Pożegnanie lata

Ledwo żyję, ale co tam, jest, w końcu JEST mój przedurlopowy piątek, piątunio, piąteczek, jeszcze tylko przesiedzieć 8h za jebanym biureczkiem i już mogę lecieć odpalać butelkę wina i oglądać pierwszy mecz sezonu bundesligi, alkohol ostatnio mi szkodzi, ale chuj, nic już mi nie szkodzi ze świadomością, że w końcu będę mogła na chwilę przestać się zrywać o tej piątej czydzieści. Naprawdę NIEWAŻNE, że WIEM, że jak potem w ten pierwszy poranek września w końcu ponownie wstanę to będzie całkowicie CIEMNO. Cicho. Nieważne. Pomyślę o tym jutro. Za dwa tygodnie jutro.

Ale, ale, żeby się nie okazało, że cały urlop przepierdoliłam na skrolowanie fejsa, zamierzam niniejszym stworzyć PLAN aktywności urlopowych i tak, właśnie napiszę go tutaj, żebym potem musieć przed Wami świecić oczami jak się z niego nie wywiąże

No więc:

1) Zrobić porządek w garderobie. Zainspirowana obrazkiem, który wrzuciłam na fejsa, a w szczególności półką pt „20% rzeczy, w których chodzę 80% czasu” oraz półką „Nie no, nie wyrzucę, będzie do spania” (u mnie są one nawet identycznie zlokalizowane) postanowiłam naprawdę coś z tym zrobić. Mam chyba pińcdziesiont par spodni, chodzę w dwóch. Nie mam za to żadnego t-shirta, który nadawałby się do wyeksponowania poza trasą dom-śmietnik.

20818846_1394237470671423_1611827658302060383_o

2) Stworzyć bazę danych klientek masażowych – tu prośba do szanownych Pań i Panów o polecenie mi sensownego programu/ aplikacji (najlepiej darmowych) dla takiego mini biznesu jak mój, który będzie kompatybilny z produktami appla. Wiem, że jest excel, naprawdę, ale nie chcę go bo jest nudny. Chciałabym coś co by mi np współgrało z kalendarzem i automatycznie aktualizowało tam umówione spotkania.

3) Nie przepierdolić całej kasy za masaże w Pennysie w celu uzupełnienia przetrzebionej garderoby, ale założyć fundusz promocyjny i zarządzać nim z sensem (pod promocję nie podchodzi kupowanie sobie miliona nowych olejków, w celu przetestowania ich na sobie przed zastosowaniem ich na klientkach)

4) Obejrzeć do końca ten „Ozark” na netflixie. Utknęłam na 4. odcinku, ale zapowiada się dobrze

5) Ogarnąć papiery – to już mam w dużym stopniu ogarnięte więc powinno pójść szybko (jedna z nauczycielek w liceum zawsze nam powtarzała, że nigdy nie mówi się papiery tylko DO-KU-MEN-TY. Bo papiery to idą do kosza)

6) Posprzątać małą łazienkę, w której PM trzyma swój TELESKOP, który kupił se kiedyś na Gwiazdkę, po czym 3x spojrzał przez niego na księżyce Jowisza, po czym teleskop został porzucony i służy jako podstawka do brokatu. Teleskop jest wielkości małej żyrafy, żeby nie było nieporozumień, że to zabawka z zestawu „Mały astronom” albo coś.

7) Ogarnąć (wyrzucić) cały burdel ze składnikami do produkcji mydełek, które w łazience założyły już chyba komunę i żyją własnym życiem. Zrobić śliczne lawendowe mydełka z tego co zostało, żeby było na promocje dla klientek.

8) Wrócić do regularnych ćwiczeń – mam przemyśleń na co najmniej 3 notki co się dzieje z ciałem po 40-stce, gdy nagle zostaje pozbawione ruchu i we właściwym czasie na pewno się na ten temat wypowiem

9) Musiałam wyedytować notkę żeby dorzucić mindfullness i yoge. Pół godziny codzienne, no muszę, no

lewandowski

Tymczasem 2 tygodnie masowania klientek uświadomiły mi mnóstwo rzeczy. Po pierwsze, że naprawdę bardzo to lubię. Po drugie, że bardzo to lubię ponieważ w trakcie masażu nie muszę uskuteczniać z klientkami small talku, którego NIENAWIDZĘ. Czasami któraś zaczyna zestaw pytańlam z cyklu „czym się zajmujesz i jakie masz hobby”, ale wtedy jej każę oddychać i jest spokój. Po kolejne nie mam żadnego bossa i nie mam żadnego pożal się boze TEAMU. Nie muszę nikogo pilnować, nie muszę robić żadnych meetingów ani przygotowywać żadnych debilnych raportów i wszystko może być dokładnie tak, jak ja chcę. Po ochnaste mam sto pomysłów na cały ten biznes i o ile ruch się utrzyma chociażby na obecnym poziomie, to naprawdę widzę to jako tymczasowo znakomitą odskocznię dla korpo, a w przyszłości to hoho kto wie. I po ostatnie jest to praca przynosząca mega satysfakcję i naprawdę mam misję, żeby tym zmęczonym i zestresowanym kobietom zafundować choćby godzinę świętego spokoju, w trakcie której nie muszą składać prania i zastanawiać się co jutro na obiad, a w zamian ktoś je pogłaszcze po głowie i powie żeby sobie poleżały i odpoczęły.

Tak se kiedyś dla jaj zrobiłam ten kurs, jakiś czas funkcjonowałam jako mobilna masażystka, ale noszenie ciężkiego jak piorun stołu do masażu mnie wykończyło plus forma mobilna stwarzała za dużo możliwości dla Pomysłowych Dobromirów, którzy proponowali żebym może przyjechała im zrobić ten masaż do pokoju w hotelu. Już się rozpędziłam, jasne. Dodatkowo do godziny masażu dochodziła godzina – dwie dojazdu w jedną i drugą stronę więc finansowo nie opłacało się to w ogóle.

Nie wiem jak to jest z tym życiem zawodowym, naprawdę. Może podobnie jak ze związkami damsko-męskimi – objawienie, że to „właśnie to” zdarza się bardzo rzadko, a do całej reszty dochodzi się metodą prób, błędów, wyrzeczeń, resetów, ciężkiej pracy i przekonania, że trzeba próbować do końca.

Zwierzyniec

We wtorek ślimaki zjadły mi krzaczek mandarynki z Ikei. Nie, najpierw opierdoliły calutką bazylię, przy czym PM winił koty. Tak, koty obgryzły wszystkie liście bazylii, równiuteńko do gałązki. Po czym nakroiły sobie do miseczki pomidorków koktajlowych, mozzarelli i polały wszystko octem balsamicznym.

No więc potem się budzę (tak, chwilowo mieliśmy dwa koty, ale imprez z porozrzucanymi myszami nie zanotowano) i patrzę, a świeżuteńkie liście mandarynki, zieloniutkie takie i dopiero odrośnięte – obgryzione do zera. Mandarynki – ponadgryzane do połowy, ze skórką poprzegryzaną do miąższu. Koty, na pewno koty!!!!! Nie były na balkonie od tygodnia, ale to na pewno one. Po bazylii zachciało im się sałatki owocowej.

No więc przeniosłam tę zmasakrowaną mandarynkę do pokoju, żeby odetchnęła. Rozłożyłam sobie matę do jogi i ćwiczę. I nagle, WTEM, patrzę, a z mandarynki ewakuuje się RODZINA ŚLIMAKÓW. Ja prdlę. Pędzą (w kategoriach ślimaczych) na złamanie karku. Ojciec rodziny był już przy macie, a matkę z dziećmi PM pozbierał z doniczki.

KOTY!!!!!!! Kotów oczywiście za pomówienia i rzucone pod ich adresem oszczerstwa nikt nie przeprosił. Teraz siedzą i piszą odwołanie do Trybunału Praw Kota w Strasburgu.

IMG_4655

Jak te ślimaki dostały się na nasze 3 piętro pozostanie dla mnie wieczną zagadką. Jedną teorię miałam że stały całą rodziną przed windą i czekały aż ktoś przyjdzie żeby im wcisnąć ten guzik z trójką. Ale jak drzwi do winy się otwierały, to nie nadążały ze wsiadaniem, względnie wpadały w tę szparę czarną, co oddziela windę od piętra, po czym przez trzy tygodnie prowadziły akcję ewakuacyjną żeby się z niej wydostać. Wersja, że wspięły się po murze jest doprawdy zbyt banalna, plus biorąc pod uwagę ich tempo, to od kiedy się wspinały? Od 1985?

IMG_4656

Potem pojechałam z twinsównami na niewinną przejażdżkę do Aldiego, w trakcie której padło pytanie MAMO, A CZY MIKOŁAJ JEST PRAWDZIWY? Jezu, no ale w sierpniu mam na takie pytania odpowiadać? Na wymijające stwierdzenie, że na biegunie północnym siedzi naprawdę Mikołaj, ale w Boże Narodzenie nie daje rady ogarnąć wszystkich, więc rodzice trochę mu pomagają, uslyszałam zrozpaczone:

TO KTO ZJADA TE CIASTECZKA I MARCHEWKI, KTÓRE MU ZOSTAWIAMY???!!!

Kurwa, koty.

Albo ślimaki.

No dobrze, mamo, ale czy WRÓŻKA ZĘBUSZKA JEST PRAWDZIWA?

(do Aldiego jedziemy pięć minut, nie że półtorej godziny i one mają tyle czasu, żeby wymyślać te pytania)

Hm, NO NIE JEST  (i jak ja byłam W WASZYM WIEKU to w ogóle żadnych wróżek zębuszek nie było, a jak się już pojawiły to nikt mi juz nie chciał oddać kasy za wszystkie wypadnięte zęby)

TO KTO ZOSTAWIA TE PIENIĄŻKI POD PODUSZECZKĄ?????

Hm, zastanówmy się. MOŻE MIKOŁAJ?

W końcu (jesteśmy na parkingu), Ola – po dłuższej chwili zadumy – wypaliła niczym, nie przymierzając, Bobcio z „Szóstej klepki”

MAMO, A CZY BÓG JEST PRAWDZIWY?????!!!!

Nie dziwota, że w Aldim musiałam kupić gin z tonikiem, żeby dojść do siebie, prawda?

Za tydzień, ZA TYDZIEŃ, rusza Bundesliga oraz zaczynam urlop, w trakcie którego będę po prostu leżeć i czytać książki oraz czekać na mecz Polska – Dania. Doczekałam się, ale doprawdy było to najdłuższe lato od 5. klasy szkoły podstawowej.

 

Frajdej

Boże boże, znowu piątek i znów nic nie napisałam. Na swoje usprawiedliwienie drogi pamiętniczku mam to, że nagle wtem w środku tygodnia przypomniało mi się, że przecież w czasie w którym zaniechałam pisania blogaska zrobiłam mnóstwo rzeczy, które w zasadzie można jakoś sensownie wykorzystać. Kurs masażu np zrobiłam. Dwa w zasadzie, z czego ten zasadniczy trwał rok, a uzupełniąjcy 2 dni. Kurs robienia mydełek zrobiłam. Na kursie masażu było naprawdę paradnie bo musiałam się nauczyć na egzamin wszystkich kości i mięśni człowieka po angielsku. Nadal coś pamiętam. Np mój ulubiony mięsień na szyi sternocleidomastoid. Albo że w human body jest 206 kości. 

Szczerze mówiąć uważam, że każdy powinien się o tym uczyć, bo przynajmniej potem jak się łamie nogę, to wiadomo od razu o ktorą kość chodzi. Albo jak coś człowieka boli, to bez googla można sobie ślicznie zdiagnozować każdą chorobę.
Więc przypomniałam sobie, że przecież to umiem, cały ekwipunek do masowania w domu mam i można by reaktywować stronę na fejsbuku, jebnąć jakąś reklamę i poczekać co się stanie. No i stało się tyle, że recesja w Irlandii musi już być over, bo klientki nadleciały gromadnie, że one bardzo chcą. Nie narzekam, zawsze bardzo lubiłam masować . Praca ciężka fizycznie, ale bardzo relaksująca, wbrew pozorom nie tylko dla masowanego, ale dla masażysty też. Cisza, spokój, ładnie pachnie, łagodnie plumpla muzyczka, nie dzwonią telefony, a szef się nie drze, że deadline za pieć minut i gdzie jest prezentacja. W dupie. Klientka po masażu zrelaksowana i szcześliwa, nie awanturująca się. Dobrze. Mydełkami też się zajmę i otworzę firmę „Mydło i powidło. Katarzynex i społka”.

Zastanawialiście się w ogóle jak pokierowalibyście swoim życiem, gdyby była szansa cofnać się do maturalnej klasy? Bo ja się często zastanawiam. Poszłabym jeszcze raz na ten marketing czy nie? Gdybym nie poszła, gdzie bym poszła? Na AWF? Anglistykę? A może wtedy cały ciąg zdarzeń, które doprowadziły do wyjazdu do Irlandii nie zasitniałby i nie siedziałabym dzis w dublińskim biurze, gapiąc się na morze za oknem. Może pracowałabym jako pani higienistka w podstawówce. 

Wyniki krwi przyszły, za wysoki cholesterol, reszta w normie więc nie wiem co mi jest. Wygooglałam naprawdę wszystko i mam objawy wszystkiego. Głownie obwiniam niewyspanie, ale naprawdę nie umiem chodzic spać o 9 wieczorem, kiedy wszyscy w domu, łącznie z kotem, bawią się i imprezują, nikt nie jest zmeczony i mamo o co ci chodzi, nam się nie chce spać. Mnie też się zresztą nie chce. Rano mi się chce, kiedy oczywiscie wszyscy (łącznie z kotem) śpią jak zabici, podczas gdy ja obijam się w półmroku od sprzetów AGD, usiłując nałac sobie kawki do termosika.

Poza wynikiami krwi przyszełd W KOŃCU sierpień, który w Irlandii jest pierwszym dniem jesieni, ale doprawdy kij z tym, biorę jesień w tym roku w ciemno i bez marudzenia, że mokro i piździ (przypomnijcie mi w listopadzie). Lewy z Bayernem zagrali juz 5 meczów towarzyskich z czego 4 przegrali, wiec nie wiem.


Oraz urlop mam za dwa tygodnie, o którym zapomniałam, że go wziełam, potem sobie przypomniałama i uznałam że wziełam go bez sensu, bo i tak nigdzie nie jedziemy, a teraz dzieki ci panie boże, że go wziełam, bo przynajmiej się położe i tak przeleże do września. 

Troche mi smutno, bo i rok i dwa lata temu w sierpniu jechałam do Zakopca, ale co zrobić . Lubie to głupie Zakopane i Krupówki, co Wam poradzę. Nad Morskie Oko można iść o 7 rano i nikogusko tam wtedy nie ma. Od 10 dopiero robi się bajzel. No nic. 

Jutro kot do szczepienia, więc chyba już teraz należy zacząc usypiać jego czujność, w kwestii, że klatka stoi tylko tak, od niechcenia, bez żadnych niecnych planow. Można wchodzić i wychodzić. Kot co prawda gupi nie jest, wiec raczej się nie nabierze, co skończy się upychaniem go do klatki kolanem oraz tygodniową urazą i odwracaniem mordy w drugą strone, gdy bedziemy usiłowali go pogłaskać . 

Plus znowu nie wiem co na obiad.

O, i już wiem. Prosze mi tu ładnie napisać jakimi fajnymi kremikami się smarujecie, bo zeszłoroczny zapas z zakopca własnie mi się wyczerpał i bedę musiała się zaopatrzyc w październiku. Ze swojej strony, ze wszystkich ochnastu kremow które wtedy przywiozłam najpardziej podeszła mi ziaja awokado (po tym, oczywiscie, jak już się pogodziłam że po 40+ kremy i tak gówno dają i żeby mieć gładką buzie należałoby sie położyć na poligonie i poczekać aż przejedzie nam po twarzy czołg), ale może jest coś jeszcze.

Ocena pracownicza czyli jak nigdy nie zrobię kariery

Notka z 16/03/2005

Miałam ja ci w poniedziałek ocenę pracowniczą.

Było czarownie.

PANI SISTERMOON, DLACZEGO PANI WYCHODZI Z PRACY O 16:00.

Faktycznie.

Każdy kolejny szef ma ze mną ten sam problem. Jak nienormalna wychodzę do domu o godzinie, o której przewidziano ustawowo mój koniec pracy. Jestem pod tym względem niereformowalna. Nie interesują mnie nadgodziny, oraz ze mój departamencik taki biedny i zawalony pracą, zupełnie tak samo jak mojego departamenciku nie interesuje, że chciałabym podwyżkę, bonusik i awansik. W CV powinnam se zapisać w umiejętnościach dodatkowych: odporność na nałogi, z uwzględnieniem pracoholizmu.

NO ALE CZEMU JA WYCHODZĘ Z PRACY O 16:00.

I czy ja wiem, że to źle wygląda i jest na moja niekorzyść, gdybym chciała awansować (w tym momencie uprzejmie pomyślałam FAK JU, nie zmywając z twarzy czarownego uśmiechu, z jakim wpatrywałam się w przełożonego)

Tak, wiem, oczywiście, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, to straszne, naprawdę, ogromnie się tym przejęłam.

I ŻE WSZYSCY WIDZĄ JAK JA WYCHODZĘ O TEJ PIERDOLONEJ 16:00 (nie moja wina, że nie potrafią się wyrobić ze swoimi obowiązkami w ustalonych godzinach pracy, tak jak ja, nie?).

Oraz ciekawe dlaczego nikt nie widzi, jak wchodzę do biura o 8:00, gdy biuro jest puste, gdyż wszyscy jeszcze śpią, rzygają po imprezie albo walą młotkiem w budzik, żeby przestał dzwonić. Może fakt ten powinnam uwieczniać na kasetach video, po czym puszczać je wszystkim na wychodne?

I w ogóle dlaczego wszyscy się patrzą jak wychodzę. Czyż nie powinni raczej wpatrywać się w swoje monitory i pracować????

A wychodzę bo doprawdy mam powody.

3aeb8294477fc7655ce6825fc44fbf6b

Doprawdy azaliż po stokroć istotniejsze niż oferta kredytowa i stopa procentowa. O transzach i czekach nie wspominając.

– muszę wrócić do domu na czas, żeby obejrzeć powtórkę Fair City o 16:45

– muszę ugotować obiad

– muszę nałożyć maseczkę nawilżającą i pofarbować włosy

– muszę się zreraksować

– pomalować paznokcie na czerwono

– obejrzeć odcinek sex and the city

– poprzeglądać magazyny z modą ślubną

– poczytać blogaski

Po raz pierwszy w swym życiowym dorobku posiadam dom, w którym uwielbiam przebywać, gdzie nikt się nikogo o nic nie CZEPIA i gdzie jest fajniej i zabawniej niż w eurodisnaylandzie i zaprawdę ŻADNE biuro nie jest w stanie z tym konkurować. I niech nikt mi naprawdę nie mówi, że jakaś praca papierkowa jest od tego wszystkiego ważniejsza.

Nie uwierzę, nawet jak zobaczę oświadczenie sądu najwyższego w tej kwestii. Podpisane przez prezydenta i premiera. Oraz królową angielską.  I tę zdzirę parker bowles

W mojej firmie są managerowie, oficerowie oraz motłoch.

Managerowie siedzą i czytają gazetę, względnie rozmawiają przez telefon skomplikowanym szyfrem, tak że nikt nie rozumie o czym mówią. Oficerowie biegają po całym biurze, robiąc wrażenie mega zapracowanych, przy czym o kwestii merytorycznej pracy departamentu nie mają często bladego pojęcia. Motłoch zapierdala. Gdyby ktoregoś dnia do pracy nie przyszedł cały management, nikt by nawet tego nie zauważył. Gdyby nie przyszli oficerowie, zapanowałby prawdopodobnie nieco większy chaos, bo management nie potrafiłby zorganizować pracy departamentu. Gdyby nie przyszedł motłoch – można by spokojnie ogłosić bank holiday, bo żadna praca nie zostałaby wykonana.

Ogólnie po ocenie pracowniczej odechciało mi się pracy i wszystkiego. Potem uświadomiłam sobie ekstraordynaryjny wniosek.

JAK DOBRZE ŻE MOGĘ TO WSZYSTKO MIEĆ W DUPIE I W ZAMIAN PRZEJMOWAĆ SIĘ WYBOREM SUKIENKI ŚLUBNEJ.

Dopisek z dzisiaj

Przez 13 lat mój stosunek do pracy biurowej niewiele się zmienił, oprócz tego, że teraz wychodzę o 15:45. Czy żałuję, że zamiast gotować te obiady i nakładać maseczki nie zrobiłam kariery? Chyba nie bardzo. Nie nadaję się do tego, mimo że przez wiele lat wmawiałam sobie co innego. Plus w tym tygodniu, zabawnym zbiegiem okoliczności, również miałam ocenę pracowniczą, w trakcie której dowiedziałam się, że no jednak rok temu jakoś bardziej się starałam, więc ocenę należy mi obniżyć. Tylko po to oczywiście żeby mnie zmotywować do dalszej pracy. Zmotywowana poczułam się tak, że ja pierdole. Zbierając szczękę z podłogi próbowałam oponować, że w zasadzie ponad pięć miesięcy mnie nie było, a w czasie gdy byłam obowiązków do odbębnienia za wiele nie było. Oraz że moja rola w tym roku nijak ma się do ubiegłorocznej. Ale z korporacją się nie wygra. Coś za coś. Taka jest cena za święty spokój i za to, że służbowy telefon nie dzwoni po 15:45. Wcześniej też nie dzwoni, bo go nie mam. No i chuj.

Lato

Chciałabym pojechać nad polskie morze. Albo do Kotliny Kłodzkiej, no. Albo w ogóle zabrać dzieci w podróż po Polsce szlakiem Pana Samochodzika. Całe moje dzieciństwo, szkoła średnia i studia to było podróżowanie za jeden uśmiech po bocznych drogach i opłotkach, nikt doprawdy nie rozbijał się wtedy po Kanarach i Portugaliach. Zaduma mnie ogarnia na myśl, że z koleżanką, w licealnych czasach, brałyśmy np plecak i jechałyśmy dosłownie w ciemno. Najpierw w Góry Świętokrzyskie, potem w Bieszczady, potem w Karkonosze. Bez komórek. Bez noclegów. Bez zabukowanych wcześniej biletów, za to ze śpiworem i karimatą. Nie wiem czy w ogóle nie było tak, że na dworcu decydowałyśmy, gdzie pojedziemy dalej. Jak nasze mamy to przeżyły, srsly? Przecież za całe potwierdzenie tego, że wciąż żyjemy i mamy się dobrze musiały wystarczyć pocztówki jesteśmy tu i tu, jedziemy dalej. Które często przychodziły po naszym powrocie. W takim Karpaczu na przykład, w środku sezonu, przeszłam 7 razy w te i z powrotem cały deptak, szukając noclegu. W końcu pani w jednym pensjonacie zlitowała się nade mną, kazała zostawić plecak i powiedziała, że jak nic nie znajdę to mogę spać w jej pomieszczeniu gospodarczym na rozkładanym łóżku, ona zabierze z niego miotły i mopa. Czemu nie potrafię zaadaptować tamtego podejścia do życia, dzisiaj? Przecież nadal w niczym nie przeszkadzałoby mi spanie w towarzystwie mopa.

Potem, jak już pracowałam w cholernej korporacji, latem jeździłam nad polskie morze. Firma sponsorowała Beach Ball Tour i trzeba było przeprowadzać „kontrole” teamu, który na wybrzeżu rozkładał na piasku namioty, dmuchane zamki itd. Praca w praktyce polegała na tym, że co czwartek z koleżanką wyjeżdżałyśmy firmowym autem z Poznania do jednej z nadmorskich miejscowości (Beach Ball co tydzień był w innym miejscu), gdzie zostawałyśmy do niedzieli. Na miejscu od razu dostawałyśmy od organizatorów drinka, a potem tylko hasałyśmy wokół firmowego namiotu i superwajzowałyśmy hostessy. Wieczorami firma promowała swoje produkty w lokalnych dyskotekach wiec też musiałyśmy tam chodzić. Bardzo ciężka praca to była, naprawdę. I różne rzeczy się tam działy. Zespół Just 5 na plażę przyjechał. Chodziło się do namiotów innych sponsorów na plotki. Romanse kwitły. 2 miesiące życia jak na koloniach. Piasek wszędzie. Bajlango Bajlango. Potem w niedzielę wracałyśmy wyprać rzeczy i od poniedziałku do środy siedziałyśmy pod biurkiem, udając że interesuje nas praca w marketingu.

ZakopaneChramcowki35PKP04A1101M.JPG_678-443

Lato to jeszcze śmierdzące kuszety PKP i widok Giewontu przed 8 rano, gdy pociąg – pod 10 godzinach – dojeżdżał do Zakopanego. Raz pociąg się zepsuł w Suchej Beskidzkiej, konduktor nas z siostrą obudził i kazał wysiadać. To wysiadłyśmy i siedziałyśmy na ławce przed dworcem. Przez myśl nam nie przyszło stresować się czymkolwiek. Albo o, z rodzicami jechaliśmy pociągiem nocą do Nowego Targu. Luty, na dworze minus pińcet, ogrzewanie w przedziale nie działa. W Kamiennej Górze, na kwaterze też nie działało, więc siedzieliśmy w kinie na „Purpurowej róży z Kairu”. O podróży maluchem do Zakopanego nie wspomnę. Jak przez strumyki tym maluchem przejeżdżaliśmy, bo tata się upierał, że maluch da radę. I dał, faktycznie. A teraz nikt się nie wybierze z dziećmi w podróż, jeśli dzieci nie mają do dyspozycji ajpada, książek, kolorowanek, kredek i trzech sezonów świnki Peppy na DVD. Broń boże żeby biedne dzieci jechały 15 minut, gapiąc się bezmyślnie w okno, bo przecież zwariują z nudów.

Mówię do PM, jedźmy do tej Polski za rok, samolotem, tylko ojojojoj co my zrobimy jak wysiądziemy z tego samolotu (wynajęcie auta w Polsce kosztuje więcej niż podróż z Phileasem Foggiem w 80 dni dookoła świata, więc jako kilkutygodniowe rozwiązanie odpada, wolałabym raczej jeszcze raz przyjechać z Dublina własnym samochodem). PM patrzy na mnie jak na debila. „Pojedziemy autobusem” mówi, a ja nagle myślę, że to przecież znakomite rozwiązanie, niech dzieci zobaczą jak mama i tata podróżowali po Polsce, gdy posiadanie auta było luksusem, a podstawowym środkiem transportu były ruskie wagony PKP i autobusy ogórki PKS.

Teraz mam potworne wyrzuty sumienia, że jest lato, a moje biedne dzieci siedzą w domu, bo nie stać nas na rodzinne wakacje w sezonie. Julka pyta dlaczego inne dzieci jadą na całe lato do dziadków, a one nie. Lekcja pierwsza dziecko, rodziny się nie wybiera, lekcja druga, z rodziną najlepiej na zdjęciu. Lekcja trzecia, przykro mi, ale obiecuję że postaram się kiedyś być lepszą babcią dla twoich dzieci, a w międzyczasie wsiądziemy do auta i zrobimy parę wycieczek krajoznawczych po Wyspie. Irlandia pod tym względem jest zajebista, że z Dublina wszędzie blisko, a morze i ocean są z każdej strony. Więc jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, a tutaj lubić da się bardzo dużo.

Strefa rażenia żurawia

Lubię pisać między innymi dlatego, że zapisanie określonej myśli powoduje, że zaczynam patrzeć na nią inaczej. Opisany lęk nie straszy już tak bardzo na ekranie komputera, jak przerażał w głowie, genialne pomysły na papierze nabierają realizmu, a przypadkowe i rzucone luźno stwierdzenia okazują się trafniejsze, niż się wydawały, gdy były tylko nieuchwytną ideą. Zatem dopiero jak przeczytałam na spokojnie poprzednią notkę (a do tych opublikowanych wracam bardzo rzadko) to oświeciło mnie, że znów robię to samo. I znów, za 20 lat, obejrzę się wstecz i pomyślę, że o co mi chodzi, przecież wszystko idzie świetnie. Znów będę się chciała klepać po ramieniu i pocieszać. Po co. Nie mogę się poklepać tu i teraz?

Minione tygodnie uświadomiły mi ponadto, że mój organizm komunikuje się ze mną non stop, a jego strajk niekoniecznie jest zaproszeniem do klubu seniora lub kiepsko zawoalowaną zachętą do przeglądu ofert firm pogrzebowych, ale apelem, smsem, snapchatem z informacją BŁĄD SYSTEMU. Co najlepiej działa na błąd systemu? Wylogowanie, restart, albo w ogóle wyłączenie całego tego gówna w cholerę i pójście na spacer. Proste. Czym skutkuje ignorowanie komunikatów? Zawieszeniem całego ustrojstwa, płaczem i zgrzytaniem zębów.

Wiec restartuję wszystko. Tabletki od lekarza wywaliłam, bo skutki uboczne były gorsze od uzyskiwanych korzyści. Gluten, może to gluten no. Może węglowodany. Alkohol. Kawa. Przestawiłam się na Guinnessa i masz: „PIWO TO CHLEB W PŁYNIE”* Ja prdle. Najlepiej po prostu obłożę się jarmużem i tak obłożona będę ćwiczyć przysiady, żeby mieć jędrne pośladki. Potem założę grupę na fejsie: „Jędrne pośladki po 40-stce” i będę postować zdjęcia przed i po.

Dieta 16/8 (8h jedzenia i 16h postu) poszła w odstawkę bo nie jest to dieta dobra dla osób, które zrywają się o świcie, jak jebane skowronki. Jak ktoś wstaje o 9 to se może doczekać do tego lunchu bez jedzenia, ja nie. To chleb wywalę, dobra. Ale co z domową pizzą? Co z drożdżóweczkami prosto z piekarniczka. Bułeczkami cynamonowymi. Naprawdę nie umiem udawać, że baza do pizzy z kalafiora jest tak samo dobra jak świeże ciasto. No nie jest. Albo brownie z fasoli. Może z cebuli? Bliźniaczki mają urodziny za 2 tyg to zrobię im tort z buraka. Zobaczymy co powiedzą.

10731152_351622065006286_1398667670045248276_n

Tęsknie poza tym za babskimi plotkami. Kiedyś z psiapsiółkami gadałyśmy o wszystkim, godzinami. Na żywo i przez telefon stacjonarny (komórek nie było, a potem były ale minuta rozmowy kosztowała trzy średnie pensje krajowe). Poza tym, że gadałyśmy to pisałyśmy do siebie listy (kilka stron A4), które co kilka dni wymieniałyśmy między sobą na uczelni (internet był w powijakach a na zajęciach z informatyki uczono nas DOS-a). Jeśli czegoś mi najbardziej w życiu brakuje to właśnie tych kobiecych interakcji. Nie wymiany informacji o dzieciach (kogo to obchodzi), nie ogólników z cyklu co robisz w weekend, co ugotowałaś, daj przepis na muffiny (KOGO TO OBCHODZI). Brakuje mi dogłębnych, wielogodzinnych, całonocnych rozmów o życiu, o facetach, o przyjaźni i miłości, o tym jak się czujemy, co czujemy, co myślimy, co nam się wydaje że myślimy albo co nie myślimy. Bez tych rozmów czuję się samotna i pusta w środku. Oraz mam poczucie, że nikt mnie nie rozumie. Ok, mąż mnie trochę rozumie, ale nie jest kobietą. Z siostrą na przykład siedziałyśmy całymi weekendami i czytałyśmy gazety (ja) albo oglądałyśmy „Pełną chatę” (siostra). Albo grałyśmy w Prince of Persia, gdzie Prince of Persia ubrany był w białą piżamę i zasuwał po sinych lochach, a nie wyglądał jak wyniuniany model z wybiegu Calvina Klein’a. Jeszcze kolekcjonowałyśmy tabliczki „Strefa rażenia żurawia”, chodziłyśmy nocą po supermarketach i (również nocą) siedziałyśmy w aucie pod siedzibą poznańskiego radia RMI, co by jednego takiego pana prezentera zobaczyć, jak skończy dyżur i wyjdzie. O koncertach w Eskulapie i innych radiowych prezenterach nie wspominając. I wszystko wtedy było super ważne, a każde wydarzenie należało analizować wielokrotnie, rozkładając na czynniki pierwsze, z detalami i opisami przyrody.

Co z tego że dziś mamy FB, darmowe minuty i skypa. To nie to samo. Ile czasu musiałoby minąć żebym mogła komuś opowiedzieć o sobie tyle, ile wiedzą o mnie moje przyjaciółki. Komu – w dzisiejszych czasach – chciałoby się tyle słuchać. I kiedy, skoro w poniedziałek trening, we wtorek wywiadówka, w środę kurs szydełkowania i robienia pasty twarogowej, a weekend marzę tylko o tym, żeby nie musieć się do nikogo odzywać.

Więcej zmartwień, drogi pamiętniczku, nie mam. Bundesliga rusza za 5 tygodni, reprezentacja startuje za 7. Słabe to lato naprawdę, ale uczciwie przyznaję, że ciężko sama na to zapracowałam.

*PM gdy mu opowiedziałam wszystkie te sensacyjne doniesienia stwierdził, że wszyscy nas oszukują. I tak jak ogólnie nie mam manii prześladowczej a teorie spiskowe doprowadzają mnie do szału, tak tutaj musze się zgodzić. Dochodzi do tego, że nie wierzę już w nic, co czytam.

Guinness krzepi

Po głębszym namyśle stwierdzam, że nie, nie uważam swoich wypocin sprzed 13 lat za „głupiutkie”, a określanie ich w ten sposób przez nieznajomych wydaje mi się dość protekcjonalne (ale biorę oczywiście poprawkę na to, że to internet, w którym łatwiej coś takiego napisać, niż w prawdziwym życiu powiedzieć prosto w oczy dorosłej osobie). Wręcz przeciwnie, jestem zdania, że będąc na początku wspólnej drogi z PMem, przed dziećmi i całą dekadą przygód, psikusów i krotochwil, które na nas czekały, psim swędem, intuicyjnie wiedziałam o istocie związków i męskiej naturze zaskakująco wiele, dużo więcej niż można by się było po mnie (na tamtym etapie życia) spodziewać.

Może dlatego wciąż jesteśmy beztrosko zgodnym małżeństwem (gdzie PM się zgadza na wszystko, co ja beztrosko wymyślę). A może nie. Może to mój mąż posiada gdzieś głęboko ukrytą instrukcję obsługi kobiety, po którą sięga w chwilach, gdy nie wie czy się ewakuować, czy udawać nieżywego, czy dzwonić po służby specjalne, żeby mnie usunęły, niczym niewybuch w Białymstoku, z czasów II Wojny Światowej. Dodatkowo w tamtych czasach wydawało mi się, że związek 4-5 letni to staż hoho niewiadomo jaki. Dziś myślę, że nasze wspólne 15 lat to nadal tyle co nic, a przeżycie z kimś całego życia zdecydowanie nie jest tak proste, jak niefrasobliwie opisywała to w swoich książkach Lucy Maud Montgomery.

Często ogólnie wracam do pamiętników sprzed lat i przyznaję, że był długi okres, kiedy mierziło mnie w nich wszystko, zaczynałam czytać, z niesmakiem odkładałam i udawałam, że nie mam z autorką nic wspólnego. Dopiero niedawno fokus mi się wyostrzył i potrafiłam w końcu spojrzeć na siebie 18-20 letnią, nie tylko jak na nawiedzoną nastolatkę z problemami z koziej dupy, tylko jak na kogoś kogo – po prostu – nikt ongiś (onegdaj?) nie kochał tak, jak na to zasługiwał. I oprócz egzaltacji, łatwo w tamtych notkach doczytać się wielkiego smutku i jeszcze większej samotności. Dziś bardzo chciałabym wrócić do siebie tamtej, 20-letniej, poklepać po ramieniu i powiedzieć: dasz radę. Nie przejmuj się tak, idzie ci świetnie. Nigdy tak naprawdę nie będzie łatwiej, ale nie zważaj na to, tylko idź do przodu. Wiele problemów rozwiąże się samoistnie, więc nie roztrząsaj ich w nieskończoność. To samo podejście mam do siebie sprzed 13 lat – tyle że tamte emocje, rozterki i dylematy pamiętam lepiej. Dziś może wydają się błahe i w wielu aspektach można się z nimi nie zgadzać, ale głupiutkie nie są. Nie dla mnie. Jedyne co można im zarzucić to grafomaństwo, ale o literackiego Nobla, Nike ani bloga roku się nie ubiegam, wiec nie widzę problemu.

************************

W międzyczasie, we wtorek, od niechcenia zabukowałam loty na jesień do Poznania, co, nie ukrywam, poprawiło mi humor o 500+. Będę mogła pójść do Rossmana oraz Douglasa i zamieszkać między półkami. Nikt kto nie spędził co najmniej roku na Wyspach nigdy nie zrozumie jak się czuje człowiek trwale odseparowany od polskich kosmetyków, suplementów i lekarstw. Zaprawdę powiadam wam, gdyby Mickiewicz żył we współczesnych czasach „Pan Tadeusz” nie opiewałby wdzięków Telimeny, ale bogactwo oferty kremów przeciwzmarszczkowych Dr Ireny Eris.

Potem taki filmik motywacyjny obejrzałam, że było jajko, ziemniak i kawa. I wszystkie miały styczność z gorącą wodą, w wyniku czego ziemniak zrobił się miękki, jajko ugotowało się na twardo, a kawa zmieniła wodę w kawę. I to takie głębokie było, naprawdę. Kto te filmiki wymyśla. Resztę dnia spędziłam zastanawiając się czy jestem ziemniakiem czy jajkiem i jak zmienić te wodę dookoła mnie w kawę. Albo w wino jeszcze lepiej. Bo tutoriala o winie oczywiście nie ma.

61WYMLrenkL._SY450_

Tak a propos wina, to zastąpiłam je Guinessem. Guinness krzepi. Irlandczycy długie lata oferowali honorowym dawcom krwi pinta Guinnessa po tym jak osłabieni, nie mieli siły zwlec się z krzesła, po oddaniu krwi. Więc ja jestem właśnie osłabiona teraz wszystkim, więc chyba napiszę petycję do pracodawcy, że powinnam mieć prawo do szklaneczki Guinnessa w trakcie lunchu, w celu podniesienia efektywności i wydajności pracy (kiedyś miałam podobny postulat, gdy Guinness pomagał mi z angielskim i po wypiciu 3 pintów byłam tak fluent, że rozumiałam nawet Irlandczyków z Cork lub z wysp Aran, ale mój ówczesny manager – kaszląc dziwnie – jakoś się nie chciał na to usprawnienie w pracy zgodzić, do dziś nie rozumiem dlaczego). No więc wracając do Guinnessa to tak, też kiedyś uważałam, że jest gorzki, ale mi przeszło. Jeśli nie lubicie, to poproście w pubie o Guinnessa z odrobiną syropu z czarnej porzeczki. You’re welcome. Irlandczycy kuchnię mają do dupy, ale z tym piwem akurat trafili.

Ogólnie mam zawroty głowy, palpitacje serca, jestem niewyspana, rozkojarzona i wkurzona, a przed oczami przelatują mi wszystkie, ale to centralnie wszystkie tajemnicze przypadłości z Dr Housa, które na pewno się okaże że mam, jak tylko wrócą moje wyniki z badania krwi. Winię odwyk od Bundesligi i Lewandowskiego, co oczywiście w badaniu nie wyjdzie i jak zwykle okaże się, że nic mi nie jest, a wszystkie symptomy sobie wymyśliłam. Tak się nie da żyć, naprawdę.

Pogrom

Mam herbatę „Active burn” i wylałam ją sobie na rękę. Serio, aż tak dosłownie przekonać się o prawdziwości nazwy nie pragnęłam. W zeszłym tygodniu beztrosko zaczęłam pisać, że niby jest lepiej, po czym – zgodnie z zasadą, że co pochwalisz to się spierdoli – tydzień się spektakularnie zawalił. Najpierw założyli nam na auto pod domem blokadę, bo nie mieliśmy dysku. No nie mieliśmy, no. Nie doszedł, a ja zapomniałam się upomnieć o duplikat. Zadzwoniłam, że mają wystawić i wysłać ponownie, a w między czasie podałam nr rejestracyjny auta, żeby było bezpieczne. Źle podałam. Założyli blokadę raz jeszcze, a ja zaczęłam googlać „wczesne stadium alzheimera” i recytować z pamięci tytuły płyt Pidżamy Porno, bo wcześniej tak spektakularnych fakapów nie zaliczałam.

W środę pod drzwiami w nocy awanturowała się jakaś baba, że szuka Mariusza. Jak nie ma, musi być. No to jak nie ma, to gdzie jest. Czy mamy adres albo numer telefonu. Tak, numer buta i kołnierzyka też mamy. Potem oczywiście nie mogłam już zasnąć i o 5 rano czułam się jak najebany skowronek. W czwartek i piątek pod drzwiami spał nam bezdomny. Nie, nie pójdzie do schroniska, mój mąż ma sobie sam tam pójść, on będzie tu spał tak długo jak mu się podoba. Mamo, kim jest ten pan.

W piątek się poddałam i poszłam do lekarza. Nie szkodzi, że czuję się jak debil idąc do lekarza żeby przyznać, że codzienne życie mnie przerasta i że nie mam siły stawić mu czoła. Że trzęsą mi się ręce, dźwięk byle jakiego smsa wywołuje panikę i atak serca, a obecność nieszkodliwego w sumie bezdomnego pod drzwiami domu sprawia, że nie śpię 3 noce z rzędu. Wciąż czekam aż lekarz popuka się w głowę, powie że mam się uspokoić i iść na spacer do lasu albo napić się przed snem ciepłego mleka. I że inni mają gorzej więc mam nie wymyślać. Doktor na szczęście dostrzegł, że byłam już jak tonący, który potrzebuje brzytwy, a nie koła ratunkowego względnie pogadanki na temat oddychania przeponą, wiec przepisał badania, skierował na kolejną help – me – god terapię i dał receptę na środki, po których w końcu nagle ogarnął mnie spokój i ulga i przestałam myśleć, że jak wyjdę dziś do pracy, to na pewno nie wrócę. W domu usiadłam i pomyślałam, że znowu przegrałam, znowu nie dałam rady, może za mało było tych spacerów, ale już mi wszystko jedno, bo w końcu mogę spokojnie oddychać i czuję jak lęk i strach odpuszczają, a ja znów postrzegam codzienność jako upierdliwą sekwencję tych samych – powtarzalnych i nudnych do porzygania – wydarzeń, a nie jako potwora, który chce mnie pożreć z głową, torebką i butami.

Unknown-1

Następnie wieczorami wróciłam do The Killing, bo skończyły mi się pomysły na to co jeszcze mogę obejrzeć w ramach przetrwania do września. Na myśl, że jest dopiero początek lipca dostaję szczękościsku, mam ochotę zacząć śpiewać „Marsz Gwardii Ludowej” i włączyć sobie np Dynastię albo Niewolnicę Izaure, to może akurat do jesieni styknie.

No i to The Killing jest oczywiście zajebiste, klimat, deszcz, Seattle i suspens, ale jak boga kocham jako matka trzech córek oglądam to dobrowolnie chyba po raz ostatni. Ewentualnie będę oglądać kompilacje scen z Holderem, to wszystko. Oraz odkryłam że Holder i Jesse Pinkman jedli te same chipsy. I przypomniało mi się jak kolega z pracy mi powiedział, że podoba mi się określony, zawsze ten sam, typ bohatera, czyli bohater sierota boża, która nie ogarnia rzeczywistości. I co ze mną jest nie tak. O jezu no. W sedno trafił ten kolega, ale niech nie przesadza.

Potem stwierdziłam, że w ramach walki ze strachami, będę uskuteczniać mindufulness. Położyłam się pod lampą na podczerwień (że niby takie fake sun) i włączyłam se aplikację, ale wkurzał mnie głos narratorki, która mówiła, że mam się skoncentrować na lewej nodze i co w niej czuję. Nic nie czuję, ratunku. Tam gdzie komar mnie upierdolił czuję że mnie swędzi. Nie ogarniam tego mindufulness, jak boga kocham. Że ale co. Mam słyszeć jak krew mi przepływa w arteriach czy co. Wyłączyłam babę, przełączyłam na szum fal oceanu i zasnęłam, chwalić pana, że lampa się sama wyłączyła po 15 minutach, bo zamiast kolejnych sesji medytowania mielibyśmy sesję szkolenia ppoż.

Wieczorem sięgnęłam po pamiętnik z grudnia 1993, bo czytanie o tamtych czasach jakoś mnie uspokaja, może dlatego że skoro przetrwałam tamto, to przetrwam i to i w ogóle przetrwam wszystko, w ten czy inny sposób. W pakiecie dostałam sen, ten co zawsze od 20 lat, który bardzo lubię bo wzrusza mnie i rozczula. I jest chyba dowodem na to, że obojętnie ile lat by nie minęło, to nic w nas w środku się tak naprawdę nie zmienia, wiec jacy byliśmy 20 lat temu, tacy tak naprawdę wciąż jesteśmy dzisiaj.

*******

– Mamo, nie wolno się poddawać – mówi do mnie najstarsza, widząc moją minę

– Czasami nie mam już siły – odpowiadam – ciągle się kłócicie, jesteście dla nas niemiłe, przykro jest tego słuchać

– Ty też jesteś dla mnie czasem niemiła – ripostuje trzeźwo dziesięciolatka – a ja się nie poddaję.

Odbiera mi mowę i czuję jak w sercu roztapia mi się nagle fragment tego strasznego lęku o nią i o jej siostry, o ich przyszłość, strachu który tkwi tam niczym okruch lodu w sercu Kaja z „Królowej Śniegu” i jednocześnie pojmuję, że przejęła po mnie nie tylko ataki wściekłości, skłonność do popisywania się i bycia drama queen, ale również siłę, determinację i upór i nagle już rozumiem, że w trudnych momentach i krytycznych sytuacjach – moja córka też sobie poradzi. Więc płaczę z ulgi, a ona mówi, że mam się nie wygłupiać, tylko chodźmy do domu mamo, bo zimno. W lipcu jest zimno.

********

Długo się zastanawiałam – publikować tę notkę czy nie. Bo przecież inni mają gorzej, a jakoś sobie radzą, nie rozczulają się tak nad sobą, nie narzekają, w zamian postują zdjęcia wypasionego śniadania na tarasie, bądź roześmianych dzieci na placu zabaw czy gdzieś tam. Wszyscy są w ogóle kurwa roześmiani na tych zdjęciach, używają aplikacji do redukowania zmarszczek albo robią dziubek.

Ale może właśnie – oni też sobie nie radzą. W zamian siedzą cicho, bo skoro nikt o tym nie mówi to lepiej się nie przyznawać, lepiej udawać że wszystko jest pod kontrolą, nawet jak się sypie i wali, ale po co to wywlekać na światło dziennie.

No więc po to właśnie. Żeby ktoś to przeczytał i – jeśli potrzebuje pomocy – poszedł jej szukać, zamiast się męczyć.

Nie warto się męczyć.

 

Bzdury wszech czasów

Czyli stwierdzenia, które funkcjonują w obiegu jako strasznie mądre, głębokie i prawdziwe, a tak naprawdę są jakąś tam luźną myślą, którą ktoś gdzieś, kiedyś puścił po pijaku i wszyscy w to uwierzyli.

1) Dzieci powinny mieć rodzeństwo bo wtedy ładnie się bawią. Jasne. W trzecią wojnę światową.

2) Wygląd zewnętrzny się nie liczy. Wcale. Wszyscy oceniają nas wyłącznie po kształcie lewej i prawej półkuli oraz po tym jak nasze synapsy przewodzą impulsy nerwowe.

3) Rozmiar nie ma znaczenia. Ma. Zasadnicze. Gdyby nie miał, nie powstałby film „Super size me”

4) Sprzątanie przy dzieciach ma sens. Przy jednym, może. Zakładając, że dziecko siedzi zamknięte w kojcu lub pokoju przez czas, w którym planujemy mieć porządek. Dwójka zaczyna się w kojcu „ładnie bawić” (patrz punkt 1) i zamiast sprzątać musimy co 5 minut zaprowadzać rozejm, a trójka się w kojcu nie mieści. Dużo więcej sensu przy dzieciach ma pani do sprzątania. Lub pani – zamiast dzieci, umówmy się.

5) Magia pozytywnego myślenia sprawi, że życie się odmieni na lepsze i znikną wszystkie problemy. Pozytywne myślenie jest super i tego nie neguję. Ale w kwestiach przyziemnych i praktycznych zmienia niewiele. Wiele razy bardzo pozytywnie myślałam o swoim pustym koncie bankowym. Albo o kuponie lotto, który właśnie zakupiłam. Albo o pustej butelce wina. Nic z tego nie wynikało.

6) Wiedza i doświadczenie wystarczają do osiągnięcia sukcesu lub zrobienia kariery. Nie. Bardziej potrzebne jest szczęście, znajomości lub social skills na poziomie zaawansowanym. Ewentualnie rodzina w zarządzie firmy, w której pracujemy albo dziadek w Wehrmachtcie.

7) Wychowanie dzieci da się pogodzić z karierą zawodową. Z karierą. Nie z pracą od – do. Nie da się. Ucierpią albo dzieci albo kariera albo nasz umysł. Jeśli nie ucierpi nic to znaczy, że jesteśmy Anną Lewandowską i nie musimy przejmować się niczym (poza komentarzami hejterów lub besserwiserami, którzy wiedzą lepiej od nas gdzie, kiedy, z kim i na jak długo zostawiamy swoje nowo narodzone dziecko oraz jak powinien wyglądać nasz brzuch miesiąc po porodzie)

8) Istnieją matki idealne, a już na pewno prawie wszystkie są lepsze ode mnie. Nieprawda. Wszystkie radzimy sobie mniej więcej tak samo, tylko niektóre z nas lepiej maskują swoje niedociągnięcia. Dzieci są nieprzewidywalne, a poradniki na temat ich wychowania to najbardziej zwodząca na manowce lektura, jaka istnieje, która w księgarniach powinna figurować pod kategorią „Fantasy”

9) Inni mają lepiej. Nie mają. Patrz punkt 8.

10) Uśmiech dziecka wszystko wynagradza. Bez komentarza.

Unknown-3

11) Brad Pitt and Angelina Jolie beda zawsze razem. No comments.

12) Bunt dwulatka to faza przejściowa. Wyjściowa chyba. Do buntu trzylatka. Czterolatka. Pięciolatka. Sześciolatka. Siedmiolatka. Ośmiolatka. Nikt w ogóle nie powiedział, że dzieci są w zasadzie zbuntowane 90% czasu, który nie śpią, a śpią tyle co kot napłakał.

13) Życie jest ekscytujące i pełne niespodzianek. Nope. W życiu codziennie jest tak samo, a w weekendy jest się zbyt zmęczonym na szaleństwa. Rutyna i przyziemność codziennego dnia zabija. Mimo to trzeba wstać i robić swoje. Toczona w głowie walka o to, żeby nie zostać na resztę życia w łóżku kwalifikuje się do mistrzostw świata w wadze ciężkiej, a odnoszone codziennie (lub prawie codziennie) w tej kwestii zwycięstwo często jest osiągnięciem na miarę zdobycia Everestu.

14) „Masz jeszcze czas na dzieci”. Moje przesłanie w tym temacie jest krótkie i zdania już nie zmienię. Dzieci lepiej mieć wcześniej niż później. Nie za rok, nie po zakupie mieszkania, nie po zmianie pracy. Nie po podróży w 80 dni dookoła świata. Pomijając wszystkie inne problemy – im jest się starszym tym bardziej brakuje do tego siły. Pierwsze dziecko po 35. roku życia to tak jak trójka, 10 lat wcześniej. Plus nigdy nie będzie dobrego momentu ani więcej sił. Nigdy.

15) Zostało jeszcze dużo czasu na realizację marzeń. Nie zostało dużo czasu na nic. Nie, jeśli godziny od 8 do 17 przeznacza się codziennie na pracę zawodową, a resztę czasu na dom i dzieci.

16) Pieniądze szczęścia nie dają. Srsly. Kto tak myśli. I dlaczego?

17) Kto rano wstaje temu pan Bóg daje. Może inaczej:  im wcześniej wstajesz, tym więcej zostaje czasu na to, żeby się coś zjebało. Więc lepiej się połóż.

18) Wszystko będzie dobrze. Może. Ale może nie. Pocieszający jest fakt, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i większość rzeczy – ogarnąć, jeśli w miarę szybko pogodzimy się z faktem, że jest inaczej niż miało być i przestaniemy kwękać, że inni maja lepiej (patrz punkt 9).

19) Żeby schudnąć wystarczy tylko chcieć. Nie, no kurwa, nie wystarczy. W ogóle żeby coś tam coś tam, to wystarczy tylko chcieć. Zostać modelką. Albo fizykiem jądrowym. Prezydentem USA. Co jeszcze.

20) Żyj chwilą. Albo jeszcze lepsze – żyj jakby nie było jutra. Którą chwilą? Tą kiedy siedzę za biurkiem czy tą kiedy zasypiam w pociągu? Ile dziennie jest takich chwil, którymi chciałabym żyć? Plus co, jeśli jutro jednak nadchodzi i trzeba się gęsto tłumaczyć:

a) szefowi z nieobecności w pracy, względnie z epitetów rzuconych pod jego adresem

b) rodzinie z pustej lodówki

c) dostawcom prądu, gazu i internetu z braku kasy na koncie

d) wszystkim „ex” z wysłanych po pijaku smsów

21) Dzieci powinno się wychowywać bezstresowo. Powodzenia. Tylko nie sadzajcie tych dzieci koło mnie.

 

Strach

Słabo jest ostatnio i wkurza mnie to.

Że nic konkretnego się nie dzieje, a mnie się ręce od rana trzęsą i na sama myśl o stawieniu czoła kolejnemu dniu robi mi się słabo. Potem około lunchu zaczyna mi się robić lepiej, a po powrocie do domu dochodzę do siebie, ale następnego dnia od piątej trzydzieści to samo.

Nic mnie nie uspokaja, wszystkiego się boje. Wojny się boję, zamachu terrorystycznego się boję, że dziecko któreś mi pod samochód wpadnie, też się boję. Albo że coś strasznego się stanie, nie wiem co, od nadmiaru opcji robi mi się po raz kolejny słabo.

Jak leżę w weekend pod kocykiem i czytam „Romans wszechczasów” Chmielewskiej to trochę mi lepiej, ale nie mogę przecież przeleżeć kolejnych 20 lat pod kocykiem.

Odkąd pamiętam tak miałam, ale kiedyś jakoś lepiej sobie z tym radziłam. Nie paraliżowało mnie aż tak.

Takie telefony komórkowe na przykład. Wymyślili je i nie zliczę ile osób przez lata uznałam za zmarłe, jeśli nie odebrały telefonu, nie oddzwoniły, nie odpisały bezzwłocznie na smsa. Lubię słowo bezzwłocznie i to, że oznacza ono „bez uzasadnionej zwłoki”.  Jaka mogła być ta uzasadniona zwłoka? Rozsądek podpowiadał że MOŻE POSZLI SIKU. Mają prawo. Ale ile minut można robić siku. I myć ręce i wycierać je potem. Więc w takim razie na pewno mnie ignorują i nie chcą się już do tego oficjalnie przyznać więc nie odpisują/ nie oddzwaniają i w ogóle mają mnie w dupie. Względnie umarli, co było co prawda smutne, ale jakoś mniej godziło w moją obolałą samoocenę. Albo w ogóle ktoś dzwonił, ja nie zdążyłam odebrać, natychmiast oddzwaniałam, a ten ktoś nie odbierał. Wtf??! Jedyne logiczne wytłumaczenie to że trafił go akurat meteoryt albo komórka wpadła mu do kibla.

O stresie przed wyjazdem do Zakopanego już pisałam, ale to nie było jedyne moje ubiegłoroczne osiągnięcie. W maju lecieliśmy do Portugalii. Mój sprawny inaczej umysł zamiast przewodnika Lonely Planet z opisem lokalnych atrakcji, gorliwie wybrał mi przyjemną lekturę zastępczą. O zniknięciu Madeleine McCann. Tak tak. Nie mogłam przecież jechać, nie znając wszystkich zagrożeń, które czekają na bezbronne małe dzieci w krwiożerczej Portugalii.

Walczę z tym jak mogę, no. Nie poddaję się przecież. Nie oglądam wiadomości. Na fejsie wpisałam się ze wszystkiego, bo nie byłam w stanie a) nadążyć z czytaniem b) zdzierżyć bzdur, które ludzie wypisują. Zostałam tylko w grupie z torebkami, bo jak patrzę na torebki to się uspokajam.

Unknown-2

Potem znalazłam artykuł, że moje objawy są oczywiście typowe. Że nic mi wielkiego nie jest. Tzn synapsy mi szwankują, ale doprawdy.  I że obecny stan umysłu zawdzięczam w lwiej części mamie, która ciągle narzekała i mówiła, że mam uważać. Na wszystko. Czyli od małego ukierunkowała moją podświadomość na to, że za chwilę wydarzy się jakaś katastrofa, tylko niewiadomo jaka, kiedy i o której. Mieszkaliśmy w starym budownictwie i całe dzieciństwo słyszałam, że w tej ruderze w każdej chwili sufit może nam spaść na głowę. Leżałam potem w nocy w łóżku i zastanawiałam się czy spadnie dziś czy jutro i jak my się wygrzebiemy spod tych gruzów. Kurwa. Potem sufity wyremontowali, więc trochę mi przeszło.

Przeczytanie tego artykułu miało tak czy owak skutek piorunujący, mianowicie natychmiast i od ręki przestałam narzekać w towarzystwie dzieci. Wymazałam ze słownika słowo „uważaj”. Jestem przerażona, bo pewnie jakieś spustoszenie już w ich głowach poczyniłam, ale mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno.

Wsród złotych porad jak sobie z tym poradzić rada numer jeden to odstawić alkohol. Ale gdzie odstawić? Na stolik do kawy? Nie, kawę też odstawić. Kurwa. Czemu, no czemu nikt nie każe odstawiać marchewki. Albo brukselki. Czemu właśnie mam odstawić ten jeden, jedyny element, po którym cały lęk znika mi jak ręką odjał. Albo kawusie, którą tak lubię. Przecież nie piję tych kaw ochnstu, tylko trzy. Tak, wiem, wiem, nie musicie mi naprawdę pisać. O tym alkoholu. Wszystko wiem. O terapii też wiem. Byłam na czterech. Kiwałam głową, bo nic nowego się nie dowiadywałam. W końcu jedna terapeutka załamała ręce i powiedziała, że mam bardzo wysoki stopień samouświadomienia. To też wiedziałam.

Trochę pomaga racjonalizowanie i próba uświadomienia sobie ile z tych wyimaginowanych katastrof naprawdę się wydarzyło. Zazwyczaj ich liczba oscyluje wokół zera, co jest dość optymistyczną statystyką. Porady typu„wyluzuj”, „nie stresuj się tak”, „za dużo o tym myślisz” też są paradne. Ludzie równie dobrze mogliby doradzać wycięcie sobie wątroby i wypranie jej w vaniszu, w celu usunięcia nieestetycznych żółtych plam.

Może zatem jeśli nie jesteśmy w stanie czegoś pokonać, należy się z tym pogodzić. Zaprosić stres na kawę i poczęstować tortem w nadziei, że może się upasie i wyjedzie na bootcamp do Argentyny, zamiast zawracać nam glowę. Ewentualnie nie odpisywać na jego smsy. Może pomyśli, że trafił nas meteor i pójdzie gnębić kogoś innego.

Miałam dać śmieszną notkę dziś, ale nie do śmiechu mi, no.

Jak macie jakieś domowe sposoby żeby się tak nie bać, to weźcie napiszcie. W kupie zawsze raźniej.