Depresja pokolonijna

We wtorek, po urlopie, przyczołgałam się na zakład.

W całym słowniku wyrazów polskich, obcych i bliskoznacznych nie było słów, którymi mogłabym opisać jak się czułam. Zwłaszcza jak sobie w pociągu przypomniałam, że dwa tygodnie temu, o tej porze, byłam w samolocie do Faro. Serio, po co komu urlop, po powrocie z którego trzeba sobie do kawy, zamiast cukru, dosypywać prozacu, żeby nie zwariować. Po co komu Faro. Mogłam siedzieć w domu i przyglądać się jak deszcz napierdala, podobno było na co patrzeć.

Co mam teraz ze sobą zrobić do września? Nie mam co oglądać, nie mam co czytać. Lewandowski na urlopie. Zaplanować nowych wakacji jeszcze nie mogę, bo najpierw muszę wyjść z finansowej zapaści. I jeszcze ta noc świętojańska. Tydzień został, tak? Co roku to samo. Najlepszy miesiąc w roku musi zostać zrujnowany przez najkrótszą noc w roku, po której dzień zaczyna się skracać. Tak jakby najkrótsza noc w roku nie mogła trwać do września. Albo nastąpić w październiku. Komu by to przeszkadzało, pytam się. Teraz jest tak cudownie. Ciągle jasno. Nawet spać się nie chce. A za miesiąc dzień będzie już o godzinę krótszy.

Nigdy nie lubiłam lata. Wszyscy gdzieś wyjeżdżali i było nudno. Słońce roztapiało asfalt, a mama wieszała w oknach mokre prześcieradła, żeby trochę osłabić upał. Och, czemu wtedy nie doceniałam co to znaczy słoneczny czerwiec i prawdziwe truskawki. Czemu narzekałam, że mi gorąco! Teraz, jak siedzę za dublińskim biurkiem, to zamykam oczy i pamiętam jak w domu pachniał nagrzany słońcem parapet. Tyle mi z tego zostało. Plus po latach życia w przeświadczeniu, że nie lubię upałów, w tym roku okazało się, że upały lubię bardzo i że o co mi chodzi.

Na domiar złego w pracy jest nowa laska, która nie dość że przychodzi do biura przede mną (a zaczynam o 7:45) to na dodatek lubi gadać. Jezu. Ja nie lubię gadać, naprawdę. Tak lubiłam siedzieć sobie rano przy biureczku i do 9:00, zanim wszyscy przyszli, mieć święty spokój. A teraz ona siedzi i gdacze. Czy widziałam to, czy czytałam tamto, co myślę o. Nic nie myślę o tej godzinie, daj mi kobieto spokój.

Lubiłam siedzieć w ciszy, w pustym biurze, pracować i gapić się przez okno na morze. Nie jestem na bieżąco z żadnymi plotkami. Ani biurowymi ani ogólnokrajowymi. Mówiłam, że jestem aspołeczna i nie nadaję się do pracy zespołowej? Mówiłam. Dziś w końcu, zrozpaczona, wyciągnęłam słuchawki i zaczęłam słuchać uspokajającej aplikacji z szumem oceanu. Oczywiście zaraz zachciało mi się płakać, że już nie jestem w Portugalii, ale przynajmniej nie musiałam opowiadać jakie mam plany na wieczór (jak wytłumaczyć singlom, że przy mężu i trójce dzieci plany na wieczór są 360 razy w roku takie same – położyć dzieci jak najwcześniej spać, żeby mieć choć godzinę spokoju, gdy nikt nie biega, nie kłóci się i nie wrzeszczy). Jak w ogóle wytłumaczyć ludziom bez gromadki dzieci, że cisza i brak konieczności odpowiadania na tysiąc pytań na minutę jest cenniejsza od świętego Graala.

Odsiedziałam pańszczyznę, wróciłam do domu. W domu okazało się, że zjedli mi wszystkie lody z Lidla. Srsly. Nie został ani jeden. Oczywiście wpadłam w czarną rozpacz, że wszyscy mają w dupie to, że cały dzień siedzę w pracy i czekam aż wrócę do domu, zrobię sobie espresso i zjem tego cholernego loda. Nie, wzięli i wszystko zeżarli. A wiedzą że moje życie po pracy opiera się na tych lodach. I w dupie mają.  Znieczulica na każdym kroku. Wiec usiadłam na sofie i zaczęłam się nad sobą użalać. Przyszło dziecko i zaproponowało, że mamo, może zamiast tego loda, napij się wina. Tak, wiem że jestem dorosła i koniec urlopu oraz brak lodów w lodówce nie powinny mnie doprowadzać na skraj załamania nerwowego. Oraz że wino nie rozwiązuje problemów. Wszystkich nie rozwiązuje, fakt. Oraz że to mało wychowawcze, że nieletnie dziecko proponuje matce alkohol. Whatever. Włączyłam google żeby sprawdzić czy istnieje poradnik dla osób, które nie mogą dojść do siebie po powrocie z wakacji i oczywiście nie było. Jedyne co znalazłam to jak się ogarnąć w pracy, po urlopie. To wiem, naprawdę. Wsparcia psychologicznego za to zero. Zadzwonić do nikogo nie ma jak, bo głupio narzekać komuś, kto przez cały ten czas gdy siedziałam na plaży – zapierdalał w robocie. Rodzice: „och, dziecko, to samo życie, dasz radę”. Dzięki.

Chciałam se kupić na pociechę nową torebkę, to nie, nie ma tego koloru co chciałam, a innego nie chcę. Włączyłam drugi odcinek „The Keepers” ale po 20 minutach oglądania się poddałam. Koszmarny dokument i zdecydowanie nie dla tych, którzy już z jakiegoś powodu mają doła.

Zjadłam dwie paczki czipsów z vinegarem (których kiedyś, zaraz po przyjeździe na Wyspę, nie tknęłabym nawet kijem), po czym ostatecznie uznałam że dalsze próby ratowania wieczoru są ewidentną stratą czasu i poszłam spać. W makijażu, żeby było dramatyczniej. Dzieci przychodziły w odstępach pięciominutowych przykrywać mnie kołderką, a rano na stoliku koło łóżka znalazłam to <3. Od dziecka, które już nie chce się przytulać i mamo, czy możesz mnie nie całować pod szkołą.

 image1

Byle do września.

4 myśli w temacie “Depresja pokolonijna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s