No to Frugo

Jest takie pytanie, które wszyscy pracodawcy zadają z uporem maniaka: gdzie widzisz siebie za 5 lat. Kiedyś odpowiadałam na nie śpiewająco, scenariusze personalnego rozwoju sypały mi się z rękawa, niczym kwiatki podczas procesji na Boże Ciało, chciałam być astronautką, piosenkarką w Opolu, pisarką, konduktorką (jako czterolatka chodziłam ponoć po przedziałach PKP i kazałam podróżującym w nich ludziom pokazywać bilety do kontroli, w czasie gdy moi rodzice patrzyli w innym kierunku i udawali, że mnie nie znają), lekarzem (misiowi dawałam zastrzyki z wody tak długo, aż zgnił), ekspedientką w SPOŁEM i panią w przedszkolu. 

Tyle że potem się okazało, że wszyscy szli na marketing.

A jeszcze wcześniej się okazało, że czas podejmowania kluczowych decyzji, determinujących całe moje życie zawodowe, przypadł na wczesne lata 90-te, Bagsika, Grobelnego i raczkujące na polskiej ziemi korporacje. I dlatego wszyscy szli na ten marketing, a za nimi ja, hej ho. Bo praca w korpo była niczym wygrana w totka, od pucybuta do milionera przechodziło się między poranną kawą a popołudniową przerwą na papierosa i każdy świeżo upieczony absolwent chciał się wspinać po szczeblach kariery, a nie podawać brudnemu pospólstwu artykuły spożywcze w warzywniaku na rogu.

 W ogóle po tych studiach marketingowych wizję taką miałam, że będę tworzyć reklamy na poziomie Saatchi & Saatchi i w ogóle przebranduję od zera coca colę, przeleję ją do plastikowego woreczka, zmienię kolor na zielony i będę sprzedawać plażowiczom w sezonie, na polskim wybrzeżu. I zbiję majątek, tak jak twórcy Frugo, którzy przebili Jezusa zmieniającego wodę w wino i zrobili interes życia na kolorowych napojach bez smaku, w wypasionych butelkach, wypromowanych przy pomocy najlepszej polskiej kampanii reklamowej tamtych lat (od czasu „No to Frugo” wierzę, że ludziom można wmówić i sprzedać wszystko)

Potem chciałam pracować w radiu i telewizji, bo znów, oczywiście, czas podejmowania moich personalnych życiowych decyzji, przypadł na świetlane lata rozkwitu pirackich stacji radiowych i telewizyjnych i nagle DJ-e radiowi zaczęli gadać jak ziomki z osiedla, a nie jak Suzin i Loska zapowiadający powtórkę recitalu Haliny Frąckowiak (tęsknię za Suzinem, wiecie). Byłam na praktykach w poznańskim radiu, a nawet zaczęłam o nim pisać pracę magisterską, ale potem zjadła mnie korporacja.

Bo wtedy nikt jeszcze nie wiedział co korporacje tak naprawdę robią z ludźmi. Że najpierw są bardzo miłe i wylewne, zapraszają, chcą się przyjaźnić, mamią kasą, benefitami i zakładową stołówką, która nagle nazywa się kantyną. Ale kojący ton i rozbrajająco przychylny uśmiech znika im z korporacyjnej twarzy bardzo szybko i potem robią z każdym to samo. Najpierw swoja ofiarę zagryzają, potem z upodobaniem długo i starannie przeżuwają, a na końcu wypluwają, jak zużytą gumę do żucia i odchodzą. I człowiek zostaje taki przeżuty na chodniku, względnie przyklejony pod siedzeniem drewnianego krzesła, w poczekalni u psychologa.

Po przeżuciu i wypluciu przez korporację, pół roku leżałam na łóżku nie wiedząc co dalej ze sobą zrobić i o co w ogóle chodzi. Przecież byłam po cholernym marketingu. Miałam być już prezesem zarządu, względnie otwierać nowe filie firm, wkraczających wciąż wartkim strumieniem na polski rynek.

Nie zrażona rozesłałam po świecie i okolicach 300 CV, ale z przychodzących licznie listów dowiedziałam się, że – niestety – do niczego się nie nadaję. Uwierzyłam w to na bardzo długo.

Dziś, po latach, (mam ochotę wrócić do korporacji i natrzaskać po mordach swoim starym prześladowcom) wiem już co ze mną było nie tak. Bo to nie wina korporacji, że była korporacja. Nie można winić krokodyla, że zjadł na obiad kretyna, który myślał, że jest kłodą na rzece i dźgał go patykiem (proszę koniecznie obejrzeć pouczający filmik)

Moim problemem było to, że w czasie w którym świat dostał pierdolca na punkcie team worku, networkingu, integracji, nawiązywania i celebrowania kontaktów zawodowych, spędzania wolnego czasu ze współpracownikami, ja zawsze pracowałam w systemie „powiedz mi co mam zrobić i spierdalaj”. Jak nie będę wiedziała, to przyjdę i zapytam. Plus nie, nie miałam ochoty patrzeć na mordy współpracowników po 8 godzinach, spędzonych w ich towarzystwie za biurkiem. Miałam w zamian ochotę oglądać mordę swojego męża i mordki dzieci, których nie widziałam od 8 godzin i za którymi tęskniłam.

Niestety z takim podejściem w korporacji daleko się nie zajedzie. Z takim podejściem można co najwyżej zostać bibliotekarką w kieleckiem, względnie grotołazem.

Tym sposobem, w wieku 43 lat utknęłam w obecnej pracy, która – tak – daje mi spokój finansowy i nie zostawia np na lodzie gdy nieodpowiedzialnie łamię nogę i nie mogę pracować przez 5 miesięcy, ale nie ma nic wspólnego z życiowym powołaniem (którym nadal nie wiem co jest haha). I tak se płynę, falami, od „hura, żyjmy chwilą rzućmy pracę za biurkiem i zostańmy instruktorem skoków ze spadochronem, chuj z kredytem” po „a dajcie mi wszyscy święty spokój, przesiedziałam tu 16 lat, przesiedzę jeszcze 20, akurat do emerytury”.

Żeby nie było, przez lata wymyślałam sobie różne zajęcia dodatkowe, które niestety albo okazywały się mało intratne albo były korporacyjnym wilkiem w przebraniu czerwonego kapturka. Żaden ze skoków w bok nie zaowocował uczuciem na tyle trwałym i silnym żeby puścić w trąbę zasadniczego pracodawcę, nie przejmując się konsekwencjami.

I nie wiem co dalej. Nie mam pomysłu. Na pytanie gdzie widzę siebie za 5 lat mogę odpowiedzieć bez wahania – na finale mistrzostw świata w piłce nożnej w Katarze, na których Polska wygrywa mundial. Ale chyba nie o to chodzi.

I to tylko jedna z pułapek dorosłego życia, o której nikt nie mówi przed maturą. Że „you’ll be damned if you do, you’ll be damned if you don’t”. Bez względu co zrobisz i tak gdzieś tam czekają wilcze doły, upierdliwi szefowie, śmieciowe umowy, brak zleceń, brak czasu na prywatne życie albo bezrobocie. Plus garść nielicznych wybrańców losu, którzy z upodobaniem i bez umiaru będą postować na fejsbuku swoje zawodowe osiągnięcia z podpisem, że kochają swoją pracę i życie, jakie wybrali. 

WYBRALI. 

Podtekst nawet nie jest specjalnie zawoalowany. Oni wybrali, a my nie. My utknęliśmy w mniej lub bardziej satysfakcjonującym miejscu i nie możemy ruszyć w żadnym kierunku, bo kto nakarmi dzieci i co z tym kredytem. I że nasze tłumaczenia to tylko wymówki, bo GDYBYŚMY CHCIELI, to byśmy jednak ruszyli i coś osiągnęli. Więc poza frustracją, że nie mam pracy, która by sprawiała, że ze śpiewem na ustach wstaję i mknę (z furkotem i szelestem) na zakład, dochodzi jeszcze poczucie, że jestem niekompatybilna decyzyjnie i tkwię za tym biurkiem, bo nie umiem nic innego postanowić.

 A może nie. Może nie da się wybrać wszystkiego naraz. Nie da się mieć świętego spokoju i być pożerającymi konkurencję rekinem biznesu. Nie da się mieć trójki dzieci i podróżować z plecakiem po świecie, bez żadnych zobowiązań. Kupić mieszkania na kredyt i beztrosko rzucić pracy, która go spłaca. Całe to nawiedzone gadanie o tym, że wystarczy tylko chcieć można o kant dupy rozbić, gdy po powrocie do domu człowiek potyka się o stertę prania, stado dzieci i kota i każdy z tych elementów jest gorąco spragniony bezpośredniego ze mną kontaktu. Myślę wtedy, że ok, w takim razie przełożę planowanie alternatywnej wersji swojego życia na jutrzejszy wieczór, jak będzie spokój, po czym nagle jest listopad 2037 roku, dzieci się wyprowadziły, kot zdechł i tylko pranie zostało

3 myśli w temacie “No to Frugo

  1. Ja tam widzę się za 5 lat, tzn w wieku lat 45, jako po ząbkującego nauczyciela jogi 🙂 do spłacenia kredytu za mieszkanie zostanie mi 5 lat, dzieci pójdą na studia, syndrom „pustego gniazda” sprawi, że za wpół spłacone mieszkanie kupię sobie domek w lesie…. zrozmarzylam się 🙂
    Póki co lubię moją pracę :-)))))
    Ściskam.
    Ps. Nie mam niestety 3 dzieci, ale i nie pracuję w kopro. Wierzę, że spece od marketingu są potrzebni również w nie-kopro.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s