a nie udawać, że nic się nie stało, bo się stało.

I boli.

Bez sensu i irracjonalnie, ale – jak mi to kiedyś powiedziała Julka, (po przecięciu się kartką papieru) – małe rzeczy bolą najbardziej.

Boli, że przegrali, boli jak przegrali. Boli, że dałam się nabrać, jak (prawie) wszyscy, że naprawdę uwierzyłam w ten (minimum) pożal się boże ćwierćfinał. Nikt mnie nie musiał przekonywać, nikt mojego prywatnego balonika za mnie nie nadmuchał, wszystkie mecze oglądałam na własne życzenie, dobrowolnie i z zapartym tchem. Tak, przyznaję, PM co i rusz wylewał na mój rozgorączkowany łeb kubeł zimnej wody, wytykając ich błędy i mówiąc: PATRZ JAK ONI GRAJĄ, ale kto by go słuchał.

Boli, że nie umieli – chociażby jak Niemcy – powiedzieć że byli żałośni i że zasłużyli na to, co ich spotkało, tylko do końca i bez sensu się upierali, że przecież tak bardzo się starali i tak dobrze byli przygotowani. 

Boli że odszedł Nawałka i że zakończyła się jakaś era, boli krytyka Lewego i najbardziej  chyba boli postawa naszego kapitana. Jakby w dupie miał, choć przecież nie ma. Nie wierzę. Ale na konferencjach kamienna twarz. Zero emocji. Trener ma rację. Byliśmy dobrze przygotowani. Nikt do mnie nie podawał.

Robert, naprawdę?

Kamil z Łukaszem zabrali ci piłkę i nie chcieli się bawić?

Wszyscy są winni, tylko nie Ty?

ZNOWU?

IMG_3139

W końcu boli, że następnym razem już nie dam się nabrać. Nie dam się wkręcić, przekonać, ponieść fali, ogarnąć zbiorowemu entuzjazmowi. Nie uwierzę, choćbyście chłopaki na głowie stawali i wygrali w październiku z Portugalią 12:0.

I tak mi z tego powodu smutno. Że wyszłam na durnia, a taki PM nagle wyszedł na niewiadomo jakiego ZNAWCĘ FUTBOLU, który to wszystko przewidział.

I nie pomaga mi, że Niemcy nie wyszli z grupy (no dobra, to trochę pomogło) ani że Cristiano musiał spakować żel do włosów i pojechać do domu. 

Na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy spełniają się moje małe, przyziemne marzenia. Jedno się spełniło – jest lato stulecia. To może albo lato albo Mundial?  Albo rybki albo akwarium. Tak jak w tym tekście, że w związku należy wypunktować trzy rzeczy, które liczą się dla nas najbardziej i ich szukać w partnerze, zamiast domagać się opcji all inclusive i żeby druga połówka była dżordżem klunejem i perfekcyjną panią domu w jednym.

Może życie wyklucza all inclusive i jest tylko opcja nocleg w pokoju wieloosobowym albo wersja – nocleg ze śniadaniem (tosty, dżem i płatki, nie że szwedzki stół). A jak się nie podoba to spierdalaj i śpij pod mostem? 

I jeszcze boli to o czym pisałam w notce poniżej – „na samą myśl, żę oni tam wyjdą i pójdą walczyć…” Nie wyszli walczyć, a ja naprawdę nie rozumiem dlaczego, chociaż bardzo chcę, bo gdybym jakoś potrafiła to zracjonalizować to może doszłabym z tym wszystkim do ładu. Nie zagraliśmy dobrze, bo Szczęsny z Krychą porozwiązywali nam dla jaj sznurówki. Dostaliśmy rozwolnienia po rosole z perliczką. Adam nie pozwolił nam wieczorem obejrzeć „Na Wspólnej”. Nie wiem, cokolwiek, zamiast „Byliśmy dobrze przygotowani”.

Oczywiście wiem, że to tylko futbol, że powinnam sobie życzyć aby do końca życia spotykały mnie tylko takie dramaty i że dzieci w Afryce głodują. Ale ten upadek z mundialowego konia był bolesny i nic na to nie poradzę. Pozostało tylko (aż) gorące irlandzkie lato, nieodległe wakacje w Portugalii, w trakcie których nie będę przynajmniej znowu musiała oglądać ręczników z Ronaldo całującym puchar i pierwsza od lat możliwość pełnego naładowania baterii przed jesienią. A za 4 lata… 

Jestem Adamem Nawałką

Nie wiem sama czy teraz pisać tę notkę, czy później, czy jak wygrają pierwszy mecz, czy jak go przegrają, wyjdą z grupy, dojdą do finału, no sama nie wiem.

Drogi pamiętniczku, jestem Adamem Nawałką. 

Jestem Robertem Lewandowskim, Kubą Błaszczykowskim, Łukaszem Fabiańskim, Michałem Pazdanem i Arkiem Milikiem też mogę być. Próbuję zrozumieć o co w tym chodzi. Że na samą myśl, że oni tam wyjdą i pójdą walczyć – mam łzy w oczach, a z ust mych korali wyrywa się „nie rzucim ziemi skąd nasz ród”

Mózg mówi – załatwiaj migiem irlandzkie obywatelstwo, serce łopoce i woła POLSKA, POLSKA GOLA. Nie ma takiej opcji, żeby takie emocje kiedykolwiek wywołały we mnie występy irlandzkiej reprezentacji w czymkolwiek.

Więc o co chodzi.

Że miłość na zabój. Że emocje jak przed maturą. Przed pierwszą randką. Wizytą w radiu. Serce drży, żołądek skręcony w supeł. Futbol, jaki futbol? Ten Glik na przykład. W wywiadzie powiedział, że po słynnej kontuzji tylko jego żona – jako jedyna osoba w Polsce – wierzyła, że pojedzie na Mundial. Czy ja wierzyłam? Ależ skąd. Co ja bym zrobiła po takiej diagnozie – tydzień przed imprezą życia? Poddałabym się i poszła położyć. A tu się okazuje, że nie, nigdy nie wolno się poddawać, nie wolno mówić, że coś jest niemożliwe. Dla mnie niemożliwe, dla rodziny Glików wręcz przeciwnie. Kto miał rację?

images

Albo ten Kuba. Nie ma chyba osoby w Polsce, która nie znałaby jego historii. Ojciec zabija matkę na oczach małego synka. Synek wyrasta na osobę, do której modli się cały polski naród. Na Lewandowskiego można jeszcze ponarzekać, skrytykować, przyczepić się, że przecież gra jak drewno (daj nam panie boże więcej takiego drewna), Kuba jest nietykalny. Święty.

Czekam na ten wtorek, obgryzam paznokcie i staram się przeanalizować dlaczego to jest takie ważne. Dlaczego. Dlaczego wzrusza, uskrzydla, wywołuje dumę, daje siły do przetrwania i wolę do walki. Nie o puchar, ale o codzienność. Nie wolno się poddawać, obniżać poprzeczki. Gdy złamałam nogę cały czas miałam w głowie Lewego, który grał w masce, ze złamanym nosem. On się nad sobą nie rozczulał, więc ja też nie mogłam. Jestem w takim punkcie, w którym dużo się rozmyśla o sensie wszystkiego. I im więcej lat na liczniku tym naprawdę trudniej się tego sensu doszukać. Bo wszystko przemija, a w miarę przemijania okazuje się, że miało być zupełnie inaczej. Nie wiadomo jak, ale na pewno wiadomo, że inaczej. 

Odkąd żyję, pamiętam w głowie tęsknotę za nieokreślonym. Sen o nienazwanym, nieuchwytnym… uczuciu? miejscu? przeżyciu? człowieku? Marzenie o spełnieniu. Niemożliwy do zwerbalizowania smutek i nostalgię. Różne rzeczy ten smutek uaktywniały. Podróż zakopiańskim busem w stronę Morskiego Oka we wrześniowy poranek. Ochnasty seans „Gladiatora” w kinie. Pierwsze, stare koncerty Pidżamy Porno w Eskulapie. „I cant get mad because of you” Hot Water w radiu. Te nieszczęsne karne z Portugalią. Struny duszy, na których grać potrafili nieliczni. Stany ducha, ulotne jak babie lato, dzięki którym sens wszystkiego składał się nagle w całość niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Brakujący element układanki, który odnajdywał się niespodziewanie pod szafą i przez chwilę dawał poczucie perfekcji wszechświata. 

Tym jest dla mnie udział Polaków w Mundialu. Tym kawałkiem układanki. To co się za chwilę wydarzy wszyscy zapamiętamy już na zawsze. Uda się, nie uda, emocje zostaną. Smutek albo euforia. Wdzięczność, bo raczej nikt im nie zarzuci że mieli w dupie i im nie zależało. Obserwuję ich (grupowo i indywidualnie) od wielu lat i wiem, że włożyli w ten jeden moment masę pracy i wysiłku. Niestety życiowe jackpoty często niewiele mają wspólnego z poświęconym czasem i z rzeczonym wysiłkiem. Więc najbardziej życzę im szczęścia. 

Adamie, Robercie, Kubo, Michale, Grzesiu, Arku, Kamilu jeden i drugi. Fabiański Łukaszu. Wojtku. Wierzę w Was. Trzymam kciuki. Za Wasz sukces. Marzenia. I za mój kawałek wszechświata. 

Pospolite ruszenie

W piątek w Irlandii nastąpiło pospolite ruszenie, które po raz kolejny udowodniło, że naród Wyspiarzy – w kwestiach istotnych – potrafi się zebrać do kupy i podjąć ważne i wiążące decyzje.

25 maja 2018 odbyło się referendum, które dotyczyło usunięcia z konstytucji tzw ósmej poprawki – która zrównywała prawo do życia kobiety i nienarodzonego dziecka, czyli – w praktyce – dotyczyło legalizacji aborcji.  

Głupi, ciągle nawaleni Irlandczycy – wstali i poszli. Ci którzy mieszkają za granicą – wsiedli w samoloty i promy i przylecieli, często tylko na ten jeden dzień (Irlandczycy nie mogą głosować poza Wyspą), żeby podjąć decyzję na tak lub nie. Frekwencja wyniosła ponad 63%, co za każdym razem, gdy o tym pomyślę, wywołuje we mnie nową falę podziwu i wzruszenia.  

Jako matka trzech córek z irlandzkim obywatelstwem, z duszą na ramieniu czekałam na to co się w piątek wydarzy. Bo niestety (i być może wielu z Was zmartwię lub rozczaruję), – nie wzrusza mnie serduszko, które zaczyna bić w 8 tygodniu. Rozpierdala mnie natomiast na kawałki historia matki bliźniaków, której wody odeszły w 18 tygodniu – ale serca dzieci wciąż biły więc ok było pozwolić im umierać powolną śmiercią – bez wód płodowych. Ok było pozostawić w macicy obumierające łożysko, po tym jak jedno z dzieci już umarło, ale serce drugiego wciąż biło. Ok było czekać aż matkę zaatakuje sepsa – bo dopiero wtedy irlandzcy lekarze mogli zacząć interweniować. Nic nie jest nigdy czarno białe i mam pełną świadomość tego, że usunięcie ósmej poprawki oznacza również tysiące aborcji na żądanie do 12 tygodnia. Ale w moim świecie – żyjąca matka już narodzonych i chodzących po świecie dzieci (kobieta z historii powyżej miała 8-letnią córkę w domu) zawsze będzie wyżej na liście priorytetów niż jej nienarodzone, a i tak skazane na śmierć dziecko. Napisałam na fejsie, że nawet gdybym nie miała wyrobionego w tym temacie zdania – ta jedna, jedyna historia sprawiłaby, że poszłabym zagłosować na TAK. Tak, usuńcie ósmą poprawkę. Tak, matka i jej nienarodzone dziecko nie mogą mieć tych samych praw, w sytuacji, jak ta powyżej. Jestem matką. Jestem matką bliźniaków. Moje córki są – na obecnym etapie swojego życia – całkowicie uzależnione ode mnie emocjonalnie, moja śmierć lub odejście rozwaliłabym im całe życie. Wpłynęłaby na wszystko, być może na ich przyszłe dzieci również. Tak, ja jestem w tej sytuacji ważniejsza niż moje potencjalne dziecko w brzuchu. 

IMG_2537

Największy szacunek i podziw czuję dla tych kobiet, które – przeciwne aborcji jako takiej – poszły zagłosować na tak. Żeby ratować kobiety w sytuacji, gdy ich życie jest zagrożone i one tego ratunku potrzebują. Wiele takich wypowiedzi czytałam, gdzie radości ze zwycięstwa nie było. Gdzie z przyznania się do głosu na YES przebijała gorycz, żal i smutek. Żadna z nich mnie teraz nie usłyszy, ale chcę im podziękować. Za to że pozwoliły aby w przyszłości ktoś chciał ratować życie moich córek, jeśli będzie ono zagrożone, a one będą w ciąży. 

Pamiętam jak obudziłam się w sobotę rano i pomyślałam, że jestem wdzięczna, że Irlandia pokazała całemu światu, że jej stosunek do kobiet uległ przez raptem 30 lat tak diametralnej zmianie. Że można. Że da się. Że trzeba bardzo chcieć i w głębi ducha doskonale wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Nie o bijące w 8 tyg serce. Nie o aborcje na żądanie. Poczytajcie sobie o pralniach sióstr Magdalenek. O zbiorowym grobie w Tuam, koło Galway, gdzie pochowano 796 dzieci w wieku od 2 dni do 9 lat. W szambie. Zakonnice wrzucały dzieci do szamba. Poczytajcie sobie o kraju, w którym do 1995 roku kobieta nie mogła uzyskać legalnego rozwodu od męża, który ją bił i gwałcił, a zrozumiecie jak ogromny mentalny postęp nastąpił u ajriszów, że nagle, któregoś cudownie pięknego majowego dnia, ruszyli swoje dupy i gremialnie poszli zmienić los każdego następnego pokolenia kobiet. Na lepsze. Tak samo jak 3 lata temu zezwolili na jednopłciowe małżeństwa bo uznali, że najważniejsze jest to, żeby ludzie się kochali.

To nieprawda że urodzenie dziecka zmienia całkowicie całą percepcję postrzegania macierzyństwa i ja jestem chodzącym tego przykładem. Nie liczcie na to, że kobieta która nie chce dziecka i zachodzi w niechcianą ciąże (tematu gwałtu już celowo w ogóle nie poruszam), po jego przyjściu na świat wpadnie w euforię i zacznie kochać wszystkie dzidziusie oraz bić się w piersi że jak mogła być tak głupia i swojego dzidziusia nie chcieć. To tak nie działa. Julka była zaplanowanym, wyczekanym i chcianym dzieckiem, a i tak następnego dnia po porodzie (i wiele, wiele dni potem) każdą moją pierwszą myślą było to, żeby ktoś cofnął czas i ją zabrał – bo ja się jednak rozmyśliłam. 

Grabaż śpiewał, że żyje w kraju w którym wszyscy chcą go zrobić w chuja a ja okazało się, że żyję w kraju w którym ludzie nie mają w dupie i GOD ICH BLESS. 

Żyję w kraju w którym jeśli moje córki będą chciały wziąć ślub z kobietą to nikt im tego nie zabroni i w kraju który nie odebrał im prawa do decydowania o sobie samej. 

„Mamo, zanim mi opowiedziałaś o chorych dzidziusiach i o tym że ich mamy też mogą umrzeć byłam na „nie” (bo ktoś mądry jej powiedział jej że głosując na tak głosuje za mordowaniem bejbisów), ale teraz zmieniłam zdanie. Zawsze będę walczyć o prawa kobiet”.

I tak macie rację, zindoktrynowanałam biedne, jedenastoletnie dziecko. Zrobiłam to z premedytacją żeby w przyszłości nikt nie mógł jej do niczego zmusić, żeby wiedziała że ma prawo do bycia autonomiczną jednostką, że nikomu nie wolno klepać jej po tyłku, poniżać, wpędzać w poczucie winy, zakazywać lub zmuszać do robienia czegoś, na co nie ma ochoty. 

W Irlandii w piątek panowała taka atmosfera jakby referendum dotyczyło odzyskania niepodległości. I taka prawda – irlandzkie kobiety ją odzyskały. Frekwencja, wyniki, ogólnonarodowe emocje i wzruszenie wyraźnie świadczyły o tym, że głosowanie wykraczało daleko poza ósmą poprawkę i było próbą wynagrodzenia kobietom, wszystkich krzywd, których przez dekady na Wyspie doświadczały. 

I jeszcze Morgan Freeman. Kolejny oskarżony o molestowanie. Po pierwotnym szoku, bo przecież taki fajny, dobry i szlachetny (i tyle lat przesiedział w tym Shawshank), pomyślałam sobie – i bardzo kurwa dobrze. Niech to się dalej dzieje. Niech wychodzi na jaw, nabiera rozgłosu, niech ośmiesza tych małych fiutków, którym przez lata się wydawało, że głupie teksty lub niejednoznaczne gesty były ok i nikomu nie robiły krzywdy. Niech nie znają dnia ani godziny, aż się nie nauczą, że „nie” oznacza „nie” i nic innego.

W międzyczasie okazało się że czternastolatkę zamordował jej kolega ze szkoły – trzynastolatek. Zdezorientowana Julka pyta „mamo to co mam robić, nie ufać nikomu???” 

Więc jeśli macie dla niej jakąś sensowna odpowiedź to dajcie mi znać. Bo ja nie mam.

Przegląd tygodnia

Rano w autobusie popełniłam koszmarny błąd i przeczytałam o detalach morderstwa 14-latki, w lokalnym parku. Kilka kilometrów od naszego domu. 14-latka. Zamordowana w drodze ze szkoły. O 17:30, w poniedziałek. Tak jak tam siedziałam tak prawie wypadłam z tego autobusu. Łzy, panika, GAD w euforii. Nie ogarnęłam się do końca dnia. Co robić pamiętniczku, jak żyć. Jak ochronić moje córki przed złym światem. Owinąć w folię bąbelkową i poukładać rządkiem na łóżeczkach? Nie wypuścić z domu do 27. roku życia? Zrezygnować z pracy i trzymać cały czas za małe, kochane rączki? Wsadzić w tyłki nadajniki GPS? Co mnie najbardziej rozwaliło to to, że rodzice 14-latki wpadli w panikę prawie natychmiast. Nie, że czekali aż wróci do domu, bo może zasiedziała się u koleżanki, albo całuje się z chłopakiem w krzakach. Nie. Nie odbierała telefonu i panika. Co z tego. Natychmiast też było za późno. Znaleźli ją po 3 dniach. 

To z koszmarów. 

Z nie koszmarów to instagram rulez. Insta stories są fajne, a przede wszystkim dają mi poczucie pracy nad blogiem i satysfakcję, że coś się z nim i na nim dzieje, a nie że tak leży odłogiem i czeka na ochłapy w postaci jednej nudnej notki w miesiącu. I że proszę jak pięknie się upgrejdowałam z levelu blogi emeryckie na level instagram dla dummies. Lubię tego bloga w takiej formie w jaką się obecnie przepoczwarza, lubię że mnie czytacie i że tyle Was szybciutko przyszło na insta, żeby do literek dopasować sobie irlandzkie obrazki. Dziękuję. 

W Dublinie grał Ed Sheeran (nie ogarniam w żaden sposób jego popularności oraz nie znam żadnej piosenki) oraz Rolling Stones (podobno mieszkali 900 metrów od mojego biura). Oczywiście nikogo nie obchodziło, że w środę, czwartek i piątek wracałam do domu po ochnaście godzin, bo koncerty. 

Potem stanęłam na wadze i okazało się, że 68. I również się okazało, że moje samouwielbienie ma jednak swoje granice i że już nie jestem w stanie sobie wmawiać, że to ciężkie kości, wyrobione mięśnie albo stalowa kurwa krew w żyłach. Ostani raz 68 to miałam w ciąży. Bliźniaczej. W pierwszym trymestrze, ale nieważne. Więc co dalej droga gosiu. Dieta odpada bo stan głodu jest dla mnie równoznaczny z nalotem kosmitów. I co z pizzą. Z lodami. Mam ich nie jeść? Dlaczego. Za co. Życie już i tak nie ma sensu bo GAD nie lubi kawy i wina. A może ja jestem Lodarianką, jak ta pani z reklamy Żabki (dawno mnie tak żadna reklama nie ubawiła). Postanowiłam biegać. A ponieważ normalnie biegać nie mogę, bo imię moje czterdzieści i cztery i kolana już też nie te co ongiś to postanowiłam, że będę uskuteczniać slow jogging. Slow jogging polega na bieganiu w tempie, w którym wyprzedzają mnie ślimaki, dżdżownice i ukwiały. Ukwiały poruszają się z prędkością 2 cm na godzinę, więc sami rozumiecie. Ale nie przejmuję się bo PM pocieszająco stwierdził, że slow jogging bardzo dobrze spala tłuszcz, a ja się przekonałam, że w tempie slow to ja se mogę biec hoho i ho, za co chyba muszę podziękować Chodakowskiej bo ten skalpel i te ćwiczenia na uda. Uda dają rade. Złamana kostka też. Przemiana materii nie nadąża, a w życiu nieodwołalnie przychodzi taki moment, że zamiast się użerać z tym wszystkim lepiej sobie kupić większe spodnie.

Safe na netflixie z Dexterem, bdb, zapiski Łapińskiego aktora beznadziejne. Mundial za 28 dni.  Na insta nieodmiennie zapraszam, bo tam się dzieje najwięcej @sistermoonblog.

Jutro ślub tej ze „Suits” z księciem. W dupie mam, że to chłam i nie wypada i właśnie, że będę oglądać. Czuwaj. 

 

@sistermoonblog na insta

Mam plan żeby jednak pisać trochę częściej niż raz na miesiąc, bo potem raptem wychodzi 12 notek na rok. NA ROK. Oraz jest MAJ. Nie marzec, nie nie. Jest piąty miesiąc z dwunastu. Ja naprawdę dopiero przedwczoraj skończyłam te 44 lata i nie uśmiecha mi się mieć – za raptem pół roku – 45. 

Autobusem zachwytu ciąg dalszy. Akurat tak na wiosnę się przesiadłam więc doceniam widoki, kwitnące drzewa i to że wyspa jest zielona. Z przesiadki wyniknęła jeszcze jedna korzyść – wróciłam do słuchania muzyki. Takiego konkretnego, nie że coś tam plumplum w tle. Wieloletniej przerwy, wiadomo, nie nadrobię, ale godzina uważnego słuchania od rana, połączona z obserwowaniem przez okno budzącego się do życia miasta, naprawdę dobrze robi na głowę. Samo oderwanie się od fejsa. Przez tydzień przeglądałam go zaledwie szczątkowo i wiecie co – nic nie straciłam, nic mi nie przepadło, niczego mi nie brakuje. W tym samym czasie, w mieście, w którym mieszkam od 17 lat, odkryłam dziesiątki nowych widoków, domów z bajecznie kolorowymi fasadami, zaułków o których nie miałam pojęcia. Wszystko dlatego, że oderwałam wzrok od ekranu telefonu. Dało mi to dużo do myślenia. 

Już za miesiąc Mundial, na który czekam od 2 lat, od tamtego karnego Kuby. O szansach naszej drużyny dyskutować nie zamierzam, bo – mówiąc krótko – jak nie teraz, to kiedy i jak nie oni, to kto. Ale czekam na emocje. Na powera. Pamiętam tamto lato 2016 roku – praktycznie nie musiałam spać ani jeść bo żyłam na koktajlu z uczuć. Smoothie z wrażeń i przeżyć. Dlatego, drużyno polska narodowa, błagam cię kurwa wyjdź z tej grupy. Nie domagam się pucharu, ale ja naprawdę potrzebuję znowu jakiegoś spektakularnego wydarzenia i sukcesu, którym będę się mogła żywić i posiłkować przez dłuższy czas. Potrzebuję nadziei na to że życie to coś więcej niż kronika dramatów i wypadków z pasku TVN. Potrzebuję euforii, tak bardzo jej potrzebuję. Zawsze w ogóle w tym maju i czerwcu mnie nosi, ogarnia mnie nieokreślona tęsknota za jakimś alternatywnym życiem, rok w rok wierzę od nowa, że wszystko jest możliwe i że tu i zaraz wszystko się zmieni, tylko trzeba szybko, szybko, niczym kopciuszek, zdążyć przed północą. A potem nagle jest najkrótsza noc w roku, dzień zaczyna się skracać, chuj trafia górnolotne plany i znów trzeba rozstawiać choinkę. 

IMG_2306

Bundesliga się skończyła o. Sezon w sensie, a nie że ligę niemiecką rozwiązali. I ja bardzo proszę Roberta Lewandowskiego żeby nie szedł do realu madryt, bo naprawdę nie zniosę oglądania mordy i fryzury Ronaldo 2x w tygodnu. 

W Irlandii za 2 tygodnie referendum w sprawie legislacji aborcyjnej. Oraz skandal z programem bezpłatnych cytologii, po tym jak się okazało, że kilkaset kobiet nie poinformowano w ubiegłych latach o tym, że miały zmiany przedrakowe. 17 z nich w międzyczasie umarło. Wiecie jak mój GAD się ucieszył, jak o tym przeczytał? Od razu się ożywił, otrząsnął i zaczął biegać w kółeczko, radośnie merdając ogonkiem.  

Poszłam w końcu z blogiem na tego instagrama, bo instagram mnie fascynuje, a najbardziej mnie fascynuje to, jak go nie ogarniam. Więc w ramach personalnych wyzwań postanowiłam, że go ogarnę i będę taka o, bardzo do przodu. Na Instagramie najbardziej lubię to, że nie jest tak nachalny i nie narzuca mi niczego i nikogo. Że np Iksińska polubiła zdjęcie Ygrekowskiej, a potem podrapała się w dupę. Więc gdybyście chcieli pooglądać obrazki z dublińskiego autobusu oraz mieć przegląd irlandzkich temperatur z każdego dnia tygodnia, to zapraszam na @sistermoonblog. 

Autobus

Mam szczególny sentyment do ostatnich dni kwietnia, bo 28.04. roku 2001 przyleciałam na Wyspę i pamiętam z tamtych pierwszych dni wszystko. Słońce, które mnie oślepiło przy wysiadaniu z samolotu, zapach bryzy, smak pierwszego cidera. Ciężar okropnej czarnej walizki, do której spakowałam wszystkie swoje okropne do niczego nie pasujące ciuchy z Polski, przysięgając, że pierwsze co zrobię po przylocie to wywalę je, żeby mi nie przypominały o przeszłości. Pierwsze spacery w chłodne majowe poranki do pracy, w której nikogo nie rozumiałam. Pierwsze „prawdziwe” guinessy w pubie. Pierwsze zakupu w Body Shopie (bergamotkowy balsam do ciała), który był moim kultowym „zachodnim” sklepem i w takim Paryżu np wszyscy podniecali się wieżą Eiffle, a ja biegałam szukać Body Shopu, żeby kupić sobie krem za połowę natenczas zarabianej polskiej wypłaty. Pierwszą kawę take away w Insomnii. Co weekendowe wycieczki krajoznawcze po Dublinie, okolicach i całej Wyspie. Potem miałam fazę, że kupowałam wszystko niebieskie. Jak Picasso. I chodziłam ubrana w baby blue od stóp do głów, łącznie z paznokciami. Zabawne swoją drogą, że teraz mam fazę candy pink. Doprawdy.

Tydzień temu, tak se o, przesiadłam się na ten autobus. Z pociągu, którym dojeżdżałam na zakład przez 12 lat. Kto czyta ten wie ile mnie kosztuje przełamanie rutyny. Bo co jeśli wsiądę w ten autobus i świat się zawali. Wybuchnie trzecia wojna światowa, w ziemię uderzy meteoryt, lodowce się roztopią i zaleją wyspę. Wsiadłam zatem – zestresowana i z duszą na ramieniu, po czym większość podróży przesiedziałam z rozdziawioną gębą, oczarowana budzącym się do życia po zimie, Dublinem. Podróż minęła mi jak mgnienie oka, a na końcowym przystanku nie chciałam wysiadać, tak było fajnie. I w końcu, w tym autobusie, któregoś pięknego poranka zrozumiałam o co chodzi w całym tym mindfulness. Bo okazało się, że w autobusie nie mogę czytać ani gapić się na telefon, bo mi niedobrze. Więc gapię się za okno I WIDZĘ RZECZY. Czy wiecie ile rzeczy jest za oknem autobusu? W pociągu był nasyp kolejowy, tory obok i krzaki. A tu OMG. Ludzie. Domy. Psy. Samochody. Nie macie pojęcia co ludzie mają w oknach swoich mieszkań. Ja teraz mam pojęcie bo jeżdżę piętrowym autobusem. Figurki Jezusa rozmiarów dorosłego szreka mają. Wszystkie żółwie Ninja. Brudne pranie. Żywe koty, które siedzo i się gapio. Więc siedzę teraz i to wszystko podziwiam. Nic mi nie umyka. Nie przegapiam życia, które cały czas pulsowało wokół, w trakcie jak ja skrolowałam w pociągu fejsa. Swoją drogą nienawidzę już fejsa z całego serca. Zalewa mnie sieczką i nieustannie podnosi ciśnienie, mimo wywalania z newsfeeda wszystkich i wszystkiego, jak leci. Chciałabym wyemigrować z sistermoon na instagrama np, ale nie umiem go i zawieszam się przy nagrywaniu insta stories. 

dublin-bus-volvo-b9tl-alexander-dennis-enviro400-07-d-30001-8203457462-1024x768

17 lat. Dzisiaj mija 17 lat odkąd wyemigrowałam. Dzisiaj osiągnęłam prawie swoją emigracyjną pełnoletniość. I faktycznie, przeszłam wszystkie fazy – raczkowania, pierwszych kroków, potykania i nabijania sobie guza o każdą napotkaną przeszkodę, uczenia się języka i nieznanych słów, pierwszego zakochania i złamanego serca. Na Wyspie założyłam bloga , poznałam męża (przez Gadu Gadu) i urodziłam trzy córki – Irlandki, które na wieki wieków amen bedą miały w swoich paszportach wpisane miejsce urodzenia: Dublin. Dublin, który dla mnie – nastoletniej – był mniej więcej tak samo bliski jak najbliższy księżyc Saturna., a egzotyczny bardziej od Bora Bora. Na Wyspie bez trudu przyszło mi to z czym latami męczyłam się w Polsce – samoakceptacja, umiejętność stawiania na swoim bez wyrzutów sumienia. Wiara w siebie – w swoje umiejętności, kwalifikacje i kompetencje, które w Polsce nieustannie podważał każdy mój pracodawca. Wyrozumiałość dla swoich niedoskonałości i niedociągnięć. Akceptacja cudzych i własnych słabości. Zgoda na bycie innym.

Co bym zmieniła, gdybym mogła cofnąć czas? Wyjechałbym wcześniej. Nie dużo, ale rok, dwa, trzy lata wcześniej. Nie przesiedziałabym tego całego bezsensownego roku na bezrobociu, czekając aż ktoś mi zechce dać pracę i dołując się z każdym kolejnym odmownym listem. Nie bałabym się. Tzn bałabym się, bo ciągle czegoś się w życiu boję, ale jednak zwlekłabym się z tego tapczanu wcześniej. A na miejscu – no cóż, chyba inaczej podeszłabym do kwestii finansów. W sensie nie przepuszczałabym całej wypłaty na niebieskie spódniczki i cidery. Ale może tak trzeba było. Żeby się nauczyć. Nacieszyć wolnością. Być przez choć kilka lat wolnym niebieskim ptakiem i nie żałować potem niewykorzystanych lat bycia singlem. 

Zawsze mnie w tym kwietniu rozczulenie ogarnia. Że tak se tu przyjechałam i zwyczajnie wtopiłam się w krajobraz. Żeby było śmieszniej wciąż pracuję w tym samym budynku, w którym zaczęłam pracę w 2001 roku, a po zmianie pociągu na autobus idę do pracy tymi samymi ścieżkami, którymi podążałam na zakład przez pierwsze euforyczne lata. W ubiegłym tygodniu skompletowałam i wypełniłam w końcu aplikacje o przyznanie irlandzkiego obywatelstwa. Chcę spać spokojnie. Nie bać się, że polski rząd wykona w końcu jakiś niepoczytalny, nieodwracalny ruch, z konsekwencji którego znów przywrócą pozwolenia na pracę, ograniczą przywileje, wywalą mnie z pracy, wyspy albo z autobusu. A na koniec powiedzą, że ja już muszę jechać, ale dzieci zostają, bo mają irlandzkie paszporty. 

 

„Ciotka Zgryzotka”

Skończyłam najnowszą Musierowicz i – niestety – nie jest dobrze, chociaż książka przez wiele, wiele stron dawała złudne poczucie powrotu do czasów, chociażby – zadziornej Pulpecji czy niepokornej Kreski. I naprawdę usiłowałam sobie wyobrazić, że znowu jestem nastolatką, której nikt nie rozumie – ani świat ani szkoła ani zwichrowana rodzina. Niestety. Pani Musierowicz przez 2/3 książki skupia się na pierdołach, opisach, remontach (co ona z tymi remontami, naprawdę), długich i nudnych listach, które siostry Borejko piszą do siebie kilka razy dziennie (każda ma pracę, rodzinę, dzieci, starszych rodziców na karku, ale nadal mają czas na codzienne wielostronicowe maile, podczas gdy my z Pierwszą Żoną ledwo dajemy radę wymienić max 3 message na fejsie na tydzień), a potem nagle wszystkie wydarzenia walą się jedno za drugim, w szalonym tempie, ślub, narodziny, przeprowadzki oraz – co mnie dobiło – cała, caluteńka przyszłość głównej bohaterki zostaje nagle opisana w szesnastu przedostatnich linijkach tekstu i czytelnik zostaje z rozdziawioną gębą, kompletnie nie wiedząc co zrobić z resztą swojego życia. 

Nie wiem dlaczego autorka uparła się upchnąć w książce wszystkich dotychczasowych bohaterów (na ślubie Józinka – przy czym przyjeżdża tam Bebe Bittner z Damazym Kordiałkiem, a brata Ignacego z żoną Felą – czyli najbliższej rodziny  – brak!) Po co. Co było nie tak z akcją koncentrującą się na głównej bohaterce i pozostałych postaciach zepchniętych na dalszy plan, bądź wręcz nieobecnych. To co mnie skłoniło ostatecznie do zakupu książki (czyli że to najdłuższa jak dotąd część Jeżycjady – nie lubię krótkich książek) okazało się na końcu nie do wytrzymania, ostatnie strony przelatywałam zaledwie wzrokiem żeby już jak najszybciej skończyć. 

Stary Ignacy Borejko jest niestrawny i absolutnie nie do wytrzymania. Nigdy nie był moim faworytem – wymądrzająca się i bezużyteczna, pożal się boże, „głowa rodziny”, ale w tej części nie da się go ścierpieć. Wstrzymałam pod koniec książki oddech – że a nuż, a nuż się w końcu uda i dziada się pozbędziemy – ale nie, niestety, jeszcze nie tym razem. 

30708207_252078178668501_998028748936708096_n

Problem macierzyństwa – tu mnie pani Małgorzata solidnie rozzłościła. Przełknęłam jeszcze jakoś manifest, że urodzić dziecko to nawiązać uniwersalną łączność z bogiem (facepalm, ale niech każdy wierzy w to, co ułatwia mu życie – nic mi do tego). Ale porada dla zdradzającej objawy baby bluesa Agnieszki „wyłącz strach, włącz miłość” zostawiła mnie w stuporze. To to jest takie proste, a ja tego nie wiedziałam? Od 11 lat umieram ze strachu o zdrowie i losy swoich dzieci, intuicja często nie podpowiada mi nic, albo podpowiada kompletne bzdury, zwodzi na manowce, a wystarczyło po prostu „włączyć miłość”? Jako matka, która następnego dnia po urodzeniu swojego pierwszego dziecka nie czuła nic oprócz chęci cofnięcia czasu i odwrócenia tego, co się stało, poczułam się słabo. Tak, wiem, że to książka dla nastolatek, ale – no właśnie – autorka musi to przecież wiedzieć, że każdą jej kolejną książkę czytają i 20 i 30 i 45 latki, wszystkie te kobiety, które przez dekady wychowywały się na przygodach Kłamczuchy, Idusi i Genowefy Pompke. Dało się przecież ten problem – z innej, mniej bezpośredniej strony – ugryźć w „Opium w rosole”. Mama Geniusi nie dawała rady macierzyństwu i w bardzo przejmujący sposób widać to było na każdej stronie książki. Właśnie. Nikt już z bohaterów Jeżycjady nie choruje. Nikt nie umiera (no ok, jedna z postaci odeszła), nikt nie leży w szpitalu. Nikt nie ma depresji, a jeśli ma, to znika ona jak sen złoty od ogólnych i oklepanych stwierdzeń, iż wszystko będzie dobrze lub namolnie cytowanych w kółko taoistycznych przypowiastek i cytatów z nieśmiertelnego dla autorki De Mello. 

To co Musierowicz zrobiła z Poznaniem – swoim, moim i całego cyklu – miastem, złamało mi serce. Jak można. Dlaczego. Rozumiem, że w starszym wieku miasto zaczyna męczyć i wkurwiać, ale po co od razu je masakrować, przechodzić z uwielbienia i apoteozy do emanującej z każdego zdania niechęci i irytacji.  Przecież właśnie po to też ciągle czytam Jeżycjadę – żeby przenieść się choćby na te kilka godzin z Dublina do Poznania. 

Jedzenie. Jprdle. Co to było. Wcale niesubtelne aluzje do odchudzania. Prawie wszyscy bohaterowie odżywiają się zdrowo, a ci co wpierdalają masło i smażone rzeczy są piętnowani. Każdy ma misę z warzywami i owocami w kuchni. Masło, co ona z tym masłem? Jakaś paranoja. Autorka zapomniała jak Kreska z Geniusią smażyły tłuste małdrzyki? O zupie ziemniaczanej (z torebki!) „Floryda” też zapomniała?

Do tego – przy całej promieniującej z książki obsesji do zdrowego trybu życia – o regularnym wysiłku fizycznym ani słowa, a dwie uprawiające sport drugoplanowe postacie (joggerka i instruktorka zumby) – przedstawione są jako antypatyczne hetery. 

Są fajne rzeczy też, są. Gadający gwarą poznańską pan Chrobot rozśmieszał mnie za każdym razem. Norę – główną bohaterkę – do pewnego momentu też bardzo dawało się lubić. Opisy przyrody, jesiennego, polskiego września wywołały we mnie nostalgię… gdzieś tam, ogólny klimat, cała musierowiczowość się ostała, ale już nie emanuje ciepłem, tylko wywołuje irytację i zniechęcenie. Jest jak lukier, który przy każdym kolejnym kęsie robi się za słodki i nie do przełknięcia. Powiecie – zestarzałaś się, sistermoon, to wkurzają cię książki dla małolat. Ale to przecież nie jest książka dla współczesnej nastolatki. To książka dla nas – zmęczonych, zapracowanych, ale wciąż mimo upływu lat spragnionych ESD matek, kobiet i dziewczyn, pokolenia lat 80tych i 90tych, które chciałoby chociaż na chwilę wrócić do tamtych lat i mieć raz jeszcze naście lat, choćby tylko na czas czytania kolejnej części Jeżycjady…

Gad

Jestem osobą, która od lat boryka się z problemem anxiety, w angielskim jest nawet bardzo adekwatny skrót GAD oznaczający Generalized Anxiety Disorder. Każdy ma swojego GADA, co go gryzie, proszę. Mój Gad sprawia, że przejmuję się wszystkim, każdą pierdołą, zwykłe życiowe perturbacje wywołują u mnie strachy wcale nie na lachy i lęki, które paraliżują oraz bardzo utrudniają codzienne funkcjonowanie. W miarę upływu lat trochę nauczyłam się z Gadem postępować, wiem że przesadza, że ma skłonności do bycia drama queen, nie przepada za kawą i alkoholem oraz spierdala gdzie popadnie, gdy tylko zabieram się za jakąkolwiek aktywność fizyczną, w związku z czym zniechęca mnie do jej wykonywania, tak jak potrafi. Gdy idę do pracy zawodowej, Gad się bardzo nudzi i najczęściej zasypia, najbardziej lubi godziny późnowieczorne, a szczególnie te tuż przed pójściem spać. Gad, niczym rasowa wróżka, potrafi przewidzieć negatywne skutki absolutnie wszystkiego oraz ma kilka Oskarów w kategorii najbardziej absurdalny scenariusz (oryginalny i adaptowany).

Przez lata poczyniłam wiele wysiłków, żeby nawet nie tyle aby Gada się pozbyć, co uczynić koegzystencję z nim w miarę znośną. Bo nie można już z czymś walczyć, nie nie, walka wykańcza i odbiera siły, przeciwności należy nauczyć się akceptować, a takiego Gada w ogóle to powinnam pokochać i najlepiej wyhaftować mu poduszeczkę z inicjałami, żeby dobrze się u mnie czuł i czynił jak najmniej spustoszenia. Problemów z tym podejściem jest kilka. Gad np nie lubi kawy i alkoholu, więc najlepiej powinnam je odstawić. Fajnie, ale co ze mną. JA LUBIĘ KAWĘ I WINO. I co teraz. To tak jakby długofalowo mieć gości (co samo w sobie jest wkurwiające), którzy nie lubią tego co my. To jak teściowa, która krytykuje każde nasze danie, metody wychowawcze, ulubione programy w TV oraz podarte dżinsy. Mam odstawić tę kawę i alkohol ale na ile – na tydzień? Miesiąc? Resztę życia? To co mi po tym życiu, powiedzcie. Skoro mam zacząć lubić to, co lubi Gad, a nie to co mnie sprawia przyjemność.

images-1

Następne zalecenia mówią, iż należy kochać swoje życie takim, jakie jest. Przestać się zamartwiać, gdyż alebowiem zamartwianie się tylko karmi Gada i sprawia, że rośnie w siłę. No fajnie. Tylko to znowu tak jakby mówić: MUSISZ ZJEŚĆ BROKUŁY, BO SĄ ZDROWE I LEPSZE NIŻ CZIPSY, KTÓRE UWIELBIASZ. Każdy mówi: musisz zjeść te brokuły, musisz odstawić czipsy, ale nikt już nie powie JAK. Nikt nie opisze procesu. Nie stworzy manuala: ugotuj te brokuły, pokrój je nożem na kawałki, nabij kawałek na widelec, dodaj kawałek kotlecika albo ziemniaczka, polej sosikiem i zjedz. Zrób sobie do nich tartą bułeczkę usmażoną na masełku. Przecież, na boga, nikt ci nie każe żreć tego brokuła żywcem, bez ugotowania wgryzając się desperacko w jego soczystą zieleń. Ale tak właśnie brzmią dla mnie ogólnodostępne rady: przestań się zamartwiać bo nic nie zmienisz, nie myśl negatywnie, pokochaj swoje życie takim, jakie jest. Moje strachy to moje czipsy, są niezdrowe, ale lubię je chrupać, chrupanie paradoksalnie mnie uspokaja.

Zazdroszczę ludziom, którzy twierdzą, że kochają życie i nauczyli się oswajać swoje lęki poprzez ich akceptację. Ja nie umiem. Mnie życie przeraża. Dorastanie moich córek mnie przeraża. Dziecko się rodzi, człowiek jest przerażony, że je upuści na kafelki albo niechcący powykręca mu rączki i nóżki. Kafelki to pikuś, uwierzcie mi. Im dziewczyny są starsze, tym jest gorzej. Poza poradą aby oswoić swoje strachy, kochać życie, nie przejmować się wszystkim, nie ma tak naprawdę nic konstruktywnego. Jest CO, ale bez JAK. Żyj chwilą. Jak, na boga? Mam kasę odłożoną na nowy samochód wydać na wycieczkę na Malediwy? Przecież dokładnie tak bym postąpiła, gdybym miało nie być jutra. Ale jutro się obudzę (bardzo optymistycznie tak zakładam, mimo że zdrowy jak ryba sąsiad się nie obudził – gadałam z jego rodziną) i nadal będę potrzebowała nowego samochodu. Albo nowej pralki. Zmywarki. Czegokolwiek. Co szkoła na to, że nagle pojechaliśmy z dnia na dzień w pizdu na Malediwy? Co na to mój pracodawca? Hm?

Rzuć nudną pracę, która cię dołuje i uczyń hobby swoją pracą. Fajnie, ale co z kredytem? Czy bank poczeka aż: a) znajdę przynoszące dochód hobby b) rozwinę to hobby do poziomu, w którym zastąpi mi dzisiejszy miesięczny, regularny dochód? Czy bank w miesiącach, które dochodu przynosić nie będą, zgodzi się umarzać miesięczne raty? Bo jak nie, to wątpię aby taka zmiana przyniosła oczekiwane efekty. Aby uśpiła Gada. Łatwo jest gadać i doradzać. Łatwo jest rzucać ogólnikami, jakby się żyło w bańce, bez żadnych zobowiązań. Ze wszystkich o kant dupy porad najlepsza jest chyba ta, żeby sobie odpuścić. Boisz się? Hej, patrz, ja też. Wszystkiego. Że dzieci mi zachorują, a mąż nagle umrze (sąsiad był zdrowy, przypominam).  Że ktoś ich skrzywdzi. Że zabraknie nam w jakimś kluczowym momencie pieniędzy. Że stracimy mieszkanie. Pracę. Że któregoś dnia się obudzę i żadnej zmarszczki nie będzie się dało w żadne sposób ukryć. Jedyne co przynosi ulgę to wyrzucanie tego na zewnątrz. Słuchanie, że ktoś inny też tak ma. Że też się boi, ale udaje dzielnego. Że moje lęki nie są wydumane i z dupy. Może nie kocham jakoś przesadnie życia, bo mnie przeraża, ale lubię, naprawdę lubię samą siebie. Z Gadem i bez Gada. Taka jestem. Nie radzę sobie, ale chcę dalej próbować. I chcę się napić kawy albo wina bez wyrzutów sumienia.

Więc jakby co, to pamiętaj – nie jesteś sama ❤

Aleluja

We wtorek umarł mój sąsiad. Po prostu wziął i umarł. Nie był przewlekle chory, nie miał raka, nie wpadł pod samochód. W poniedziałek powiedziałam mu haj pod windą, w środę pod domem stały policja, karetka i straż pożarna. Facet może w okolicach 50-tki, szczupły, wysportowany. Został pod nim zaparkowany pod blokiem samochód i cała seria zdjęć na fejsie – z maratonów i biegów przełajowych po dublińskich górach Wicklow. Gościu, którego najczęściej widziałam albo z rakietą do tenisa, albo z torbą na siłownię w ręku. Nie ma go. Gone. Bum.

Cała moja misternie tworzona teoria, że siedźmy w domu, nie wychylajmy się to nie wpadniemy pod samochód, nikt nas nie napadnie ani nie spadnie nam cegła na łeb – zawaliła się. W ogóle chyba runął cały mój bufor bezpieczeństwa, że jeśli tylko będę o siebie dbać to – jak dobrze serwisowane auto – zajadę może troche dalej niż inni. Akurat.

Naprawdę duży smutek, że to wszystko może się skończyć w ciągu jednej chwili, kompletnie bez sensu. Po co ćwiczyć, po co żreć ten jarmuż, po co odmawiać sobie wina. Mamo czy my też tak umrzemy? – pytają strwożone dziatki. Nie, no co wy. Ale w nocy krążę i słucham jak oddychają, a w dzień przeprowadzam krótki crash course przypominający co robić gdyby tatusiowi nagle coś się stało, a mamusia była w pracy. Sąsiad mieszkał sam. Może gdyby był z kimś to dałoby się go uratować? Smutno.

images

Dziś w Irlandii Good Friday i wolne. Wolne to ja mam jeszcze 11 dni bo po Wielkanocy wzięłam sobie urlop. No i dobrze. Pojechaliśmy do polskiej hurtowni po zakupy świąteczne, a tam bitwa pod Racławicami. Naród polski spragniony wielkanocnej wyżerki wyrywa sobie białą kiełbasę i wózkami tarasuje dostęp do zakwasu na żurek. Wszyscy się kłębią wokół babki i mazurków, wszyscy – oprócz PM, który znalazł sobie w zamrażalniku drugą połowę bożonarodzeniowego makowca i zadowolony z siebie, nie uczestniczy w zbiorowej histerii. W Lidlu i Aldim za to pełen luz, nikt nie biega z obłędem w oczach oraz nie wywozi potrójnie wyładowanych jedzeniem wózków, bo Wielkanoc w Irlandii to zaledwie długi weekend, bez koszyczków, wielkanocnych śniadań, uroczystych obiadów i świętowania polegającego na zajadaniu się kopami jaj, obkładania kilogramami wędlin oraz umieszczania białej parzonej w rodzinnym herbie.

Polska reprezentacja wróciła do gry, ale samaniewiem. Jakby ktoś miał zapas xanaxu albo valium żeby mi podesłać przed Mistrzostwami Świata to chętnie skorzystam – obawiam się, że same wściekłe psy na to co nasi reprezentanci, nasi ułani, husaria nasza i duma narodowa odstawia na boisku, mogą nie wystarczyć.

Próbujemy zmienić auto i to jakiś koszmar jest. Czy ktoś jeszcze zarządza trójką dzieci i jeździ czymś na benzynę, w czym siedzące pośrodku dziecko nie narzeka non stop, że jest zaduszane przez rodzeństwo? Oraz gdzie w bagażniku zmieszczą się 4 duże torby z Lidla, walizki plus klatka z kotem. Bo ja nie umiem znaleźć nic, a to co znajduję albo nie mieści się w moim budżecie albo wygląda jak polonez.

Musierowicz jednak kupiłam, jak przeczytam nie omieszkam się wypowiedzieć. Coś bym obejrzała przez te 11 dni, ale nie wiem co bo seriali na Netflixie przybywa w tempie, w którym – żeby nadążyć – musiałabym przejść na emeryturę pojutrze. Grey’s Anatomy za to, mimo ochnastego sezonu nadal jest dobre. We wtorek ostatecznie farbuję się na różowo, bo skoro nic nie może wiecznie trwać to przynajmniej będę miała kolor włosów pasujący do butów i torebki.

Alebowiem owszem, w wieku przedmenopauzalnym nagle pokochałam majtkowy róż i w dupie to mam.

Wesołych Świat 🙂