Ze starego bloga

14 października 2003

Cały poranek szkoliłam się dziś w umiejętności spania z otwartymi oczami, gdyż od rana do południa na dworze było zupełnie CIEMNO, co wzbudziło we mnie ponurą refleksję, iż być może w nocy nastąpił koniec świata i zgasło słońce.

Względnie, że nieświadomie wstałam i poszłam do pracy o 2 w nocy (raz już tak kiedyś zrobiłam. W liceum. Wstałam i poszłam do szkoły o 5 rano. Bo tak. Bo wydawało mi się, że już była 7. Na korytarzu IX LO natknęłam się na wuefistkę, która spytała co tu o tej godzinie robię. Sama chciałam to wiedzieć).

Około południa trochę się przejaśniło i zaczęło wyglądać jakby była już mniej więcej ósma rano, więc trochę się przebudziłam i odemknęłam lewe oko, co mi wyłącznie zaszkodziło, bo zostałam porażona światłem jarzeniówki oraz wprowadzona w epileptyczne drgawki migotaniem ekranu komputera.

Poza tym myślę, że jestem meteopatką. Meteopata jest osobą, która – gdy pada – ma doskonałą okazję, co by usprawiedliwiać swoje lenistwo, niechęć do pracy i ogólne rozmemłanie – pogodą.

Terapia wodą pod różnymi postaciami – prysznica, kawy, mineralnej i deszczu nic niestety nie dała. Może należało to wszystko zmieszać i wylać se na głowę żeby się obudzić.

Poza tym stłukłam wczoraj ostatni cały talerz jaki był w domu i od dziś obiad będziemy jeść na gazetach. Choć w zasadzie ten talerz to popełnił samobójstwo – 3 razy skakał wczoraj z kuchenki na podłogę, 2 razy złapałam go w locie (a za trzecim razem w rajanerze), aż w końcu wykorzystał moment, w którym zajęta byłam wsypywaniem goździków do grzanego wina i stłukł się, dramatycznie rozsypując roztrzaskane kawałki po calej podłodze.

Nie mogę dalej pisać, bo zasypiam.

10 października 2003

Wczoraj stosowałam bliską kobiecemu sercu terapię zakupami.

Nie, że coś się stało, ale tak profilaktycznie.

Najpierw udałam się do sklepu obuwniczego (słowo OBUWNICZY jest bardzo dziwne, jak jakiś zawód albo układ wewnętrzny człowieka. Sklep z butami powinien się nazywać butowy albo pantoflowy. Chociaż PANTOFEL jest słowem jeszcze dziwniejszym niż obuwie. Jak kartofel.)

W butowym zapragnęłam nabyć drogą kupna 10 centymetrowe szpilki z wąskim noskiem. Bo mi odwaliło i stwierdziłam, że w ramach kreowania swojego zawodowego image będę właśnie w czymś takim chodzić do biura.

Po przymierzeniu pierwszej pary 10 cm szpilek z wąskim noskiem, wstałam, po czym ze zdumieniem przekonałam się, iż nie mogę złapać równowagi oraz że wykonuję ruchy, mogące z pewnego oddalenia wyglądać jak podwójny aksel w łyżwiarstwie figurowym.

Po dojściu do wniosku, że jest to z całą pewnością efekt chwilowych zaburzeń grawitacji, a nie faktu, iż – nic o tym nie wiedząc – nawaliłam się gdzieś po drodze w jakimś przydrożnym pubie, postanowiłam nie dać się zbić z tropu i DOJŚĆ DO LUSTRA.

W celu powyższym z nieopisanym trudem, szurając butem po podłodze i pilnując, co by w żadnym wypadku nie oderwać go od podłoża, przesunęłam lewą stopę o 5 cm do przodu, po czym – chwyciwszy się dla równowagi półki z butami, z której zrzuciłam parę kozaków – dosunęłam pospiesznie do stopy lewej – stopę prawą.

Więcej ruchów stopami obutymi w 10 cm szpilki nie wykonałam, bo się zniechęciłam.

Po nabyciu pary butów na płaskim, stabilnym obcasie, udałam się do Marksa i Spencera do działu z bielizną kobiecą, w celu zakupu biusthaltera, jako iż ze starego wyszły mi już druty i kłuły mnie w lewe żebro, które to kłucie mylnie interpretowałam jako zaawansowaną i nieuleczalną chorobę serca.

W dziale z bielizną spędziłam 45 minut, głównie czołgając się i chodząc na kolanach z niezdrowymi rumieńcami oraz głową wepchniętą w dalsze partie wieszaków, gdzie wisiała moja rozmiarówka.

Moje obawy, iż być może zachowuję się niestosownie, rozwiał widok kobiety, siedzącej na ziemi, z przewróconą obok torebką, błędnym spojrzeniem i stosem biustonoszy porozrzucanych wokół.

Rozglądając się ukradkowo, wymieniłyśmy skrycie porozumiewawcze spojrzenia, jako iż kobietę zrozumie zawsze najlepiej tylko druga kobieta.

Na zakończenie upojnego wieczoru udałam się do bodyshopu gdzie kupiłam kojący nerwy balsam do ciała w spreju z olejami tropikalnymi.

Było bardzo, bardzo fajnie.

Bardzo lubię robić zakupy.

1414503363633_wps_11_grand_national_roller_coa

7 września 2003

Kolejka górska w Blackpool była najlepsza.

Po pierwszej jeździe, w ogóle nie usiłowałam z niej wysiadać, bo byłam przekonana, że wyleciałam z wagonika na tym zjeździe, gdzie ona tak pikowała w dół, po skosie, z prędkością (wg folderu) 87 mil na godzinę. Ile to jest mila na godzinę nie wiem i, w trosce o swoje nerwy, nawet nie usiłowałam się dowiadywać.

W ogóle przekonana byłam, że wszyscy wtedy wypadli i leżąc teraz pod torami – krwawią – i czekają na pomoc.

Kuzynka moja zakończyła tę jazdę z przepięknym malunkiem na twarzy, wykonanym samoczynnie – na wzór barw wojennych Apaczów – przez wiatr i łzy, przy użyciu zastosowanej przez nią mascary (bo obie, jak idiotki, zrobiłyśmy se przed tym wesołym miasteczkiem wyjściowe makijaże. Pod koniec dnia makijaże miałyśmy wszędzie, ze szczególnym uwzględnieniem uszu, szyi i dekoltów).

Podczas drugiej jazdy w PIERWSZYM WAGONIKU przed oczami przemknęło mi całe moje życie. Co przemykało przed oczami mojej kuzynce, nie wiem, ale jedyny komunikat jaki w trakcie tej jazdy wygłaszała był dość monotonny i brzmiał: KURWA, JA CHCE WYSIAŚĆ.

Podczas trzeciej jazdy, w OSTATNIM WAGONIKU, okazało się, że jazda w pierwszym wagoniku była przejażdżką dla zniedołężniałych emerytów. Ostatni wagonik TRZĄSŁ SIĘ i KIWAŁ na wszystkie strony i nie wykoleił się zapewne przez zwykły przypadek, bądź niedopatrzenie obsługi.

Podczas czwartej jazdy, wpełzłam do wagonika i uznałam, że wszystko mi jedno i że teraz w ogóle będę odważna i nie będę się trzymać. Plan zrealizowałam w 95% tzn oderwałam od drążka najmniejszy palec lewej ręki, po czym – niczym Zagłoba pod Zbarażem – doszłam do wniosku, iż nie znałam rozmiarów swojego męstwa. Następnie pozwoliłam się wywlec z kolejki, solennie sobie obiecując, że resztę życia spędzę w bujanym fotelu, na werandzie, robiąc na drutach swetry i czytając „Poradnik domowy”

Poza największym rollercoasterem w Europie fajna była przejażdżka łodzią wikingów. Przez pierwsze 10 minut głupio chichotałam, rozchlupywałam wodę dookoła i darłam mordę, że mi się nudzi, po czym mi przeszło, jak lunęła na nas z sufitu Niagara. Resztę trasy nic nie mówiłam bo wyżynałam z ciuchów wodę i nie miałam czasu na debilne pogawędki.

Dzień ogólnie zaliczyć należy do niezwykle udanych – po 6 godzinach udawania, że znów mamy po -naście lat, zległyśmy w samochodzie, w mokrych ciuchach, z rozmazanymi makijażami, usmarowane czarownie musztardą od hot-dogów, z łapami klejącymi od lizaków i gardłami zdartymi od wrzasków na rolerkosterze.

Wesołe miasteczka są the best.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s