Fitness

Swojego czasu postanowiliśmy z PMem popracować na do kondycją fizyczną i zapisaliśmy się do fitness centre.
Fitness zlokalizowane było w trzech różnych punktach Dublina i raz, dla odmiany, postanowiłam pójść do jednego z tych, do których normalnie nie uczęszczaliśmy (wieść gminna niosła, że miało tam być mniej ludzi na basenie, czym byłam żywo zainteresowana). I że podobno fitness nowo otwarty i fajny, i bliżej mojej pracy i oesu.

Poszłam.

Na dzień dobry zabłądziłam i zamiast do szatni, trafiłam do sali ze steperami, a potem do pomieszczenia gospodarczego z mopem. Ok, uznałam, że to po to żeby wyeliminować niedzielnych sportowców, którzy przyszli tu tylko po to, żeby poszpanować nowym dresem z Lidla i nie dałam się zbić z tropu. Po zlokalizowaniu szatni i przebraniu się w kostium, poinstruowana, że basen jest po schodach do góry w lewo, a potem w prawo, a potem przez podwójne drzwi, poszłam odwrotnie, bo kto by pamiętał takie bzdury. Spod drzwi męskiej szatni, które już uchylałam, zostałam wycofana przez nadgorliwego pracownika obiektu, który z nieodgadnionym wyrazem twarzy pokazał mi właściwą drogę.

Dobra.

Znalazłam w końcu właściwe drzwi. Otworzyłam. Po czym szczęka opadła mi do ziemi. Pierwsze wrażenie było takie że właśnie znalazłam się w pałacu Szeherezady, względnie w podwojach ekskluzywnej agencji towarzyskiej.

Spodziewając się BASENU z torami i kafelkami, gdzie goście w okularkach speedo popylają sprinterskim kraulem, spychając innych na linki, w przekonaniu, że tor po którym płyną jest ich prywatną własnością, znalazłam się w zaciemnionym pomieszczeniu z kolorowymi światłami i – faktycznie – pustym basenem z podświetloną tajemniczo wodą. Rozradowana – kangurzym skokiem – znalazłam się w wodzie i w tej samej sekundzie pojęłam dlaczego nikt tam nie pływał.

Otóż woda była słona.

Słona, ale nie jak morska woda lub bryza, tym delikatnym zaledwie posmakiem i tchnieniem, przywodzącym na myśl plażę i wakacje, nie nie – słona tonami soli kuchennej, wsypanej do basenu przez kretyna, usiłującego uczynić z niej roztwór nasycony, w ramach zaliczenia semestru z chemii.

Najpierw się zachłysnęłam, potem myślałam że umrę, potem się okazało, że woda wlała mi się również do oka, więc wyskoczyłam z basenu szybciej, niż do niego wskoczyłam i z rozpędu wskoczyłam gdzie bądź, czyli do baseniku z lodowatą wodą, co przyniosło mi niekwestionowaną ulgę.

Ale nie.
Ja się uparłam, że skoro to jest basen, to na basenie się pływa i trudno.

I że woda była za słona to nie jest żaden argument.

Poddałam się po 15 minutach, gdy okazało się, iż pomimo obwiązania sobie głowy okularkami na osiem razy oraz morderczego zaciskania zębów i ust – woda dostaje się wszędzie. Poszłam sobie w zastępstwie na pięć rodzajów jacuzzi.

Tymczasem PM postanowił, że zarazi mnie swoją życiową pasją i nauczy mnie wspinać się na ściance. Niewtajemniczonych, wtajemniczę i powiem, że wspinanie się polega na „zrobieniu drogi”, czyli na tym żeby dostać się za pomocą rąk i nóg po tzw. chwytach na samą górę, będąc przyczepionym liną do osoby asekurującej, która stoi na dole i ziewa.

Drogi mają różny poziom trudności, czyli chwytów do wspinania jest albo więcej albo mniej i są albo większe albo mniejsze.

No i generalnie faceci jak się wspinają to robią to ze strasznym zaangażowaniem i przejęciem, co najmniej jakby byli w trakcie zimowego podejścia na K2. Skupieni są jak cholera, oglądają te uchwyty z każdej strony, nacierają dłonie magnezją i krzyczą żeby się skupić na trzymaniu liny, a nie na oglądaniu paznokci.

Kobieta na lince przede wszystkim zastanawia się czy jej tyłek z dołu nie wygląda grubo i czy jej się makijaż nie rozmazał.

Poza tym na ściance panuje reżim jak w Hitlerjugend, bo nie wolno się śmiać, nie wolno schodzić w dół jak już się nie ma sił, należy za to bez przerwy obmyślać strategię wspinania oraz prostować nogę, w sytuacji, w której człowiek tkwi skręcony w chińskie osiem i nie potrafi zmusić do posłuszeństwa najmniejszego palca u nogi lub nawet rzęsy, co automatycznie wywołuje u niego napad histerycznego śmiechu, który nie spotyka się bynajmniej z akceptacją i aprobatą ściankowych guru.

Na ściance nie należy ponadto posiadać wymanikurowanych paznokci, bo posiada się je bardzo krótko, mniej więcej do trzeciego chwytu. Ponadto faceci odpadają od ścianki z godnością, a kobiety z piskiem i okrzykiem, że „och, już nie mogę, co z głupia ścianka”, po czym się na ściankę obrażają.

No cóż. Postępy jakieś tam czyniłam, bo przecież nie będzie mi pierwsza lepsza ścianka wchodzić na ambicję. Najlepsze w tym wszystkim było to, że okazało się, że na ściankę wspinam się dla siebie, bo takie mam hobby, o którym przez 30 lat nie wiedziałam, a nie dlatego żeby ukochany mógł spędzać całe dnie na ulubionej rozrywce. Tak uważał mój mąż, że ja powinnam tak uważać. Jasne. God bless.

Powyższy tekst ukazał się w numerze 425 (03/11/2007) dodatku „Weekend” do ilustrowanego magazynu „Nowy Dziennik” (polskojęzycznej gazety wydawanej w Nowym Jorku)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s