Tajfun

Przez długie lata byłam niewolnikiem planowania, które dawało mi złudne poczucie kontroli nad życiowym rollercoasterem oraz pozwalało na niewpadanie w histerię, gdy rodzina np, piąty dzień z rzędu, niedorzecznie domagała się obiadu, a lodówka i rejony kory mózgowej, odpowiedzialne za innowacyjność i pomysłowość świeciły pustkami.

Lubiłam mieć wszystko zaplanowane, rozpisane, lubiłam WIEDZIEĆ i uprzedzać zdarzenia, niestety po jakimś czasie okazało się że – alleluja – wszystkiego przewidzieć i zaplanować się NIE DA, a moment, w którym moje plany rozpadały się jak domek z kart, zbyt często wywoływał u mnie palpitacje i syndrom nieogara. Mam taki monitor aktywności na rączce i on mnie często życzliwie ostrzega czego nie powinnam robić, żeby się nie denerwować i żeby mi puls tak nie skakał jak podczas karnych Polska – Portugalia, bo to niezdrowo.

Nie neguję samego procesu planowania, bo ogólnie jest on pożyteczny i przy np takich finansach sprawdza mi się fenomenalnie, ale jego cudowność i skuteczność zaczynają się ulatniać w tempie wprost proporcjonalnym do liczby posiadanych dzieci. Bez dzieci, umówmy się, można zaplanować WSZYSTKO, łącznie z przejściem pasma Karakorum między lunchem a popołudniową kawą. Co więcej – można bez większych problemów wszystkie te plany zrealizować, nie siwiejąc przy tym, nie zapadając na schizofrenię i nie dzwoniąc do TVN Uwaga ani pod żaden z numerów alarmowych z prośbą o ewakuację lub interwencję. 

Z dziećmi natomiast przyjemny proces planowania zamienia się w tajfun, który po kolei unicestwia kolejne elementy planu, żeby następnie niefrasobliwie je porozrzucać po okolicy, w promieniu 100 km.

Im mniejsze dzieci, tym większa siła rażenia tajfunu:

wiek 0-1 – huragan, ogólny burdel, w powietrzu co chwilę latają kurwy, widzialność zerowa bo się nie wyspaliśmy, nie jedliśmy od 3 dni, a ostatni prysznic braliśmy w boże narodzenie ubiegłego roku. Wschody słońca zawieszone do odwołania, bo i tak jesteśmy w czarnej dupie, więc po co nam one.

wiek 1-3 – gwałtowny sztorm, wszystkie płaskie powierzchnie w domu zajęte brudnymi naczyniami, niewypranymi gaciami lub zabawkami, gromy z jasnego nieba z powodu nieumytego kibla i porozrzucanego lego, na które nadepnęliśmy gołą stopą. Wschód słońca jeden na tydzień. Wszystko zarzygane.

wiek 4-7 – burdel zaczyna się lokalizować w kilku miejscach zamiast wszystkich powierzchni, widzialność się poprawia bo dzieci poszły do przedszkola, a nam w końcu udało się dopić kawę do końca. Wschody wróciły, ale zachody odwołano bo cholerne bachory nie chcą chodzić spać wtedy, gdy im każemy.

wiek 7-12 – przelotne burze wywołane koniecznością natychmiastowego przygotowania na jutrzejsze jasełka kostiumu Kacpra, Melchiora i Baltazara, uwagą w dzienniczku, pyskowaniem potomstwa lub obowiązkową składką na komitet rodzicielski. Wschody i zachody ruchome, w zależności od tego czym dzieci postanowiły się pobawić „tylko przez chwilę, mamo”, już po umyciu zębów i położeniu do łóżek.

Przy drugim i kolejnych dzieciach następuje kumulacja kataklizmów i do tajfunu dochodzi trzęsienie ziemi, a my się zastanawiamy jakim cudem jedno dziecko kiedykolwiek nam w czymkolwiek przeszkadzało.

IMG_0041 

I weźmy np taki spacer.

Bez dzieci takich bzdur się nie planuje, bierze się po prostu klucze, torebkę i wychodzi. Ewentualnie można zaplanować cel wyjścia i ile kieliszków wina się wypije, jak już się tam dotrze. Z dziećmi, ze spaceru dookoła bloku, robi się wyprawa dziurawą tratwą do ujścia Amazonki, wózek, torebka, pieluchy na zmianę, mokre chusteczki, smoczek, mleko, butelka, zapasowy smoczek, bodziak do przebrania, czapeczka, ulubiony pluszak. Dziecko, nie zapomnijmy dziecka. kurwa, po co w ogóle wychodziliśmy i gdzie. Gdzie wódka żeby się napić i zapomnieć, że jesteśmy rodzicami. Wracamy wykończeni i mokrzy, wypisz wymaluj jak po przebrnięciu tych amazońskich tropików.

Następnie, z mądrych postów na mądrych forach dowiedziałam się, że aby zoptymalizować wydatki należy zaplanować menu na cały tydzień, pójść RAZ na zakupy, kupić wszystko hurtem i wtedy wyda się mniej niż  biegając codziennie do sklepu, bo jak wiadomo, przy codziennych zakupach, człowiek wpada w  niepoczytalny amok i zaczyna impulsywnie zgarniać do koszyka wszystko co leży na półkach, niczym walnięty zakupoholik – epileptyk.

Postanowiłam się do rad zastosować i wpadłam w jakiś koszmar. 

Zazwyczaj wykańczał mnie już punkt pierwszy: zaplanuj menu na cały tydzień. Ja prdlę. Poniedziałek jakoś szedł, przy wtorku miałam dosyć, w środę byłam gotowa wyjść po cebulę i nie wrócić, czwartek ogłaszałam dniem bez jedzenia, piątek, sobotę i niedzielę zamazywałam czarnym mazakiem, żeby na nie nie patrzeć i szłam napić się wina.  Ale plan, musi być plan, bo inaczej przecież mój budżet szlag trafi, wiec zaciskałam zęby i kończyłam, przy czym poniedziałek, czwartek i niedziela najczęściej zakładały jedzenie tego samego, tylko na innych talerzach. 

Potem wkurwiona szłam po te zakupy, a życie podstępnie zaczynało dopisywać małym druczkiem aneksy do mojego planu. Poniedziałek mijał jeszcze w miarę bez wstrząsów i zgodnie z menu, ale we wtorek już się okazywało, że żarcia z poniedziałku starczy na następny kwartał, a resztkami da się wykarmić psy z trzech okolicznych schronisk. W środę dzieci odmawiały spożywania tego, co im przygotowałam i żądały dania z ubiegłej soboty, albo czegoś czego plan nie zakładał do października. W piątek połowa z zakupionych świeżych składników zaczynała pleśnieć, w lodówce wciąż zalegały resztki z poniedziałku, a ja szłam się kłaść i wspominać czasy, gdy w sklepach był tylko ocet, a na obiad jadło się ziemniaki i chleb z cukrem.

Dupa, dość, nie ma już planowania obiadów, sklepy mam pod nosem więc wstaję i zastanawiam się co bym zjadła, a potem idę kupić składniki. Wbrew obawom, wcale nie zaczęłam wracać z zapasami, które umożliwiłyby mi przetrwanie trzeciej wojny światowej i wizyty Donalda Trumpa w Dublinie. Przy starszych dzieciach (i po setkach zakończonych porażką prób zaserwowania im wykwintnych obiadów, na które kręciły nosem i prosiły o suchy ryż) dobrze też sprawdza się metoda CO CHCIECIE JEŚĆ. Makaron z jajkiem piąty dzień z rzędu? Proszę bardzo. Klient nasz pan, a kawa i wuzetka są nieobowiązkowe.

Na koniec, zamiast puenty, cytat z mistrza:

„Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu co sprawia przyjemność. Ja zapisuje rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę. To bardzo ważne, by siebie samego nie nastawiać na dzień czy na całe życie tak ambitnie, że niepowodzenie będzie nieuniknione. Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony. A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej, niż można osiągnąć” ❤

 — Prof. Wiktor Osiatyński

5 myśli w temacie “Tajfun

    1. czytam te notki w dużym pośpiechu, bo wiecznie gdzieś pędzę. Jak przeczytam pierwsze zdania na facebooku, to wiem, że wieczorem muszę wejść na bloga i dokończyć czytanie. Kiedy wszyscy zasną i pozwolą pozbierać myśli. Jesteśmy dziwnym trafem bardzo do siebie podobne. Gdyby nie rodzina, pewnie w kuchni miałabym tylko to, co przygotowuje się w minutę. Dzieci wiedzą, że jak mam piorunowy wzrok, to lepiej nie podchodzić i najlepiej się nie odzywać. Syn wie, że nie może wtedy ćwiczyć na perkusji, a córka śpiewać. Cisza. Taka cisza, jakiej można doświadczyć w lesie. Tego mi potrzeba. Coraz częściej. To chyba jakiś syndrom wieku średniego, kiedy człowiek nie potrzebuje w swoim otoczeniu wianuszka ludzi. Wystarcza swoja pasja, ciekawa książka, spacer i zabawa z psem.
      Ten wpis potraktuję jak oczyszczenie się. Bo moja niewyobrażalna siła wkurwienia dotarła do zenitu.
      Żyję coraz spokojniej, bo dzieci odchowane, w pracy zrealizowana, finansowo odbita, zdrowotnie pod kontrolą i jakby wszystko bajkowo gdyby nie fakt, że spotyka mnie dziwna sytuacja, która ciągnie się od ostatnich miesięcy….
      Mianowicie wszechobecni codziennie goście. Goście w postaci młodszego o niemal 20 lat rodzeństwa, ich partnerki, które jeszcze chodzą do szkoły i wiodą niczym nieskrępowane życie. Widzę ich codziennie. Przyjeżdżają, by ładować akumulatory w moim domu i moim życiem. Kiedyś częstowałam ich herbatkami, cappucinem, ciasteczkami…Potem uznałam, że swoją mamusiną postawą przyciągałam ich do siebie jeszcze bardziej. Bo doradzałam, słuchałam zwierzeń- jak jakiś pierdolony autorytet. W piątek wracam z pracy zmęczona (nauczyciel- wszechobecne dzieci!!). Upał, gorąco. Po drodze robię szybkie zakupy. Wracam z nadzieją sielskiego popołudnia i widzę opalającą się pod moim domem i czekającą na kolejne wspólne popołudnie nastolatkę- dziewczynę brata mojego męża.
      Zalewa mnie krew. Wyjmuję kilka toreb zakupów, odgarniam pot z czoła, mówię „cześć” i wchodzę sama do domu nie zważając na opalającą się dziewuchę. Wchodzę do swojej oazy i czuję się nieswojo, że tak potraktowałam drugiego człowieka. Nie jestem chamem, a tak się poczułam. I czuję się tak od kilkunastu miesięcy codziennie. Bo mijam ich, zamykam się w pokoju i zastanawiam się, dlaczego pomimo traktowania tych ludzi jak powietrze, oni nadal przyjeżdżają i zachowują się jak u siebie. Spacerując po moim domu, częstując się moją kawą i zostawiając brudne naczynia po poczęstunku przygotowanym przez siebie. Nie powiem im, że częstotliwość spotkań działa na mnie wprost odwrotnie proporcjonalnie do darzonej przez nich w stosunku do mnie sympatii. Obawiam się, że ten typ ludzi nie rozumie tak sformułowanych wypowiedzi złożonych.
      Więc na pytanie z 1 maja na facebooku – co nas w ludziach wkurwia…z siłą tajfuna dziś odpowiadam: ludzie bez celu, pasji i bez empatii.
      Dziękuję. Częściowo się wyżyłam i czuję się lepiej 🙂 Choć słyszę, ze ktoś podjechał właśnie pod dom….

      Polubienie

      1. Bardzo Ci dziekuje za ten komentarz, mysle o nim od wczoraj. Zgadzam sie z cisza, zgadzam sie z samotnością, zdarzają sie weekendy (jak ten wlasnie miniony) gdy na wiekszosc czasu zamykam sie w sypialni. Śpię, czytam mało wymagające ksiazki, ogladam teleturnieje. Nie odpowiadam na zadne pytania i nie mam juz wyrzutów sumienia ze o jezu przecież trzeba spędzać quality time z rodzina, wychodzić, organizować dzieciom rozrywkę i swietnie sie bawić. Albo ja sie zregeneruje tak jak sama chce i jak mi podpowiada moj organizm albo nic z tego w ogóle nie bedzie. Kiedyś myślałbym o sobie, ze jestem zwyczajnie leniwa, ale nie, nie jestem… pozdrawiam serdecznie

        Polubienie

  1. Ostatnio pod każdą Twoją notką mam ochotę napisać: Jezuuu, ja też tak mam.
    I przypomina mi to dlaczego zawsze czułam z Tobą pokrewieństwo dusz 😃

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s