Ocena pracownicza czyli jak nigdy nie zrobię kariery

Notka z 16/03/2005

Miałam ja ci w poniedziałek ocenę pracowniczą.

Było czarownie.

PANI SISTERMOON, DLACZEGO PANI WYCHODZI Z PRACY O 16:00.

Faktycznie.

Każdy kolejny szef ma ze mną ten sam problem. Jak nienormalna wychodzę do domu o godzinie, o której przewidziano ustawowo mój koniec pracy. Jestem pod tym względem niereformowalna. Nie interesują mnie nadgodziny, oraz ze mój departamencik taki biedny i zawalony pracą, zupełnie tak samo jak mojego departamenciku nie interesuje, że chciałabym podwyżkę, bonusik i awansik. W CV powinnam se zapisać w umiejętnościach dodatkowych: odporność na nałogi, z uwzględnieniem pracoholizmu.

NO ALE CZEMU JA WYCHODZĘ Z PRACY O 16:00.

I czy ja wiem, że to źle wygląda i jest na moja niekorzyść, gdybym chciała awansować (w tym momencie uprzejmie pomyślałam FAK JU, nie zmywając z twarzy czarownego uśmiechu, z jakim wpatrywałam się w przełożonego)

Tak, wiem, oczywiście, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, to straszne, naprawdę, ogromnie się tym przejęłam.

I ŻE WSZYSCY WIDZĄ JAK JA WYCHODZĘ O TEJ PIERDOLONEJ 16:00 (nie moja wina, że nie potrafią się wyrobić ze swoimi obowiązkami w ustalonych godzinach pracy, tak jak ja, nie?).

Oraz ciekawe dlaczego nikt nie widzi, jak wchodzę do biura o 8:00, gdy biuro jest puste, gdyż wszyscy jeszcze śpią, rzygają po imprezie albo walą młotkiem w budzik, żeby przestał dzwonić. Może fakt ten powinnam uwieczniać na kasetach video, po czym puszczać je wszystkim na wychodne?

I w ogóle dlaczego wszyscy się patrzą jak wychodzę. Czyż nie powinni raczej wpatrywać się w swoje monitory i pracować????

A wychodzę bo doprawdy mam powody.

3aeb8294477fc7655ce6825fc44fbf6b

Doprawdy azaliż po stokroć istotniejsze niż oferta kredytowa i stopa procentowa. O transzach i czekach nie wspominając.

– muszę wrócić do domu na czas, żeby obejrzeć powtórkę Fair City o 16:45

– muszę ugotować obiad

– muszę nałożyć maseczkę nawilżającą i pofarbować włosy

– muszę się zreraksować

– pomalować paznokcie na czerwono

– obejrzeć odcinek sex and the city

– poprzeglądać magazyny z modą ślubną

– poczytać blogaski

Po raz pierwszy w swym życiowym dorobku posiadam dom, w którym uwielbiam przebywać, gdzie nikt się nikogo o nic nie CZEPIA i gdzie jest fajniej i zabawniej niż w eurodisnaylandzie i zaprawdę ŻADNE biuro nie jest w stanie z tym konkurować. I niech nikt mi naprawdę nie mówi, że jakaś praca papierkowa jest od tego wszystkiego ważniejsza.

Nie uwierzę, nawet jak zobaczę oświadczenie sądu najwyższego w tej kwestii. Podpisane przez prezydenta i premiera. Oraz królową angielską.  I tę zdzirę parker bowles

W mojej firmie są managerowie, oficerowie oraz motłoch.

Managerowie siedzą i czytają gazetę, względnie rozmawiają przez telefon skomplikowanym szyfrem, tak że nikt nie rozumie o czym mówią. Oficerowie biegają po całym biurze, robiąc wrażenie mega zapracowanych, przy czym o kwestii merytorycznej pracy departamentu nie mają często bladego pojęcia. Motłoch zapierdala. Gdyby ktoregoś dnia do pracy nie przyszedł cały management, nikt by nawet tego nie zauważył. Gdyby nie przyszli oficerowie, zapanowałby prawdopodobnie nieco większy chaos, bo management nie potrafiłby zorganizować pracy departamentu. Gdyby nie przyszedł motłoch – można by spokojnie ogłosić bank holiday, bo żadna praca nie zostałaby wykonana.

Ogólnie po ocenie pracowniczej odechciało mi się pracy i wszystkiego. Potem uświadomiłam sobie ekstraordynaryjny wniosek.

JAK DOBRZE ŻE MOGĘ TO WSZYSTKO MIEĆ W DUPIE I W ZAMIAN PRZEJMOWAĆ SIĘ WYBOREM SUKIENKI ŚLUBNEJ.

Dopisek z dzisiaj

Przez 13 lat mój stosunek do pracy biurowej niewiele się zmienił, oprócz tego, że teraz wychodzę o 15:45. Czy żałuję, że zamiast gotować te obiady i nakładać maseczki nie zrobiłam kariery? Chyba nie bardzo. Nie nadaję się do tego, mimo że przez wiele lat wmawiałam sobie co innego. Plus w tym tygodniu, zabawnym zbiegiem okoliczności, również miałam ocenę pracowniczą, w trakcie której dowiedziałam się, że no jednak rok temu jakoś bardziej się starałam, więc ocenę należy mi obniżyć. Tylko po to oczywiście żeby mnie zmotywować do dalszej pracy. Zmotywowana poczułam się tak, że ja pierdole. Zbierając szczękę z podłogi próbowałam oponować, że w zasadzie ponad pięć miesięcy mnie nie było, a w czasie gdy byłam obowiązków do odbębnienia za wiele nie było. Oraz że moja rola w tym roku nijak ma się do ubiegłorocznej. Ale z korporacją się nie wygra. Coś za coś. Taka jest cena za święty spokój i za to, że służbowy telefon nie dzwoni po 15:45. Wcześniej też nie dzwoni, bo go nie mam. No i chuj.

5 myśli w temacie “Ocena pracownicza czyli jak nigdy nie zrobię kariery

  1. Ooooo jakze sie moge pod ta notka podpisac. Moja ocena w tym roku rowniez zostala obnizona, po podobno oceniajacy nie mogli „zmierzyc” efektow mojej pracy. WTF?
    A tak naprawde to wiadomo ze jest jakas pula jurkow do rozdzielenia i komus trzeba bedzie dac mniej.
    Wiec mozna sie dwoic i piecioic, a i tak na kogo wypadnie, temu mniej przypadnie 😉

    Polubienie

  2. Cóż mogę rzec. Praca w zawodzie, który kocham, którego pragnęłam i włożyłam bardzo wiele wysiłku, by ukończyć stosowne studia i w nim móc pracować, doprowadziła mnie – mimo tej bynajmniej nie ironicznie wspomnianej miłości – do konkluzji, że poświęcanie nań 40h życia tygodniowo to stanowczo za dużo. W ostatniej pracy poświęcałam nawet – z musu – 42, co w połączeniu z zapewnionym mi przez firmę syndromem bore-out (szybko okazało się, że robienie tego, co kocham, to jakiś 1% obowiązków służbowych, reszta była nudna do wyrzygania i nawet wysokość pensji ani towarzystwo uwielbianych przeze mnie coworkerów na dłuższą metę nie pomogły) nakłoniło mnie do zaplanowania krótkiej pauzy zawodowej. Którą to się aktualnie cieszę, a zarazem biję z myślami – bo nęci mnie coraz bardziej wzięcie etatu 80%. (Co wpłynęłoby, rzecz jasna, znacząco na finanse oraz wszelkie perspektywy awansu w przyszłości – ale z drugiej strony… trzydniowy weekend, bezcenne!) Dawno już doszłam zaś do wniosku, że etatem idealnym byłby dla mnie etat 50%. 4h pracy zawodowej dziennie, efektywnie od pierwszej do ostatniej minuty, a potem – do domu. Ach, marzenie. (Wiem, teoretycznie realizowalne, ale chęć podróży po świecie oraz konsumpcjonizm trzyma twardo moją duszę w swoich mackach, więc).

    Polubienie

    1. 3 dniowy weekend mam od 3 lat. Jego wartość przewyższa każda korzyść materialna. Ekstra czas jest bezcenny, pieniądze zawsze można zarobić, straconego czasu nie da się odzyskać. Polecam to rozwiązanie z całego serca.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s