Barszcz z granatu

W ramach osładzania sobie bólu istnienia po minionych świętach, kupiłam, dość impulsywnie, bilet do Poznania. Do ostatniej chwili nie byłam przekonana czy postępuje słusznie i odpowiedzialnie jako iż:

  1. ostatni raz lecąc do Polski trafiłam na Ofelię. Jeden, jedyny huragan na dekadę, w trakcie którego cała Irlandia została zamknięta na trzy spusty, drzewa łamały się jak zapałki i nie lądował żaden samolot, oprócz – oczywiście – naszego. Nie pamiętam czy pisałam, że w trakcie tamtego lotu siedziałam koło pięcioosobowej irlandzkiej rodziny z małymi dziećmi, której ojciec zapowiedział nieletnim, iż to co nas za chwilę czeka, będzie jak rollercoaster. Do dziś uważam, że był to parenting level pro, jako iż przy każdym gwałtownym bujnięciu samolotu rozbawione i roześmiane dzieci wrzeszczały na cały głos ROLLERCOASTER, podczas gdy reszta pasażerów w grobowym milczeniu modliła się, płakała, rozliczała z popełnionych złych uczynków i żegnała w głowie z bliskimi. 
  1. ostani raz gdy usiłowałam spędzić noc poza domem, PM dostał ataku trzustki. Kazałam mu spisać oświadczenie, że przez cały mój pobyt w Poznaniu nie będzie się wygłupiał, ale i tak wiadomo, że każdy jego telefon będzie wywoływał u mnie mini ataki serca.
  1. w czwartkową noc odwiedził mnie GAD i został do rana. Wizyta zainaugurowana została odnalezieniem dziwnego znamienia na skórze, które GAD od razu zaczął guglać i to co odnalazł w odmętach sieci, dostarczyło mu atrakcji i powodów do szampańskiej zabawy do piątej nad ranem. Na szczęście, w trakcie porannej podróży autobusem na zakład, odbyłam konsultacje dermatologiczne z pierwszą żoną, która powiedziała, że ma takich znamion tysionc pińcet (jako iż na starość wyskakują one niczym grzyby po deszczu), postawiła diagnozę i trochę mnie uspokoiła. Ostatecznie, po umówieniu się do lekarza (spokojnie, wiem, że nie należy ufać internetowym szarlatanom) doszłam do wniosku, że samo życie wykończy mnie szybciej iż jakakolwiek niewyimaginowana choroba. 

Więc teraz nie wiem co. Obstawiam śnieżycę i zamknięte lotniska, ale trudno. Wizja opustoszałych poznańskich centrów handlowych, po których będę krążyć w poszukiwaniu (straconego czasu) i sensownych t-shirtów, plus lektura Twojego Stylu nie przerywana wrzaskami tłukących się dzieci była zbyt silna, żeby się jej oprzeć. A potem, jak wrócę, to wróci również Liga Mistrzów, więc jakoś do wiosny przetrwam. Po raz kolejny natomiast postuluję, że Bayern Monachium powinien mi wypłacać odszkodowanie za okresy kiedy Lewandowski nie gra i sypie się cały mój tygodniowy rytm meczowy, a ja nie potrafię znaleźć sobie miejsca ani alternatywnego pomysłu na życie.  

W ramach planowania letnich wakacji coraz poważniej rozważam kolejną podróż samochodem do Polski. Nic się nie uczę na błędach, nic. Tym razem stacja docelowa to ukochane przeze mnie za czasów studenckich Międzygórze. Nocleg zabukowałam, o reszcie na razie profilaktycznie nie myślę. Bijąc się z myślami, czy w ogóle stać nas w wyjazd w tym roku, posłuchałam pracowej koleżanki, która filozoficznie stwierdziła: i tak nie będziesz miała tych pieniędzy i tak (bo jak nigdzie nie pojadę to kasę przepierdolę na coś innego). Więc lepiej jedź…

img_5566

Po świętach nie zostało śladu ni popiołu. Bohaterem tegorocznego bożonarodzeniowego  menu został wigilijny barszcz. Po opróżnieniu pierwszego gara postanowiłam go reanimować poprzez dolanie do pozostałych w garnku warzyw, koncentratu, wody i litrowej butli organicznego soku z buraków, który znalazłam w lodówce. Następnego dnia, w trakcie gdy delektowałam się pysznym barszczykiem i pasztecikami z kapustą i grzybami, do kuchni wkroczył PM, otworzył lodówkę i głupio się pyta, gdzie jest jego sok z granatu. Pytanie zignorowałam, bo wróżką nie jestem. „NIE WLAŁAŚ GO CHYBA DO TEGO BARSZCZU???” zapytał groźnie mój małżonek, na co wybuchłam perlistym śmiechem, bo tylko debil i kulinarny analfabeta wlewałby sok z granatu do barszczu. Po czym się okazało, że sok z buraka i sok z granatu mają identyczny kolor i że jak butelka stoi odwrócona etykietą do drzwi lodówki to naprawdę łatwo się pomylić i nie trzeba od razu robić z tego afery i wielkiego halo. Od przyszłych świąt tylko tak będę gotować barszcz, będzie to mój autorski przepis, który opublikuję, zyskam sławę i będę pionierem tradycyjnych polskich zup w wersji fjuzion. W planach na przyszłość mam rosół z sokiem z ananasa i pomidorówkę z mango. 

Tymczasem dzień zrobił się 10 minut dłuższy (przysięgłabym na barszcz z granatu, że o więcej, bo jak wychodzę z pracy to naprawdę jest już jaśniej). Idę robić rozpiskę sklepów, które będę odwiedzać w Poznaniu oraz liczyć koszt paliwa na trasie Hook of Holland – Poznań. Mięsa i alkoholu nie tykam od sylwestra i popularne powiedzenie, że jesteś tym co jesz, powinno mieć alternatywną wersję, że jesteś również tym czego nie jesz, bo czuję się bdb. 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s