Tajfun

Przez długie lata byłam niewolnikiem planowania, które dawało mi złudne poczucie kontroli nad życiowym rollercoasterem oraz pozwalało na niewpadanie w histerię, gdy rodzina np, piąty dzień z rzędu, niedorzecznie domagała się obiadu, a lodówka i rejony kory mózgowej, odpowiedzialne za innowacyjność i pomysłowość świeciły pustkami.

Lubiłam mieć wszystko zaplanowane, rozpisane, lubiłam WIEDZIEĆ i uprzedzać zdarzenia, niestety po jakimś czasie okazało się że – alleluja – wszystkiego przewidzieć i zaplanować się NIE DA, a moment, w którym moje plany rozpadały się jak domek z kart, zbyt często wywoływał u mnie palpitacje i syndrom nieogara. Mam taki monitor aktywności na rączce i on mnie często życzliwie ostrzega czego nie powinnam robić, żeby się nie denerwować i żeby mi puls tak nie skakał jak podczas karnych Polska – Portugalia, bo to niezdrowo.

Nie neguję samego procesu planowania, bo ogólnie jest on pożyteczny i przy np takich finansach sprawdza mi się fenomenalnie, ale jego cudowność i skuteczność zaczynają się ulatniać w tempie wprost proporcjonalnym do liczby posiadanych dzieci. Bez dzieci, umówmy się, można zaplanować WSZYSTKO, łącznie z przejściem pasma Karakorum między lunchem a popołudniową kawą. Co więcej – można bez większych problemów wszystkie te plany zrealizować, nie siwiejąc przy tym, nie zapadając na schizofrenię i nie dzwoniąc do TVN Uwaga ani pod żaden z numerów alarmowych z prośbą o ewakuację lub interwencję. 

Z dziećmi natomiast przyjemny proces planowania zamienia się w tajfun, który po kolei unicestwia kolejne elementy planu, żeby następnie niefrasobliwie je porozrzucać po okolicy, w promieniu 100 km.

Im mniejsze dzieci, tym większa siła rażenia tajfunu:

wiek 0-1 – huragan, ogólny burdel, w powietrzu co chwilę latają kurwy, widzialność zerowa bo się nie wyspaliśmy, nie jedliśmy od 3 dni, a ostatni prysznic braliśmy w boże narodzenie ubiegłego roku. Wschody słońca zawieszone do odwołania, bo i tak jesteśmy w czarnej dupie, więc po co nam one.

wiek 1-3 – gwałtowny sztorm, wszystkie płaskie powierzchnie w domu zajęte brudnymi naczyniami, niewypranymi gaciami lub zabawkami, gromy z jasnego nieba z powodu nieumytego kibla i porozrzucanego lego, na które nadepnęliśmy gołą stopą. Wschód słońca jeden na tydzień. Wszystko zarzygane.

wiek 4-7 – burdel zaczyna się lokalizować w kilku miejscach zamiast wszystkich powierzchni, widzialność się poprawia bo dzieci poszły do przedszkola, a nam w końcu udało się dopić kawę do końca. Wschody wróciły, ale zachody odwołano bo cholerne bachory nie chcą chodzić spać wtedy, gdy im każemy.

wiek 7-12 – przelotne burze wywołane koniecznością natychmiastowego przygotowania na jutrzejsze jasełka kostiumu Kacpra, Melchiora i Baltazara, uwagą w dzienniczku, pyskowaniem potomstwa lub obowiązkową składką na komitet rodzicielski. Wschody i zachody ruchome, w zależności od tego czym dzieci postanowiły się pobawić „tylko przez chwilę, mamo”, już po umyciu zębów i położeniu do łóżek.

Przy drugim i kolejnych dzieciach następuje kumulacja kataklizmów i do tajfunu dochodzi trzęsienie ziemi, a my się zastanawiamy jakim cudem jedno dziecko kiedykolwiek nam w czymkolwiek przeszkadzało.

IMG_0041 

I weźmy np taki spacer.

Bez dzieci takich bzdur się nie planuje, bierze się po prostu klucze, torebkę i wychodzi. Ewentualnie można zaplanować cel wyjścia i ile kieliszków wina się wypije, jak już się tam dotrze. Z dziećmi, ze spaceru dookoła bloku, robi się wyprawa dziurawą tratwą do ujścia Amazonki, wózek, torebka, pieluchy na zmianę, mokre chusteczki, smoczek, mleko, butelka, zapasowy smoczek, bodziak do przebrania, czapeczka, ulubiony pluszak. Dziecko, nie zapomnijmy dziecka. kurwa, po co w ogóle wychodziliśmy i gdzie. Gdzie wódka żeby się napić i zapomnieć, że jesteśmy rodzicami. Wracamy wykończeni i mokrzy, wypisz wymaluj jak po przebrnięciu tych amazońskich tropików.

Następnie, z mądrych postów na mądrych forach dowiedziałam się, że aby zoptymalizować wydatki należy zaplanować menu na cały tydzień, pójść RAZ na zakupy, kupić wszystko hurtem i wtedy wyda się mniej niż  biegając codziennie do sklepu, bo jak wiadomo, przy codziennych zakupach, człowiek wpada w  niepoczytalny amok i zaczyna impulsywnie zgarniać do koszyka wszystko co leży na półkach, niczym walnięty zakupoholik – epileptyk.

Postanowiłam się do rad zastosować i wpadłam w jakiś koszmar. 

Zazwyczaj wykańczał mnie już punkt pierwszy: zaplanuj menu na cały tydzień. Ja prdlę. Poniedziałek jakoś szedł, przy wtorku miałam dosyć, w środę byłam gotowa wyjść po cebulę i nie wrócić, czwartek ogłaszałam dniem bez jedzenia, piątek, sobotę i niedzielę zamazywałam czarnym mazakiem, żeby na nie nie patrzeć i szłam napić się wina.  Ale plan, musi być plan, bo inaczej przecież mój budżet szlag trafi, wiec zaciskałam zęby i kończyłam, przy czym poniedziałek, czwartek i niedziela najczęściej zakładały jedzenie tego samego, tylko na innych talerzach. 

Potem wkurwiona szłam po te zakupy, a życie podstępnie zaczynało dopisywać małym druczkiem aneksy do mojego planu. Poniedziałek mijał jeszcze w miarę bez wstrząsów i zgodnie z menu, ale we wtorek już się okazywało, że żarcia z poniedziałku starczy na następny kwartał, a resztkami da się wykarmić psy z trzech okolicznych schronisk. W środę dzieci odmawiały spożywania tego, co im przygotowałam i żądały dania z ubiegłej soboty, albo czegoś czego plan nie zakładał do października. W piątek połowa z zakupionych świeżych składników zaczynała pleśnieć, w lodówce wciąż zalegały resztki z poniedziałku, a ja szłam się kłaść i wspominać czasy, gdy w sklepach był tylko ocet, a na obiad jadło się ziemniaki i chleb z cukrem.

Dupa, dość, nie ma już planowania obiadów, sklepy mam pod nosem więc wstaję i zastanawiam się co bym zjadła, a potem idę kupić składniki. Wbrew obawom, wcale nie zaczęłam wracać z zapasami, które umożliwiłyby mi przetrwanie trzeciej wojny światowej i wizyty Donalda Trumpa w Dublinie. Przy starszych dzieciach (i po setkach zakończonych porażką prób zaserwowania im wykwintnych obiadów, na które kręciły nosem i prosiły o suchy ryż) dobrze też sprawdza się metoda CO CHCIECIE JEŚĆ. Makaron z jajkiem piąty dzień z rzędu? Proszę bardzo. Klient nasz pan, a kawa i wuzetka są nieobowiązkowe.

Na koniec, zamiast puenty, cytat z mistrza:

„Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu co sprawia przyjemność. Ja zapisuje rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę. To bardzo ważne, by siebie samego nie nastawiać na dzień czy na całe życie tak ambitnie, że niepowodzenie będzie nieuniknione. Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony. A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej, niż można osiągnąć” ❤

 — Prof. Wiktor Osiatyński

It will be grand, no worries

Poza upierdliwym przemieszczaniem się do ojczyzny, w Irlandii nie drażni mnie nic.

(ok, poza kierowcami, którzy bez sensu zatrzymują się przed pustym rondem. I tymi, którzy nie używają kierunkowskazów. I pogodą. I służbą zdrowia na poziomie podstawowym. Ojezu,no)

Od 16 lat jestem nieustająco fanką Zielonej Wyspy i Irlandczyków, do niedogodności się przyzwyczaiłam, za to o zaletach mogłabym rozprawiać godzinami.

Brak biurokracji. Rozczulająca niechęć do papierkologii. Prawie wszystko do załatwienia online lub przez telefon. Urzędnicy w urzędach są – o niebiosa – po to żeby ułatwić życie petentowi, pomóc mu gdy zdesperowany czegoś potrzebuje. Minusem tej postawy jest bardzo wyluzowane podejście wszystkich do wszystkiego. Choć może to tylko minus dla mnie, wychowanej na PRL-owskim systemie skomplikowanych dokumentów, rozmazanych pieczątek, nieczytelnych podpisów i niewygodnych krzesełek pod drzwiami ważnych urzędników. Do dziś, jeśli ubiegając się o coś – nie musiałam wypełniać wielostronicowej aplikacji, nie stałam co najmniej 45 minut w kolejce i nie opierdoliła mnie pani w okienku, to sprawa wydaje mi się nie do końca załatwiona .

Irlandczycy mają czas i to czy uporają się z moimi dokumentami dzisiaj czy po długim weekendzie, nie ma dla nich większego znaczenia. Ale tu tkwi właśnie ta subtelna różnica: nie każą komuś czekać bo są tacy zajebiście ważni, tylko dlatego że jest piątek po południu i wolą iść na Guinnessa niż rozprawić się z kolejnym formularzem.

Trzeba to zaakceptować, bo walczyć z tym nie ma sensu, choć początkowo usiłowałam. Strata energii.

Jako naród są dziwni. Od razu mówię, że opisuję wyłącznie swoje doświadczenia, więc jeśli ktoś ma inne to niech nie burzy się, że wypisuję głupoty, tylko pogodzi z tym, że u mnie było tak, a nie inaczej.

Nigdy, przez 16 lat, nie spotkałam się z dyskryminacją z tytułu bycia Polką (nie mówię o sytuacji, w której kogoś wkurwiało, że – w mieszanym towarzystwie – mówię po polsku. Mogę sobie tylko wyobrazić  jak mnie samą wkurwiłoby, gdyby Irlandczycy nagle któregoś pięknego dnia przeszli na irlandzki i zaczęli – całkiem po bożemu – posługiwać się nim w pracy)

Unknown

Nigdy nikt mi nie zarzucił, że zabieram zajęcie Irlandczykom, wiele razy natomiast dziękowano mi za jakość mojej pracy i chwalono jako osobę, na której zawsze można polegać i która nie dzwoni skacowana do pracy – twierdząc że jest chora (Polacy ogólnie zanim zadzwonią do pracodawcy, że mają, nie wiem, galopujące suchoty lub malarię i naprawdę nie mogą przyjść – zastanowią się tysiąc razy. To efekt polskiej szkoły zastraszania i wieloletniej tresury, że jak nie ty, to na twoje miejsce jest przecież dwudziestu chętnych, więc dobrze przemyśl, czy naprawdę jesteś chora).

Nigdy nie spotkałam się z wrogością, tysiące razy za to z zaciekawieniem i wyrażanym wprost podziwem, że tyle lat tu jestem, świetnie mowię po angielsku i tak dobrze sobie radzę. (Irlandczycy to WIEDZĄ. Jak strasznie trudno jest żyć tyle lat, bez wsparcia, rodziny i przyjaciół, za granica. Polacy w kraju albo udają, że ten temat nie istnieje albo prezentują rodzaj chorej satysfakcji: CHCIAŁAŚ, TO MASZ)

Z drugiej strony ajrisze są bardzo distant. Tak, w pubie opowiedzą przypadkowo spotkanej osobie całe swoje życie, rozstając się – najebani – zawrą przymierze krwi i obiecają przyjaźń do grobowej deski, ale następnego dnia uśmiechną się tylko wymijająco i pójdą w swoją stronę. Pochodną tego jest ich niewtrącanie się w życie innych. Możesz sobie być różowa w niebieskie kropki. Zielona w paski. Możesz się ubrać jak chcesz, a zamiast szalika założyć na szyję żmiję miedziankę. Nikogo to nie obchodzi. Nie zaglądają nikomu w okna, nie wtrącają się jak wychowujesz dzieci, nie komentują tego czy na obiad masz schabowego czy żyrafę w galarecie. Zresztą wynik referendum na temat małżeństw tej samej płci mówi sam za siebie.

Osobny temat to szkoła. Ilekroć moje serce, absurdalnie tęskniąc za tatrzańskimi szlakami, zaczyna namawiać mnie do powrotu i zatrudnienia się w pierwszym lepszym górskim schronisku do mycia podłóg, głowa zawsze wali je młotkiem i krzyczy: DZIECI. DZIECI MUSZĄ TU CHODZIĆ DO SZKOŁY. Nie wiem co szkoła robi dzieciom, ale perspektywa opuszczenia choćby jednego dnia wywołuje u calej trójki histerię i płacz. Szkoła jest „equality based” czyli wspiera dzieci tak, aby każde, bez względu na swoje ograniczenia, mogło osiągnąć ten sam cel. Obojętnie czy jest białe, czarne, zielone czy na wózku. W szkole nie ma religii. Żadnej. O każdej się mówi, żadnej się nie wyznaje. Julka wróciła kiedyś z lekcji i spytała czy jestem katoliczką. Odpowiedziałam, że już nie i spytałam czy ona chciałaby nią zostać. „Ja jestem agnostykiem, mamo” – odparła z godnością 9-latka, a mnie łyżka spadła do pomidorowej z ryżem.

Absolutnie rozczula mnie pani dyrektor, która codziennie przechadza się wśród dzieci o poranku i można do niej w każdej chwili pójść i zapytać o wszystko. Od razu mam przed oczami gabinet dyrektorki w swojej podstawówce, marmury, paprotki w doniczkach, sekretariat z barierką i nabzdyczoną sekretarkę. Pani dyrektor będzie miała wolny termin za 3 tygodnie miedzy 14:15 a 14:17. Proszę na piśmie udokumentować potrzebę spotkania, a my się ustosunkujemy odmownie.

Irlandia nie przytłacza, nie przygnębia. Jest zielona, wesoła, nie przejmuje się wszystkim tak bardzo. Polakowi na Wyspie najtrudniej chyba wyluzować, przestać marudzić, widzieć wszystko w czarnych kolorach i zacząć żyć tym samym rytmem, którym żyją Irlandczycy. Piździ? Co zrobić, taki mamy klimat. W maju o poranku jest 1 powyżej zera – „It’s a fresh morning, isn’t it” Ktoś nie załatwił twojej sprawy – na pewno zrobi to jutro. Albo za tydzień. It will be grand, no worries.

I tyle. Alergie mam tylko na jedno. Na Polaków, którzy mieszkają na Wyspie i narzekają na wszystko – Irlandię, pogodę, Irlandczyków, ruch drogowy, sklepy, mieszkania i pracę. Ilekroć to słyszę, to na usta pcha mi się rada od serca: WYPIERDALAJ. Nie zajmuj mi miejsca w pociągu, nie blokuj stanowiska pracy, nie ciągnij kasy z socjala bo nie życzę sobie żeby moje podatki szły na twoje utrzymanie. Nie psuj mi opinii, na którą tyle lat pracowałam. Nie podoba się, to won do Polski. Pomimo stażu dłuższego niż ktokolwiek inny, ja wciąż czuję się tu gościem, a w gościach trzeba umieć się zachować. Jeśli wizyta nie spełnia moich oczekiwań, to żegnam się, wychodzę i nie wracam, a nie wybrzydzam, że jedzenie niedobre, a w kiblu brudno. Proste.

Parada

Kilka tygodni po urodzeniu pierwszej córki dostałam wychodne. Było to pierwsze oficjalne (i samotne!!!) wyjście z domu od czasu przybycia ze szpitala z nowo narodzonym dziecięciem, więc fantazjowałam o nim godzinami i sprytnie torpedowałam wszystkie inne plany na alternatywny sposób spędzenia wyznaczonego dnia.

Gdy nadeszła umówiona data wystroiłam się jak stróż w Boże Ciało, poszczypałam policzki, upomadowałam ust korale, chwyciłam torebusię i kurcgalopkiem pognałam na stację. Dzień na wyprawę do miasta wybrałam se jednak paradnie. Ze wszystkich 52 sobót w roku wybrałam se właśnie tę JEDNĄ, JEDYNĄ, gdy w stolicy Irlandii celebruje się największe jej święto, czyli Dzień Świętego Patryka.

Lepszego dowodu na to, że świeżo upieczonym matkom odbiera rozum, doprawdy nie trzeba.

Niestety, nie jestem specjalną fanką tego typu wydarzeń, festiwali, parad, festynów i zgromadzeń, gdzie ludzie depczą sobie po nogach, wylewają sobie na kurtki colę i wszystko co zazwyczaj udaje się zobaczyć to jedno końskie kopyto, bo przed nami zawsze stoi gęsty szpaler widzów, a człowiek przemieszcza się niekoniecznie tam gdzie chce, ale raczej tam, gdzie zaniesie go tłum. No ale niech będzie. Po kilku tygodniach przymusowego odizolowania z oseskiem w domu byłam nawet skłonna udać się solo na festyn wyborczy Samoobrony. Postanowiłam, że paradę ominę i tyle. Jasne.

Unknown

Najsampierw prawie nie wsiadłam do pociągu. Luuuuuuuuuuudzieeeeeee. Nie zdarzyło mi się to nigdy, odkąd wyprowadziliśmy się na peryferie Dublina. Normalnie jakbym jeszcze była w ciąży to ja sama może jeszcze bym do wagonika wpełzła, ale mój brzuch już nie. A tak to się zmieściłam, chociaż na bezdechu. Maszynista miał na szczęście tyle rozumu, że ogłosił że na żadnej innej (poza docelową) stacji parowóz już się nie zatrzyma (widok wygłupionego tłumu na kolejnych przystankach wart był co najmniej migawki w wieczornych newsach). Nic to. Stałam tam na jednej nodze, z jednej strony ktoś mnie łaskotał zielonym boa, z drugiej ktoś mi dmuchał na kołnierz, z trzeciej jakiś tatuś krzyczał na kogoś, że mu gniecie dziecko, a ja się napawałam chwilą. Że nie mam brzucha i że mogę stać dowolnie długo i że nic mnie nie boli.

No więc jadę tym pociągiem i nagle zaczyna do mnie docierać groza sytuacji. Że tłok jest nie bez przyczyny, bo wszyscy przecież kierują się na paradę z okazji Patryka. Co oznacza, że 2 lub 3 główne szlaki komunikacyjne miasta będą wyłączone na kilka godzin z normalnego funkcjonowania. Co oznacza setki narąbanych Irlandczyków (i rodaków, którzy przeszli cudowną metamorfozę i nagle stali się bardziej irlandzcy, niż rdzenni mieszkańcy wyspy), słaniających się na nogach i rzygających gdzie popadnie. Co oznacza, że jeśli będę chciała przebić się z jednej strony stolycy do drugiej, to będę chyba musiała wyczarterować jakiś ryanairowski złom i polecieć bo nie ma szans żeby pieszo i bez czołgu przebrnąć przez gęsty szpaler gapiów, bachorów i gawiedzi. Pięknie, po prostu kurwa pięknie.

Po dotarciu na miejsce i przedarciu się przez oblężoną linie frontu (czyli O’Connell Street, główną arterię miasta) ku mej bezbrzeżnej rozpaczy okazało się, że przynajmniej połowa sklepów była zamknięta!!! No dobra, jeden dom towarowy był otwarty, to weszłam. W środku nikoguśko. Zupełnie jak w horrorze. Skonfudowało mnie to cokolwiek, bo wszystkie sprzedawczynie zamiast układać towar na półkach, albo, nie wiem, odkurzać wieszaki, gapiły się na mnie jak na małpę w cyrku. Profilaktycznie nie nawiązując z nimi kontaktu wzrokowego przeszłam zatem niezobowiązująco przez wszystkie piętra, kupiłam sobie kawę i wyszłam.

Arnotts, w którym miałam zrealizować swoją długo i mozolnie obmyślaną w trakcie połogu listę zakupów – zamknięty na trzy spusty. Marks & Spencer – ZAMKNIĘTY!!! Naprawdę byłam bliska tego, żeby usiąść na trasie parady i zacząć rozpaczliwie łkać. No bo jak to tak – ja tu tygodniami się cieszę i planuję całą ekspedycję, niczym Kamiński wyprawę na biegun, a tu taki zonk. No ale potem było już tylko lepiej. Spotkałam się z Gosią, poszłyśmy na kawę, no i na Grafton Street otworzyli Browna Thomasa, więc coś tam se w końcu na otarcie łez kupiłam. Dziecku, jako wyrodna matka, nie kupiłam nic. Tatuś dziecka miała litość w sercu i nie zadzwonił ani razu z kwestią typu „a ona wyje i nie wiem co zrobić”. Zadzwonił tylko powiedzieć, że Małysz wygrał konkurs w Oslo i że mogę wracać późniejszym pociągiem, co bez chwili namysłu wykorzystałam, mając całkowitą świadomość tego, że kolejna okazja do samodzielnego wyjścia z domu może się dopiero nadarzyć latem 2021.

Powyższy tekst ukazał się w numerze 425 (03/11/2007) dodatku „Weekend” do ilustrowanego magazynu „Nowy Dziennik” (polskojęzycznej gazety wydawanej w Nowym Jorku)

Czy mąż Ci POMAGA?

Jedna z niewielu juz rzeczy, które wciąż doprowadzają mnie do białej gorączki w fioletowe kropki jest marudzenie kobiet, że MĄŻ IM NIE POMAGA W DOMU.

Kiedyś, gdy byłam młodsza, z równowagi wyprowadzało mnie prawie wszystko, ale z czasem uświadomiłam sobie, że to bez sensu, bo tępego społeczeństwa do zmiany zdania, poglądów i zdjęcia profilowego na fejsbuku nie przekonam, a co jeśli z każdym wkurwem skracam sobie życie? O 27 sekund na przykład. I co, jeśli w tych 27 sekundach, w przyszłości skreślę szóstkę w totka? Hm? Kto mi odda kasę?

Wracając do tematu to co i rusz natykam się w necie na żale i płacze, że on nie pomaga, a ona nie ma na nic czasu, bo dzieci, praca i dom, wszystko na jej głowie. Serio, jak to widzę to mam ochotę zakładać infolinię, gdzie te umęczone kobiety wysyłałyby SMSa „NIE POMAGA”, a ja bym im tłumaczyła DLACZEGO.

Majątek bym na tych SMSach zbiła.

Kobiety.

Mówiłam to tysiąc razy i będę mówiła i pisała kolejne sto tysięcy aż mi się tusz w klawiaturze wyczerpie.

Same to sobie robicie.

Na własne życzenie.

Wasz facet, wbrew pozorom, nie jest rzadkim gatunkiem gada na wymarciu, który bezwzględnie nie może dotykać ścierki ani proszku do prania bo mu kończyny odpadną. Gość w Waszym łóżku to współuczestnik zbrodni, którą popełniłyście, wiążąc się z nim, zakładając komórkę społeczną zwaną rodziną i powołując na świat dzieci. Może nie uwierzycie, ale on sika do tego samego kibla co Wy, brudzi te same naczynia i zagraca tę samą przestrzeń. Przestrzeń, którą potem WY potem, wkurwione, sprzątacie. Wyrok, który odsiadujecie same, mimo że on Wam pomagał w przestępstwie.

Niemal każdy z partnerów moich koleżanek ma jakieś hobby. Mój też ma i god bless. Lepiej że się czymś interesują niż mieliby leżeć pijani pod stołem. Tyle, że te ich hobby to pytony, które pożerają lwią część czasu, nie przeznaczonego na pracę. Wieczory. Weekendy. Urlopy. Oni wychodzą, uskuteczniać hobby, a my – ze ścierą w ręku – płaczemy, że same nie mamy czasu na – nie wiem – dzierganie gobelinów. Dlaczego. Dlaczego jesteśmy częścią tego samego mikrokosmosu zwanego rodzina, dzielimy mieszkanie, mamy równie absorbującą pracę zawodową i wspólne dzieci i on MA CZAS a MY NIE.

Dlaczego on czyta gazety, ogląda trzy sezony gry o tron pod rząd, gra godzinami na komputerze.

Powiem Wam, bo nie chcę żebyście cierpiały jak ja, kiedyś.

ROBI TO – BO MOŻE.

Nikt mu nie przeszkadza.

Robił to od zawsze i nikt się nie czepiał.

Mamusia wspierała i odganiała miotłą intruzów, żeby nie przeszkadzali.

Dopiero my przyszłyśmy i trujemy dupę, zamiast zająć się tymi gobelinami.

Tak, pamiętam, miałam nie być taka mądra.

Tyle że mądra jestem teraz, a kiedyś nie byłam. Nauczyłam się po 14 trudnych latach i licznych karczemnych awanturach.

Gdy poznałam przyszłego męża, skakałam dookoła niego jak debil, żeby nie uciekł, rzecz jasna.

Bardzo szybko się przyzwyczaił i radośnie korzystał z bezpłatnego B&B w Dublinie z pełną obsługą, tyle że mi po kilku miesiącach się znudziło. POMAGAŁ mi, jasne. Włożyć naczynia do zlewu.

Potem, z dziećmi, było to samo – on mi pomoże i przewinie dziecko. WTF? To jego dziecko, tak? Bardziej podobne do niego niż do mnie, więc jeśli już, to JA mogę mu w czymś pomóc.

Droga do kompromisu była trudna, żmudna, naznaczona wertepami i niejednym kryzysem. Na właściwym kursie utrzymywała mnie w zasadzie tylko świadomość tego, że człowiek, który nie bierze na siebie równorzędnej odpowiedzialności za dom, nie jest mi do niczego potrzebny. Pomagać – jeśli chce – może staruszce, która nie potrafi przejść przez jezdnię, ja potrzebuję kogoś kto na widok brudnego kibla nie będzie czekał aż przyjdzie wróżka kibluszka i posprząta, tylko weźmie szmatę i sam to zrobi.

To jest trudny i kontrowersyjny temat, przyznaję i zmiana niemożliwa do dokonania przez miesiąc. Tutaj nic nie wskóramy delikatnymi sugestiami albo fochem. Bunt i odcięcie się grubą kreską od niepozmywanych naczyń też da raczej efekt krótkofalowy. Tu potrzebne jest potężne jebnięcie ręką w stół i rozmowa o tym, że gdybyśmy chciały prowadzić hotel, to z całą pewnością byłby on zlokalizowany w dużo atrakcyjniejszym miejscu niż nasz dom.

Nie dajcie się dziewczyny, proszę. Odpowiedzcie sobie na pytanie czy gdyby Wasz partner był tylko Waszym współlokatorem, przypadkową osobą, z którą zetknął Was los, to czy też tolerowałybyście cały ten bajzel? Rozumiem wszystko, naprawdę, że Misiek ma ciężką pracę, stresujący zawód i głupiego szefa, a Wy przecież TYLKO siedzicie w domu. Ale mimo wszystko to Wasz – nie jego – dzień pracy trwa 24h na dobę i wymusza wstawanie w nocy, bycie lekarzem, kucharką, artystą estradowym, organizatorem przyjęć, kierowcą, mediatorem, psychoanalitykiem i zaduszaczem kryzysów w zarodku. To WASZ, nie jego szef wybucha płaczem w trakcie meetingu, rzuca się na podłogę gdy nie dostanie na lunch tego co chciał, pluje marchewką, wywala miskę z jedzeniem, sika w majtki i zadaje najbardziej absurdalne pytania, na które odpowiedzi próżno by szukać w Wikipedii.

Misiek przychodzi po szychcie do domu i jest zmęczony, a co z Wami? Byłyście w tym czasie na rejsie parostatkiem?

Nie namawiam Was do buntu (nie, wcale), tylko z doświadczenia wiem, że ten brudny kibel, który na początku dla świętego spokoju umyjecie same, z czasem osiągnie rozmiary wyrzutni rakietowej w NASA. Nie chcecie czekać aż ona wypali, serio.

A poza tym – gobelin sam się nie zrobi.

(Przepraszam z całego serca Panów, którzy jakimś cudem przeczytali ten teks i znienawidzili mnie od pierwszej linijki za generalizowanie i wrzucanie wszystkich do jednego worka. Wiem, wiem, że nie każdy z Was to fleja, która każe po sobie sprzątać, przykładem niech będzie mój mąż, który przed Bożym Narodzeniem zabrania mi robienia porządków bo twierdzi, że NIE UMIEM).

Dublin – Zakopane AD 2016

Największym minusem życia w Irlandii jest to, że Polska nie jest z nią połączona jakimś – nie wiem – tunelem albo mostem nad Europą, żeby po prostu wsiąść do auta lub pociągu i po max 4 godzinach być na miejscu.

Tak, wiem że lot samolotem trwa 3 godziny, naprawdę.

Ale latanie jest takie upierdliwe!

Nie da się zabrać wszystkiego, z termosika każą wylewać zrobioną w domu kawkę, do cholernej plastikowej torebki nie mieści się pińcet moich kremików, a w kolejce do odprawy stoi się dłużej niż kiedyś do monopolowego. Dublin jeszcze przechodzi ulgowo, ale po każdorazowej odprawie na polskich lotniskach, gdzie co drugi pasażer traktowany jest jak potencjalny terrorysta, gotów wysadzić samolot przy pomocy żelu do włosów, za każdym razem mam dosyć. Nie wiem co to jest, ale z polskich urzędników przebija wszechogarniająca pogarda do petenta, tak jakby ich władza nad zawartością mojej torebki stawiała ich w gronie panów życia i śmierci. A weźcie sobie ten płyn do demakijażu i zeżryjcie. Kupię se nowy.

W Dublinie na mniejsze przewinienia mrugają okiem i proszą żeby już więcej nie, ok? Podczas kontroli paszportu w Polsce człowiek, prześwietlony czujnym i przenikliwym okiem straży granicznej, czuje się jak poszukiwany listem gończym po calej Europie przestępca, w Dublinie pan zwisa z krzesła tak znudzony, że za każdym razem, poza paszportem, mam ochotę podać mu Redbulla, żeby nie zasnął i nie spadł.

W zeszłym roku było paradnie, bo wymyśliłam żeby pojechać z Dublina do Zakopanego samochodem.

No ziew, no.

Mogłam wymyślić Władywostok, tak?

Jechaliśmy w sierpniu, rajsenfiber dostałam już w marcu. Ponieważ jestem nienormalna (temat na osobną notkę) i denerwuję się wszystkim na zapas, to siedziałam od tego marca do sierpnia i wymyślałam wszystkie możliwe czarne scenariusze, z których najbardziej optymistyczny zakładał zepsucie się auta w środku Dojczlandu i dalszą drogę pieszo, z tobołkami, poboczem autostrady, pod ostrzałem niedobitków z Wehrmachtu.

Ponadto, ponieważ postanowiliśmy jechać przez 2 dni, z noclegiem we Francji, to nocleg ten BEZTROSKO zabukowałam w CALAIS.

I wszystko było super do momentu, gdy ktoś życzliwy nagle się spytał, czy naprawdę nie boimy się pchać z dziećmi do tej DŻUNGLI UCHODŹCÓW.

Kurwa, tak jak stałam, tak chciałam wszystko odwoływać i iść się zakopać na pasie zieleni przed domem, żeby mnie nikt do Bożego Narodzenia nie znalazł.

Zapomniałam, tak?!

Zapomniałam, że w Calais, przy porcie jest (już był) obóz uchodźców. Najnormalniej, wśród wszystkich innych potencjalnych katastrof, które skrupulatnie obmyśliłam, tej nie było na liście i już. Po uchodźcach przestałam już w ogóle sypiać i w zasadzie bez pudła można stwierdzić, że stres, który zafundowałam sobie z okazji wyjazdu na urlop wypoczynkowy zatruł mi 3 miesiące życia i zniweczył jakiekolwiek dobroczynne działanie wakacji.

Mówiłam że jestem nienormalna.

Żeby było śmieszniej, w pracy miałam bardzo sympatycznego starszego pana, który jak usłyszał co robimy i gdzie jedziemy, to następnego dnia przyszedł z mapą, rozwinął ją i spytał się czy wiem ile to jest kilometrów. Potem przychodził codziennie i mówił, że tak brave girl jak ja, to on jeszcze nie widział, na co ja tylko wzdychałam, kiwałam posępnie głową i mówiłam, że gdybyśmy nie wrócili to może wziąć mój dziurkacz.

W końcu godzina „W” nadeszła. Do samochodu zapakowałam wszystko co umożliwiłoby przetrwanie kilkumiesięcznego pobyt na Syberii i Saharze jednocześnie. Nieważne że mieliśmy jechać przez dwa dni, prowiantu mieliśmy pół Lidla. Był piękny, letni poranek (czyli w przełożeniu na klimat irlandzki piździło i lał deszcz), morze Irlandzkie szumiało. Do ostatniej chwili, do wjazdu na prom, miałam nadzieję że coś się wydarzy, nie wiem, Morze Irlandzkie się rozstąpi, przypomnę sobie, że w domu zostało włączone żelazko i nie będziemy musieli jechać.

Mentalnie podzieliłam sobie tę podróż na etapy i starałam się nie skupiać na upiornych 2 dniach w samochodzie, z trójka dzieci, tylko na odcinku od – do. Z parkingu pod domem na prom. Przez Morze Irlandzkie. Holyhead – Dover. Kanał La Manche. Calais – Katowice. Luzik. Kiedyś dwa dni jechało się z Kielc do Radomia, a teraz proszę. Cała Europa, fryzura bez zmian.

Rozpisywać dalszej podróży na kilometry juz nie będę, ale ogólnie powiem tak. Da się. Tylko czy warto. Tzn warto, bo oczywiście DZIŚ, z PERSPEKTYWY, wspominamy to jako przygodę życia i co najmniej raz w tygodniu ktoś zaczyna zdanie od: „A pamiętacie jak jechaliśmy do Polski i…”

Calais, wbrew moim obawom, nie okazało się strefą wojenną, z popalonymi wrakami aut na ulicach i gromadą ziomków uchodźców, atakujących zjeżdżające z promu auta z małymi dziećmi, tylko normalnym, tętniącym nocym życiem francuskim miasteczkiem. Choć obóz śmierdział, owszem, i filmy na jutjube, kręcone przez kierowców TIRów też, owszem, widziałam, na szczęście już po powrocie.

W jedną stronę jechaliśmy w połowie tygodnia, z powrotem w weekend i to miało zasadnicze znaczenie, ze względu na ruch, a raczej jego brak, w dni wolne od pracy. Obwodnica Londynu jest w zasadzie tak samo nieprzejezdna po północnej jak i po południowej stronie i wracając przeżyliśmy chwil grozy, gdy Google Maps nagle odkryło na niej wypadek i skrupulatnie zmieniło naszą godzinę przyjazdu do Holyhead z 19:30 na 20:50. Czyli dwadzieścia minut po odpłynięciu ostatniego promu do Irlandii. Objeżdżając powstały korek musieliśmy jechać pod prąd jednokierunkowym traktem dla krów, szorując podwoziem po wertepach, pozdrawiając po słowiańsku („kurwa, gdzie jedziesz!”) podlondyńskich farmerów i zgarniając lusterkami całą przydrożną roślinność. Mogłam zbierać, miałabym kompletną wyprawkę dla początkującego młodego zielarza. Zdążyliśmy.

 13903440_602869616548195_5371257616314842083_n

Na kontynencie za to nuda. Wsiadając do auta o 7 rano w Calais mieliśmy planowany czas podróży 13h i 29 minut i to było chyba w calej tej jeździe najgorsze. Że człowiek przyglądał się JAK STRASZNIE WOLNO TE MINUTY UPŁYWAJĄ i z nudów miał ochotę położyć się na poboczu i zaczekać na najbliższy patrol policji lub zacząć robić origami z kartek atlasu samochodowego, bo używanie go do wyznaczania dalszej trasy mijało się z celem (popatrzcie na zdjęcie). Zagapienie się i nie patrzenie przez 25 minut na nawigację nic nie dawało, bo potem i tak zostawało 13 godzin i 4 minuty. Żeby nikt nie mial złudzeń – w jedną stronę jechaliśmy godzin 18, w druga 15. Ahoj.

Z ciekawostek przyrodniczych to Niemcy skaczą po autostradzie jak pasikoniki. Nie mogłam się napatrzeć jak zmieniają pasy. Błyskawicznie. Jak bohaterowie filmów akcji, z szumem peleryny. Bez zmuszania innych użytkowników drogi do hamowania i bez wywoływania korka na 10 km. Od razu miałam wizję Irlandczyków na M50, którzy najpierw sygnalizują manewr zmiany pasa przez 5 minut, po czym kolejne 10 zabiera im przejechanie lini i ustatkowanie się na pasie obok.

Sto kilometrów przed polską granicą auto zaczęło wydawać odgłosy jak tonący Titanic, poszły klocki hamulcowe i nie dałam rady przekonać PMa, żeby może już do końca trasy nie hamował.

Oznaczanie granicy Niemcy – Polska jest zbyteczne. Człowiek od razu wie, że znalazł się na ojczystej ziemi. Najlepiej podsumował to mój małżonek:

„Przejechałem kurwa cala Europę. I dopiero w Polsce zaczęli mi migać, że mam im zjechać z drogi”

RL9

No to teraz napiszę dlaczego nie lubię Polaków i nie chcę wracać do Polski (notka powstała jako ostatnia część tryptyku emigracyjnego, ale pójdzie jako pierwsza, a co tam)

Polaków nie trawię jako nacji, bo do jednostek przywiązana jestem bardzo. Tak, wiem, że nacja składa się z tych właśnie jednostek, ale niestety negatywna siła rażenia ogółu przebija po stokroć dobroczynny wpływ tych, którzy starają się coś zmieniać na lepsze.

Mamy takiego piłkarza, na imię ma Robert…

Ci co trochę mnie znają wiedzą że określenie mnie mianem fanki piłkarza Roberta byłoby sporym niedomówieniem, bo kwalifikuję się raczej na fanatyka. W sumie jedno i drugie na „F” wiec może wszystko jedno. Ci co mnie znają nieco lepiej wiedzą, że jedną z moich kluczowych cech charakteru jest lojalność i wierność. Jako fanka zaliczam się do złotego kręgu fanów-posągów, którzy trwają. Na dobre i na złe. Nie skaczą z kwiatka na kwiatek, nie płyną z tłumem, nie zmieniają kierunku jak chorągiewka na wietrze, bo ktoś jest młodszy, przystojniejszy, na fali, nagrał lepszą płytę albo strzelił  ładniejszego gola. Jeśli kochałam kogoś 20 lat temu, a mój idol nie popełnił jakiegoś spektakularnego fakapu, to dziś kocham go nadal tak samo.

Piłkarz Robert ma żonę Anię. Śliczną, zdolną, utytułowaną. Gdy się poznali, ona miała większe osiągnięcia sportowe niż on, jemu mówili, że wielkiego sportowca to z niego raczej nie będzie.

Obserwuję sobie z upodobaniem oboje, jego –  bo jest moim role modelem, ją z rozpędu, ale z sympatią.

Ani i Robertowi urodziło się dziecko.

Mała dziewczynka, której do głowy nie przyszło, że swoim pojawieniem się na świecie wywoła zamieszanie godne royal baby.

Informacja na kilka dni zdominowała media, na co naród polski zatarł ręce i bezzwłocznie zabrał się do roboty.

IMG_0040

„Mam już dosyć tematu ciąży i porodu Anki Lewandowskiej, ile można brać udział w tej szopce”

„Myślę że zdecydowana większość czuje mdłości na widok zdjęcia i nazwiska Lewandowskiej”

„Rzygam juz nimi” (wyjątkowo napisane bez błędu!)

Nawet na blogach i fanpejdżach, o których myślałam że są na jakimś tam poziomie pojawiły się wpisy, że dziecko zapewne będzie robiło kupę bezglutenową i że jak teraz ta biedna Lewandowska je nakarmi, skoro mleko zawiera trująca laktozę.

Pisane, a jakże, żartem.

Tyle że żarty narodu polskiego są jak igły wbijane prosto w kręgosłup. Nic tylko zaserwować przez nie epidural, żeby się na to specyficzne poczucie humoru znieczulić.

Ponieważ obserwuję oboje, to coś tam wiem.

Ania nie napisała na swoim profilu na temat swojej ciąży NIC.

Robert nie napisał na swoim profilu na temat ciąży swojej żony NIC.

Ani jednego zdania, ani jednego zdjęcia z brzuchem (na które bardzo czekałam i się nie doczekałam)

Zostały tylko zamieszone informacje, że spodziewają się dziecka i mega wzruszające zdjęcie Roberta z nowo narodzonym, różowym tobołkiem.

JAKIM CUDEM zatem polski naród ma dość, po dwóch wpisach.

Och, wait, wpisów było więcej, prawda? Zalewały prasę brukową i portale plotkarskie. Dlaczego zatem na żaden z nich nie trafiłam, skoro siedzę w kółko na cholernym fejsbuku? Może dlatego że nie miałam – niczym współczesny Hamlet – dylematów z cyklu: TO CLICK OR NOT TO CLICK bo w tym samym czasie analizowałam tabelę Bundesligi i liczyłam ile goli brakuje Robertowi żeby prześcignąć Aubameyanga? Albo oglądałam kolejny mecz z jego udziałem w telewizji?

Polacy maja sarkazm, hejt i zawiść wpisane w DNA. Polak, któremu coś się udało ma w swojej ojczyźnie przejebane. Nie liczy się nic, czego Ania dokonała jako sportowiec, nieważne, że jest młodą, pełną entuzjazmu dziewczyną, dzięki której tysiące innych dziewczyn zaczęło uprawiać sport. Ania jedzie przecież na plecach Roberta, bez niego byłaby NICZYM. Robert, zdaniem wielu, jest cienki, nie dysponuje jakimiś specjalnymi skillsami, kilka bramek udało mu się strzelić, ale techniki to on nie ma żadnej. Plus niech nie daj boże zagra 3 mecze pod rząd bez gola i w oczach narodu polskiego jest już skończony.

Polacy nie zasługują na to, żeby ktoś taki jak piłkarz Robert ich reprezentował. Premier, prezydent i rząd powinni wypłacać mu bonusy za reklamowanie Polski za granicą, za to że jego imię i kraj pochodzenia znają nastolatki z Korei, a cała Germania z dużym prawdopodobieństwem zmieniła swoje wyobrażenie o stereotypowym Polaczku z cwaniaka i złodzieja samochodów na supermana, który ciężką pracą wspiął się na sam szczyt i zostawił daleko za sobą całą stawkę.

Bo ciężka praca, to jest właśnie ten element całej układanki, który większości jakoś mimochodem umyka. Lewandowski dostaje ciężką kasę za nic (co to jest wyjść i pokopać trochę piłkę), Lewandowska odstawia cyrki z jedzeniem i podskakuje na tych swoich płytach DVD. My wszyscy jakoś ten gluten jedliśmy i nic nam nie jest. KAŻDY BY TAK MÓGŁ, GDYBY ZARABIAŁ TYLE CO ONI.

Ania i Robert to oczywiście przykłady, których użyłam, bo są najbliższe mojemu sercu.

Zastąpcie ich imiona – innymi, przeskrolujcie fanpejdże celebrytów, blogerów, sportowców, piosenkarzy. I nie, nie chodzi o to, ze wszędzie ma być cukier, lukier i różowe kwiatki. Sama nie jestem lepsza. Nie lubiłam Ewy Chodakowskiej, irytował mnie ton jej głosu i kto w ogóle ćwiczy z rozpuszczonymi włosami. Po wypadku okazało się, że nie mogę jeszcze wrócić do  żadnego z wcześniej praktykowanych treningów, ale Ewa Chodakowska jakimś cudem nie każe ani skakać ani biegać, a rezultaty osiąga, więc może ona.

Po 4 tygodniach zmieściłam się w końcu w te spodnie, które się na mnie nie dopinały. Przepraszam Ewa.

I tak, Irlandczycy są inni.

Udzielam się na irlandzkich forach, czytam komentarze pod licznymi artykułami. Ajrisze – jak wszyscy –  marudzą, krytykują, narzekają, kłócą się i dosrywają sobie, ale nie ma w tym tej rozpaczliwej polskiej potrzeby ściągnięcia oponenta na dno, zmieszania go z błotem, zrobienia z niego zera i naplucia mu na głowę. Dojebania mu werbalnym bejsbolem tak, żeby się juz nie podniósł.

Wbrew pozorom ta notka nie jest sponsorowana przez rodzinę Lewandowskich i nie zachęcam nikogo do pobiegnięcia i zalajkowania ich profili. Naprawdę w dupie mam, czy ktoś ich lubi czy nie, dopóki nie zaśmieca wspólnej wirtualnej przestrzeni swoimi prywatnymi frustracjami i hejtem. Ponadto nie trafia do mnie argument, że „Nie lubię ich, bo są wszędzie”. Może wyłącz w takim razie komputer i idź na spacer? Zadzwoń do rodziców, pobaw się z psem lub z dziećmi, poczytaj sobie książkę. Gwarantuję ci, że jak tylko odłączysz się od mass mediów Lewandowscy znikną z twojego życia jak sen zloty.

A dla tych którzy mają dość, bo Robert i Ania wyskakują im z lodówki też mam dobrą radę, żeby przestali w takim razie tyle razy ją otwierać. Może w ten sposób w końcu schudną.

Fitness

Swojego czasu postanowiliśmy z PMem popracować na do kondycją fizyczną i zapisaliśmy się do fitness centre.
Fitness zlokalizowane było w trzech różnych punktach Dublina i raz, dla odmiany, postanowiłam pójść do jednego z tych, do których normalnie nie uczęszczaliśmy (wieść gminna niosła, że miało tam być mniej ludzi na basenie, czym byłam żywo zainteresowana). I że podobno fitness nowo otwarty i fajny, i bliżej mojej pracy i oesu.

Poszłam.

Na dzień dobry zabłądziłam i zamiast do szatni, trafiłam do sali ze steperami, a potem do pomieszczenia gospodarczego z mopem. Ok, uznałam, że to po to żeby wyeliminować niedzielnych sportowców, którzy przyszli tu tylko po to, żeby poszpanować nowym dresem z Lidla i nie dałam się zbić z tropu. Po zlokalizowaniu szatni i przebraniu się w kostium, poinstruowana, że basen jest po schodach do góry w lewo, a potem w prawo, a potem przez podwójne drzwi, poszłam odwrotnie, bo kto by pamiętał takie bzdury. Spod drzwi męskiej szatni, które już uchylałam, zostałam wycofana przez nadgorliwego pracownika obiektu, który z nieodgadnionym wyrazem twarzy pokazał mi właściwą drogę.

Dobra.

Znalazłam w końcu właściwe drzwi. Otworzyłam. Po czym szczęka opadła mi do ziemi. Pierwsze wrażenie było takie że właśnie znalazłam się w pałacu Szeherezady, względnie w podwojach ekskluzywnej agencji towarzyskiej.

Spodziewając się BASENU z torami i kafelkami, gdzie goście w okularkach speedo popylają sprinterskim kraulem, spychając innych na linki, w przekonaniu, że tor po którym płyną jest ich prywatną własnością, znalazłam się w zaciemnionym pomieszczeniu z kolorowymi światłami i – faktycznie – pustym basenem z podświetloną tajemniczo wodą. Rozradowana – kangurzym skokiem – znalazłam się w wodzie i w tej samej sekundzie pojęłam dlaczego nikt tam nie pływał.

Otóż woda była słona.

Słona, ale nie jak morska woda lub bryza, tym delikatnym zaledwie posmakiem i tchnieniem, przywodzącym na myśl plażę i wakacje, nie nie – słona tonami soli kuchennej, wsypanej do basenu przez kretyna, usiłującego uczynić z niej roztwór nasycony, w ramach zaliczenia semestru z chemii.

Najpierw się zachłysnęłam, potem myślałam że umrę, potem się okazało, że woda wlała mi się również do oka, więc wyskoczyłam z basenu szybciej, niż do niego wskoczyłam i z rozpędu wskoczyłam gdzie bądź, czyli do baseniku z lodowatą wodą, co przyniosło mi niekwestionowaną ulgę.

Ale nie.
Ja się uparłam, że skoro to jest basen, to na basenie się pływa i trudno.

I że woda była za słona to nie jest żaden argument.

Poddałam się po 15 minutach, gdy okazało się, iż pomimo obwiązania sobie głowy okularkami na osiem razy oraz morderczego zaciskania zębów i ust – woda dostaje się wszędzie. Poszłam sobie w zastępstwie na pięć rodzajów jacuzzi.

Tymczasem PM postanowił, że zarazi mnie swoją życiową pasją i nauczy mnie wspinać się na ściance. Niewtajemniczonych, wtajemniczę i powiem, że wspinanie się polega na „zrobieniu drogi”, czyli na tym żeby dostać się za pomocą rąk i nóg po tzw. chwytach na samą górę, będąc przyczepionym liną do osoby asekurującej, która stoi na dole i ziewa.

Drogi mają różny poziom trudności, czyli chwytów do wspinania jest albo więcej albo mniej i są albo większe albo mniejsze.

No i generalnie faceci jak się wspinają to robią to ze strasznym zaangażowaniem i przejęciem, co najmniej jakby byli w trakcie zimowego podejścia na K2. Skupieni są jak cholera, oglądają te uchwyty z każdej strony, nacierają dłonie magnezją i krzyczą żeby się skupić na trzymaniu liny, a nie na oglądaniu paznokci.

Kobieta na lince przede wszystkim zastanawia się czy jej tyłek z dołu nie wygląda grubo i czy jej się makijaż nie rozmazał.

Poza tym na ściance panuje reżim jak w Hitlerjugend, bo nie wolno się śmiać, nie wolno schodzić w dół jak już się nie ma sił, należy za to bez przerwy obmyślać strategię wspinania oraz prostować nogę, w sytuacji, w której człowiek tkwi skręcony w chińskie osiem i nie potrafi zmusić do posłuszeństwa najmniejszego palca u nogi lub nawet rzęsy, co automatycznie wywołuje u niego napad histerycznego śmiechu, który nie spotyka się bynajmniej z akceptacją i aprobatą ściankowych guru.

Na ściance nie należy ponadto posiadać wymanikurowanych paznokci, bo posiada się je bardzo krótko, mniej więcej do trzeciego chwytu. Ponadto faceci odpadają od ścianki z godnością, a kobiety z piskiem i okrzykiem, że „och, już nie mogę, co z głupia ścianka”, po czym się na ściankę obrażają.

No cóż. Postępy jakieś tam czyniłam, bo przecież nie będzie mi pierwsza lepsza ścianka wchodzić na ambicję. Najlepsze w tym wszystkim było to, że okazało się, że na ściankę wspinam się dla siebie, bo takie mam hobby, o którym przez 30 lat nie wiedziałam, a nie dlatego żeby ukochany mógł spędzać całe dnie na ulubionej rozrywce. Tak uważał mój mąż, że ja powinnam tak uważać. Jasne. God bless.

Powyższy tekst ukazał się w numerze 425 (03/11/2007) dodatku „Weekend” do ilustrowanego magazynu „Nowy Dziennik” (polskojęzycznej gazety wydawanej w Nowym Jorku)

Chomik

Kiedyś wydawało mi się, że moją zajebistość wyznacza liczba zrealizowanych zadań, odhaczonych z planu dnia punktów, kroków które zbliżyły mnie do osiągnięcia długofalowych celów, przetrenowanych z Jillian godzin, ugotowanych (bez pospiechu!) zbilansowanych posiłków, przeczytanych w międzyczasie książek itd.

Czyli za każde wykonane zadanie – jeden punkt.

Za ogarnięcie dzieci – jeden punkt, wstanie do pracy bez przeklinania – jeden punkt, obiad – też jeden punkt, (plus punkty dodatkowe za obecność w menu komosy ryżowej, jarmużu, białka roślinnego i ziaren chia oraz punkty ujemne za McDonalda, sos pomidorowy do spaghetti ze słoika lub, podaną – złym głosem – informację, że nie ma obiadu, dajcie mi spokój i weźcie sobie coś z lodówki).

Im więcej punktów, tym wyższa moja pozycja na skali zajebistości, bo przecież bycie zajebistym, ogarniętym i zorganizowanym jest teraz trendy, cool i na czasie. Im więcej matko posiadasz dzieci, tym więcej powinnaś mieć czasu na organizowanie z nimi pikników, granie w rozwijające wyobraźnię gry (komputer – dzieło szatana – jest zabroniony) i czytanie im książek.

Tak, tak, czytanie książek milusińskim jest nowym terrorem laktacyjnym wieku szkolnego – bez niego dzieci wyrosną na debili i jedyne co im pozostanie po podstawówce (o ile przez nią przebrną) to kursy obróbki metalu i spawania w ośrodku kształcenia zawodowego w Radomiu.

Słuchajcie, przysięgam, że próbowałam i to nie raz.

Pierwotny entuzjazm moich dzieci, zachwyconych perspektywa kochanej mamusi, która przeczyta im przed snem książeczkę, ulatniał się w miarę, jak zagłębialiśmy się w przygody harcerzy z zastępu Czarnych Stóp (wybrałam – jak nienormalna – książkę, którą sama zaczytywałam się w ich wieku, zamiast  wziąć do ręki „Barbie i sekret wróżek” albo w ogóle włączyć im Netflixa)

„Mamo, a co to znaczy woźny?”

„Mamo muszę siku”

„Mamo, MUSZĘ się teraz napić, bo umrę”

„Mamo a co to znaczy drapichrust?”

„Mamo, poczekaj, lalki się poprzewracały, ja je szybko poukładam”

„Mamo, poczekaj, muszę iść po misia”

„Mamo, a co to znaczy kornet?”

„Mamo, a ja nic nie rozumiem co ty czytasz”

„Mamo, a ona mnie uderzyła”

„Mamo, ile jeszcze stron zostało”

25 minut później wciąż byłyśmy na stronie nr 6, a ja – całą dostępną siłą woli podtrzymując na twarzy wyraz sztucznego optymizmu – karmiłam wyobraźnię wizją dziatków ściśle obwiązanych taśmą izolacyjną, równiutko poukładanych w łóżeczkach, z buziami pozaklejanymi plasterkami z myszką miki. Jednocześnie mój znękany umysł nawiedzała wizja gigantycznego kieliszka, wypełnionego po brzegi winem, które falując wysyłało w moją stronę zachęcające komunikaty żeby jebnąć tę cholerną książkę i pójść się w końcu napić, bo do położenia się spać pozostała raptem godzina i 43 minuty.

(jako osoba, która wstaje codziennie o 5:30, muszę chodzić o określonej godzinie spać, żeby następnego dnia być przytomną i w miarę wyspaną. Niewyspanie wywołuje u mnie natychmiastową depresję i myśli samobójcze, w związku z czym każdy „roboczy” wieczór upływa mi na odliczaniu minut, które pozostały do położenia się do łóżka. Proszę napiszcie, że ktoś jeszcze tak ma. PROSZĘ!)

Srsly?

Żadna liczba naukowych badań, artykułów i eksperymentów społecznych nie przekona mnie, że niedoczytanie do końca przygód partyzanta Leśne Oko sprawi że moje dzieci zgłupieją. O tym, żeby matka nie zgłupiała, próbując przekonać dzieci, że książek najlepiej słucha się w milczeniu i bez wstawania co pięć sekund z łóżka, artykułu nie napisze już nikt.

I tyle zazwyczaj wystarczało żeby cała moja zajebistość uleciała w kosmos,. Zaledwie jeden punkt dnia, który nie poszedł według planu, a zaczynałam dochodzić do wniosku, że wszystko to i tak nie ma sensu i dzień kończyłam w rozwleczonym dresie na sofie, otoczona zaprzyjaźnionymi paczuszkami czipsów i przekonana, że jestem po prostu cienka w te klocki. Inni na pewno potrafią lepiej, przecież widzę zdjęcia na fejsbuku, tak?

images

Musiało upłynąć kilka lat żeby uświadomić sobie, że całe to gonienie za perfekcyjnie ogarniętym życiem jest raczej dowodem na zaawansowane stadium choroby umysłowej i z zajebistością nie ma nic wspólnego.

Czy ktoś patrzy na chomika, który popierdala w kołowrotku w klatce i myśli wooooow, ten to jest ale kozak, chciałabym umieć tak gonić w kółko jak on?

No właśnie.

Wszyscy za to patrzymy na uśpione króliczki, puchate kaczuszki wygrzewające się na słońcu, względnie przeciągające się w pościeli koty i ZAZDROŚCIMY IM Z CAŁEGO SERCA.

I wtedy zaczęłam odpuszczać. W weekendy nie ma obiadu i cześć. To po pierwsze. Po drugie rodzina nie składa się tylko ze mnie, rodzina składa się z pięciu osób, które mają sprawne ręce i nogi. Po trzecie aktualne doniesienia na temat wychowania dzieci dowodzą, że dzieci powinny się nudzić!!!!! Tak! Nie wolno ich w kółko zabawiać, bo inaczej stracą całą zdolność do organizowania swojego czasu i w dorosłym życiu nie będą potrafiły nic zrobić z własnej inicjatywy. Nawet łańcucha ze spinaczy w korporacji. Czyli w sumie cały czas, tak naprawdę, postępowałam w zgodzie z najnowszymi trendami, tylko nie miałam o tym pojęcia!

Nie mam już siły walczyć z całym światem, udowadniać że wszystko daję radę, jedną ręką zamiatam, drugą gotuję, trzecią robię testy w pracy, czwartą piszę bloga, piątą ćwiczę z Jillian, a szóstą gram z dziećmi w chińczyka. Mam dwie ręce, w jednej chcę trzymać kieliszek z winem, a drugą dłubać w nosie.

I cześć.

 

Syndrom oszusta

O syndromie oszusta pierwszy raz przeczytałam stosunkowo niedawno, w jakiejś książce*. Zszokowana, pochłaniałam kolejne rozdziały, wykrzykując co chwilę „TO O MNIE!!!”, zakreślając z rozmachem całe akapity na pomarańczowo i stawiając mentalne wykrzykniki w swojej głowie.

Serio, dopiero teraz się o tym dowiaduję? Że moje wieloletnie przekonanie, że jestem nieznającym się na niczym debilem ma jakieś naukowe określenie i są na ten temat publikacje?

Nie chodzi o brak wiary w siebie, ale o dręczące mnie regularnie myśli, że nie jestem wystarczająco dobra i że nie nadaję się do tego wszystkiego (bo nie nadążam, mam burdel w chacie, dzieci mnie nie słuchają, a zawodowe awanse od lat omijają mnie łukiem szerszym, niż Justyna Kowalczyk Marit Bjoergen, na trasie Tour De Ski).

Tylko patrzeć aż za chwilę ktoś mnie rozszyfruje i ujawni to całemu światu w komentarzach, plus wyśle maila do HR mojego pracodawcy i anonim do opieki społecznej, żeby mogli odebrać mi dzieci. Że jestem takim – wiecie – wiejskim głupkiem, który osiadł na dublińskim bruku i udaje CEO Banku Centralnego.

Cała ta machina, która nakręca syndrom oszusta, rusza pod koniec podstawówki, liceum sytuację pogarsza, a gwóźdź do trumny wbijają uniwersyteccy wykładowcy, komentarzami że ma szóstkę to umie tylko pan bóg. 

W tamtych czasach jeszcze w pana boga wierzyłam, więc robiło to na mnie duże wrażenie. Że ten pan bóg tę Historię Myśli Ekonomicznej tak na szóstkę umie. No no. 

16 lat temu wyjeżdżałam do Irlandii, międląc w dłoniach bilet powrotny datowany na miesiąc po przyjeździe. 16 lat temu nie było tanich przewoźników, były za to biura podróży, które za bilety lotnicze do Dublina (z przesiadka w Kopenhadze, bo bezpośrednich połączeń nie było) kasowały tyle, że na podróż musiała się złożyć rodzina, znajomi i pani z pobliskiego kiosku „Ruchu”.

Bilet powrotny był tańszy niż bilet w jedna stronę, plus i tak byłam przekonana, że po miesiącu pracy na irlandzkiej ziemi zostanę deportowana do ojczyzny, primo za głupotę ogólną, secundo za nieznajomość języka.

Z językiem było śmiesznie, bo pierwsze trzy dni po przyjściu do pracy siedziałam z kolesiem, który mnie szkolił i zastanawiałam się w jakim języku on do mnie przemawia.

Nie, najpierw była rozmowa kwalifikacyjna, przeprowadzona przez telefon, który to telefon odebrałam jadąc tramwajem w Poznaniu. Na Kórnickiej konkretnie ten telefon zadzwonił. Przy AWF-ie. W roku 2000, rozmawianie po angielsku przez telefon komórkowy w środkach komunikacji masowej nie zaliczało się do kanonu czynności uznawanych za społeczną normę (odwracał i gapił się cały tramwaj że o, pa, ma komórkę), więc spanikowana, kangurzym skokiem przemieściłam się z wagonu na trotuar i wyjąkałam ze I TO BE HOME 30 MINUTES CALL LATER.

I rozłączyłam się przekonana, że właśnie pogrzebałam swoją szansę kariery na arenie międzynarodowej.

Telefon jednak zadzwonił ponownie, a ja byłam o tyle przygotowana (wiedziałam wcześniej że interview telefoniczne nastąpi, nie wiedziałam tylko kiedy), że miałam w domu kartki z tym co powinnam temu komuś tam naopowiadać, żeby mnie zatrudnił. Więc jak się już dorwałam do tych kartek, to jakoś poszło. Albo oni byli bardzo zdesperowani albo ja świetnie oszukiwałam.

Potem przyleciałam, przyprowadzono mnie do office’u, posadzono z Peterem i heja.

Peter nie był za bardzo zainteresowany tym, że przedtem nigdy a) nie pracowałam za granicą b) nie pracowałam w finansach c) smartfony z łatwo dostępnymi translatorami jeszcze nie istnieją, Peter mówił do mnie tak, jakbym była Irlandką z dziada pradziada, a ja kiwałam nóżką i podziwiałam wykładzinę i widok za oknem, bo nic a nic, z tego co do mnie mówi, nie rozumiałam.

Po trzech dniach zaczęłam łapać poszczególne słowa i kojarzyć je z podtykanymi mi pod nos dokumentami, no i jakoś poszło, aczkolwiek tubylców nie rozumiałam przez kolejne 6 miesięcy i naprawdę nie ogarniałam jak to możliwe skoro maturę z angielskiego napisałam na szóstkę (musiałam oszukiwać, prawda?!)

I potem tak było z wszystkim – nowy zakres obowiązków? nieeee, ja sobie na pewno nie poradzę, fajne notki na bloga? – eeee, może jedna mi się kiedyś w 2003 udała i od tego czasu wszyscy żyją w błędnym przekonaniu ze jestę pisarko, artykuły do gazety w Nowym Jorku, boże za chwilę ktoś odkryje że tak naprawdę jestem analfabetką, która nie zna zasad interpunkcji.

Uwierzcie mi, że pisząc każdą jedną notkę i udostępniając ją na blogu opuszczam, z sercem na ramieniu, swoją wygodną komfort zone, przekonana, że tak naprawdę to co piszę jest nudne, nie na temat i nikogo nie interesuje. I że bez sensu w ogóle i najlepiej jeśli jednak zamknę z powrotem bloga, zmienię pseudonim na Doda Elektroda i wyprowadzę się z Irlandii do Rejkiaviku, gdzie nikt mnie nie zna.

 img.php

Do tego wszystkiego doszły dzieci więc zakres niekompetencji się powiększył. Nie szkodzi że mam trójkę, w tym bliźniaki, level pro osiąga się dopiero od dziesiątki w górę, względnie po dwóch setach trojaczków, więc co ja mogę wiedzieć. Na etapie dzieci zaczęłam zazdrościć tatusiowi Świnki Peppy, który był ekspertem od wszystkiego. Właśnie. Bo mężczyźni jakoś tego syndromu nie mają.  Nie zastanawiają się czy będą się nadawali na oferowane im stanowiska, czy mają potrzebne doświadczenie do tego żeby ogarnąć większy zakres obowiązków. Tatuś Świnka nie miał nigdy cienia wątpliwości, że zna się na wszystkim. Czemu tak jest. Matka drży czy szczepić czy nie szczepić, czy niekarmienie piersią sprawi, że będzie gorszą matką, a dziecko zdurnieje, matka kwestionuje prawie każdą ważną decyzję jaką podejmuje w sprawie przyszłości swojego dziecka, a ojciec co? Podrzuca oseska pod sufit aż ten zanosi się śmiechem (matka nie podrzuci bo przecież CO JEŚLI AKURAT TEN JEDEN RAZ NA MILION OSESEK SPADNIE I SKRĘCI KARK).

Jestem matką 3 córek, co samo w sobie jest cudowne, ale zastanawiam się czasem jaki los je czeka i czy nie byłoby im łatwiej, gdyby urodziły się chłopcami. Czy świat przez kolejne 10-15 ogarnie się na tyle że kobiety zaczną w siebie wierzyć w stopniu, który umożliwi im stawienie czoła męskiej dominacji w świecie sukcesu zawodowego? Czy moje powtarzanie im w kółko że mogą WSZYSTKO wystarczy? Czy przekonywanie, że nie muszą być perfekcyjne pozwoli im wieść życie pozbawione poczucia winy i tego, że oszukują siebie i cały świat? Czy w końcu – bedą wystarczajaco dobre – żeby być przekonane, że są NAJLEPSZE?

*”Włącz się do gry” Sheryl Sandbag

Kaczka w majeranku

Dużą część swojego dorosłego życia spędziłam na przekonywaniu ludzi że tak naprawdę, w środku, jestem kimś innym i dużo fajniejszym, niż się to wszystkim wydaje na zewnątrz.

Nie wiem co ze mną jest nie tak, ale scenka rodzajowa z ubiegłego tygodnia wiele wyjaśnia.

Siedzę w kuchni i obsypuję kaczkę majerankiem, co nie jest takim prostym zadaniem, bo cholerny majeranek jest lekki jak piórko i beztrosko usiłuje zostać Ikarem i odlecieć w stronę zachodzącego słońca, nie zważając na to, że w jego promieniach się spali i będzie niesmaczny.

Dzwonek do drzwi, PM otwiera.

Za chwilę krzyczy: “Kto jest naszym dostawcą elektryczności?”.

Tłumię przemożną chęć odkrzyknięcia, że dzieci, które za karę pedałują całą dobę na generujących prąd rowerkach – i uprzejmie odpowiadam, że firma XYZ.

Minuta ciszy.

“Możesz tu przyjść, na chwilę?!”

Idziemy zatem, ja, kacza noga i majeranek.

Za drzwiami pan sprzedawca prądu. Znam ich na pamięć. Wiem co chce powiedzieć. Nie mam na to czasu. Odganiam się zatem od skłębionych wokół dzieci kaczą nogą, rozsiewając wokół przeklęty majeranek i z przepraszającym uśmiechem na twarzy informuję, że thank you, but we are not interested.

Pan mnie nie zna, plus jest na pewno po wielu szkoleniach z cyklu jak dilować z trudnym klientem, więc całym swoim body language usiłuje mnie powstrzymać przed zamknięciem drzwi, na co odpowiadam lekko dobitniej, ze ale nadal, naprawdę, BARDZO uprzejmie: NO. WE. ARE. NOT. INTERESTED. I’M SORRY.

I wracam z kaczką do kuchni.

15241820_1140727536046758_5313055820743282318_n

Za mną przychodzi PM i mówi z przyganą: MOGŁABYŚ BYĆ MILSZA, NAPRAWDĘ.

No kurwa.

Byłam miła, przysięgam. Może miła inaczej, ale męża, który zna mnie od ponad dekady, nie powinno to aż tak dziwić.

Co miałam zrobić? Zaprosić pana do środka i przy kawie oraz WZ-tce tłumaczyć, jak dziecku, że znam na pamięć ceny jakie oferuje on i cała konkurencja na rynku? Że nie dalej jak tydzień temu odnawiałam swój kontrakt z dotychczasowym dostawcą upewniając się, że daje mi najlepszy rabat na rynku? Że prowadzę w excelu spreadsheeta z prognozą wydatków na 12 mcy do przodu, a w kalendarzu mam ustawione przypomnienia z kim i kiedy renegocjować umowy, tak aby ceny za świadczone usługi nie wzrastały? Że mam doktorat z zarządzania finansami piecioosobowej rodziny i potrafię na jej utrzymanie wydać mniej, niż wydawałam na kremik do ryja, będąc singlem?

Majeranek sypał się z kaczki, nie miałam na to wszystko czasu. W zamian za to wyszło, że jestem niemiła, trudno.

Nie, broń boże, asertywna, NIE NIE.

Ten pan był przecież taki biedny, a ja go tak potraktowałam. PM w jego oczach widział jak mu przykro.

Ludzie.

Szczerze mówiąc coraz częściej jestem tym zmęczona. Przekonywaniem jaka jestem naprawdę. Udowadnianiem na siłę, że hej, jestem miłą i fajną osobą, tylko zostałam przez naturę obdarowana wyrazem twarzy, który odstrasza dzieci, staruszki i wszystkie psy w okolicy. Że jeśli mówię krótko NIE, to naprawdę znaczy tylko, że czegoś nie chcę lub nie potrzebuję, a nie że biorę udział w fejsbukowym challangu na zepsucie humoru jak największej liczbie przedstawicieli handlowych i ekspedientek w sklepie.

Jak mam inaczej uczyć córki nie wyrażania zgody na to, co im nie pasuje? Na chłopaka, który będzie chciał je pocałować wbrew ich woli, na pracodawcę, który nałoży im na barki ponadwymiarowy zakres obowiązków lub na koleżankę, która bez umiaru będzie prosić o popilnowanie przez chwilę swojego dziecka, w trakcie której to chwili zwiedzi Mauritius, pójdzie na kurs robienia tipsów i weźmie udział w przesłuchaniach do “Mam Talent”.

“Pamiętaj dziecko, najważniejsze żeby drugiej stronie nie było przykro?”.

Nie. Nie i już.

Mam prawo powiedzieć nie i nie czuć się z tego powodu winna. Mam prawo – od tego w ogóle zacznijmy – dokładnie wiedzieć czego chcę, bez konieczności wysłuchiwania argumentów, które miałyby mnie nakłonić do zmiany zdania. Nie, nie jestem uparta jak osioł, bo zdanie zmieniam często.  Najczęściej po wielogodzinnych przemyśleniach, popartych – jeśli trzeba – odpowiednim reaserchem. Nigdy dlatego, żeby komuś nie było przykro.

Jeśli dziś nie wygonię pana z prądem, to jutro przyjdzie pani z kablówką. Nie szkodzi, że zajmie mi tylko 10 minut. Przez te 10 minut przeczytam wieczorem dwa rozdziały książki albo poćwiczę brzuszki. Ok, nie poćwiczę, dobra. Połowę z tego czasu spędzę przed otwartą lodówką, zastanawiając się co mnie skłoniło do wstania z sofy, pójścia do kuchni i zajrzenia do niej, drugą połowę będę walczyć z korkiem od butelki do wina. Whatever.

Nauka mówienia NIE nie zaczyna się od odrzucania, propozycji bycia drugą Lindą Evangelistą, złożonej przez łowcę talentów, który przypadkowo wsiadł do tego samego tramwaju, tylko od próby odmówienia komuś, kto bardzo chce nas do czegoś przekonać.

Ile razy – jak mój mąż – ustąpimy bo nie chcemy kogoś urazić. Nie chcemy żeby ktoś pomyślał, że jesteśmy źle wychowani. W końcu – zgodzimy się tylko po to, żeby ktoś dał nam spokój..

Ile razy potem tego żałujemy?

Ile razy, Czytelniczko?